Przejdź do głównej zawartości

Posty

Wyświetlanie postów z październik, 2012

Wywiad z Winterson - kulisy

Rozmowy z osobami, które podziwiam, zawsze są dla mnie emocjonujące. Pamiętam swój pierwszy taki wywiad - z Sarą Waters. Niby byłam przygotowana, ale gdyby nie to, że Sarah jest bardzo ciepłą, przyjazną osobą, prawdopodobnie zakończyłby się on klęską. Nie dość bowiem, że byłam po prostu zdenerwowana, to jeszcze pisarka pojawiła się w umówionym miejscu, zanim przyszła tłumaczka i po tym, jak zamieniłyśmy trzy zdania, stwierdziła, że przecież świetnie sobie radzę z angielskim i nie potrzebuję pomocy. Nie wypadało zaprzeczyć, i tak wszystkie moje cudowne, skomplikowane pytania odpłynęły w słodki niebyt, bo wcale tak świetnie sobie nie radziłam. Ale udało się, choć głównie dzięki urokowi Waters.

W ostatnią sobotę spełniło się kolejne moje marzenie - udało mi się porozmawiać z Jeanette Winterson. Efekt możecie zobaczyć na Innej Stronie. Choć sam wywiad wyszedł, mam wrażenie, dobrze, to to, co się przed nim działo, zapamiętam na długo. Bo naprawdę niewiele brakowało, bym spanikowała i z re…

Po co ci szczęście...

Jeanette Winterson napisała kolejną książkę. Po roku od wydania brytyjskiego mamy polskie. Jest to autobiografia, a zarazem nadal jest to stara dobra, przez jedne kochana, przez innych znienawidzona Winterson. Trzy powody do radości. A nawet cztery, bo w końcu nikogo nie będzie kusić, by pytać, co z tego wydarzyło się naprawdę, a co nie. Bo, inaczej niż w przypadku "Nie tylko pomarańczy" (i pozostałych rzeczy też, ale to właśnie ta książka najczęściej dostaje łatkę "autobiograficzna"), nie otrzymujemy znośnej dla autorki wersji tego, jak było, ale coś, co rzeczywiście było i o czym nie była w stanie dotąd opowiedzieć. Nie znaczy to, że "Po co ci szczęście, jeśli możesz być normalna?" to zamknięta historia, wzorcowa autobiografia spod znaku "urodziłam się, przeszłam przez tyle a tyle etapów mojego życia, a teraz jestem tu i tu". Mamy Winterson dziecko, nastolatkę, a w końcu studentkę pierwszego roku na uniwersytecie w Oksfordzie. Oraz Winterson …

Daleka północ w bliskiej Polsce

W ramach fazy chcę obejrzeć film z Charlize Theron i nie chcę, by to była "Królewna Śnieżka i łowca" (brr) ani "Prometeusz" (mniejsze brr, ale nadal nie był to superfilm) sięgnęłam ostatnio po "Daleką północ". To klimatyczny i cudownie obsadzony (oprócz Charlize zagrali tam między innymi Frances McDormand, Sissy Spacek i Sean Bean) film Niki Caro z 2005 roku o tym, jak pracownice kopalni żelaza w Minnesocie złożyły pozew zbiorowy przeciw właścicielowi firmy o molestowanie seksualne w pracy. Co ciekawe, choć chyba nie dziwne, historia ta wydarzyła się naprawdę, a ów proces był wówczas (lata 80. i 90. ubiegłego wieku) wydarzeniem bez precedensu.

Szukając informacji o "Dalekiej północy", trafiłam na sporo komentarzy w rodzaju "no tak, biedne uciskane kobiety i źli faceci, Kazia Szczuka będzie zachwycona". Nie wiem, czy którakolwiek z osób dzielących się tego typu opiniami obejrzała ten film, jeśli tak, to cóż - może warto zrobić to ponow…

Kolory jesieni

Kolory jesieni są cudowne, nie sądzicie? Wielobarwność tej pory roku zawsze mnie zachwycała, ale nigdy nie tak jak teraz. Powód? Mogę tę feerię barw zobaczyć. Mogę siedzieć z podwiniętymi nogami, laptopem na kolanach i pisać tę notkę. Mogę, bo widzę. I mojemu wzrokowi raczej już nic nie zagraża.

Kiedy czasem zaczynam marudzić, że moje leczenie jeszcze tyle potrwa, myślę o tym, co napisałam powyżej, i jakoś tak od razu przestaję kwękać.

Choroba, która mnie dotknęła, jest chorobą z cyklu upierdliwych, przewlekłych i, jak to ze mną bywa, zaleczalnych, lecz nieuleczalnych. Dopadło mnie bowiem dwóch kolesi o wdzięcznych nazwiskach Graves i Basedow. Choroba Gravesa-Basedewa to autoimmunologiczna choroba tarczycy. Jednym z jej mniej fajnych objawów jest orbitopatia, która charakteryzuje się między innymi wytrzeszczem oczu. Leczona jest sterydami, a tych z kolei efektem ubocznym jest zbieranie się wody w organizmie, co powoduje ogólne opuchnięcie. Ja przez dłuższy czas wyglądałam jak bardzo,…

Ania Laszuk nie żyje

Miałyśmy z Gosią taką głupią zabawę - ilekroć spotykałyśmy Anię Laszuk na jakiejś imprezie, pokazywałyśmy ją palcami i piszczałyśmy: "Ojej, zobacz, to Anna Laszuk, ta słynna dziennikarka. Zobacz, pomachała nam, uśmiecha się do nas!". Anka zawsze reagowała tak samo: "No byście już przestały!". Przestawałyśmy i witałyśmy się, jak należy. A następnym razem robiłyśmy dokładnie to samo.

