wtorek, 31 stycznia 2012

Dobrze, że się nie rozbiera

Jak na kogoś, kto ma alergię na mizoginię, piszę o niej wyjątkowo rzadko. Ale ostatnio mnie trafiło. Bo o ile uprawiana przez osoby, które takie rzeczy jak wszelkiego rodzaju równouprawnienie mają w głębokim poważaniu jest czymś, co mnie specjalnie nie rusza, o tyle w przypadku kogoś, kogo o prorównościowe zapędy podejrzewam, jest podwójnie wkurzająca. I oto wczoraj na fejsbukowym profilu znajomego, którego do niedawna zaliczałam do tej drugiej kategorii, znalazłam takie coś:
Ten tekst jest zły na tak wielu poziomach, że nie wiem, od czego zacząć jego komentowanie. Może więc dorzucę jeszcze jeden - w wykonaniu tego samego pana, dodany jako uzupełnienie poprzedniego:
Tak, wiem. W porównaniu z tym, co się wyczynia na forach co większych portali, to jest niemalże szczyt kultury. Wszak jest "Środa", nie "Smroda", do garów też nikt pani profesor nie wysyła, pełna kultura, nieprawdaż? No właśnie nie. Bo od standardowych komentarzy tego typu ten odróżnia tylko większa dbałość o poprawną polszczyznę i brak wulgaryzmów. Jeśli chodzi o merytorykę, to jest to dokładnie to samo. Środa jest głupia, bo jest głupia (jedyną "polemiką" z jej poglądami jest "pomijam już fakt, że na stadionach odbywają się (...) także wspaniałe koncerty"), a poza tym jest stara i brzydka. Dobrze, że się chociaż nie rozbiera jak jej zapewne równie głupie, ale przynajmniej urodziwe, ukraińskie koleżanki. Bo w ich przypadku przynajmniej jest na co popatrzeć, a tu byłoby fuj. He, he.

Dlaczego jednak, skoro to nic oryginalnego, tak się nad komentarzem owego znajomego znęcam? Bo to kolejny (po tych, o których pisałam jakiś czas temu tu) przykład na to, jak bardzo jest źle. Ja tego gościa znam. Jako dziennikarza, aktora i rozumnego człowieka działającego w równie stereotypizowanym środowisku co feministycznie. I zakładam, że nie raz zdarzyło mu się dowodzić, że nie jest wielbłądem, a jednak bezrefleksyjnie obraża nielubianą przez siebie osobę, zamiast choć spróbować polemiki ze stwierdzeniami, z którymi się nie zgadza. Poszukać w nich czegoś więcej niż konfliktu płci. A to w tym przypadku naprawdę nietrudne, wszak nie trzeba się długo zastanawiać, by dojść do wniosku, że koncerty koncertami, ale jednak gdyby nie Euro 2012, to nikt by tych stadionów w takim tempie i ilości nie budował. Że (nie tylko) zdaniem Magdaleny Środy są pilniejsze wydatki, a koncentracja na przygotowaniach do mistrzostw nie tylko sprawi, że inne inwestycje będą musiały poczekać, ale też - że komuś trzeba będzie zabrać. I że nie każdemu musi się podobać robienie priorytetu właśnie ze stadionów, tak jak nie każdy wierzy, że dzięki Euro nastąpi nagle jakiś niesamowity skok cywilizacyjny. Proste? Proste. Ale po co szukać i się zastanawiać, jak zamiast tego można babie głupotą, starością i brzydotą dosunąć. Ech.

Smutne. Jedyny plus z tego, że miałam okazję uświadomić owemu znajomemu, że również się do grona tych paskudnych feministek zaliczam (swoją drogą, jak nie lubię etykiet, tak tej używam z upodobaniem). Mam nadzieję, że pomyślał, że odebrałam jego wynurzenia osobiście. I że zrobiło mu się głupio - wszak trudniej pojechać personalnie po kimś, kogo się zna, niż po pani z telewizji, po której i tak wszyscy jadą.

sobota, 28 stycznia 2012

Co się stało z blogiem?

To nie miało być tak. Miałam w zupełnej tajemnicy przygotować nowy layout na testowej wersji bloga. Dopieszczać go (no, nie sama) przez kilka dni, a potem w ciągu godziny zaimplementować na garniturek i z dumą ogłosić, że oto jest - nowy, lepszy, nowocześniejszy! Zamiast tego jest nowy, lepszy, do dopracowania. Co się wydarzyło? Otóż zamiast wrzucić skórkę do przerobienia na blog testowy, wrzuciłam ją na właściwy. I kliknęłam "zapisz". Nie zapisawszy uprzednio starej wersji (bo i po co, wszak byłam przekonana, że jestem na blogu testowym!). W efekcie jest, co jest - wersja przedostateczna z ostatecznej. I przez jakiś czas muszę z nią żyć. Efekt końcowy ujrzycie już wkrótce, a póki co witam na publicznej próbie wielkiego otwarcia.

A jakby ktoś tęsknił za niebieskim, to zostało mi po nim to:

piątek, 27 stycznia 2012

Nim zapadnie noc

Michaela Cunninghama uwielbiam przede wszystkim za zmasakrowany w wersji filmowej (nigdy, przenigdy po to nie sięgajcie!) "Dom na krańcu świata". Nic, co później napisał, nawet osławione "Godziny", tak mnie nie urzekło. Choć i tak uważam, że największą wadą tego pisarza jest to, że pisze tak mało. Pięć książek w ciągu dwudziestu lat. Dla kogoś, kto po przeczytaniu jednej pragnie sięgnąć po kolejną to niemal nic. Jedną z największych zalet Cunninghama jest dla odmiany to, że, pomimo stałej obecności w jego powieściach homoseksualności, jest ona cudownie nieoczywista i określa bohaterów w nie większym stopniu niż ich pochodzenie czy sytuacja rodzinna. Jak w "Godzinach", gdzie Clarissa ma romans z Richardem, a kilkanaście lat później ona jest w długoletnim związku z kobietą, a on jest gejem. Jak w "Domu na krańcu świata", gdzie zakochany w Bobbym Jonathan tworzy z nim i z Clare nie tyle miłosny trójkąt, co rodzinę. Jak w "Nim zapadnie noc".

