Przejdź do głównej zawartości

Opowieści z Valdemaru


W ramach książkowych wykopalisk, zupełnie niezależnie od siebie, sięgnęłyśmy ostatnio z Gosią po Mercedes Lackey. Ta pani już pojawiła się kiedyś na blogasku w postaci wzmianki, ale, mimo że trudno ją nazwać wielką pisarką, po ponownej lekturze kilku jej opowieści doszłam do wniosku, że zasłużyła na trochę więcej.

Mercedes Lackey ma na koncie blisko osiemdziesiąt książek fantasy, z których w Polsce ukazało się nieco ponad dwadzieścia. Wydawcy szczególnie upodobali sobie cykl o Valdemarze - wbrew pierwszemu skojarzeniu to państwo, nie imię. Nie wiem, czy to za sprawą kiepskiego tłumaczenia lub redakcji, czy słabszej formy autorki, jak dotąd nie udało mi się przebrnąć przez całość - na lepsze dni czekają trylogie "Wojen magów" i "Magicznych burz". Miłośnikom i miłośniczkom gatunku (ale nie tylko) mogę za to z czystym sumieniem polecić cykle "Ostatni mag heroldów" ("Sługa magii", "Obietnica magii", "Cena magii"), "Heroldowie Valdemaru" ("Strzały królowej", "Lot strzały", "Upadek "strzały") i "Przysięgi i honor" ("Związane przysięgą", "Krzywoprzysięzcy") oraz "Prawo miecza" (w sumie dziewięć tomów, a dla czytających po angielsku - dziesięć).

Lackey szczególnie upodobała sobie postacie gejów (w książkach - homoseksualistów lub shayn/shay'a'charn) oraz silnych (i nie tylko heteroseksualnych, choć lesbijki występują jedynie na drugim planie) kobiet. To drugie aż tak bardzo nie dziwiło pod koniec lat 80. ubiegłego wieku, kiedy jej twórczość zaczęła zyskiwać popularność, to pierwsze było jak na tamte czasy ewenementem, jeśli chodzi o bohaterów pierwszoplanowych. A takim jest Vanyel z "Ostatniego maga heroldów", przy drugim czytaniu mniej więcej tak samo irytujący jak jego imię, przy pierwszym jednak jak najbardziej do przyjęcia. Vanyel jest paniątkiem z jednego z bogatszych rodów Valdemaru i ma problem - jest inny. Na dodatek nie wie, na czym właściwie ta jego inność polega, domyśla się tego za to jego ojciec, który ze wszelkich sił stara się zrobić z syna "mężczyznę". W tym też celu co rusz podsyła mu dziewczęta i każe swojemu zbrojmistrzowi okładać go mieczem, a w końcu, gdy nie udaje mu się zmienić syna na swoje podobieństwo, wysyła go do swojej siostry Savil, jednej z magów heroldów, a zarazem nauczycielki w Kolegium Heroldów. Gdzie Vanyel pozna ucznia Tylendela i nagle wszystko stanie się dla niego jasne, choć bynajmniej nie będzie oznaczać końca jego problemów egzystencjalnych - te towarzyszyć mu będą do końca trzeciego tomu. "Ostatniego maga heroldów" czyta się nieźle, a czytałoby się jeszcze lepiej, gdyby Lackey co chwila nie zagłębiała się w biedną udręczoną duszę głównego bohatera (stąd wcześniejsza wzmianka o irytacji, jaką budzi). Nie umniejszając jego dylematów (Związać się z kimś czy żyć samotnie? Postawić się ojcu czy znosić cierpliwie jego niegodne sugestie? itd.) i cierpień (napiszę tylko tyle, że Lackey lubi uśmiercać bohaterów, których czytelnicy i czytelniczki lubią), wycięcie części zmagań Vanyela z samym sobą książeczkom by nie zaszkodziło. Szczęśliwie nie jest on jedynym shayn w trylogii.

