Przejdź do głównej zawartości

Not Your Kind of People


Garbage to jedyna grupa (wykonawca, wykonawczyni...), której słucham nieprzerwanie od czasów licealnych. Wszystkie fascynacje z tamtych lat, od Doorsów, przez grunge, brit pop po industrial gdzieś się po drodze wykruszyły, ustępując miejsca nudziarom z gitarami tudzież klawiszami. Wszystkie oprócz tej jednej. Choć trudno mi stwierdzić, dlaczego niektóre rzeczy nagle przestają się podobać, a inne nie, to mam kilka teorii co do mojej nieustającej sympatii do Shirley Manson i ekipy. Ma ona coś wspólnego z muzyką, którą tworzą - to, jak w jednym kawałku potrafią połączyć tak wydawałoby się skrajnie różne brzmienia jak niemal disco, elektro, industrial, ostry rock, punk, i to, jak pięknie to ze sobą współgra, od lat mnie zadziwia. Podobnie eklektyczny jak ich muzyka jest image frontmanki zespołu, która równie dobrze sprawdza się w roli klasycznej diwy, punkówy z rudym kokiem, jak i androgynicznej ikony s/m. Ważne są też teksty, rozedrgane, paranoiczne, antywykluczeniowe, czasami z mocnym politycznym przesłaniem (szczególnie widocznym na czwartej płycie grupy "Bleed Like Me"). Oraz - co tu ukrywać - światopogląd Shirley, bliski mojemu. Tak, wiem, muzyka to niby tylko muzyka, ale nie potrafiłabym już ani kupić, ani słuchać płyty kogoś, czyje poglądy mnie odrzucają.

Jakoś na początku kwietnia stwierdziłam, że chciałabym ich w końcu zobaczyć na żywo. I proszę, dwa dni później pojawił się news, że zagrają na Orange Warsaw Festival. I zagrali - wczoraj. Nie jako gwiazda wieczoru niestety (tu musieli ustąpić pola Linkin Park), tak że ani tak długo, jak bym chciała, ani przed idealną dla siebie publicznością, ale jednak tak. Jak było? Dużo lepiej, niż się spodziewałam. W ostatnich dniach przesłuchałam sobie trochę ich ostatnich koncertowych rzeczy na You Tube i wyszło mi, że tak jak na scenie są świetni, energetyczni i w ogóle, tak Shirley ewidentnie jeszcze się nie rozśpiewała po długiej przerwie (przedostatni album, pomijając składankę "Absolute Garbage" wydali w 2005 roku, teraz ruszyli z promocją ostatniego, świeżo wydanego "Not Your Kind of People"). Szczęśliwie, choć zdarzało jej się trochę mijać z dźwiękiem, zdecydowanie jest w formie. Nowe kawałki (szczególnie "Blood For Poppies" i "Control") dają radę, starsze brzmiały równie dobrze jak kiedyś. Z moich absolutnych faworytów pojawiły się "I Think I'm Paranoid":



"Cherry Lips":



i "Queer":



oraz słynne bondowskie "The World Is Not Enough". Do pełni szczęścia zabrakło mi tylko "Androgyny" i "Bleed Like Me". Oraz nieobecności "I'm Only Happy When It Rains", którego fenomenu, tak jak kilku innych rzeczy opartych o melodyjną ścianę gitar i ginący w nich wokal (nie da się ukryć, że charakterystycznych dla zespołu), nigdy do końca nie zrozumiem. No ale co kto lubi, ja zdecydowanie wolę trochę bardziej eklektyczne kawałki (i chyba też dlatego najbardziej lubię płytę "Beautiful Garbage", która zresztą sprzedała się najgorzej ze wszystkich). A poza tym? Za mało bisów (cena niebycia gwiazdą wieczoru), za mało gadania (lubię, jak występujący nawiązują dialog z publiką), choć stwierdzenie, że wszyscy jesteśmy w wieku pierwszego albumu zespołu lub młodsi było naprawdę urocze, no i nie najlepsza akustyka. Pewien niedosyt więc jest, ale w 99 procentach nie ma nic wspólnego z tym, co pokazało Garbage. Tak że nowa płyta zakupiona i leci w słuchawkach, a ja nie mogę się doczekać następnego razu.