Najnowszej powieści Cunninghama nie czyta się lekko. Bo to rzecz o niespełnieniu. I (temat na czasie!) o starości. Rozumianej jako chwila, w której na Petera Harrisa, głównego bohatera spada na świadomość, że zawsze już będzie tym, kim jest. Właścicielem galerii sztuki wystawiającym artystów, którzy prawdopodobnie na zawsze pozostaną jedynie obiecujący. Kimś, kto pragnął być promotorem piękna, a jest jedynie pośrednikiem między twórcami a nabywcami ich dzieł. I to dzieł, z których wartości czy potencjału zdaje sobie sprawę, ale ich tak do końca nie lubi. Tak jak nie lubi instalacji Ruperta Groffa, pierwszoligowego artysty, którego ma szansę pozyskać i który pozwoli mu stać się kimś większym, niż jest i wejść do pierwszej ligi marszandów. Kłopot w tym, że Peter pragnie piękna. Chce pozostawić po sobie coś, o czego wielkości będzie przekonany. I wie, że to pragnienie się nie spełni.

Sztuka nie jest jedyną bohaterką powieści Cunninghama, ale, przynajmniej dla mnie, jest najważniejszą. Bo losy bohaterów rządzą się tą samą logiką. Gdy Peter zastanawia się, jak to się dzieje, że pewnego dnia przeciętny artysta zostaje okrzyknięty wielkim, równie dobrze mógłby się zastanawiać, co sprawia, że ktoś staje się wyjątkowy. I dlaczego on nie jest jednym z tych ludzi. Jak Matthew, jego zmarły dwadzieścia lat wcześniej na AIDS brat, który był ekscentryczny, inny i którego w tej jego inności wszyscy kochali. Jak Ethan, młodszy brat jego żony Rebekki, który przyjeżdża do ich nowojorskiego mieszkania i burzy jego mały uporządkowany świat. Rozbudza w nim pragnienie stania się kimś innym. Niezwykłym, nieodpowiedzialnym, zawsze w centrum uwagi, kimś, kim nigdy nie był, a zawsze chciał być. Peter zakocha się w Ethanie, młodszej wersji Rebekki, ostatniej szansie, by zrobić coś niezwykłego, by wybić się ponad przeciętność, pójść za pięknem, nie za zyskiem czy rozsądkiem. I zupełnie nie przeszkodzi mu w tym świadomość, że Ethan jest narkomanem. I prawdopodobnie umrze - jak starszy brat Petera.

"Nim zapadnie noc" to smutna powieść. Ale, w przeciwieństwie do "Śmierci w Wenecji", z którą trudno jej nie porównywać, tu na końcu pojawia się odrobina nadziei. W końcu w żarliwym pragnieniu czegoś nie ma nic złego. Nawet jeżeli oznacza to niespełnienie.

PS Obiecanej recenzji "Rzezi" nie będzie, po tym nie jestem w stanie już nic o tym filmie napisać. A tu mój mały coming out. Taki trochę inny.

wtorek, 24 stycznia 2012

Starsze mieszczanki z PS3

"Sala była nabita gejami w parach, trójkątach i luźniejszych grupach. Po mojej prawej stronie siedział młody Chińczyk i starszy Anglosas trzymając się za ręce; był to najwyraźniej romans sponsorowany" - napisał niedawno Krzysztof Kłopotowski w, delikatnie mówiąc, mało profesjonalnej recenzji filmu "Żelazna dama". Poznajecie? To z wariantów stereotypu na temat starszych gejów - że jedyne, co ich interesuje, to seks z młodszymi. I na temat gejów w ogóle - że w ich przypadku nie ma związków, są romanse. A jeżeli jest różnica wieku, to są to romanse sponsorowane, wszak młodszy się starszym bezinteresownie nie zainteresuje. Tertium non datur. Zastanawiałam się ostatnio, czy istnieją podobne stereotypy dotyczące starszych lesbijek. I kiedy właściwie zaczyna się nasza "starość". Wszystko to w kontekście opublikowanego przez Inną Stronę artykułu Jacka Kochanowskiego "To nie jest raj dla starych gejów" na temat podwójnego wykluczenia starszych osób nieheteroseksualnych. Dla geja, pisze Jacek, starość zaczyna się w wieku 35 lat. I biada tym, którzy po przekroczeniu tej granicy nie usuną się taktownie w cień, nie zlikwidują profilu na portalu randkowym czy odważą się pląsać w klubie w otoczeniu pięknych dwudziestoletnich. Oczywiście - autor zaznacza, że uogólnia. Ale nie aż tak bardzo.

Jak to wygląda wśród kobiet nieheteroseksualnych (szczególnie tych bardziej ukierunkowanych na kobiety niż mężczyzn)? Przymierzam się do tego tematu od paru dobrych dni (i wykasowanych akapitów) i nadal mam problem. Ze stereotypów na temat starszych (nie określając, ile właściwie trzeba mieć lat, by sobie zasłużyć na to miano) lesbijek (itd.) kojarzę dwa - zewnątrzśrodowiskowy, że generalnie, aby być lesbijką, trzeba przekroczyć pewną granicę wieku, tuszy i brzydoty, bo młode i nieprzekraczające owych granic lesbijki bywają tylko w pornolach. I wewnątrzśrodowiskowy, że te "stare" to grube, agresywne babochłopy w polarach, które śmią psuć młodym zabawę, bywając na przykład w takim Rasko. Kłopot w tym, że żaden z nich tak naprawdę nie odnosi się do wieku. Chodzi o wygląd.