Do przygód Vanyela mam sentyment o tyle, że od nich zaczęła się moja przygoda z Lackey. Dużo lepiej jednak czytało mi się te jej opowieści, których głównymi bohaterkami były kobiety. Choć w Valdemarze z równością kobiet i mężczyzn bywa różnie - np. Talia z "Heroldów Valdemaru" pochodzi z grodu Senów, gdzie kobieta albo może stać się jedną z żon mężczyzny, albo oddać się na służbę bogini - to wśród heroldów płeć nie ma żadnego znaczenia i dotyczy to również płci sprawujących władzę. Liczy się, cóż, bycie dobrym człowiekiem. Żeby było jeszcze milej, również to, jak się ktoś/ktosia prowadzi, niemal nie wpływa jego/jej ocenę - ważne jest jedynie, jak się wywiązuje ze swoich obowiązków wobec kraju (a heroldowie istnieją jedynie po to, by służyć państwu i koronie). Mały zgrzyt jednak być musi (stąd "niemal"). Choć o lekkim prowadzeniu się heroldów w Valdemarze krążą legendy, to, mimo że sami zainteresowani niewiele sobie z tych opowieści robią, większość z nich do osób nieheteroseksualnych w swoich szeregach podchodzi z rezerwą. Co ciekawe, ich uprzedzenia nie mają praktycznie żadnego oparcia "u góry" - bo władcy i władczynie robią za wzory akceptacji (Vanyel jest nawet biologicznym ojcem córki swojego bezpłodnego króla), a mistyczna "więź życia" jest dana i parom różno-, i jednopłciowym. Na dodatek wszystkie nieheteroseksualne bohaterki opowieści o heroldach i wszyscy, poza jednym (przynajmniej do czasu, aż pozna swoją prawdziwą miłość), bohaterowie, mogą robić za wzorce ascezy i monogamii. Mimo to obowiązuje niepisana zasada, by się za bardzo nie "obnosić", nawet we własnym gronie, przez co książki Lackey akurat pod tym względem są bliskie rzeczywistości. Co może być i plusem, i minusem. Plusem, bo całkiem sporo osób odnajdzie w nich swoje doświadczenia. Minusem, bo mimo jednoznacznie pozytywnego podejścia do nieheteroseksualności utrwala stereotyp (za którym kilkanaście lat później podąży w swojej "Trylogii Czarnego Maga" Trudi Canavan) dobrego geja/dobrej lesbijki, co to zna swoje miejsce w szeregu i się za bardzo nie wychyla. Co w 1989 roku pewnie było zrozumiałe, w XXI wieku (Canavan) jednak trochę razi.      

Mimo wszystko jednak Lackey warto znać (Canavan już niekoniecznie). Nie tylko dlatego, że jest u niej sporo fajnych postaci, z którymi parę osób może się zidentyfikować, czy że jako pierwsza autorka fantasy głównym bohaterem zrobiła geja, ale też dlatego, że są to po prostu całkiem zgrabne historyjki fantasy, z odpowiednią liczbą potyczek na miecze i na magię, mężczyzn i kobiet w opresji, bohaterskich czynów, zagadek do rozwiązania, magicznych koni, co to nie są końmi, i innych takich.

Fot. Elkman, Wikimedia Commons

Komentarze

  1. Vanyel. Moja młodzieńcza miłość! Jakiż on był wkurzający.

    OdpowiedzUsuń
  2. Och, pamietam te książki. Własciwie to na pewnym etapie chyba upolowałem wszystko wydane po Polsku :)

    OdpowiedzUsuń
  3. Świetny wpis. Z pewnością kupię trylogię "Ostatni mag heroldów". Chętnie poczytam o innych książkach z bohaterami z kręgu LGBTQ (z naciskiem na L :)

