środa, 29 lutego 2012

Alkohole 24h


Ewa powiedziała: „napisz o alkoholu”. No tak, ale co? Alkohol: wódka, piwo, wino, winiak, rum, brandy, whisky, nalewka, miód. Shoty, longi, drinki, drineczki. Na ciepło i na zimno. W lecie i zimą. Na świeżym powietrzu i w domu. W klubie. Przy okazji i bez. Na smutek i radość. Na złamane serce. Na nerwy. Na wszelki wypadek. W towarzystwie, ale niekoniecznie. Alkohol.

Czytam statusy znajomych : „Dziś pijemy w X”, „A może by tak winko?”, „Ale mam kaca”, „Oby do weekendu, będzie picie”. No cóż, może jestem nudna, ja kaca nie lubię, a najprostszym dla mnie sposobem uniknięcia go jest niepicie. Część nowo poznanych osób, które dowiadują się, co robię w życiu, ma jeden pomysł na moją osobę. Upić mnie. Udowodnić mi, że „nie jesteś wcale taka lepsza”. Część postanawia mi się zwierzać. Im więcej wypiją, tym bardziej się otwierają. W końcu jako terapeutka na pewno wymyślę jakąś cudowną receptę na poszarpane życie, niewyrabianie się w pracy, weekendy spędzone na zapijaniu, rozdarte dzieci, złe żony/złych mężów.

Jednym z pytań, które zadaję moim pacjentom, jest to o „pierwszy raz”. Większość z nich nie do końca pamięta, jak to właściwie było, ile mieli lat i jakie okoliczności towarzyszyły temu „rozdziewiczeniu”. Trudno się dziwić, po latach spędzonych na piciu człowiek ma prawo zapominać, każdy kolejny raz zlewa się z poprzednim, łącząc się w niekreśloną magmę. Niełatwo się w tym wszystkim zatrzymać, czasem po prostu wydaje się, że tak już musi być i że właściwie to picie nie przeszkadza aż tak bardzo. Jakoś sobie trzeba wytłumaczyć ten świat. Nawet, jeśli kryje się w tym tłumaczeniu strach przed przyjrzeniem się samemu/samej sobie.

O ile sobie dobrze przypominam swój pierwszy raz z alkoholem, to było to na weselu kuzyna, na które zabrał mnie dziadek. Miałam kilkanaście lat i dużo pomysłów, czułam się bardzo dorosła i tak zostałam potraktowana. Gorzej było rano, kiedy mój ojciec podstawił mi miskę z miną na wpół wkurzoną, na wpół zatroskaną. A dziadek miał „gadane” przez parę lat.

Następne razy były już mniej widoczne i nabierałam wprawy w piciu, więc nie było scen rodzinnych ani pogadanek wychowawczych. Nawet wtedy, kiedy upiłam się z siostrą na przyjęciu poślubnym własnego ojca. No co, była okazja. Siedziałyśmy sobie pod ścianą w kuchni i bawiłyśmy się świetnie. W końcu nie codziennie rodzice biorą ślub, prawda?

Upiłam się też parę razy w liceum i jeszcze parę więcej na studiach. Wydział, na którym wówczas studiowałam, zaliczany był do pierwszej trójki najbardziej rozpitych, zaraz za prawnikami. W oparach dymu papierosowego i nad ciepłym tanim piwem spędziłam niejedną „przerwę” między zajęciami. Wtedy też zaczęłam się przyglądać innym i zwracać uwagę, jak ludzie piją  i co z tego potem wynika. Kilkoro z tamtych czasów pojawiło się w mojej późniejszej karierze z prośbą o pomoc.

Jak to się właściwie stało, że nie zostałam alkoholiczką? Czasem, kiedy się przyglądam niektórym okresom swojego życia, aż dziw mnie bierze, że potrafiłam być tak asertywna. A przecież obciążeń mam aż nadto - alkoholizm w rodzinie, wykluczenie i pewnie parę innych. A jednak nie weszłam na tę ścieżkę, gdzieś z tyłu głowy miałam zawsze, że nie tędy droga, że wcale mi to nie pomaga, że właściwie to ten alkohol do niczego mi nie jest potrzebny.

Po co właściwie pijemy? Czy i na ile wykluczenie społeczne może być przyczynkiem do większego zagrożenia uzależnieniem? Czy osoby homoseksualne piją więcej? A może piją inaczej? Skąd tyle alkoholu w związkach jednopłciowych?

Znajomi śmieją się ze mnie, że słaba pijaczka jestem. Zaglądam pod stół w kuchni, żeby sprawdzić, co też tam mamy. Znajduję francuskie wino od taty, które dostałyśmy latem zeszłego roku. Jeszcze stoi? To jedyna butelka alkoholu, która znajduje się w naszym domu.

A u was?

fot. Wikimedia Commons

poniedziałek, 27 lutego 2012

Once Upon a Time


Dawno, dawno temu za siedmioma górami, za siedmioma lasami, za siedmioma rzekami, za siedmioma morzami, reasumując, za wszystkimi siedmioma żyły sobie królewna i jej zła macocha. Wszyscy znacie tę historię: zazdrosna o urodę swojej pasierbicy królowa starała się zrobić wszystko, by pozbyć się swojej małoletniej konkurentki. Doprowadziła biedną dziewczynę do tego, że ta musiała oddać się pod opiekę siedmiu niezbyt wysokich mężczyzn. Z ich szponów uratowało ją zakrztuszenie się jabłkiem, nadesłanym przez troskliwą przybraną matkę.

Historia ta opowiadana była po wielokroć i na wiele sposobów. Dość interesująco przedstawił ją Andrzej Sapkowski w opowiadaniu „Mniejsze zło”. Długo wydawało mi się, że nikt już więcej z tej historii nie wyciśnie. A jednak. Przypadkiem, w poszukiwaniu czegoś nowego, mniej więcej fantasy trafiłam na serial „Once Upon a Time”. Opis zachęcił mnie na tyle, że postanowiłam obejrzeć przynajmniej pierwszy odcinek. Byłam skłonna wyłączyć go na samym początku, kiedy to czarujący książę na swym równie czarującym rumaku wpada między siedmiu niewysokich facetów i ratuje metodą niezalecaną przez paramedyków ofiarę zakrztuszenia. Cieszę się, że tego nie zrobiłam.

Trudno jakoś sensownie streścić fabułę serialu. Baśń przeplata się w nim z rzeczywistością i nic nie jest oczywiste. Wyobraźcie sobie niewielkie miasteczko w Stanach Zjednoczonych, tak na oko około stu mil od Bostonu, w którym nikt nie pamięta swoich wspomnień, a co ciekawe, nie pamięta o tym, że nie pamięta. Tylko jedenastoletni chłopiec dzięki starej książce wie, że dzieje się coś dziwnego. Swoją  przybraną matkę określa mianem Złej Królowej i pragnąc uwolnić spod jej wpływu mieszkańców Storybrook, odnajduje swoją biologiczną matkę. Wierzy bowiem, że jest ona córką królewny Śnieżki i czarującego królewicza (tego nie wiedzieliście, co?), i że tylko ona może przywrócić miasteczko do prawdziwego życia.