Co zatem z wiekiem? Trudno mierzyć początek "lesbijskiej starości" chwilą, kiedy orientujemy się, że mocno przekraczamy średnią wieku w klubie, w którym zwykłyśmy bywać. Bo lesbijki istotami klubowymi w większości przestają być dość szybko (o ile w ogóle zaczną, wszak bycie "spoza środowiska" jest w cenie) i bez oporów porzucają parkiety i błyszczącą kulę na rzecz miłej mieszczańskiej egzystencji we dwie (plus grono przyjaciół). Oczywiście owa egzystencja nie wyklucza bywania tu i ówdzie, ale też do niego nie obliguje i nikogo nie razi. Prędzej już rażą zbyt "dojrzałe" i na dodatek zadowolone ze swojego życia singielki, wszak życie we dwie to jest to, a jak któraś tego nie chce, to najwyraźniej jest z nią coś nie tak.

Z drugiej strony, mimo zapędów do ustatkowania się, wcale nie musimy być takie stateczne. Nie musimy wyglądać na swój wiek, zachowywać się na swój wiek, myśleć na swój wiek ("na swój wiek" rozumiane stereotypowo, rzecz jasna). Prawko jazdy na motor w wieku czterdziestu lat? Proszę bardzo. A może nowa strzelanka na konsolę na pięćdziesiąte urodziny? Też ujdzie. Tak, wiem, te dobra są dostępne wszystkim niezależnie od płci czy orientacji (a za to zależnie od statusu materialnego). Ale jakoś mam wrażenie, że stereotypowa kobieta nieheteroseksualna prędzej po nie sięgnie niż stereotypowa kobieta heteroseksualna. I szybciej się do tego przyzna. Choć mogę się mylić. Ale jeżeli nie - to przynajmniej część z nas bardzo długo jest młoda (niekoniecznie metrykalnie, ale gdy wziąć pod uwagę standardy kulturowe, to już tak).

Czy zatem można w ogóle mówić o podwójnym wykluczeniu starszych kobiet nieheteroseksualnych (rozumianym jako wykluczenie i ze strony "społeczeństwa", i "środowiska")? Być może tak, ale przyznam, że nie udało mi się znaleźć czegoś, co wyglądałoby na ogólny i specyficzny wyłącznie dla naszej grupy (a nie ogółu "społeczeństwa") trend, a nie jednostkowe doświadczenia. Po części pewnie wynika to z niewielkiej widoczności kobiet w wieku okołoemerytalnym. Która może być też pochodną braku jakiejkolwiek pozainternetowej (bo jest trochę fajnych miejsc na Kobiety Kobietom) oferty dla nich (jak choćby grupy wsparcia czy po prostu towarzyskie w takiej Lambdzie). Tak że ów potencjalny ageizm nie ma zbyt wielkiej możliwości ujawnienia się. Ale mimo wszystko postawiłabym ostrożną tezę, że uprzedzenia ze względu na wiek są u nas o niebo słabsze niż ze względu na wygląd i parę innych. A to już jakiś plus.

wtorek, 17 stycznia 2012

Tarja Turunen się uśmiecha

To będzie miesiąc recenzji na blogu. Prawdopodobnie. W kolejce na opisanie czekają "Nim zapadnie noc" Cunninghama i nowa płyta Ani DiFranco, jutro idziemy na "Rzeź" Polańskiego, a wczoraj bawiłyśmy się na koncercie Tarji Turunen. I to bawiłyśmy zupełnie dosłowne, bo chyba nigdy nie byłam na tak wesołym koncercie. Tak, wiem, Tarja jest mroczna i gotycka, wszak do niedawna była frontwoman (i powodem, dla którego istniał) Nightwish (tak, wiem, że nadal istnieje), a to zespół dla poważnych ludzi w czerni, powłóczystych spódnicach i odpowiednio spranych koszulkach z wizerunkami kultowych zespołów. Czyli według wszelkich danych nie mój klimat. I rzeczywiście, nie mój, choć posiadania wielkiego głosu Tarji odmówić nie mogę.

Ale: to był znakomity koncert. Trochę nierówny, bo nowe piosenki Tarji nie porywają (za dużo w nich metal-popu, za mało klimatu), ale i tak znakomity. Bo operowe kawałki są zachwycające:



Bo akustyczny set był strzałem w dziesiątkę. Bo perkusista dorównywał słynnemu Zwierzakowi:



Bo to, co Tarja wyrabia na scenie, zakrawa na coś nieludzkiego - jak można TAK śpiewać, jednocześnie skacząc, biegając, w ogóle ruszając się?! A przede wszystkim, i tu się wyjaśnia słowo "bawiłam", bo widać było, że Tarja jest szczęśliwa i ten występ sprawia jej niesamowitą frajdę. Bawiła się z publicznością. Nie mogła zejść ze sceny, nawet gdy zespół dawno się zwinął. Robiła groźne miny i gesty, jak na prawdziwą gotkę przystało, by po chwili się z nich śmiać. To był w ogóle, jakkolwiek dziwnie by to nie zabrzmiało, bardzo uśmiechnięty koncert. Taki pozytywny kop w niekoniecznie pozytywnym czasie. Tak że wielki szacunek dla Tarji (i zespołu) - za muzykę, za profesjonalizm, ale przede wszystkim za to, że po tylu latach na scenie i ma, i potrafi dać tak dużo dobrej energii.

Gosia i Ewa układają puzzle

... jedzą obiad z rodziną Gosi i przyjaciółkami, pożyczają serwetki od sąsiadki, chodzą po sejmowych korytarzach i organizują rocznicowy benefit na Miłość nie wyklucza, czyli opowieści TVN Uwaga o latających pannach młodych ciąg dalszy. Lubię te TVN-owskie produkcje, zupełnie serio. Darek ma talent do wyciągania z wielogodzinnych nagrań fajnych wypowiedzi, omijania raf w postaci głupich min, przejęzyczeń, sztuczności. Do robienia ciepłych, zwykłych filmów. Ten był dla nas szczególny, bo pojawili się w nim nie tylko nasi przyjaciele i przyjaciółki, nie tylko artyści i artystki którzy i które nas wspierają, ale też rodzice Gosi. Jak wyszło? Zobaczcie tutaj.

niedziela, 15 stycznia 2012

Ustawa razy trzy

W piątek na konferencji prasowej w Sejmie Sojusz Lewicy Demokratycznej, Ruch Palikota oraz przedstawiciele akcji Miłość nie wyklucza, Grupy Inicjatywnej ds. Związków Partnerskich i przedstawicielka fundacji Trans-Fuzja ogłosili, że złożą wspólnie dwie ustawy - o związkach partnerskich i o umowie związku partnerskiego:





Wytłumaczenie przybyłym na konferencję dziennikarzom i dziennikarkom, dlaczego zamiast jednej ustawy są dwie i czym się one właściwie od siebie różnią, okazało się skomplikowanym zadaniem. Mimo że zebrani po wygłoszeniu swoich oświadczeń kilkakrotnie tłumaczyli, na czym polegają (a na czym nie) różnice między tymi dwoma projektami, w notce prasowej z konferencji dziennikarze PAP-u błędnie podali (a za nimi wszystkie media), że chodzi przede wszystkim o to, że ustawa o związkach partnerskich dotyczyć będzie wyłącznie par jednopłciowych. Prace nad ustawami dopiero się zaczynają, tak że będzie sporo czasu na odkręcenie nieporozumień i wyjaśnienie wszystkich wątpliwości, ale ta sytuacja pokazuje, jak nowy, mimo że nie pojawił się wczoraj, jest to temat i jak wiele pracy czeka wszystkich zaangażowanych w pracę nad powstaniem i promocją tych rozwiązań. Szczególnie że propozycje RP i SLD nie są jedynymi - również poseł Artur Dunin z Platformy Obywatelskiej zapowiedział, że już w lutym jego partia zgłosi swój własny, skromny projekt, który przewiduje rozwiązanie m.in. kwestii dziedziczenia, wspólnego zaciągania kredytów, dostępu do informacji medycznej oraz obowiązku alimentacyjnego.

Oczywiście samo pytanie, czemu dwie partie wspólnie składają dwa projekty ustawy zamiast jednego, było niegłupie. Tyle że równie dobrze można by na przykład spytać, dlaczego mieliśmy aż pięć projektów ustaw regulujących kwestię zapłodnienia in vitro. Lepiej więc, zamiast wnikać w (między)partyjne układy, zastanowić się, który projekt ma największe szanse (to akurat proste - Platformy) i co zrobić, by na przyjęciu minimalistycznych rozwiązań się nie skończyło. I jeżeli spojrzeć na sytuację z tej perspektywy, to dobrą wiadomością jest już sam fakt istnienia projektu pokazującego, że nasze żądania nie kończą się na kwestiach majątkowych (swoją drogą, jak można nie wiedzieć, że co jak co, ale wspólne kredyty możemy akurat brać bez problemu) i że trochę szersze, PACS-opodobne rozwiązanie jest co najwyżej półśrodkiem. Teraz najważniejsze jest, aby przebić się do wiadomości publicznej z różnicami między tymi projektami i nie pozwolić politykom zapomnieć, że nam nie chodzi o cokolwiek, ale o pełną równość. Aby, gdy już (kiedyś, kiedyś...) jakieś rozwiązanie przejdzie, żaden z nich nawet nie pomyślał "dostaliście, czego chcieliście, a teraz się zamknijcie".

A póki co krótkie podsumowanie tego, co już wiemy o poszczególnych projektach ustaw:

Projekt Platformy Obywatelskiej - zakłada, że związek dwóch/dwojga osób (płci dowolnej) będzie regulowany umową notarialną. Skupia się głównie na kwestiach majątkowych - dziedziczeniu, wspólnym zaciąganiu kredytów, obowiązku alimentacyjnym - oraz na umożliwieniu partnerom/partnerkom dostępu do informacji o zdrowiu drugiej osoby.

Ustawa o umowie związku partnerskiego przygotowana dla SLD przez Grupę Inicjatywną ds. Związków Partnerskich, wspierana przez SLD i RP - zakłada, że związek dwóch/dwojga osób (płci dowolnej) będzie regulowany umową notarialną, zgłaszaną później w Urzędzie Stanu Cywilnego. Główna zasada: partnerzy/partnerki dowolnie kształtują wzajemne zobowiązania. Nie daje możliwości uroczystego zawarcia związku, przysposobienia dziecka partnera/partnerki (adopcji "zewnętrznej" też nie), sądowego rozwiązania związku (umowę możne wypowiedzieć nawet jedna ze stron), zmiany stanu cywilnego, zawarcia związku przez osobę poniżej 18 roku życia. Dodatkowy problem - partnerzy/partnerki nabywają prawa (np. prawo dziedziczenia, zasięgania informacji o zdrowiu partnera/partnerki) dopiero po roku od zawarcia związku. Główny (poza wymienionymi brakami) kłopot z tym rozwiązaniem jest taki, że, skoro strony w związku mogą dowolnie kształtować wzajemne zobowiązania, trudno sobie wyobrazić, na jakiej zasadzie będą nabywać prawa. Prawo nie może przecież identycznie traktować związków, w których partnerzy/partnerki nie zobowiążą się wobec siebie do literalnie niczego i takich, które zadeklarują wspólnotę majątkową, alimenty w razie rozstania itd. itp. W końcu prawa (majątkowe i inne) muszą z czegoś wynikać.

Ustawa o związkach partnerskich, czyli tzw. projekt zgody, o którym pisałam tu, przygotowany m.in. przez prawników z grupy Miłość nie wyklucza i KPH, wspierany przez SLD RP - zakłada, że związek dwóch/dwojga osób (płci dowolnej) będzie zawierany w Urzędzie Stanu Cywilnego. Najbliższy małżeństwom. Różnice: możliwość pozasądowego rozwiązania związku (przy zgodzie obu stron), rozdzielność majątkowa jako domyślny ustrój związku (partnerzy/partnerki mogą to zmienić u notariusza).

