Przejdź do głównej zawartości

Posty

Wyświetlanie postów z luty, 2012

Alkohole 24h

Ewa powiedziała: „napisz o alkoholu”. No tak, ale co? Alkohol: wódka, piwo, wino, winiak, rum, brandy, whisky, nalewka, miód. Shoty, longi, drinki, drineczki. Na ciepło i na zimno. W lecie i zimą. Na świeżym powietrzu i w domu. W klubie. Przy okazji i bez. Na smutek i radość. Na złamane serce. Na nerwy. Na wszelki wypadek. W towarzystwie, ale niekoniecznie. Alkohol.

Czytam statusy znajomych : „Dziś pijemy w X”, „A może by tak winko?”, „Ale mam kaca”, „Oby do weekendu, będzie picie”. No cóż, może jestem nudna, ja kaca nie lubię, a najprostszym dla mnie sposobem uniknięcia go jest niepicie. Część nowo poznanych osób, które dowiadują się, co robię w życiu, ma jeden pomysł na moją osobę. Upić mnie. Udowodnić mi, że „nie jesteś wcale taka lepsza”. Część postanawia mi się zwierzać. Im więcej wypiją, tym bardziej się otwierają. W końcu jako terapeutka na pewno wymyślę jakąś cudowną receptę na poszarpane życie, niewyrabianie się w pracy, weekendy spędzone na zapijaniu, rozdarte dzieci, złe ż…

Once Upon a Time

Dawno, dawno temu za siedmioma górami, za siedmioma lasami, za siedmioma rzekami, za siedmioma morzami, reasumując, za wszystkimi siedmioma żyły sobie królewna i jej zła macocha. Wszyscy znacie tę historię: zazdrosna o urodę swojej pasierbicy królowa starała się zrobić wszystko, by pozbyć się swojej małoletniej konkurentki. Doprowadziła biedną dziewczynę do tego, że ta musiała oddać się pod opiekę siedmiu niezbyt wysokich mężczyzn. Z ich szponów uratowało ją zakrztuszenie się jabłkiem, nadesłanym przez troskliwą przybraną matkę.

Historia ta opowiadana była po wielokroć i na wiele sposobów. Dość interesująco przedstawił ją Andrzej Sapkowski w opowiadaniu „Mniejsze zło”. Długo wydawało mi się, że nikt już więcej z tej historii nie wyciśnie. A jednak. Przypadkiem, w poszukiwaniu czegoś nowego, mniej więcej fantasy trafiłam na serial „Once Upon a Time”. Opis zachęcił mnie na tyle, że postanowiłam obejrzeć przynajmniej pierwszy odcinek. Byłam skłonna wyłączyć go na samym początku, kiedy t…

Hyde park?

Póki co skończyły mi się pomysły na ulepszanie bloga. Przynajmniej jeżeli chodzi o stronę graficzną i funkcjonalności. W ostatnich tygodniach udało się wprowadzić większość zmian, które zaplanowałam przed falstartem nowego wyglądu (tu ogromne podziękowania dla Przemka i Łukasza, bez których niewiele udałoby nam się zrobić), pozostałe leżą w gestii Bloggera, który, choć pozostaje moją ulubioną platformą blogową, ma swoje ograniczenia i jest wyjątkowo nieprzyjazny dla wszelkich obcych (jak nasz obecny layout) rozwiązań.

Choć z nowej skórki cieszę się jak dzika (i nie, nie piszcie już, że się wam nie podoba), to rzecz jasna wiem, że nie dla obrazków i funkcjonalności tu bywacie (choć może ktoś, jednak, czasami?). Dlatego większą zmianą na plus jest dla mnie pojawienie się kolejnej autorki - dubiduu - a wraz z nią tematyki, której tutaj wcześniej nie było. Do tego od jakiegoś czasu w komentarzach, głównie na naszym fejsie, pojawiają się pomysły na kolejne zagadnienia, które można by porusz…

Podpisujmy!