Historie z „realnego świata” przeplatane są z wątkami baśniowymi. Jeżeli jednak myślicie, że znacie bajkę o królewnie Śnieżce i siedmiu krasnoludkach, Czerwonym Kapturku, Jasiu i Małgosi czy wiecie wszystko o prawdziwym charakterze Rumpelstiltskina, to jesteście w błędzie. A oglądając te wątki, dowiadujecie się, kim są w tym mniej realnym dla nas świecie mieszkańcy Storybrook. Bo te dwa światy oczywiście się łączą.

I wiecie co, to wszystko jest spójne. Bardzo rzadko zdarza się twórcom serialu zapędzić na mieliznę czy wpaść w dłużyzny. Jeśli coś mnie nieco rozczarowuje, to fakt, że Zła Królowa (Lana Parrilla, na zdjęciu u góry) jest po prostu... zła. Jak to określiła moja przyjaciółka, trudno mi uwierzyć, że zło może istnieć ot tak, bez przyczyny. Na szczęście oponentka Złej Królowej (którą gra Jennifer Morrison, tak, to ta blondynka z pierwszych 129 odcinków House’a) nie jest osobą bez skazy. Co niewątpliwie dodaje całej historii uroku. Również najszlachetniejsza ze szlachetnych, jaką jawi się nam od dziecka Śnieżka, oprócz charakteru, ma również charakterek.

Zastanawiam się, kiedy scenarzystom skończą się pomysły. Jak na razie wena im dopisuje, a serial z odcinka na odcinek staje się coraz bardziej pomysłowy. Ale pojawiło ich się dopiero 13. Mam jednak nadzieję, że pierwszy sezon nie będzie jednocześnie ostatnim.

niedziela, 26 lutego 2012

Hyde park?


Póki co skończyły mi się pomysły na ulepszanie bloga. Przynajmniej jeżeli chodzi o stronę graficzną i funkcjonalności. W ostatnich tygodniach udało się wprowadzić większość zmian, które zaplanowałam przed falstartem nowego wyglądu (tu ogromne podziękowania dla Przemka i Łukasza, bez których niewiele udałoby nam się zrobić), pozostałe leżą w gestii Bloggera, który, choć pozostaje moją ulubioną platformą blogową, ma swoje ograniczenia i jest wyjątkowo nieprzyjazny dla wszelkich obcych (jak nasz obecny layout) rozwiązań.

Choć z nowej skórki cieszę się jak dzika (i nie, nie piszcie już, że się wam nie podoba), to rzecz jasna wiem, że nie dla obrazków i funkcjonalności tu bywacie (choć może ktoś, jednak, czasami?). Dlatego większą zmianą na plus jest dla mnie pojawienie się kolejnej autorki - dubiduu - a wraz z nią tematyki, której tutaj wcześniej nie było. Do tego od jakiegoś czasu w komentarzach, głównie na naszym fejsie, pojawiają się pomysły na kolejne zagadnienia, które można by poruszyć. A ostatnio padł pomysł stworzenia czegoś w rodzaju hyde parku, gdzie swoje miejsce znalazłyby co ciekawsze dygresje z dyskusji, które giną wśród innych komentarzy. Albo wręcz cyklicznego przygotowywania zestawienia tychże dygresji, aby umożliwić im drugie życie i odpowiedni poziom wydyskutowania. Czy też po prostu stworzenia forum.

Nie jestem specjalną fanką dodawania do bloga nie wiem ilu gadżetów, na dodatek w dobie fejsa trudno mi ocenić, czy jakiekolwiek narzędzia społecznościowe niezwiązane z dużymi platformami czy portalami mają sens, ale na fali tych pomysłów przyszło mi do głowy, że jakieś mikroforum wymiany myśli mogłoby się okazać przydatne. Moja propozycja tu (i w nawigacji u góry po prawej), jak się wam nie spodoba, to je odepnę i tyle. Co nie znaczy, że nie przetestuję pomysłu z zestawianiem dygresji w osobnym tekście, choć mogą z tego wyniknąć dość osobliwe dyskusje. Spójrzcie chociażby na off-topikowe komentarze spod ostatnich postów: toalety dla kobiet i osób niepełnosprawnych płci dowolnej, podwyższenie wieku emerytalnego i Ellen DeGeneres jako wzorzec podejścia do samej siebie. Ale zobaczymy.

Co jeszcze? Piszcie! Główna formuła bloga się nie zmieni, pomysły na nowe teksty wciąż są, chęć do pisania też. Ale też - współtworzycie to miejsce. Dzięki wam żyje, ewoluuje, rośnie. Tak że, na wypadek, gdyby dotąd nie dało się tego zauważyć, jestem otwarta na pomysły. Nawet te przedziwne. W końcu nawet jak nic z nimi nie będę w stanie zrobić, zawsze może z tego wyniknąć kolejny tekst. Do działu humor lub innego.

Na rysunku: Hyde Park, księżna i książę Walii w otoczeniu rowerzystek i rowerzystów, "Vanity Fair", 1879.

czwartek, 23 lutego 2012

Podpisujmy!


No i stało się - pierwszy projekt ustawy o związkach partnerskich (ten najbliższy ideałom akcji "Miłość nie wyklucza") od poniedziałku dostępny jest na stronie Sejmu (tu i tu). Teraz trzeba "tylko" tę ustawę uchwalić. Lub inną (choć wolałabym tę), bo do tego mają przecież jeszcze dojść PACS-y, no i coraz więcej o swoim projekcie mówi też PO. Co zabawne, póki co pomysły Platformy wcale tak źle się nie prezentują. Ba, sytuują ich potencjalny projekt pośrodku - między najambitniejszym, przygotowanym przez prawniczki i prawników MNW i KPH, a PACS-ami. Tak że może być ciekawie.

A skoro projekt jest w Sejmie, to trzeba zacząć naciskać. Naciskamy więc: od dziś można się podpisać pod apelem do marszałkini Sejmu o nadanie biegu "naszej" inicjatywie ustawodawczej oraz do posłów i posłanek o rzeczową debatę i przyjęcie ustawy. Na razie jest nieźle - udało się już zebrać ponad tysiąc podpisów. Rzecz jasna nawet tysiąc razy tyle nie sprawi, że ustawa zostanie przyjęta, ale w momencie, gdy projekt znalazł się w Sejmie, trzeba pokazać, jak wielkiej rzeszy ludzi jest potrzebny. Pisać, uświadamiać, tłumaczyć. I uzbroić się w cierpliwość, bo, choć chciałabym w tej sprawie być optymistką, to jakoś trudno mi uwierzyć, że, nawet dla odwrócenia uwagi od pomysłu z podniesieniem wieku emerytalnego, posłowie i posłanki PO zdobędą się teraz na coś więcej niż ewentualne przygotowanie własnego projektu ustawy o związkach partnerskich (bo takie obiecanki nie grożą, o czym już mieliśmy okazję się przekonać po ubiegłorocznych wyborach, utratą poparcia).