Więcej informacji, jak już poznamy dokładny kształt ustaw, a na razie zapraszam do zapoznania się z oświadczeniem akcji Miłość nie wyklucza.

czwartek, 12 stycznia 2012

Dziewczyna z tatuażem

Na "Dziewczynę z tatuażem" szłam pełna nadziei i obaw zarazem. Będzie dobrze czy tylko przyzwoicie? Gdyby za kolejną adaptację bestsellerowej powieści Stiega Larssona wziął się ktoś inny niż David Fincher, prawdopodobnie nie miałabym takich odczuć. Ba, nie wiem nawet, czy bym się na ten film skusiła. Kłopot w tym, że od chwili, gdy obejrzałam "Obcego 3", cenię sobie Finchera prawdopodobnie bardziej, niż na to zasługuje. Wybaczam wpadki w rodzaju "Gry" i "Ciekawego przypadku Benjamina Buttona" (w przypadku tego drugiego było to łatwiejsze dzięki genialnej części z Tildą Swinton; oba filmy zresztą nie są złe, po prostu miałam przerost oczekiwań), bo wciąż mam w pamięci "Obcego", "Siedem", "Zodiak", a przede wszystkim "Podziemny krąg". I wciąż czekam na kolejny obraz, który powali mnie na kolana, bo nie wierzę, by ktoś, kto zrobił takie filmy, nagle zapomniał, jak się je robi. Nie kupiłam więc kręcenia nosem na Rooney Marę (że to nie Noomi Rapace, tak jakby nikt już nie pamiętał, że Noomi też nie dla wszystkich była TĄ Lisbeth) i na Amerykanów, co to wszystko muszą przerabiać na swoją modłę. Nie kupiłam również dlatego, że, na boba, "Dziewczyna z tatuażem" nie jest remakiem filmu "Mężczyźni, którzy nienawidzą kobiet" (nie mamy tu więc casusu dętej amerykańskiej "Nikity"), jest po prostu adaptacją książki. A to ogromna różnica. I jeżeli już ktoś miałby ochotę coś porównywać, to nie te dwa filmy, ale to, na ile obie adaptacje oddają książkę Larssona. I pewnie by się okazało, że odpowiedź na to pytanie wcale nie jest oczywista. I tak naprawdę zależy od tego, kto porównuje.

Szwedzki film miał wszystko, co trzeba - mroczny klimat, zagadkę, dobre aktorstwo. Książkową historię uprościł w granicach rozsądku, choć dla tych, co przedkładają słowo pisane nad obraz, zapewne za bardzo. Dla mnie nie, bo, jeżeli tylko się da, staram się oddzielać to, co w druku, od tego, co na ekranie i traktować jako osobne historie. I właśnie jako taka osobna historia film Opleva bardzo mi się podobał. Pierwsza cześć, rzecz jasna, bo kolejne były, cóż, słabe. Tym, co zrobił Fincher, jestem niemal zachwycona. Tak, Rooney Mara to nie TA Lisbeth, a nieco psychopatyczna zbuntowana punkówa (i tylko trochę hakerka, pewnie genialna, rzecz jednak w tym, że tego akurat w filmie aż tak nie widać, bo scen z komputerem w roli głównej jest bardzo mało), bardziej pewna siebie niż zagubiona, niby wyalienowana, ale nie dlatego, że coś się dzieje w jej głowie, ale dlatego, że sama tak zadecydowała. Do tego za wysoka, za dobrze zbudowana i ze zbyt małym smokiem na plecach (i większym na udzie). Tak, Daniel Craig to nie TEN Blomkvist, a co gorsza jest, choć trudno to sobie wyobrazić, jeszcze większą pierdołą niż bohater książki. Na dodatek Fincher wziął więcej z książki niż Oplev, ale też więcej zmienił (dorzucając między innymi kapitalną scenę nieudanej ucieczki Mikaela z domu Martina i świetną rozmowę o niej parę minut później - szczegółów nie zdradzę, żeby nie psuć wam przyjemności). Ale to wszystko - i nowy Mikael, i nowa Lisbeth, i nowe historie - pięknie razem gra. Fincher po raz kolejny pokazał, że jest mistrzem w opowiadaniu historii. Opowiadaniu rwanym, niespiesznym, ale też bardzo konsekwentnym, gdzie żadna scena nie jest przypadkowa czy obliczona na chwilowy efekt. Jest też mistrzem w mruganiu okiem do widzów - zwróćcie chociażby uwagę na koszulkę Plague'a, gdy Lisbeth odwiedza go po raz pierwszy.

Dlaczego więc mój zachwyt jest niepełny? Po pierwsze i mniej ważne - muzyka. Jak cenię Trenta Reznora, tak momentami miałam wrażenie, że reżyser ceni go za bardzo. Słowem, za dużo go. Bo dźwięki, które produkuje, nie są obojętne emocjonalnie i też opowiadają swoją historię, która chwilami jest trochę inna niż to, co oglądamy na ekranie. Po drugie i ważniejsze - zakończenie. Spójne z książką, no, prawie, tyle że to, co się dzieje po spłonięciu pana złego w samochodzie i rozwiązaniu zagadki "co się stało z Harriet Vanger", i co w druku opowiedziane jest na kilkudziesięciu stronach, tu zajmuje kilka minut. I jest tak różne od reszty filmu, że wybija z nastroju. Choć nie na tyle, by zepsuć to, co świetne.

A zatem? Zapomnijcie o szwedzkiej wersji. Zapomnijcie o Noomi Rapace. Nie pytajcie, jak "Dziewczyna z tatuażem" Davida Finchera ma się do "oryginału" Nielsa Ardena Opleva. Nie porównujcie Noomi Rapace i Rooney Mary (Lisbeth Salander), Michaela Nyqvista i Daniela Craiga (Mikael Blomkvist), Petera Habera i Stellana Skarsgårda (Martin Vanger). A najlepiej, jeżeli jeszcze jakimś cudem nie oglądaliście i oglądałyście szwedzkiej adaptacji pierwszej części "Millenium", odwróćcie kolejność i najpierw zobaczcie amerykańską. Bardzo jestem ciekawa wrażeń kogoś, kto to zrobi.

Na ostateczną zachętę - plus ostatni, czyli czołówka. Jedna z najlepszych, jakie w życiu widziałam.



Recenzję dedykuję Przemkowi, który podarował nam zaproszenie na pokaz przedpremierowy.

niedziela, 8 stycznia 2012

Heteroseksualnych kobiet nikt nie pyta o płeć

Heteroseksualnych kobiet nikt nie pyta o płeć. A one nie pytają same siebie.