    OdpowiedzUsuń

Prześlij komentarz

Popularne posty z tego bloga

"Bezdomna" Katarzyny Michalak, czyli jak nie pisać o problemach społecznych

Złych, powielających wyjątkowo szkodliwe stereotypy książek jest wiele. Rzadko jednak matronują im instytucje kojarzone raczej z walką z uprzedzeniami niż z ich wspieraniem. Zaszczyt ten spotkał niestety „Bezdomną” Katarzyny Michalak. Dlaczego książka ta nie powinna być wspierana przez organizacje kobiece czy, szerzej, walczące z wykluczeniami? O komentarz poprosiłam Elwen, twórczynię bloga poświęconego zaburzeniu afektywnemu-dwubiegunowemu.

Fundacja Centrum Praw Kobiet wraz z Kongresem Kobiet objęły ostatnio patronatem (czy, jak chce tego CPK, matronatem) książkę pani Katarzyny Michalak o wdzięcznym tytule „Bezdomna”. Książka, zgodnie z zapewnieniami autorki i wydawnictwa, należeć ma do nurtu zaangażowanej literatury kobiecej, poruszającej trudne problemy kobiet wykluczonych poza nawias społeczeństwa. Brzmi zupełnie w porządku, prawda?

Problem zaczyna się w chwili, gdy skuszeni poważnymi rekomendacjami sięgniemy po tę pozycję. Książka opisuje historię Kingi Król, bezdomnej kobiety z …

Maria Konopnicka była lesbijką

Tytuł jest oczywiście nadużyciem. Nie wiadomo, czy Maria Konopnicka była lesbijką, czy osobą biseksualną, czy jeszcze kimś innym. Nie wiadomo, jak myślała o sobie ani tym bardziej, jak by się określiła i jak potoczyłoby się jej życie, gdyby urodziła się nie sto siedemdziesiąt, ale na przykład trzydzieści lat temu. Wiadomo za to, że przez ostatnie dwadzieścia lat życia mieszkała i podróżowała z noszącą się po męsku miłośniczką polowań, malarką i działaczką na rzecz praw kobiet Manią Dulębianką, którą nazywała czasami "Pietrkiem z powycieranymi łokciami". Wiadomo, że z chwilą, gdy się poznały, poetka gładko przeszła w listach do dzieci z formy "ja" na "my" (mamy, myślimy, wyjeżdżamy), że były praktycznie nierozłączne, że miały różne nieprzyjemności z powodu krążących pogłosek o ich związku, że Dulębianka zrezygnowała dla Konopnickiej z kariery malarskiej i że zostały pochowane w tym samym grobowcu. Wiadomo też, że "niewiasta mocno kochliwa", jak …

Gołe dupy Renaty Przemyk

Renata Przemyk dała głos, a ja zawyłam z bezsilnej złości i, co tu ukrywać, przykrości. Szansonistka, której gros fanów stanowią lesbijki (i geje też), piosenkarka, która przez wiele lat była w związku ze swoją tekściarką, poetką Anną Saraniecką (oczywiście związku przyjacielskim), osoba, która jednym zdaniem mogła zrobić wiele dobrego zarówno dla siebie, swojej kariery, jak i dla osób LGBTQetc., postanowiła się wypowiedzieć.

I jak zazwyczaj na wywiady z Renią spuszczałam litościwie (no, może oprócz tego tekstu tu) zasłonę milczenia, tak tego wywiadu bez komentarza zostawić nie sposób.

Już na wstępie jest ostro:
Przecież chrześcijanie byli zawsze pokojowo nastawionymi ludźmi.  Chrześcijanie, zawsze, pokojowo. No fakt, bo sypialnianie nie za bardzo. Najczęściej raz do roku, i to w celu mienia dziatek. Poza tym artystka przespała lekcje historii, na których mówiono o wyprawach krzyżowych, chrystianizacji ogniem i mieczem, inkwizycji i takich tam różnych. Siadaj, Renata, pała.
Wszystkie…