No i stało się - pierwszy projekt ustawy o związkach partnerskich (ten najbliższy ideałom akcji "Miłość nie wyklucza") od poniedziałku dostępny jest na stronie Sejmu (tu i tu). Teraz trzeba "tylko" tę ustawę uchwalić. Lub inną (choć wolałabym tę), bo do tego mają przecież jeszcze dojść PACS-y, no i coraz więcej o swoim projekcie mówi też PO. Co zabawne, póki co pomysły Platformy wcale tak źle się nie prezentują. Ba, sytuują ich potencjalny projekt pośrodku - między najambitniejszym, przygotowanym przez prawniczki i prawników MNW i KPH, a PACS-ami. Tak że może być ciekawie.

A skoro projekt jest w Sejmie, to trzeba zacząć naciskać. Naciskamy więc: od dziś można się podpisać pod apelem do marszałkini Sejmu o nadanie biegu "naszej" inicjatywie ustawodawczej oraz do posłów i posłanek o rzeczową debatę i przyjęcie ustawy. Na razie jest nieźle - udało się już zebrać ponad tysiąc podpisów. Rzecz jasna nawet tysiąc razy tyle nie sprawi, że ustawa zostanie przyjęta…

Trzy kolory czytania

Przepis na inicjatywę, która niemal na pewno mi się spodoba? Kobieca, niszowa, promująca kulturę (i w ogóle działalność) niezależną. Dlatego bardzo mnie ucieszył powrót UFY (tak, po blisko dwóch latach bezdomności mają nowy lokal), dlatego promuję i z wielką przyjemnością dałam się ostatnio zaprosić na spotkanie w ramach Wyspy Kobiet, dlatego też mocno kibicuję kolejnemu projektowi grupy stojącej za magazynem "Trzy Kolory" - internetowej księgarni (i nie tylko) 3K.

Tak, wiem, w internecie nie brakuje tego typu inicjatyw, a że "nasza" kultura jest siłą rzeczy dość niszowa, to i "naszym" księgarniom i innym sklepom internetowym do mainstreamu daleko. Gdzie tkwi różnica? W podejściu. Jak napisała mi o tym pomyśle jedna z twórczyń 3K Agnieszka Kraska: "3K to księgarnia internetowa, której zakres tematyczny to duchowość (ta spoza głównego nurtu), feminizm i polityka (też spoza głównego nurtu). To taka księgarnia boginiczno-feministyczna. Książki o tematy…

(Nie) jestem zawodową lesbijką

Kilka lat temu, jak jeszcze nie było tego bloga, naszego ślub i takich tam, po wpisaniu w Google mojego imienia i nazwiska na pierwszym miejscu pojawiało się takie coś:
Nie mam pojęcia, ile atrakcyjnych ofert pracy mnie dzięki temu ominęło, wszak na tego typu kwalifikacje nie ma specjalnego popytu na rynku. To żart, ale nie do końca. Bo choć z pewnością iluś tam osobom chodziło i nadal chodzi po głowie, by ze swojej nieheteronormatywności żyć, a kilku nawet się to udało, to jednak ogromna większość aktywistów i aktywistek działa po godzinach, gdzieś tam między nauką i/lub pracą a życiem prywatnym i innymi sprawami. A jednak stereotyp zawodowego geja czy lesbijki, czyli kogoś, kto niekoniecznie ze swojego aktywizmu żyje, ale czyja orientacja i działalność z nią związana jest czymś, wokół czego toczy się całe jego/jej życie, ma się dobrze. Przykłady? Żeby daleko nie szukać - komentarze pod niedawnym wpisem o rekcjach na uzasadnienie wyroku w sprawie o znieważenie, w których znalazła się …

Kolejny kamyczek do ogródka

"Przecież nikt z nas nie jest bipolarny" - usłyszałam niedawno na spotkaniu kilkunastu lepiej lub gorzej znających się wzajemnie osób. "Bipolarny" (czyli po prostu mający ChAD - chorobę afektywną dwubiegunową) padło jako bardziej wyrafinowany zamiennik starego dobrego "psychicznego".

Sytuacja ta miała miejsce, jak to zwykle bywa z przytaczanymi tutaj historyjkami, w gronie oświeconych i uwrażliwionych na dyskryminację ludzi. Nikt, oprócz kilku osób, z którymi rozmawiałam po spotkaniu, nie zwrócił uwagi na te słowa. Ja też nie - dopiero po fakcie uświadomiłam sobie, że padły. I że nie powinny pozostać bez odzewu. A jednak pozostały.

