piątek, 14 grudnia 2012

Za wszystkim stoją żydzi

Kiedy miałam piętnaście lat, pewien ksiądz powiedział, że mój ateizm wziął się z tego, że nasłuchałam się opowieści o bogactwie kleru, wypasionych furach, którymi jeździ, i innych takich. Usiłowałam mu wytłumaczyć, że nie, po prostu w pewnym momencie zwyczajnie przestałam wierzyć, ale on wiedział swoje. To był chyba pierwszy raz, kiedy zetknęłam się z poglądem, że za moimi decyzjami stoi jeszcze ktoś poza mną. Że z pewnością nie mogłam samodzielnie dojść do wniosków, do których doszłam. Oraz że moje działania muszą mieć drugie, najlepiej nieszczególnie skomplikowane i obraźliwe dla mnie, dno. Obraźliwe - bo uznanie, że można przestać wierzyć z tak przyziemnego powodu, zwyczajnie umniejszyło rangę tego przeżycia. Bo gdy ma się piętnaście lat i nagle zdaje sobie sprawę, że bardzo ważny dotąd element życia przestał istnieć, to jest to poważna sprawa.

Nie mam pojęcia, czy również wtedy tak powszechne jak teraz było bezrefleksyjne wskazywanie odpowiedzialnych za wszelkie głośniejsze wydarzenia czy tragedie, przypisywanie wszystkiemu motywacji religijnej, politycznej czy ideologicznej. Być może tak, choć mam wrażenie, że brak wiary w to, że ludzie podejmują decyzje samodzielnie, ze swoich powodów, a nie pod wpływem "autorytetów", to coś, co ostatnio narasta. Przykłady? Najbardziej bawią mnie te, gdzie odpowiedzialnych szukają wszyscy i wszędzie. Matka mordowała swoje nowo narodzone dzieci? Winne feministki, wszak ta kobieta z pewnością była wyznawczynią idei "późnej aborcji". Albo winny Kościół i jego podejście do ludzkiej seksualności i praw kobiet. Prawdopodobnie niezrównoważony gość próbował zniszczyć obiekt kultu religijnego? Winni Palikot i Biedroń (i oczywiście Tusk), wszak to oni głoszą (przyzwalają na głoszenie) nienawiści do Kościoła. Albo winien Kościół i jego sprzeniewierzanie się zasadom wiary, tak frustrujące dla jego owieczek. I tak dalej. Coby się nie wydarzyło, w trzy sekundy odpowiedzialni za to zostają odnalezieni, osądzeni i skazani. Ot, przed chwilą przeczytałam komentarz, że za dzisiejszą tragedią w USA (dwudziestolatek zabił w szkole blisko trzydzieści osób, w tym co najmniej osiemnaścioro dzieci) stoi liberalne wychowanie, bez normalnej rodziny i wiary.

Teoria, że za każdym działaniem musi stać jakaś siła, najlepiej polityczna, ma rzecz jasna zastosowanie nie tylko wtedy, gdy dochodzi do tragedii czy przestępstwa. Z naszej bajki - wszak "wiadomo", że osoby nieheteronormatywne w rzeczywistości wcale nie chcą równych praw, nie interesują ich takie drobiazgi jak ochrona przed nienawiścią czy możliwość dziedziczenia bez podatku. To lewica (ewentualnie "zawodowi geje") wykorzystuje je do swoich celów i wmawia im, że potrzebują jakichś specjalnych uregulowań. W końcu jest nam dobrze tak, jak jest, i bez inspiracji ze strony polityków z pewnością nikomu z nas nigdy nie przyszłoby do głowy, że chce zabezpieczyć siebie i najbliższą sobie osobę.

Oczywiście nie jestem na tyle naiwna, by twierdzić, że wszyscy zawsze myślą samodzielnie, czy że nie zdarza się właśnie tak, że ktoś coś robi, bo tak mu mówią jego "autorytety". Z drugiej strony, ów brak wiary w to, że tak bywa, owo automatyczne ocenianie i znajdowanie osób odpowiedzialnych za to czy inne wydarzenie, owo pogrywanie niemal wszystkim, co się dzieje - nieważne, czy jest to jednostkowa tragedia, czy coś o większej skali oddziaływania - jest czymś, co mnie coraz bardziej irytuje, i to niezależnie od tego, kto to robi. Nie, bynajmniej nie twierdzę, że prawda zawsze leży pośrodku, i nie głoszę pochwały umiaru. Prawda bardzo często leży po prostu gdzie indziej, tyle że nikomu nie chce się jej szukać, bo dopatrywanie się wszędzie czyjejś inspiracji, obwinianie tych, z którymi się nie zgadzamy, jest i prostsze, i atrakcyjniejsze, niż sięgnięcie do źródła i sprawdzenie, co się tak naprawdę stało. Tyle że takie zero-jedynkowe myślenie, poza tym, że nieźle brzmi w TV czy z sejmowej mównicy, skutkuje jedynie pogłębieniem podziałów i ugruntowywaniem paranoicznego postrzegania rzeczywistości. Nie ma za to nic wspólnego z choćby próbą znalezienia rozwiązania problemu czy z rzeczywistym przejęciem się wydarzeniem, które się tak zawzięcie komentuje. W przypadku księdza z początku tego tekstu nie miało to specjalnego znaczenia - przynajmniej dla mnie. Tyle że owa niechęć do szukania głębiej dotyczy też niestety spraw znacznie większego kalibru niż to, że jakaś małolata przestała chodzić do kościoła.

6 komentarze :

O ile pamiętam, nie - 15 czy nawet 20 lat temu (dalej moja na tyle świadoma pamięć nie sięga) takich "praktyk heurystycznych" na porównywalną z dzisiejszą skalę nie było...