Ale: trzeba próbować. Wszak (to już taka moja mantra) całkiem niedawno, bo w wakacje ubiegłego roku, debatowaliśmy w Sejmie nad wrzuconymi w ostatniej chwili przed wyborami PACS-ami. Do kolejnych wyborów daleko (choć kto wie, kryzys, emerytury i takie tam), a już mamy kolejny projekt i dwa w drodze. Jasne, że już się naczekałyśmy, że chcemy ustawy teraz i natychmiast, ale też trudno nie zauważyć (naprawdę trudno!), jak wiele się w ostatnich miesiącach w tej kwestii dzieje. I to raczej nie dzięki temu, że, jak niektórzy lubią mówić, społeczeństwo czy politycy dojrzeli. Po prostu w pewnym momencie ktoś postanowił wziąć sprawy w swoje ręce (i tu należy oddać palmę pierwszeństwa Grupie Inicjatywnej ds. Związków Partnerskich) i nagle zaczęło się dziać. Czy byłoby tak samo, gdyby wszyscy nadal siedzieli z założonymi rękami? Być może, ale byłby to niezły zbieg okoliczności. Potwierdzający zresztą, że już czas. I nie ma na co czekać.

wtorek, 21 lutego 2012

Trzy kolory czytania


Przepis na inicjatywę, która niemal na pewno mi się spodoba? Kobieca, niszowa, promująca kulturę (i w ogóle działalność) niezależną. Dlatego bardzo mnie ucieszył powrót UFY (tak, po blisko dwóch latach bezdomności mają nowy lokal), dlatego promuję i z wielką przyjemnością dałam się ostatnio zaprosić na spotkanie w ramach Wyspy Kobiet, dlatego też mocno kibicuję kolejnemu projektowi grupy stojącej za magazynem "Trzy Kolory" - internetowej księgarni (i nie tylko) 3K.

Tak, wiem, w internecie nie brakuje tego typu inicjatyw, a że "nasza" kultura jest siłą rzeczy dość niszowa, to i "naszym" księgarniom i innym sklepom internetowym do mainstreamu daleko. Gdzie tkwi różnica? W podejściu. Jak napisała mi o tym pomyśle jedna z twórczyń 3K Agnieszka Kraska: "3K to księgarnia internetowa, której zakres tematyczny to duchowość (ta spoza głównego nurtu), feminizm i polityka (też spoza głównego nurtu). To taka księgarnia boginiczno-feministyczna. Książki o tematyce LGBT również są mocno eksponowane. Chcemy promować małe, niszowe wydawnictwa, chcemy, żeby można u nas było kupić książki, czasopisma, muzykę, których nie ma gdzie indziej. Nie unikamy dużych wydawnictw, ale eksponujemy i promujemy głównie małe i małych. Tam można znaleźć prawdziwe perełki. Mamy u siebie na przykład doskonałą książkę Barbary Srebro Oko Wielkiej Bogini. Barbara założyła wydawnictwo specjalnie po to, aby wydać własną książkę. W podobny sposób powstało Anadiomene - wydawnictwo, z którym też współpracujemy - żeby tłumaczyć i wydawać w polskie edycje książek Elaine Morgan. Nawiązałyśmy też kontakt z zespołem Back To The Ocean i niedługo powinien pojawić się u nas ich maksisingiel, który do tej pory sprzedawany był jedynie podczas koncertów".

Trochę mi to przypomina mój ulubiony sklep muzyczny CD Baby, który promuje (i solidnie wynagradza, w przeciwieństwie do dużych wytwórni) niszowych artystów i artystki, i który jest pierwszym miejscem, poza stronami samych muzyków i muzyczek, w którym szukam płyt. Mam nadzieję, że 3K stanie się podobnym miejscem - gdzie niezależni twórcy i twórczynie będą mieli szansę na debiut i wyjście do szerszej publiczności. I w którym będzie można znaleźć rzeczy, których gdzie indziej w Polsce po prostu nie ma. Tak że polecam rejestrację i regularne zaglądanie - nie tylko zakładka LGBT i lutowe promocje są ciekawe.

niedziela, 19 lutego 2012

(Nie) jestem zawodową lesbijką

Kilka lat temu, jak jeszcze nie było tego bloga, naszego ślub i takich tam, po wpisaniu w Google mojego imienia i nazwiska na pierwszym miejscu pojawiało się takie coś:
Nie mam pojęcia, ile atrakcyjnych ofert pracy mnie dzięki temu ominęło, wszak na tego typu kwalifikacje nie ma specjalnego popytu na rynku. To żart, ale nie do końca. Bo choć z pewnością iluś tam osobom chodziło i nadal chodzi po głowie, by ze swojej nieheteronormatywności żyć, a kilku nawet się to udało, to jednak ogromna większość aktywistów i aktywistek działa po godzinach, gdzieś tam między nauką i/lub pracą a życiem prywatnym i innymi sprawami. A jednak stereotyp zawodowego geja czy lesbijki, czyli kogoś, kto niekoniecznie ze swojego aktywizmu żyje, ale czyja orientacja i działalność z nią związana jest czymś, wokół czego toczy się całe jego/jej życie, ma się dobrze. Przykłady? Żeby daleko nie szukać - komentarze pod niedawnym wpisem o rekcjach na uzasadnienie wyroku w sprawie o znieważenie, w których znalazła się figura "butnych i wiecznie walczących lesbijek" jako opozycja do "po prostu szczęśliwych lesbijek". Z innych przykładów - u Abiekta pojawiło się ostatnio takie coś:
Przyznaję, że trochę zaczynam się nudzić. To znaczy - nie mogę się doczekać kilku kwestii, ale też nudzi mnie ustawa o związkach. Czas na coś nowego i jakiś ferment. Mam nadzieję, że HomoWarszawa będzie tym "nowym", bo i nowe to będzie... Ale chyba chodzi mi też o to, że tematyka LGBT okazuje się w pewnym momencie - gdy mówimy o teraźniejszości - dość wąska. Stąd też chyba Czaplicka nagle odkrywa przed światem, że nago czyta a Tomaszewicz publikuje teksty historyczne.
Zirytował mnie ten fragment, choć początkowo nie wiedziałam, dlaczego. A potem do mnie dotarło - oto działacz powiela stereotyp o zawodowych działacz(k)ach. Ocenia Czaplicką i Tomaszewicz, biorąc pod uwagę jedynie najbardziej widoczną część naszego życia. I gdy nagle - bach - w tej widocznej części dostrzega coś niepasującego do dotychczasowego "wzorca", konstatuje, że komuś się zmieniła optyka. Nie jest to podejście niezwykłe, ale mimo wszystko w wydaniu aktywisty zaskakuje.

Tak, sprawy LGBTQetcetera są dla mnie ważne (i, tak na marginesie, wcale nie uważam, że to wąska tematyka), ciekawe, ba, momentami wręcz fascynujące, nie tylko w kontekście obecnej sytuacji społeczno-politycznej, ale też w wymiarze bardziej uniwersalnym - gry tożsamościami, odcieni wykluczenia, różnic w samopostrzeganiu, siły kulturotwórczej. Stąd taki, a nie inny blog, stąd ileś tam tekstów w innych miejscach, stąd pokazywanie się w mediach, wspieranie przeróżnych akcji i tak dalej. Ale takich ważnych dla mnie rzeczy jest trochę więcej. Że ich nie widać lub widać tylko trochę? Hm, nie wiedziałam, że poziom zaangażowania mierzy się widocznością działań. 