Większość z nich wplata partnera w najpóźniej trzeci akapit rozmowy z nowo poznaną osobą. Jeśli jest dziecko, wplata się także dziecko. Ja też to robię. Trzask zapadek w mózgu rozmówcy jest niemal słyszalny. Trzask. Ona jest jednak normalna, jest nasza. Najlepiej, żeby dziecko było ukochanym – trochę męczącym – skarbem, a partner był mężem, którego zdanie się poważa.

Najlepiej, żeby w kolejnych akapitach znalazło się miejsce na psa, kota, królika, szwagrów, bratanice, teściów, samochód. Przy trzecim spotkaniu, kiedy już nie liczymy akapitów, zaczynamy rozmawiać o związku. A ty, co robisz z przyjemnością? Sprzątasz czy gotujesz? Przy trzecim stopniu zbliżenia, kiedy już nie liczymy spotkań, rozmawiamy o tym, dlaczego faceci są fajni i dlaczego są głupi. Po trzeciej beczce soli i/lub trzecim piwie rozmawiamy o seksie.

Ale o płci niekoniecznie, bo i o czym tu rozmawiać. To my wydajemy na świat dzieci, to my nadajemy się na żony, to my dajemy dupy, to my zadajemy setki męczących pytań, to my podajemy posiłki, to my nadajemy jak domowe radio, to my wdajemy się w sprzeczki, to my dostajemy w zamian słowo, obrączkę, teściów, szwagrów, kredyt, samochód i cały ten kram. Przecież wiadomo, że jesteśmy kobietami, no nie? To, że któraś tam raczej pokrywa niż daje, któraś tam mrukliwa jest i niezbyt wylewna, dziesiątki innych gotować nie umie, setki innych dzieci lubi wyłącznie cudze i z rozsądnej odległości, tysiące innych chrzani kram i obrączki, a kredyt i samochód ma na siebie, nie robi żadnej różnicy.

Nie ma tu miejsca na pytania o płeć, prawda?

Możesz w pierwszych dwóch zdaniach pochwalić się nagrodą Nobla i wyznać wszystkie swoje morderstwa a w trzecim zdaniu możesz nie mieć ślubu albo nie mieć dziecka, możesz nie umieć gotować albo nie umieć sprzątać, możesz świetnie rozumieć całki, możesz nie rozpoznawać koloru lawendowego, możesz nie mieć kota albo nie spotykać się z żadną rodziną, możesz nawet uważać, że faceci jako grupa nie są opisywalni, możesz woleć niepasteryzowane zamiast Reddsa, możesz się nie malować albo nie odchudzać, możesz mieć na koncie jakieś dziewczyny (to też niezły temat na po trzecim piwie, choć lepiej jednak po piątym), możesz pić, palić i przeklinać, przecież i tak wszystkie to robimy. Ba, jeśli szczególnie dobrze pijesz, palisz i przeklinasz, wskakuj na scenę, będziesz gwiazdą każdej kobiecej imprezy.

To znaczy, oczywiście najlepiej jednak nie przeginać.

Wstydzić się swojego bałaganiarstwa. Nie mądrzyć się za bardzo. Wybrać jednak uniwerek niż politechnikę. Uśmiechać się do cudzych dzieci (żaden problem, jeśli umiesz uśmiechać się do ludzi). Nie mądrzyć się za bardzo. Kiwać głową, że faceci to świnie. Zawsze mieć na sobie troszkę makijażu. Przyhamować z feminizmem, genderslangiem i sympatią dla LGBTQ (coto?). Nie mądrzyć się za bardzo. Mieć przynajmniej półdługie włosy. Zawsze mieć na sobie przynajmniej jeden w oczywisty sposób kobiecy łach. Zawsze patrzeć na koleżanki jak na koleżanki. Nie zapominać, co się mówi w pierwszym, drugim i trzecim zdaniu.

To znaczy, będzie dla ciebie druga szansa. Któraś powie „kobietko”, „babo”, „ale, czy oni są mądrzy, sama powiedz”, „zadbaj o siebie”, „ale kochasz swoje dziecko, prawda?”, „ale ładne staniki to lubisz?”. Nie jeż się wtedy i nie przeginaj, nie mnóż tych szans.

Bo jeszcze ktoś zapyta wprost i co wtedy? Powiesz mu: „tak jestem kobietą” i będziesz udawał, że nie, wcale nie było tak, że któregoś dnia poczułeś obcość nie do przeskoczenia i nazwałeś wszystko, co tu nie pasuje trochę inaczej niż inni?

grafika: www.photoxpress.com, en.wikipedia.org

piątek, 6 stycznia 2012

Homodyktatura? Tak, proszę

Lubię katalogować słowa, które, choć mają swoje, bardziej lub mniej precyzyjne definicje, to w wyniku zbyt częstego i niefrasobliwego używania tak naprawdę mogą określać wszystko lub nic. Taki "queerowy" na przykład. Czy "lewicowy" (ostatnio pod neutralną zapowiedzią sztuk i koncertów w Warszawie w 2012 na Wyborcza.pl przeczytałam, że czeka nas "sama lewicowa pseuodosztuka"). Na tej liście słów pozbawionych znaczenia poczesne miejsce zajmuje się też "radykalizm". I o nim dzisiaj będzie.