Nie powinny chociażby dlatego, że wśród osób, które znam i ja, i autor tych słów, są co najmniej trzy z ChAD-em. To nie jest rzadka choroba. W ogóle choroby psychiczne nie są rzadkie. Ba, możliwe, że również ów autor jest na coś chory i po prostu jeszcze o tym nie wie, bo nie miał okazji odwiedzić psychiatry (to nie żart - moj…

Dlaczego ona jest babochłopem?

- I co jeszcze o mnie mówiła?
- No właśnie za to ją pojechałam, mówiła, że gdyby ci się chciało coś ze sobą zrobić, to byłabyś nawet ładną dziewczyną, na pewno byś była i nie może tego zrozumieć i przeżywała to jak potrzaskana. Co jej do tego?
No nic jej do tego, ani mnie w sumie nic do tego, co ona o mnie mówi. Zwykła ciekawskość świata kazała mi wywiedzieć się szerzej tego, co o mnie mówiła. Ludzie mają takie ciekawe koncepcje, „dlaczego ona jest babochłopem”.


Najprostsza jest taka, że nie chce ci się, po prostu ci się nie chce. Jeśli do tego ważysz sobie lekce sprawy stroju, tak wewogle lub masz nadwagę – oj, masz przechlapane, abnegatko. A jak do tego jeszcze nie jesteś typkiem nakierowanym jakoś specjalnie na wzbudzanie sympatii innych, to masz bardzo przechlapane. Zaniedbana jesteś, brzydka jesteś, gorzej, brudna jesteś! Jak powszechnie wiadomo, włos rosnący swobodnie w niewłaściwym miejscu (na policzku, albo na łydce chociażby), bezczelnie widoczna fałdka tłuszczu czy św…

Sama jest sobie winna, mogła nic nie mówić

Na fejsie akcji "Miłość nie wyklucza" pojawił się taki oto obrazek:
To fragment uzasadnienia sądu w sprawie o znieważenie, którą opisywała Wyborcza tu. Krótko: Joanna powiedziała w sklepie, w którym odbywała staż, że jest lesbijką. Koleżanki zaczęły ją szykanować (nazywać "pedałką", komentować jej życie intymne, mówić, że jej zachowanie jest chore, obrzydliwe, nienormalne). Zrezygnowała ze stażu i wytoczyła im proces o znieważenie. Nie o dyskryminację, bo prawo pracy nie chroni stażystów. Przegrała w sądzie pierwszej i drugiej instancji. Sąd uzasadnił swoją decyzję między innymi właśnie zacytowanymi powyżej słowami.

Pod obrazkiem - dyskusja. Spora. Dużo głosów oburzenia na zrównanie przez sąd mówienia o swojej orientacji psychoseksualnej z mówieniem o sposobie realizacji swoich potrzeb seksualnych. Głosy, by apelować. Ale również takie opinie:
tolerancja tolerancją, ale... kto NA STAŻU, nie znając ludzi chodzi i opowiada o swoim życiu seksualnym? i tu teraz nie chodz…

Tabu

Choć wydaje się, że wszelkie co bardziej codzienne aspekty życia osób nieheteronormatywncych są, przynajmniej w "naszym" internecie, jak nie społeczności w ogóle, wydyskutowane do imentu, to niestety tak nie jest. Dziś o trudnym i praktycznie nieobecnym w poważnej debacie temacie uzależnień pisze nasza przyjaciółka dubiduu. Zapraszam do czytania i dzielenia się refleksjami w komentarzach.
Ewa

Od dłuższego czasu nurtuje mnie problem, który z wielu względów, przede wszystkim zawodowych, jest mi bliski. Wielokrotnie osoby zgłaszające się do mnie stawały na trudnej ścieżce akceptacji siebie, nie tylko jako osoby homo- bądź biseksualnej, ale też jako osoby uzależnionej. Uzależnienie i orientacja seksualna inna niż heteroseksualna jest ciężarem, który niełatwo nieść. Trzeba „przyznać się” nie tylko do bycia gejem czy lesbijką, ale też osobą chorą na uzależnienie. Niełatwo o pomoc poprosić, ale też znaleźć pomoc jest trudno.