A jednak - niektórzy i niektóre mierzą i mylą widoczność z pełnym oddaniem (wersja pozytywna) lub zafiksowaniem (wersja negatywna). I ciekawa jestem, dlaczego. Bo uważają, że do aktywizmu pcha ludzi ogólne poczucie niedowartościowania i brak własnego życia? Bo myślą, że skoro już ktoś się w działaczostwo bawi, to z pewnością nie ma (a może nie powinien mieć?) czasu na inne sprawy? A może z poczucia, że działacz(ka) to nie do końca człowiek, a już na pewno nie taki zwyczajny, co to i do kina na film akcji pójdzie, i serial obejrzy, i książkę poczyta, no chyba że jest to film, serial i książka aktywistyczna? Lub z innego stereotypu, że osoby nieheteronormatywne w ogóle mają mniej funkcji niż te wpisujące się w normy (np. istnieją wyłącznie w klubach i na paradach, oczywiście organizowanych za pieniądze "normalnej", pracującej i płacącej podatki części społeczeństwa)? Albo z chęci odróżnienia się, podkreślenia, że dla "normalnego" geja czy lesbijki, w przeciwieństwie do tych zawodowych (swoją drogą - czy ktoś kiedykolwiek słyszał o "zawodowych biseksualist(k)ach"?), życie nie kręci się tylko wokół własnej orientacji? 

Ha, pewnie z tego wszystkiego po trochu i jeszcze z paru innych rzeczy. Na przykład z przedziwnych opowieści jednych działaczy o innych działaczkach. Bo coś mam wrażenie, choć może mylne, że i Czaplicka nie dlatego zaangażowała się kampanię "Nie czytasz? Nie idę z Tobą do łóżka", że tematyka LGBT zrobiła się dla niej zbyt wąska czy nudna (zresztą akurat ta akcja jest jak dla mnie multizorientowana i w tym jej urok). Ale oczywiście mogę się mylić.

środa, 15 lutego 2012

Kolejny kamyczek do ogródka


"Przecież nikt z nas nie jest bipolarny" - usłyszałam niedawno na spotkaniu kilkunastu lepiej lub gorzej znających się wzajemnie osób. "Bipolarny" (czyli po prostu mający ChAD - chorobę afektywną dwubiegunową) padło jako bardziej wyrafinowany zamiennik starego dobrego "psychicznego".

Sytuacja ta miała miejsce, jak to zwykle bywa z przytaczanymi tutaj historyjkami, w gronie oświeconych i uwrażliwionych na dyskryminację ludzi. Nikt, oprócz kilku osób, z którymi rozmawiałam po spotkaniu, nie zwrócił uwagi na te słowa. Ja też nie - dopiero po fakcie uświadomiłam sobie, że padły. I że nie powinny pozostać bez odzewu. A jednak pozostały.

Nie powinny chociażby dlatego, że wśród osób, które znam i ja, i autor tych słów, są co najmniej trzy z ChAD-em. To nie jest rzadka choroba. W ogóle choroby psychiczne nie są rzadkie. Ba, możliwe, że również ów autor jest na coś chory i po prostu jeszcze o tym nie wie, bo nie miał okazji odwiedzić psychiatry (to nie żart - moja zaprzyjaźniona terapeutka zupełnie poważnie twierdzi, że nie ma osób w pełni zdrowych, są tylko niezdiagnozowane). Tak jak jest całkiem prawdopodobne, że na tym spotkaniu był ktoś dwubiegunowy. Może nawet więcej niż jeden ktoś. Tylko że pan "przecież nikt z nas nie jest" najwyraźniej nie zdaje sobie sprawy, że osoby leczące się psychiatrycznie nie mają tego wytatuowanego na czole. Że mogą świetnie funkcjonować w społeczeństwie. Na tyle świetnie, że, dopóki nie powiedzą o sobie wprost, nikt się nie dowie.

Nie tylko osoby nieheteronormatywne robią coming outy. Nie tylko one boją się odrzucenia, stygmatyzacji, wykluczenia. Nie tylko one borykają się z brakiem wiedzy otoczenia na ich temat, padają ofiarami dyskryminującego języka, są przedmiotem "żarcików". Tak, "pedał" i "ciota" to, według sondażu CBOS z 2007 roku, uznawane za najbardziej obraźliwe słowa z katalogu wyrażeń dyskryminujących określone grupy. "Psychiczny" pewnie nawet się nie znalazło na liście do wyboru. Wszak określenia tego typu nie są zaliczane, przynajmniej w powszechnym odbiorze, do mowy nienawiści. Ot, takie niewinne słówko. Wszyscy go czasami używamy, nieprawdaż?

Nie, nie zmierzam do jakiejś wyrazistej pointy czy mojego psychiatrycznego coming outu, choć byłby to piękny akcent na zakończenie tego posta. Po prostu wrzucam kolejny kamyczek do mojego ulubionego ogródka "jak to osoby dyskryminowane nie mają świadomości, że również dyskryminują". Ku przemyśleniu i przestrodze. Nie wiem, jak wam, ale mnie się zdarzyło parę razy w życiu zastygnąć z przerażenia, gdy ktoś, kto o mnie nie wiedział, powiedział przy mnie coś w stylu "niech ci zboczeńcy robią ze sobą, co chcą, ale od dzieci im wara". I czasami jest tak, że gdy my coś mówimy, to ktoś inny czuje dokładnie to samo, choć z zupełnie innego powodu. A nam to nawet nie przyjdzie do głowy.

sobota, 11 lutego 2012

Dlaczego ona jest babochłopem?

- I co jeszcze o mnie mówiła?
- No właśnie za to ją pojechałam, mówiła, że gdyby ci się chciało coś ze sobą zrobić, to byłabyś nawet ładną dziewczyną, na pewno byś była i nie może tego zrozumieć i przeżywała to jak potrzaskana. Co jej do tego?
No nic jej do tego, ani mnie w sumie nic do tego, co ona o mnie mówi. Zwykła ciekawskość świata kazała mi wywiedzieć się szerzej tego, co o mnie mówiła. Ludzie mają takie ciekawe koncepcje, „dlaczego ona jest babochłopem”.


Najprostsza jest taka, że nie chce ci się, po prostu ci się nie chce. Jeśli do tego ważysz sobie lekce sprawy stroju, tak wewogle lub masz nadwagę – oj, masz przechlapane, abnegatko. A jak do tego jeszcze nie jesteś typkiem nakierowanym jakoś specjalnie na wzbudzanie sympatii innych, to masz bardzo przechlapane. Zaniedbana jesteś, brzydka jesteś, gorzej, brudna jesteś! Jak powszechnie wiadomo, włos rosnący swobodnie w niewłaściwym miejscu (na policzku, albo na łydce chociażby), bezczelnie widoczna fałdka tłuszczu czy świecący nos, brak uśmiechu na zawołanie, zmarszczka przy brwi – to wszystko jest BRUDEM. Bycie miłą dla oka to obowiązek, z którego nie chcesz się, leniwcu jeden rozpasany, wywiązać. A nasza cywilizacja opiera się na dbaniu o czystość, a nie na lenistwie. Więc rada: zadbaj o siebie. W końcu.