Świeży przykład - za radykalne bywało uznawane to, co wyrabiał portal Gaylife. Jeżeli jako tło wziąć działaczowski mainstream, rzeczywiście tak było, wszak kontestowanie cudzych akcji aktywistycznych było jednym z ulubionych zajęć naczelnego owego portalu. Jednak już na tle, nazwijmy je, ogólnospołecznym, to nasi działacze i nasze działaczki są radykalni i radykalne, a były naczelny Gaylife idealnie wpisuje się w rolę umiarkowanego i rozsądnego pieszczoszka konserwatystów, który, jak jest takie zapotrzebowanie, potwierdzi, że dyskryminacji w Polsce niet, a nasze organizacje wymyśliły sobie homofobię, żeby wyciągać kasę z UE. Gdy za punkt odniesienia wziąć dla odmiany postulat pełnej równości, również nasi aktywiści i aktywistki wypadają skromnie i bynajmniej nieradykalnie - wszak bez problemu odpuszczają sobie co bardziej wywrotowe hasła, z adopcją na czele (w temacie - polecam pościk o tymże braku radykalizmu na zaprzyjaźnionym blogu). Jeżeli weźmiemy jednak pod uwagę, że instytucja małżeństwa to wręcz podstawa konserwatywnego myślenia o społeczeństwie, domaganie się właśnie takiej, małżeńskiej, równości jest niczym innym jak wspieraniem istniejącego systemu. Na tej samej zasadzie nie ma nic radykalnego w byciu wierzącym czy wierzącą osobą nieheteroseksualną. W naszym kraju wyznawanie religii (zazwyczaj katolickiej) to standard cywilizacyjny.

Oczywiście już o tym pisałam. I oczywiście wcale nie jest to takie proste. To znaczy tak, jestem przekonana, że żaden z wymienionych przykładów obok radykalizmu nawet nie leżał, ale z drugiej strony wiem, że żyję w społeczeństwie, w którym samo bycie lesbijką, gejem, osobą biseksualną czy transpłciową jest radykalne. A już mówienie o tym bez żenady, reagowanie na homofobiczne zaczepki i niekładzenie uszu po sobie w imię "niezrażania do siebie otoczenia" to niemal ultraradykalizm. Niesamowite (dla mnie) jest, że, choć w ostatnich latach zrobiliśmy właśnie w temacie niekładzenia uszu po sobie niesamowity progres i potrafimy już nie tylko odszczekać, zbluzgać i zmieszać z błotem, ale i obśmiać, to nadal tak wiele i wielu z nas uważa, że takie zachowanie jest czymś niewłaściwym. Homofobia - no tak, trzeba z nią walczyć, najlepiej potakując, szeroko się uśmiechając i nie podkreślając zbytnio swojej odmienności. Ale homodyktatura, którego to zaszczytnego miana doczekały się wszelkie działania spod znaku "sam/a będę określać, co mi wolno", nie no, to już przesada. Wszak nie należy drażnić tych, którzy łaskawie pozwalają nam żyć, a na dodatek jest im nawet trochę przykro, gdy słyszą, że że nie wszyscy pozwalają. Ludzki pan nadal u władzy.

No dobrze, skoro o tym wszystkim, może trochę inaczej, ale jednak już pisałam, to dlaczego robię to po raz kolejny? A bo ostatnio ucięłam sobie pogawędkę z U. O Gaylife i o tym, że ja to bym chciała podobnie wyrazistego miejsca, ale prawdziwie radykalnego. Że mam dość czytania o postulatach czy działaniach naszych aktywistek i aktywistów jako o czymś niesamowicie rewolucyjnym, przyjmowania za dobrą monetę wszelkich objawów warunkowej tolerancji (jesteś w porządku, o ile...) i temu podobnych. U. mi na to, że mi się marzy przemodelowanie sposobu myślenia całego społeczeństwa. Odpowiadam, że nie, że to, co "społeczeństwo" sobie myśli, obchodzi mnie mniej niż zeszłoroczny śnieg. Mnie chodzi jedynie o to, by to, co jest chęcią wpasowania się w normę, przestało być uważane za radykalne. Przez nas. Bo radykalne jest nie domaganie się prawa do zawierania małżeństw, a domaganie się zniesienia instytucji małżeństwa. Nie walka o oficjalne wejście do Kościoła, a walka z hegemonią Kościoła. Nie zabieganie o uznanie, że jesteśmy tacy sami i takie same jak "wszyscy", a bycie innymi i niezabieganie o uznanie, że ta nasza inność jest tylko pozorna. Nie, nie uważam, że powinniśmy być wszyscy jak jeden mąż i żona radykałami i radykałkami, ale irytuje mnie uznawanie postawy konserwatywnej za rewolucyjną. Tak, z perspektywy "społeczeństwa" rewolucyjne jest samo nasze istnienie. Ale my nie jesteśmy (bo nie jesteśmy tak traktowani) "społeczeństwem", my jesteśmy grupą nośników stereotypów, w której co najwyżej wyróżnia się podgrupę normalnych (co się od owych stereotypów odżegnują i utyskują na tych i te, którzy i które im w tym przeszkadzają) i podgrupę nienormalnych (którzy mają to gdzieś). Czemu więc tak uparcie trzymamy się perspektywy, która nie jest nasza?

poniedziałek, 2 stycznia 2012

Z życia homoseksualistek: niechciany podryw

Dziś nieco nietypowa historia z zaniedbanego ostatnio cyklu o homoseksualistkach, bo spojrzymy na facetów z waginami oczami zadeklarowanej heteroseksualistki. Wprawdzie w hejterzeniu nad jej wpisem ubiegł mnie navaira (ale jest mu wybaczone, bo, co tu ukrywać, jest w tym znakomity, a poza tym napisał, od kogo to ma; ja mam dla odmiany od Sylwka, żeby nie było), szczęśliwie jednak w międzyczasie jego autorka postanowiła odpowiedzieć navairze, mam więc pretekst, aby włączyć się do rozmowy.