Ewo, poruszyłaś bardzo ciekawy problem! Nie zgadzam się z diagnozą, że kiedyś taki mechanizm bezrefleksyjnego wskazywania na proste przyczyny zjawisk (wydarzeń, wypadków)w sferze społecznej/ indywidualnej był rzadszy. Konformizm leży w naturze człowieka i jako taki służy socjalizacji i z tego punktu widzenia nie podlega, moim zdaniem, ocenie. Problem w tym, że konformizm w tym procesie jest nagradzany i utrwala się jako postawa, a więc i podstawa myślenia a raczej sądzenia, jeśli zdefiniujemy myślenie jako proces samodzielny i wnikliwy. Dlatego myślenie/przemyślenie dość rzadko jest wykorzystywane przez jednostki.

p.s. Zauważ, straciłaś wiarę, gdy miałaś 15 lat. To też znamienne. Bo dojrzewanie, to ten szczególny okres w życiu, gdy konformizm doskwiera (chemia organizmu "przestawia tory"). Jeśli stracimy wówczas tę okazję do docenienia pożytków nonkonformizmu, to potem już "po ptakach raczej.

Wydaje mi się, że konformizm to tylko jedna z przyczyn problemu. Druga to tendencja do szukania wszędzie argumentów na rzecz swojej sprawy - to już bardziej polityka i dążenie do wygrywania swojego kosztem rzeczywistego zajęcia się problemem. Czy łączy się to z konformizmem? Raczej z egoizmem i wygodnictwem. Choć pewnie do jakiegoś stopnia to to samo.

Bardzo ciekawy tekst!

Brawa za stwierdzenie, że jak już prawda nie leży po żadnej ze stron (owszem, bywa i tak), to nie znaczy, że leży pośrodku, ale leży gdzieś indziej!


No ale co z kwestią samodzielnego myślenia?

Samodzielne myślenie też może być slepym zaułkiem, jeśli po prostu nie widzi się pewnego wycinka rzeczywistości. A to, że nie widzi się wszystkiego, jest w zasadzie całkiem naturalne i może nawet zdrowe, bo widzenie wszystkiego to byłby jakis panoptyzm...

No ale kultura indywidualizmu, której ja nie lubię, pozornie właśnie stawia na samodzielne widzenie i introspekcję, zaprasza do wczuwania się w swoją sytuację. Czy to egoizm, czy konformizm, czy co? Może te epitety brzmią już trochę zbyt literacko i są za bardzo wieloznaczne, żeby wniosły coś do tej dyskusji?

Moim zdaniem decyduje też pewna predyspozycja (lub jej brak) do rywalizacji i promocji siebie, własnego stanowiska. Wydaje mi się, że ludzie chcą często bardziej panować nad swoim światopoglądem niż nim żyć i w ogóle wcielać w życie. To się całkowicie dowolnie przecina z różnymi poglądami bo chodzi o to, czy dane stanowisko zakłada jakąś władzę/mentorską pozycję, a niekoniecznie o to, czy może się reprodukować w sposób zgodny z własnymi deklaracjami.


Czy jeśli zobaczysz więcej, to już nie potrzeba ci introspekcji i analizy wycinkowych danych? Czy możesz brać rzeczywistość taką, jaka jest - przed twoimi oczami (że niby jednak zawsze spektakl?)? Kim wtedy jesteś, czy jeszcze jesteś?

To jakby taki utopijny stan, równie utopijny jak wiara w czystą introspekcję.

Hm, chyba więc niestety nie uciekniemy jednak od etyki - selekcja i wybór tego, co się przyjmuje, co jest w myśleniu pomocne, a co nie i jest zupełnie ignorowane, jest wyborem za którym stoi jakaś etyka, jest wyborem o jakimś zabarwieniu etycznym.

I nie mówię tu o etyce jako o jakimś konkretnym systemie, tylko całkiem poważnie stwierdzam, że musi następować etyczna samoocena: czy to, co widzę/chcę widzieć kontra to, co mnie nie obchodzi, jest uzależnione od mojego interesu, smaku, przyzwyczajeń, uprzedzeń, obojętności?

Dopóki jesteśmy sobie w stanie wystawić trzeźwą ocenę swoich wyborów, to znaczy, że jeszcze nie blądzimy po omacku albo nie siedzimy głęboko w zakłamaniu.

Majac 15 lat powiedzialam Mamie, ze jestem ateistka. Przez kolejne kilka lat udawala, ze niczego nie slyszala. W boga (katolickiego czy jakiegokolwiek innego) nigdy nie wierzylam. Bedac mala dziewczynka bylam zmuszana do chodzenia do kosciola co niedziele, ale traktowalam to jak jeszcze jeden przymus typu szkola, jedzenie sniadania, wkladanie czapki, gdy jest mroz na dworze. Do kosciola sie chodzilo, bo taka byla tradycja, bo tak robili wszyscy. Nie moglam sie wymigac od szkoly, nie moglam sie wymigac od kosciola. Proste. Ale nie przypominam sobie, zebym kiedykolwiek wierzyla w to co slyszalam (jednym uchem) na mszy czy lekcji religii. 10 przykazan to byla kolejna regulka do wykucia. Jako dziecko przestrzegalam zakazow i nakazow, bo byly ustalone odgornie (w sensie prawo) i mialam klopot z ich lamaniem jeszcze jako 14-15 latka (zadnego palenia papierosow w miejscach niedozwolonych czy popijanie wina za szkola ;). Religia byla wlasnie dla mnie takim nakazem, nie mialo to nic wspolnego z wiara. Ot, kolejny nakaz, ktory ktos ustalil i nalezy go przestrzegac. Kto mogl "stac" za 6latka i jej "decyzja"?
Ness

Prześlij komentarz