Drugie wytłumaczenie zagadki babochłopa brzmi: „bo ty nie umiesz, jesteś brzydkim kaczątkiem!”. Twój wygląd wynika z tego, że nie ogarniasz trendów, nie odróżniasz garsonki od garsoniery, full cupa od full lighta i wszystko ci jedno, czy tusz jest HP czy Maybelline. Jeśli, będąc babochłopem, nie będziesz wychylać się, komentując fachowo stylizacje koleżanek, dyskutując o kosmetykach, jeśli nie pokażesz przypadkiem starego zdjęcia, na którym (OBORZETOTY?!!!) wyglądasz „eee, tak inaczej”, możesz liczyć na pomoc! Dzięki niej twój nienormalny stan będzie przejściowym epizodem. Większość kobiet będzie chciało ci doradzać, uczyć, pokazywać, pożyczać, by potem podpisać się pod twoją metamorfozą i zostać trzecią Trinniisjuzaną.

Jeśli się wychylasz, cóż, trzeba poszukać innego tłumaczenia. Prawdopodobnie masz problem i się ukrywasz za męskimi ciuchami. Nie akceptujesz ciała swego. Płci swojej. Seksualności. Whatever. Jesteś seksualną anorektyczką. Byłaś gruba. Jesteś chora. Ktoś ci coś złego zrobił. Masz syndrom brzyduli. Niepotrzebnie czujesz, że musisz grać twardą laskę (przecież wiadomo, że nie da się BYĆ twardą laską). Chcesz być niewidzialna. Cóż, jeśli wsłuchasz się w siebie, poczujesz, że jesteś delikatna jak kaczuszka a zarazem przepełnia cię moc kobiecości i będziesz umiała uzewnętrznić swoje prawdziwe, ładne ja. Weź se kup jakiś poradnik, albo lepiej, zgłoś się do make-overa, wyciśniesz łzy publice.

Ale może to nie tak, bo ty feministką jesteś. Cóż, „jesteś feministką” i „masz problem” to prawie synonimy, ale ja tu to rozdzielę, bo w byciu feministką oczywistym motywem dziwaczenia i babochłopienia jest niedopchanie. Na pewno nikt cię nie chciał, chłopa nie masz, a trzeba ci chłopa, może ty tego nie wiesz, ale trzeba i już, inni wiedzą. No i jak chłopa nie ma, to fiksum dyrdum, panietego. W tym stanie zresztą chłopa nie znajdziesz, a że nie masz, to masz, jak masz, normalnie błędne koło.

No ale przecież jest jeszcze inne proste wytłumaczenie – jesteś lesbijką, uny tak majo. I wszystko by się tu układało, bo to ty jesteś mężem, więc spodnie na dupę, wiadomka, a ta druga przy garach lata w spódnicy. Dziwne, ale do przełknięcia. Tylko skąd się te drugie biorą, skoro wiadomo, że wszystkie lesbony to babochłopy? Niby proste, a jednak nie. No i nie dziw się, że ci znajomi, co ciebie konkretnie lubią, ale tych homo to ogólnie raczej nie, będą omijać mózgiem takie wytłumaczenie. Aha, jeśli przypadkiem naprawdę nie jesteś hetero, twoje problemy dopiero się zaczęły. Bo może jesteś facetem z cyckami? Hmmm?

A jaka jest moja odpowiedź na pytanie, dlaczego jestem babochłopem?

No cóż, dla przyjemności. Zajebistej przyjemności strojenia się w koszule w kratkę, koszule w paski, koszule w rzucik, czarne koszule i szare koszule, i jeszcze bluzki koszulowe, a w pewnych wariantach w koszulowe body. Kapelusze, krawaty, paski, szelki, pikolaki, glany, marynarki, pulowery, kamizelki… Jak ja się cieszę, że tyle już mam, a tyle jeszcze przede mną. I dla innej zajebistej przyjemności, którą jest poczucie jedności ze swoim ciałem, któremu robię tylko i wyłącznie przyjemne rzeczy, a które nie jest ani przedmiotem obróbki skrawaniem, ani obiektem kultu. Dla jeszcze innej zajebistej przyjemności związanej z adekwatnym wyrażeniem swojej osobowości poprzez swój wygląd. I następnej zajebistej przyjemności spokoju i ciszy, jaką daje wolność od bycia obiektem zainteresowania osób, którymi ja się nie interesuję. I kolejnej zajebistej przyjemności – strojenia się strojem do takiego zachowania i stylu bycia, z którym najlepiej się czuję. I ostatniej, malutkiej przyjemności śledzenia tych wszystkich WTF-ów, także WTF-u tej pani, która, jak wiem z drugiej ręki, nie ogarnęła.

grafika: www.jckelchner.net, wikimedia.org, www.blogcdn.com

Sama jest sobie winna, mogła nic nie mówić

Na fejsie akcji "Miłość nie wyklucza" pojawił się taki oto obrazek:
To fragment uzasadnienia sądu w sprawie o znieważenie, którą opisywała Wyborcza tu. Krótko: Joanna powiedziała w sklepie, w którym odbywała staż, że jest lesbijką. Koleżanki zaczęły ją szykanować (nazywać "pedałką", komentować jej życie intymne, mówić, że jej zachowanie jest chore, obrzydliwe, nienormalne). Zrezygnowała ze stażu i wytoczyła im proces o znieważenie. Nie o dyskryminację, bo prawo pracy nie chroni stażystów. Przegrała w sądzie pierwszej i drugiej instancji. Sąd uzasadnił swoją decyzję między innymi właśnie zacytowanymi powyżej słowami.

Pod obrazkiem - dyskusja. Spora. Dużo głosów oburzenia na zrównanie przez sąd mówienia o swojej orientacji psychoseksualnej z mówieniem o sposobie realizacji swoich potrzeb seksualnych. Głosy, by apelować. Ale również takie opinie:
tolerancja tolerancją, ale... kto NA STAŻU, nie znając ludzi chodzi i opowiada o swoim życiu seksualnym? i tu teraz nie chodzi o hetero, bi, trans czy gej... no proszę Was
w pracy się pracuje, a nie plotkuje, opowiada o życiu seksualnym, nie siedzi na fb czy nk. Nie za to nam płacą.
jeśli ktoś powie mi że jest heteroseksualny to o czym najpierw pomyślę - czy jego marzeniem jest dom, rodzina, dzieci, pies i kot, czy może o tym co dotyczy jego seksualności w rozumieniu zachowań seksualnych?
Takie stwierdzenia to rzecz jasna nic nowego. Wszak całkiem sporo osób tłumaczy ukrywanie swojej orientacji w miejscu pracy tym, że to według nich sprawa intymna, że o tym się nie mówi, że w pracy się pracuje itd., itp. I te komentarze to po prostu inna odmiana takiego myślenia. Które nie dotyczy oczywiście orientacji heteroseksualnej. Bo tę można komunikować swobodnie ("byłam wczoraj z Piotrkiem w kinie", "na wakacje wyjeżdżamy z Joanną do Grecji"...) i zazwyczaj nikomu się z seksem nie kojarzy (no, może oprócz autora ostatniego komentarza).