Na początek kontekst*: tekst niejakiej Damy Kier, który zniszczył navaira, tak pokrótce jest o tym, jak to pewna deklarująca się jako heteroseksualna kobieta naoglądała się filmów z "lesbijkami" i nabrała ochoty na "biseksualne zabawy". Prawdopodobnie (bo czas i miejsce akcji nieco w tej opowieści szwankują) udała się w tym celu do klubu bądź innego miejsca, o którym słyszała, że bywają w nim lesbijki i tam stała się obiektem niechcianego zainteresowania ze strony, jak sama pisze, męskiej lesby. Efekt? Szok, bo o ile podryw w wydaniu nieciekawego dla niej mężczyzny jest czymś, z czym z miejsca sobie potrafi poradzić, o tyle tu ją zamurowało i dopiero po chwili wykrztusiła, że z takim wyglądem podrywająca wychylać się nie powinna, szczególnie gdy nie ma pewności co do orientacji obiektu zainteresowania. W odpowiedzi o mały włos dostałaby od niewyjściowej lesbijki w papę, co, rzecz jasna, było objawem wyjątkowego braku tolerancji dla cudzych poglądów. Wszyscy wszak wiedzą, że jedyną właściwą reakcją na podryw ze strony kogoś, kto się nam nie podoba, jest: "z taką gębą to ty lepiej siedź w domu, a jeśli już musisz wyjść na miasto, to załóż kominiarkę", a jedyną właściwą reakcją na taką reakcję jest potulne zastosowanie się do tej jakże grzecznej porady. Cała ta sytuacja spowodowała u niedoszłej zwolenniczki "biseksualnych zabaw" traumę tak głęboką, że w swoim internetowym pamiętniczku wytoczyła przeciw męskim lesbom ciężkie (i znane już czytelniczkom i czytelnikom tego bloga) działa spod znaku "faceci z waginami psują opinię normalnym lesbijkom i biseksualistkom", ewentualnie "możecie sobie być, jakie chcecie, bylebyście nie były takie, jakie jesteście".

Znamy? Pewnie że znamy, wszak i takie "wnioski", i opowieści o tym, jak to ktoś uprzedził się do (zwykle) gejów po tym, jak któryś próbował go poderwać, krążą po świecie od lat. Pewne novum w tej historii jest takie, że tu uprzedzona obiektem podrywu być chciała, tyle że na jej wdzięki skusiła się niewłaściwa według niej osoba. Zupełna nowość (przynajmniej dla mnie) pojawia się za to w drugim tekście Damy (ach, jak kusi mnie, by napisać "Damy", ale to już by było niegrzeczne, nieprawdaż?):

Napisałam niedawno o męskich lesbach (podkreślam LESBACH). (...) Zapomniałam (...) napisać jasno, że męskie lesbijki mogą być ok, ale męskie lesby już nie (lesba a lesbijka różni się tak samo jak gej a pedał).

Moje ulubione dyskutantki z forum Kobiety Kobietom napisałby zapewne, że tomboye mogą być ok, ale butche już nie. Ewentualnie, że ładne butche są w porządku, a brzydkie (ach, te uniwersalne kanony piękna) nie. Możliwe jednak, że "Damie" Damie (ojej, o mały włos napisałabym w cudzysłowie!) chodzi po prostu o potoczne rozumienie słów "pedał" i "lesba" jako dość powszechnych wulgaryzmów wyrażających pogardliwe nastawienie piszącego do osób nimi określonych. Możliwe też, że ma na myśli coś zupełnie innego. W każdym razie o podziale na "męskie lesbijki" i "męskie lesby" przeczytałam dziś po raz pierwszy i jestem w szoku nie mniejszym niż bohaterka tego tekstu po tym, gdy pewna lesba sprawiła, że przez chwilę nie wiedziała, jak kulturalnie wybrnąć z sytuacji. Ale jakoś sobie z tym szokiem poradzę. Z wrodzonym wdziękiem i kulturą osobistą.

I jeszcze dwie dygresje. W okolicach finału swojej opowieści "Dama" zauważa, że zachowanie owej męskiej lesby było tyleż krzywdzące dla "normalnych kobiet nieheteroseksualnych", co dla niej samej, bo ona poczuła się w tym wszystkim źle. Mimo że, jako często identyfikowana z męskimi lesbami, jestem zupełnie pozbawiona empatii, też poczułam się niemal źle, czytając ten fragment:

Gorzej się poczułam, gdy les mister chciała mi dać w papę za urażenie jej godności, a ja przecież tylko byłam szczera mówiąc, iż z takim wyglądem nie powinna się wychylać nie mając pewności... poza tym nie mam na czole napisane "lesbijka" więc skąd przyszło jej do głowy by pakować łapsko na mój tyłek?

Co spowodowało mój dyskomfort? Pewnie kojarzycie, na co zdarza się żalić "kobiecym" kobietom nieheteroseksualnym - że często brane są za heteryczki, które, wzorem autorki tekstu, nad którym wcale się nie znęcam, chcą sobie poeksperymentować. Gdybym była empatyczna (jak nie jestem), napisałabym, że Miss Kier swoim zachowaniem krzywdę zrobiła właśnie im, umacniając ów stereotyp. Ale nie jestem, więc nie napiszę. Szczególnie że zupełnie mi takie eksperymentatorki nie przeszkadzają, nawet gdy potem płaczą w internetsach, jak to im nie wyszło.

W końcówce ciętej riposty, ekhem, Damy na hejterzenie navairy jest dla odmiany coś o nas:

Dziękuje męskiej lesbie (i ekipie) za reklamę, za pewne ma też od groma antyfanów, toteż liczę na ich przyjazne zdania. Panie odziane w garnitur w trzech częściach pewnie osobiście się tutaj nie pokażą. Muszę im przyznać, na interpunkcji znają się lepiej niż ja, ale interpunkcją nie wszystko się da nadrobić.

Choć "Buszujący w zbożu" nie należy do moich ulubionych lektur, to tu pewna scena pasuje jak ulał. Tuż przed ucieczką Holdena ze szkoły jego kolega Stradlater prosi, by napisał za niego wypracowanie. "Tylko nie napisz za dobrze" - mówi. "Hartzell uważa ciebie za asa w angielskim, a wie, że mieszkasz ze mną w tym samym pokoju. Więc proszę cię, nie pakuj wszystkich przecinków i takich tam różności wszędzie, gdzie należy". "Stradlater nigdy nie omieszka powiedzieć ci czegoś w tym rodzaju. Próbuje ci wmówić, że idiotyzm jego własnych wypracowań polega wyłącznie na złym rozmieszczeniu przecinków" - konstatuje Holden.

I niech właśnie ta konstatacja posłuży za pointę tego wpisu.

*Reszta akapitu po słowie "kontekst" jest tyleż streszczeniem, co moją interpretacją wpisu DK, czyli nie zabawą spod znaku "co autorka miała na myśli", ale "co, być może niechcący, napisała".