Komentarze

  1. Nikt jeszcze się nie odezwał. No to ja się narażę. Nie wiem, nie znam się, za stara jestem. A, poza tym oczywistym żartem, trudno dyskutować o preferencjach jakichkolwiek, w tym muzycznych. To, co powyżej nijak mnie nie "bierze", ale też trudno w tak technicznie fatalnym odtworzeniu mieć zdanie. Ja myślę, że z tego typu muzyką i muzykami, to jest tak, że gdzieś, dla kogoś zbiegli się oni w czasie, i wówczas nie ma znaczenia obiektywna ocena ich artystycznego poziomu, tylko ta "miłość od pierwszego wejrzenia". Dla mnie taką "miłością" jest Ewa Demarczyk. Porównywanie jest bez sensu (wcale nie mówię tu o klasie, bo są zupełnie różne), natomiast, gdy idzie o przeżycia, emocje i ich natężenie - to pewnie dla każdej z nas podobne. Czekam zatem na pytanie, którego tu zabrakło: czego oczekujesz, Ewo, po Swojej impresji z powyższego koncertu? Bo chyba wprawiłaś nas w konsternację... Mało kto był pewnie, no i co komentować?

    OdpowiedzUsuń
  2. Na blogu pojawiają się czasami relacje z koncertów i jeszcze nie raz będą, bo muzyka jest bardzo ważną częścią mojego życia. I zazwyczaj mają mało komentarzy, podobnie zresztą jak recenzje książek czy filmów. Tak że niczego nie oczekuję, po prostu dzielę się tym, co lubię:)

    OdpowiedzUsuń
  3. koncert był świetny! jeszcze gdyby tak do jakiegoś klubu przyjechali, to dopiero byłoby super. osobiście zastanawiam sie nad wizytą w Berlinie w listopadzie. płyta naprawdę dopracowana. dzięki za posta:)

    OdpowiedzUsuń
  4. Dla mnie Garbage jest w porządku. Teledysk do "I Think I'm Paranoid" jest świetny!
    Bardzo lubię muzykę, przekopuję się przez różne gatunki muzyczne. Nie to, że słucham tylko cyrkowej muzy na zasadzie Tegan i Sary, Kaki Kingowe, Melissy Etheridge, Austry, The Knify, The Clicksy, Herculesy and Love Affairy, Davidy Bowie, ale lubię sięgać uchem także możliwie w najbardziej oddalone zakamarki muzyczne, gdzie wiele osób się nie odważy zapuścić.

    Piszę bo jestem ciekawa opinii Ewy odnośnie muzyki Anny Calvi. Dziewczynina jest cicha jak myszka odnośnie siebie. Między wierszami w piosenkach można się jednak wiele domyślać. Anka unika jak ognia za bardzo personalnych pytań. "Suzanne And I" czy "I'll Be Your Man", "Jezebel", "Eliza" wykonane z ikrą są jednymi z jej najlepszych tekstów. Pomijam oczywiście "Jezebel" Edith Piaf. Po prostu nie można o Calvi nie pisać.

    Wiem, że miało być o Śmieciach, ale oj tam, e tam... Tak mają fanki Calvinowskie. Ewo, lubisz jej muzykę? Pozdrawiam, 3maj się ciepło bo wieje i pada, prawdziwa zagłada. ;/
    P.S. Zazdroszczę mieszkania w dużym mieście, że taki łatwy dostęp macie do muzyki granej na żywo.