Mimo wszystko jednak takie komentarze mnie zaskakują. Tak jakby te osoby nigdy się nie spotkały z powielonym w uzasadnieniu sądu stereotypowym przekonaniem, że orientacja psychoseksualna (inna niż heteroseksualna) jest związana tylko i wyłącznie z seksem. Tak jakby i one uważały, że powiedzenie "jestem lesbijką" czy "a ja i moja dziewczyna" jest równe opowieściom spod kołderki. Tak jakby nie wiedziały, dlaczego tak naprawdę tyle osób nie mówi otwarcie o swojej orientacji (nie tylko w pracy). I na dodatek miały Joannie za złe, że nie dość, że śmie żyć otwarcie, to jeszcze pozywa te, które ją z powodu tej otwartości poniżają.

Nie mam pojęcia, czy ta sprawa była do wygrania, czy nie. Niezależnie od tego - kuriozalny jest nie tylko będący przedmiotem dyskusji fragment uzasadnienia (oparty na uprzedzeniach, a nie obiektywnej ocenie sytuacji), ale też reakcje na nań. Bo pokazują, że nadal jest ileś tam osób, które są przekonane, że nam wolno mniej (pisałam o tym kiedyś tu) i że równość nam się nie należy. Nawet równość polegająca na tym, że możemy, jeśli mamy taką chęć, na pytanie koleżanki z pracy "Co robiłaś w weekend?" odpowiedzieć po prostu: "Gosia jest przeziębiona, więc siedziałyśmy w domu".

czwartek, 9 lutego 2012

Tabu

Choć wydaje się, że wszelkie co bardziej codzienne aspekty życia osób nieheteronormatywncych są, przynajmniej w "naszym" internecie, jak nie społeczności w ogóle, wydyskutowane do imentu, to niestety tak nie jest. Dziś o trudnym i praktycznie nieobecnym w poważnej debacie temacie uzależnień pisze nasza przyjaciółka dubiduu. Zapraszam do czytania i dzielenia się refleksjami w komentarzach.
Ewa

Od dłuższego czasu nurtuje mnie problem, który z wielu względów, przede wszystkim zawodowych, jest mi bliski. Wielokrotnie osoby zgłaszające się do mnie stawały na trudnej ścieżce akceptacji siebie, nie tylko jako osoby homo- bądź biseksualnej, ale też jako osoby uzależnionej. Uzależnienie i orientacja seksualna inna niż heteroseksualna jest ciężarem, który niełatwo nieść. Trzeba „przyznać się” nie tylko do bycia gejem czy lesbijką, ale też osobą chorą na uzależnienie. Niełatwo o pomoc poprosić, ale też znaleźć pomoc jest trudno.

Wydawałoby się, że to podwójne wykluczenie powinno być pod specjalną kuratelą naszych „przyjaznych miejsc” w sieci. Że internet, jako najpopularniejsze narzędzie komunikacji, poda jak na tacy profesjonalną odpowiedź ludziom potrzebującym.

Postanowiłam poszukać jakichś odpowiedzi w zaprzyjaźnionych portalach. Zaczynam od forum Kobiety Kobietom. Znajduję kilka wątków pełnych porad, co powinnam zrobić, jeśli moja kobieta jest alkoholiczką bądź narkomanką. Znajduję też kilka zawołań o pomoc. „Moja kobieta jest uzależniona, co robić?”. Odpowiedzi są jakże proste: „rzuć ją”, „albo ty, albo alkohol”, „po co ty w ogóle z nią jesteś”, „wyprowadź się od niej”. Wśród przepychanek między foremkami  można się pogubić. Każda wie najlepiej, każda powołuje się na przykłady z własnego życia. Niewiele to wnosi do tematu, a osobie proszącej o pomoc nie zostawia nic innego, jak poczucie chaosu i osamotnienia. Szukam dalej - Lambda. Jest oferta programu dla osób uzależnionych od alkoholu - grupa i spotkania indywidualne. Fajnie, jeśli jesteś z Warszawy. Czy wszystkie osoby uzależnione i ich rodziny mieszkają w Warszawie? Nie sądzę. Wchodzę na Inną Stronę i...? Znajduję jedną grupę, do której nie mogę się dostać, bo jest zamknięta dla osób z zewnątrz. Na stronie KPH znajduję poradnik dla kobiet homoseksualnych o tym, czym jest uzależnienie. Alleluja! Jeden artykuł, który, z całym szacunkiem dla autorki, wiele do sprawy nie wnosi. Na Homikach po wpisaniu w wyszukiwarkę hasła „uzależnienie” wita mnie artykuł „Pijany jak... pedał, czyli o alkoholu oraz syndromie dnia poprzedniego”, w którym, oprócz sposobów na kaca (z przepisami), znajduję również kilka cennych rad, jak poznać, czy już mam problem, oraz ogłoszenie o programie Lambdy z 2006 r.

„Czy jesteś lesbijką”, „Rodzice osób homoseksualnych”, „Seks i AIDS”, „Czy Bóg kocha homoseksualistów” - o tym piszą portale środowiskowe. To ważne kwestie i pisanie o nich też jest ważne. Zastanawia mnie tylko, dlaczego nie ma odpowiedzi na pytania: „Co zrobić, kiedy partner/partnerka zaczyna za dużo pić?”, „Czy jestem uzależniona?”, „Gdzie szukać pomocy dla siebie?”, „Co, gdy moja partnerka/mój partner mnie bije?”. Trudne? Pewnie, że trudne. Ale jeśli chce się ludziom pomagać, to nie zawsze jest łatwo. Niech się na mnie redakcje nie gniewają, ale to wszystko, co znalazłam nie napawa mnie optymizmem.

Problem jest spory. Problem, o którym z jakiegoś powodu nie rozmawiamy. Sprawa jest wstydliwa na tyle, że właściwie nie pojawia się w sposób profesjonalny i pomocny osobom, które choroba uzależnienia dotknęła.

O co chodzi? Czy w pędzie pokazywania, jacy to jesteśmy fajni i jak bardzo należą nam się prawa takie jak innym, nie zapomnieliśmy o sprawach najważniejszych? O tym, jak sobie pomagać, kiedy nasz partner czy partnerka jest uzależniony/uzależniona. Kiedy w związku jest przemoc. Kiedy jesteśmy ofiarami. Dlaczego w naszym środowisku nie ma poważnej dyskusji na ten temat? Dlaczego zapominamy, że pod wieloma względami jesteśmy na uzależnienia bardziej narażeni i narażone niż osoby heteroseksualne?

