środa, 26 września 2012

Rozsądna i umiarkowana większość


"Większość z nas jest rozsądna i umiarkowana, ale dajemy się zakrzyczeć radykałom" - taką tezę postawiła Anna Wittenberg z naTemat.pl. Na dowód przytacza fragmenty rozmowy (swojej?) z socjologiem PAN prof. Krzysztofem Wielickim. Co z niej wynika? Że radykałami są Palikot, Środa i osoby protestujące przeciw koncertowi Madonny. Że choć mniejszości mają prawo domagać się równych praw, to zbyt agresywne przedstawianie jakichś wartości może rodzić brak szacunku i budzić sprzeciw. Że trzeba zachować równowagę, bo inaczej powstaje konflikt społeczny, w prostej linii prowadzący do fundamentalizmu. Oraz że tej sytuacji (uwidacznianiu radykałów) winni są między innymi politycy i media. Te drugie, bo lubią przeciwstawiać skrajnie różne postawy (przy okazji - polecam zerknięcie na ilustrację do tekstu). Ci pierwsi, bo ponoć dożyliśmy czasów, w których odwoływanie się przez polityków do większości jest uznawane za ryzykowne politycznie i lepiej odwoływać się do fundamentalistów (z obu stron barykady). Ja bym do tego dodała, że odwoływanie się do większości można również uznać za ryzykowne socjologicznie.

Rozsądek i umiarkowanie to cudownie względne pojęcia. Za rozsądną i umiarkowaną uważa się pisząca te słowa, choć nie wie, czy to dobrze, a za to wie, że nie tylko w oczach przyszłej laureatki Tęczowego Lauru Mamuchy (patrz komentarze), ale i pewnie sporej części z owej profesorskiej większości, jak nie samego profesora, zalicza się do krzykliwych radykałek. Dla mnie dla odmiany radykalna jest i Mamucha, i jej frondowi koledzy, i te wszystkie jakże umiarkowane osoby, które lubią używać słów i wyrażeń takich jak "kompromis" czy "aż społeczeństwo dojrzeje". Bo za każdym takim "kompromisem" i  "aż społeczeństwo dojrzeje" kryje się ileś tam ludzkich tragedii, które mają to do siebie, że nie czekają na cokolwiek. Co zabawne, również państwo z bardzo prawej strony widzą radykałów w specjalistach od "kompromisów". Wszak Tusk to dla Mamuchy i spółki lewak, aborcjonista, zwolennik małżeństw homoseksualnych (czymkolwiek są) i oczywiście ateusz jak się patrzy.

Dalej: podobnie jest z "agresywnym" czy "konfliktogennym" przedstawianiem wartości. Dla iluś tam osób agresywne są wszak nie tylko parady równości czy zwykłe marsze, na których nawet drag queen ze złamanym obcasem nie uświadczysz, ale wszelkie demonstracje, niezależnie od ich politycznych czy społecznych implikacji. No chyba że akurat, zupełnym przypadkiem, dotyczą czegoś dla nich ważnego, wtedy są co najwyżej wyrazem słusznego gniewu czy nawet protestem przeciw radykałom. Podobnie jest z obecnością w przestrzeni publicznej wszelkich billboardów z przesłaniem - jak, ostatnio, ateistycznych plakatów z hasłem "Nie zabijam. Nie kradnę. Nie wierzę", które jeszcze przed pojawieniem się na ulicach budzą emocję z racji tego, że ponoć propagują (tak!) coś niewłaściwego.

W jednym profesor Wielicki ma moim zdaniem rację - o tym, jak postrzegana jest dana grupa, decydują najbardziej widoczne jednostki. Tyle że nie oznacza to, że w rzeczywistości większość osób z tej czy innej zbiorowości nie ma równie "radykalnych" poglądów, choć może ciut innych niż ich reprezentanci czy reprezentantki. Równie dobrze może nie mieć czasu, chęci, odwagi, środków czy możliwości przebicia się z nimi. Przykład - moja osobista mama (rozsądna i umiarkowana, a jakże), której też nie podobała się data koncertu Madonny (jeden z profesorskich wyznaczników radykalizmu), tyle że nie pojawiła się z tej okazji na żadnym proteście czy w telewizji.

Mam wrażenie, że i autorka tekstu, i jej (?) rozmówca mylą rozsądek i umiarkowanie z brakiem widoczności czy pozorną akceptacją status quo. A krytykując media za wzmacnianie radykalizmów, nie dostrzegają, że sami dokonują bardzo podobnego zabiegu. Nie ma specjalnej różnicy między popularnymi telewizyjnymi przedstawieniami parad równości jako konfliktu między dwiema grupami o skrajnych poglądach a budowaniem swojej wizji społeczeństwa jako sumy rozsądnej i umiarkowanej (i w związku z tym pomijanej i lekceważonej) większości i iluś tam krzykliwych radykalizmów. I to, i to antagonizuje, zamiast budować przestrzeń, w której równie ważne, pożądane i dowartościowane mogą czuć się wszystkie grupy i jednostki. Co jest, rzecz jasna, średnio możliwe, ale jak dla mnie o niebo bardziej rozsądne i umiarkowane niż wygrywanie hipotetycznych jednych przeciw hipotetycznym drugim.

Fot. State Library and Archives of Florida

6 komentarze :

Radykalne centrum - to największa zaraza.

Niestety, ale to my zawsze mamy wybór i przyjmujemy to co sobie ktoś tam powiedział, lub nie przyjmujemy wyrabiając swoje własne zdanie. Trochę życzeniowa jest ta druga możliwość, bo niestety większość woli, aby za nich myślano :)

Dzisiaj w programie o operacjach plastycznych wyoutowala sie nowa rodzina(?). Kobieta mowila ze rozstała sie z mężem (spsowal przemoc) a potem związała sie z kobieta i wychowywuja razem jej córkę ktora mowi na nie mame A i mame B i nie kryły sie z tym w ogole~

dramat tego kraju polega na tym, że jeśli nawet jest jakaś rozsądna i umiarkowana siła społeczna( nawet nie marzę o większości ) to nie ma ona żadnej politycznej reprezentacji..de facto- politycznie nie istnieje,
na placu boju pozostają pisowscy talibowie, palikotowi khmerzy, popaprana mafia, niedorżnięte czerwone wieprze, jakaś jednostka straży pożarnej pod wodzą naczelnego strażaka kraju..i coś tam jeszcze niewarte 5 %głosów..taka prawda
dopóki nie powstanie porządna świecka partia centrowa a o to chodzi żeby nie powstała ..to tu g..no będzie a nie demokracja i postęp :)
Palikot to tez oszołom nie lepszy niż Jaruś z episkopatem,kempą,frondą i egzorcystami leczącymi homoseksualizm :

to pisałam ja -Jakakolwiek anonimowo :)

a cenzura jak za starych dobrych lat w peerelu:)

Nie cenzura, tylko ochrona przed spamem (strasznie dużo tego tatałajstwa się tu lęgnie - viagry, przedłużanie penisa i takie tam), w związku z czym komentarze do tekstów starszych niż 14 dni są moderowane.

Prześlij komentarz