    OdpowiedzUsuń

Prześlij komentarz

Popularne posty z tego bloga

"Bezdomna" Katarzyny Michalak, czyli jak nie pisać o problemach społecznych

Złych, powielających wyjątkowo szkodliwe stereotypy książek jest wiele. Rzadko jednak matronują im instytucje kojarzone raczej z walką z uprzedzeniami niż z ich wspieraniem. Zaszczyt ten spotkał niestety „Bezdomną” Katarzyny Michalak. Dlaczego książka ta nie powinna być wspierana przez organizacje kobiece czy, szerzej, walczące z wykluczeniami? O komentarz poprosiłam Elwen, twórczynię bloga poświęconego zaburzeniu afektywnemu-dwubiegunowemu.

Fundacja Centrum Praw Kobiet wraz z Kongresem Kobiet objęły ostatnio patronatem (czy, jak chce tego CPK, matronatem) książkę pani Katarzyny Michalak o wdzięcznym tytule „Bezdomna”. Książka, zgodnie z zapewnieniami autorki i wydawnictwa, należeć ma do nurtu zaangażowanej literatury kobiecej, poruszającej trudne problemy kobiet wykluczonych poza nawias społeczeństwa. Brzmi zupełnie w porządku, prawda?

Problem zaczyna się w chwili, gdy skuszeni poważnymi rekomendacjami sięgniemy po tę pozycję. Książka opisuje historię Kingi Król, bezdomnej kobiety z …

Maria Konopnicka była lesbijką

Tytuł jest oczywiście nadużyciem. Nie wiadomo, czy Maria Konopnicka była lesbijką, czy osobą biseksualną, czy jeszcze kimś innym. Nie wiadomo, jak myślała o sobie ani tym bardziej, jak by się określiła i jak potoczyłoby się jej życie, gdyby urodziła się nie sto siedemdziesiąt, ale na przykład trzydzieści lat temu. Wiadomo za to, że przez ostatnie dwadzieścia lat życia mieszkała i podróżowała z noszącą się po męsku miłośniczką polowań, malarką i działaczką na rzecz praw kobiet Manią Dulębianką, którą nazywała czasami "Pietrkiem z powycieranymi łokciami". Wiadomo, że z chwilą, gdy się poznały, poetka gładko przeszła w listach do dzieci z formy "ja" na "my" (mamy, myślimy, wyjeżdżamy), że były praktycznie nierozłączne, że miały różne nieprzyjemności z powodu krążących pogłosek o ich związku, że Dulębianka zrezygnowała dla Konopnickiej z kariery malarskiej i że zostały pochowane w tym samym grobowcu. Wiadomo też, że "niewiasta mocno kochliwa", jak …

Gołe dupy Renaty Przemyk

Renata Przemyk dała głos, a ja zawyłam z bezsilnej złości i, co tu ukrywać, przykrości. Szansonistka, której gros fanów stanowią lesbijki (i geje też), piosenkarka, która przez wiele lat była w związku ze swoją tekściarką, poetką Anną Saraniecką (oczywiście związku przyjacielskim), osoba, która jednym zdaniem mogła zrobić wiele dobrego zarówno dla siebie, swojej kariery, jak i dla osób LGBTQetc., postanowiła się wypowiedzieć.

I jak zazwyczaj na wywiady z Renią spuszczałam litościwie (no, może oprócz tego tekstu tu) zasłonę milczenia, tak tego wywiadu bez komentarza zostawić nie sposób.

Już na wstępie jest ostro:
Przecież chrześcijanie byli zawsze pokojowo nastawionymi ludźmi.  Chrześcijanie, zawsze, pokojowo. No fakt, bo sypialnianie nie za bardzo. Najczęściej raz do roku, i to w celu mienia dziatek. Poza tym artystka przespała lekcje historii, na których mówiono o wyprawach krzyżowych, chrystianizacji ogniem i mieczem, inkwizycji i takich tam różnych. Siadaj, Renata, pała.
Wszystkie…