Forumowe „dobre rady” tu nie wystarczą.

poniedziałek, 6 lutego 2012

U-boty i psychofanki, czyli subiektywny przegląd komentujących

Pierwszy komentarz pojawił się na garniturku 25 sierpnia 2009 roku. Autorem był Adam Biskupiak, który, wkurzony tekścikiem "Grzybobranie i działaczostwo", postanowił mnie poinformować, co sądzi o zawartych w nim oskarżeniach w stosunku do Fundacji Równości. Wynikła z tego "potężna" dyskusja na całe 21 komentarzy (to była wówczas szokująca dla mnie liczba), w której wzięło udział pięć osób i jeden anonim, który może był jedną z tych pięciu osób, a może nie (bo z anonimami nigdy nic nie wiadomo). Co zabawne, cała afera wzięła się z nieporozumienia. Bo nie o tej fundacji pisałam. 

Od tego czasu nieporozumień, komentarzy i komentujących nieco przybyło. Na tyle nieco, że czas najwyższy pokusić o coś, co chodzi mi po głowie już od jakiegoś czasu - małą klasyfikację komentatorek i komentatorów, czyli taki wredny hołd dla tych wszystkich osób, którym chce się czasami zostawić tutaj kawałek siebie.

Najzabawniejszy (i taki, hm, charakterystyczny dla na pewno polskiego, a może i paru innych, internetu) typ to wiem lepiej. Rzecz jasna każdy i każda czasami wie lepiej (a ja to już w ogóle wiem najlepiej), ale tu chodzi o stan permanentny, a nie okazjonalne wybryki. Wiem lepieje są przeróżne - niektóre lepiej niż my wiedzą, co chciałyśmy napisać, inne idą o krok dalej i lepiej wiedzą, co powinnyśmy były napisać, jeszcze inne dysponują tak rozległą wiedzą, że nie mam pojęcia, dlaczego wybrały naszego skromnego blogaska do dzielenia się nią. No chyba że należą jednocześnie do kategorii...  weź i zrób. Czyli uważają, że tutaj nie wypowiadają się Gosia, Ewa i All (no właśnie, All, wypowiedz się, nie tylko w komentarzach!), ale Biedroń, Grodzka, KPH i cała branża (czyli Biedroń, Grodzka i KPH), i że w związku z tym mamy wpływ na wszystko (i odpowiadamy za wszystko), co ktokolwiek, gdziekolwiek, kiedykolwiek pod szyldem z literkami LGBTQireszta wyprawia. Do nas więc należy kierować wszelkie uwagi, zastrzeżenia, dobre rady i inne takie. Wrrr!

Mimo że weź i zrób wywołuje u mnie pewne zacietrzewienie, to w kategorii najbardziej irytujący komentatorzy i komentatorki prowadzi ktoś inny - nieliczna na szczęście ekipa U-botów. Cecha charakterystyczna - lubowanie się we wtrętach osobistych spod znaku "bo ty" ("jak możesz o tym pisać, skoro sama...", "no przecież to prosty efekt tego, że ty..."). Zbliżeni(one) do U-botów są psychofan(k)i. Różni ich/je jedynie poziom zaangażowania - psychofan(ka) z pamięci przytoczy wszystko, co zdarzyło ci się kiedyś powiedzieć lub napisać. U-bot bazuje jedynie na swoich wyobrażeniach o tym. Co zabawne, istnieje też odwrotność U-botów (sterowce?), czyli osoby, które wszystko, co napiszemy, biorą do siebie. Nieco niżej w grupie irytujących stoi miks wiem lepiejów i U-botów, czyli układacze(ki) życia. Łatwo ich/je poznać po dobrych radach spod znaku "przeczytaj jeszcze raz swój tekst i zobacz, jak to o tobie świadczy", "rozumiem, że następnym razem nie będziesz się angażować w tego typu działania".

Na przeciwnych do siebie biegunach sytuują się typy hardcorowe - hejterzy(rki) i pochlebcy(czynie). Obie grupy są niewielkie i generalnie uważają, że wszyscy, którzy nie należą do ich grona, należą do drugiego. Hejter(ka) napisze: "wszyscy wam potakują i wzajemnie sobie tu spijają z dzióbków, tylko ja mam odwagę pisać prawdę i za to mnie tępicie". Pochlebca(czyni) będzie nas bronić, nawet jeżeli palniemy totalną głupotę. Jeszcze rzadszy (niestety) typ to outsiderzy(rki). Outsider(ka), a i owszem, nawiąże do tematu wpisu, ale tylko po to, aby opowiedzieć własną, zazwyczaj dość długą historię. Zdarzają się też osoby niepewne i bojaźliwe ("wiem, że to wasz blog i z góry przepraszam, że to napiszę, ale wydaje mi się, choć mogę się mylić...").

Rzadko rzecz jasna jest tak, że któryś z tych typów występuje u nas w stanie czystym, można należeć też do więcej niż jednego, a na dodatek każdy z nich ma jeszcze inne przymioty, jak np. wytrwałość ("ale ja nadal nie rozumiem"), konsekwencja (w przypadku anonimowych skutkująca częstymi ingerencjami filtra antyspamowego, który nie lubi wrzucanych co dziesięć sekund komentarzy niewiadomego pochodzenia), regularność (jeden komentarz co 24 godziny, a dyskusja leeeci) czy skłonność do off topiców (mniejsza, gdy jest to debata fryzjerska, gorzej, gdy w grę wchodzi na przykład dopytywanie się o prywatną korespondencję). Niemniej jednak mam nadzieję, że jakoś siebie w tym wszystkim odnajdziecie. Ewentualnie dodacie w komentarzach to, czego zabrakło.

PS Ano tak, zapomniałam. Istnieją też po prostu rozmówcy(czynie). Ale... no dobra, nie napiszę tego, co mi chodzi po głowie, bo jeszcze ktoś mnie weźmie na poważnie i U-botem strzeli.

PS 2 Dorzucam tabelkę, o którą postulują jakieś wiem lepieje poniżej. Przeglądanie komci z tych ponad dwóch lat było traumatycznym przeżyciem. Do dziś byłam przekonana, że prowadzimy dość miłe i spokojne miejsce, w którym tylko czasami bywa emocjonująco. Do dziś. Jeszcze jedno takie ćwiczenie i zamknę bloga.


sobota, 4 lutego 2012

Dość internetowej prowizorki

Po dwóch latach działalności, niepostrzeżenie, bez imprezy pożegnalnej i wcześniejszych zapowiedzi zniknął z sieci portal W stronę kobiet:
O jego powstaniu, nadziejach, ale też obawach z nim związanych pisałam tu i niestety wygląda na to, że ten gorszy scenariusz stał się faktem: nie wyszło. Mimo sporego zaangażowania twórczyń, inwestycji w newsy, artykuły i felietony ekipie stojącej również za Lesplotami (jeszcze w sieci, ale od dwóch miesięcy nieaktualizowanymi) nie udało się przyciągnąć wystarczająco dużej grupy użytkowniczek (i użytkowników), aby chciało/opłacało jej się dłużej działać. Tym samym z ukierunkowanych na kobiety nieheteroseksualne portali został nam jeden - Kobiety Kobietom. Które zdecydowanie nie są miejscem, na które się wpada, by coś przeczytać (no chyba że jest to kolejna dyskusja na moim ulubionym forum).