Gosia poznała Anię jakieś dwadzieścia lat temu, w czasach, gdy do zaprzyjaźnionych klubów przychodziło już tak dużo dziewczyn, że zaczęły się tworzyć grupki. Tę, w której była Ania, Gosia i jej przyjaciółki nazywały kołem gospodyń wiejskich. Po latach dowiedziałyśmy się od Ani, że jej grupa mówiła dokładnie to samo o ekipie Gosi.

Ja znałam Anię głównie z pracy. Mijałyśmy się na korytarzach, czasem znalazłyśmy chwilę, by pogadać. Ostatni raz w marcu tego roku, gdy radziła mi, jak negocjować z wydawcami. Rozmawiałyśmy wtedy o jej książkach, o tym, jak fantastycznym doświadczeniem jest dla…

Historia pewnego ogłoszenia

Takie oto ogłoszenie zawisło wczoraj w domu studenckim Żwirek należącym do Uniwersytetu Warszawskiego:
Kilka godzin po tym, jak powiesiłam jego zdjęcie na naszym profilu na Facebooku, sprawę opisały Inna Strona i Gazeta.pl. Co im się udało ustalić? Że karteczka znikła tak szybko, jak się pojawiła. Że według anonimowej pracownicy akademika, z którą rozmawiała dziennikarka IS, nie ma w tym ogłoszeniu nic dziwnego, wszak takie związki są nienormalne, więc po co je uwzględniać. Oraz - tu będzie dla odmiany coś miłego - że zupełnie inaczej myśli kierowniczka akademika Olga Skonecka (to ona zerwała kartkę), która wyjaśniła, że ogłoszenie jest inicjatywą rady mieszkańców, a ona nie ma nic przeciw temu, by nocowały również osoby będące w związkach jednopłciowych. Wieczorem sprawa wyjaśniła się do końca - wyszło na to, że w samozwańczego obrońcę moralności zabawił się jeden z członków rady, który woli pozostać anonimowy. I miał to być według niego żart, tyle że zapomniał dodać na końcu uśmiec…

Niehigieniczny PRL

"Jak mam o siebie dbać w PRL-u? Jak sobie poradzić bez odżywki najnowszej generacji, bez depilatora i mikrodermabrazji? Te pytania nie dają mi spokoju, od kiedy na nocnych pogaduchach z przyjaciółmi zobaczyłam rząd ogolonych kobiecych nóg. Ja swoich nie golę od paru tygodni." Oto początek artykułu, który przeczytacie tu. Jest to fragment książki napisanej przez dwójkę młodych ludzi, którzy przeprowadzili "niesamowity" eksperyment i przenieśli się w czasie do lat 80. ubiegłego stulecia. Gdyby chociaż użyli wehikułu czasu, ale nie. Zamieszkali w M-3 (dla nieuświadomionych - dwa pokoje z kuchnią), on zapuścił wąsy, a ona przestała golić nogi i zrobiła sobie trwałą. O swoich przeżyciach napisali książkę "Mój mały PRL".

Już po przeczytaniu tego wstępu powinnam rozsądnie i z dbałością o swoje zdrowie (stres mi wyjątkowo szkodzi) zarzucić czytanie. Ale nie. I mam za swoje. Otóż dowiedziałam się z lektury, że kobiety w latach 80. wszystkie bez wyjątku miały trw…

Tak wygląda normalny gej

W odpowiedzi na historię w gimnazjum w Wiązownicy na Facebooku powstał profil "Homoseksualizm to nie choroba". Niestety słabiutki, choć temat aż się prosi o mądrą dyskusję (o co nietrudno, wystarczy pokazać takie zjawisko jak ruch eks-eks-gejów czy historię doktora Roberta Spitzera, która nie wiedzieć czemu nadal służy za argument piewcom teorii o "uleczalności" homoseksualizmu), tak że i wielu lubiących, mimo sporej akcji spamowania "pokrewnych" stron, uzbierać się nie udało. Nie żebym miała do twórczyń tej stronki specjalne pretensje - w końcu początki bywają trudne. Polubiłam zatem i czekałam, aż się rozkręcą, bo lubię, jak ludziom się chce. Dziś jednak przestałam lubić. Bo po paru dniach wrzucania dość miałkiego kontentu pokazało się na niej takie coś:

Idea? Chyba oczywista, zresztą jedna z administratorek potwierdziła ją w komentarzach:

Rzecz jasna takie poglądy to nic dziwnego, nadal całkiem sporo osób uważa, że fajnie, cool i jakże oryginalnie jest…

Można go leczyć. A nawet trzeba

Kilka miesięcy temu prowadziłam warsztaty dziennikarskie dla kobiet powyżej pięćdziesiątego roku życia. Tematyka niby mało kontrowersyjna, w końcu jakie spory ideologiczne miałyby niby wyniknąć z tego, że w internecie lepiej sprawdzają się tytuły informacyjne niż literackie, krótkie akapity, a nie ściana tekstu, czy że warto zadbać nie tylko o sam tekst, ale też o stronę wizualną - zdjęcia, filmy i temu podobne. A jednak - wynikły. Bo, przygotowując materiały ilustrujące dobre i złe praktyki, wybrałam między innymi kilka artykułów, w których pojawiły się takie nazwiska jak Lis czy Kaczyński. A że uczestniczki warsztatów miały poglądy przeróżne, od prawa do lewa, to, zamiast dyskutować o tym, czy pokazywane przeze mnie teksty są dobre czy złe pod względem warsztatowym, spierały się o ocenę ich bohaterów. A ja dokładałam starań, aby, mimo pytań, nie zająć stanowiska i wrócić do tego, co dla nich zaplanowałam. Jakoś się udało. Ale na kolejne warsztaty wybrałam już wyłącznie teksty o mni…