Wydawałoby się, że to podwójne wykluczenie powinno być po…

U-boty i psychofanki, czyli subiektywny przegląd komentujących

Pierwszy komentarz pojawił się na garniturku 25 sierpnia 2009 roku. Autorem był Adam Biskupiak, który, wkurzony tekścikiem "Grzybobranie i działaczostwo", postanowił mnie poinformować, co sądzi o zawartych w nim oskarżeniach w stosunku do Fundacji Równości. Wynikła z tego "potężna" dyskusja na całe 21 komentarzy (to była wówczas szokująca dla mnie liczba), w której wzięło udział pięć osób i jeden anonim, który może był jedną z tych pięciu osób, a może nie (bo z anonimami nigdy nic nie wiadomo). Co zabawne, cała afera wzięła się z nieporozumienia. Bo nie o tej fundacji pisałam. 
Od tego czasu nieporozumień, komentarzy i komentujących nieco przybyło. Na tyle nieco, że czas najwyższy pokusić o coś, co chodzi mi po głowie już od jakiegoś czasu - małą klasyfikację komentatorek i komentatorów, czyli taki wredny hołd dla tych wszystkich osób, którym chce się czasami zostawić tutaj kawałek siebie.
Najzabawniejszy (i taki, hm, charakterystyczny dla na pewno polskiego, a może …

Dość internetowej prowizorki

Po dwóch latach działalności, niepostrzeżenie, bez imprezy pożegnalnej i wcześniejszych zapowiedzi zniknął z sieci portal W stronę kobiet:
O jego powstaniu, nadziejach, ale też obawach z nim związanych pisałam tu i niestety wygląda na to, że ten gorszy scenariusz stał się faktem: nie wyszło. Mimo sporego zaangażowania twórczyń, inwestycji w newsy, artykuły i felietony ekipie stojącej również za Lesplotami (jeszcze w sieci, ale od dwóch miesięcy nieaktualizowanymi) nie udało się przyciągnąć wystarczająco dużej grupy użytkowniczek (i użytkowników), aby chciało/opłacało jej się dłużej działać. Tym samym z ukierunkowanych na kobiety nieheteroseksualne portali został nam jeden - Kobiety Kobietom. Które zdecydowanie nie są miejscem, na które się wpada, by coś przeczytać (no chyba że jest to kolejna dyskusja na moim ulubionym forum).

Choć jestem w stanie sobie wyobrazić portal, którym W stronę kobiet miało się stać, a się nie stało (wszak znakomitych zagranicznych wzorców, jak She Wired, Velv…

Odeszła. We śnie

Chciałabym Jej oddać hołd. Napisać najpiękniej jak potrafię. I nie mogę. Cały czas myślę, że to niemożliwe, że to nieprawda, i że ja nie chcę, nie zgadzam się. Protestuję.

Pierwszy wiersz: Bez tej miłości można żyć, mieć serce suche jak orzeszek, malutki los naparstkiem pić z dala od zgryzot i pocieszeń…

To Ona nauczyła mnie miłości do poezji. To Ona była powodem, dla którego przestałam pisać wiersze, chociaż natchnienie czasem mi spać nie dawało. Jak bowiem można było po przeczytaniu tomiku Jej wierszy mieć chociaż cień nadziei na to, że własne utwory są chociaż przyzwoite.

Mistrzyni słowa, absolutna i niekwestionowana. Jej wiersze, choć białe, mają upojną melodię, idealny rytm. Każde słowo, każdy wers, każdy utwór był poezją. Kłębowiskiem uczuć i emocji. Czytając jej wiersze, nie potrafiłam ich opanować. I nie wstydziłam się swoich łez wylanych po przeczytaniu „Kota w pustym mieszkaniu”.

Teraz sama czuję się jak ten kot, bo przecież:

Coś się tu nie zaczyna
w swojej zwykłej porze.
Co…