Choć jestem w stanie sobie wyobrazić portal, którym W stronę kobiet miało się stać, a się nie stało (wszak znakomitych zagranicznych wzorców, jak She Wired, Velvetpark czy GO Magazine, jest co niemiara), to, inaczej niż te dwa lata temu, zastanawiam się, czy w dobie Facebooka i innych takich tego typu przestrzeń jest jeszcze komukolwiek potrzebna. Mimo wszystko chyba jednak tak (choć może zamiast "komuś potrzebna", powinnam napisać "dla kogoś atrakcyjna"), ale, i to moim zdaniem warunek podstawowy, musi być bardzo dobra. Od pierwszego kopa. Choć to może nie do końca uprawnione, ale nasuwa mi się porównanie z klubami nastawionymi na kobiety LBT - co jakiś czas powstają, by krótko potem zniknąć, po czym odzywają się głosy, że jesteśmy kiepskimi klientkami. Może i jesteśmy, kłopot w tym, że z tych wszystkich miejsc nie kojarzę ani jednego, które nie byłoby, mniejszą lub większą, prowizorką (z całą sympatią do klubu Amsterdam, któremu serdecznie kibicowałam). Co by się wydarzyło, gdyby ktoś zainwestował w klub z prawdziwego zdarzenia, na miarę chociażby amsterdamskiego Vivelavie? Nie wiem. Ale jestem niemal pewna, że jak ktoś chce zrobić biznes na kobietach niehetero, to musi dać im znacznie więcej niż klub z wywieszką, że to dla nich. Takie rzeczy już nie działają, i to, mam wrażenie, od dość dawna. Nie twierdzę, że to dobrze. Ale tak jest. I podobnie jest z portalami. Niby to nic trudnego - narysować stronkę i ogłosić, że oto pojawiła się alternatywa dla tego, co już jest. Kłopot w tym, że aby przebić to, co jest (choć w przypadku kobiet to niby nic wielkiego - jeden jedyny liczący się portal), nie wystarczy być bardziej pracowitą, trochę lepszą, wstawić ładniejsze krzesełka czy zadbać o przytulny kolor ścian.

Skąd się bierze to swoiste cyfrowe wykluczenie społeczności LGBTQetcetera (bo przecież i jako ogół możemy się poszczycić zaledwie jedną stroną pretendującą do miana profesjonalnej - mam na myśli Inną Stronę)? Z jakiejś przedziwnej sieciowej indolencji właściwej tylko nam? Z niewielkiego zaangażowania w jakąkolwiek działalność "na rzecz" (nawet jeśli docelowo miałaby to być działalność również dla kasy)? Braku wiary w opłacalność tego typu działań? A może z tego, że, jeśli już coś robimy "na rzecz", to głównie wolontaryjnie (tęczowy biznes nadal jest u nas w powijakach) i, co gorsza, nawet nie potrafimy sobie wyobrazić, że mogłoby być inaczej? Świeży przykład z trochę innej mańki - na fejsbukowym profilu Anny Grodzkiej pojawiło się takie oto ogłoszenie (stoi za nim krakowski Ruch Palikota):
To niezły przykład z jednej strony braku wiary w niecieszące się szczególnym poparciem społecznym inicjatywy (bo na samofinansowanie jest zaledwie nadzieja), a z drugiej - przeświadczenia, że robienie czegoś "dla sprawy" jest wystarczającą nagrodą za owo coś. Nie twierdzę, że chętni do pracy na takich warunkach się nie znajdą, tyle że siłą rzeczy będą to dość przypadkowi ludzie. Tak więc i szanse, że powstanie z tego coś profesjonalnego i, co chyba w tym przypadku bardzo ważne, również o wystarczającym zasięgu, by robić za medium opiniotwórcze (i zarabiające przynajmniej na siebie), są mniejsze. Wniosek? Ideologiczna podbudowa czy względna niszowość projektu nie zwalniają od profesjonalizmu. Czasy, gdy wystarczyło zrobić cokolwiek i wszyscy się cieszyli po prostu już minęły. No chyba że nie zależy nam na szerokiej publice i nie mamy nic przeciw dokładaniu do tego biznesu. Wtedy można spokojnie działać "dla sprawy" i nawet liczyć na niezłe efekty. Ale to zupełnie inna historia.

Aktualizacja: W stronę kobiet pojawiło się na nowo. Będzie drugie podejście?

środa, 1 lutego 2012

Odeszła. We śnie



Chciałabym Jej oddać hołd. Napisać najpiękniej jak potrafię. I nie mogę. Cały czas myślę, że to niemożliwe, że to nieprawda, i że ja nie chcę, nie zgadzam się. Protestuję.

Pierwszy wiersz: Bez tej miłości można żyć, mieć serce suche jak orzeszek, malutki los naparstkiem pić z dala od zgryzot i pocieszeń…

To Ona nauczyła mnie miłości do poezji. To Ona była powodem, dla którego przestałam pisać wiersze, chociaż natchnienie czasem mi spać nie dawało. Jak bowiem można było po przeczytaniu tomiku Jej wierszy mieć chociaż cień nadziei na to, że własne utwory są chociaż przyzwoite.

Mistrzyni słowa, absolutna i niekwestionowana. Jej wiersze, choć białe, mają upojną melodię, idealny rytm. Każde słowo, każdy wers, każdy utwór był poezją. Kłębowiskiem uczuć i emocji. Czytając jej wiersze, nie potrafiłam ich opanować. I nie wstydziłam się swoich łez wylanych po przeczytaniu „Kota w pustym mieszkaniu”.

Teraz sama czuję się jak ten kot, bo przecież:

Coś się tu nie zaczyna
w swojej zwykłej porze.
Coś się tu nie odbywa
jak powinno.
Ktoś tutaj był i był,
a potem nagle zniknął
i uporczywie go nie ma.

Już nigdy nie przeczytam jej nowego wiersza, limeryku. Podobno nie ma ludzi niezastąpionych. Dzisiaj zrozumiałam, że to nieprawda.

„tak nagle, kto by się tego spodziewał”
„nerwy i papierosy, ostrzegałem go”
„jako tako, dziękuję”
„rozpakuj te kwiatki”
„brat też poszedł na serce, to pewnie rodzinne”
„z tą brodą to bym pana nie poznała”
„sam sobie winien, zawsze się w coś mieszał”
„miał przemawiać ten nowy, jakoś go nie widzę”
„Kazek w Warszawie, Tadek za granicą”
„ty jedna byłaś mądra, że wzięłaś parasol”
„cóż z tego, że był najzdolniejszy z nich”
„pokój przechodni, Baśka się nie zgodzi”
„owszem, miał rację, ale to jeszcze nie powód”
„z lakierowaniem drzwiczek, zgadnij ile”
„dwa żółtka, łyżka cukru”
„nie jego sprawa, po co mu to było”
„same niebieskie i tylko małe numery”
„pięć razy, nigdy żadnej odpowiedzi”
„niech ci będzie, że mogłem, ale i ty mogłeś”
„dobrze, że chociaż ona miała tę posadkę”
„no, nie wiem, chyba krewni”
„ksiądz istny Belmondo”
„nie byłam jeszcze w tej części cmentarza”
„śnił mi się tydzień temu, coś mnie tknęło”
„niebrzydka ta córeczka”
„wszystkich nas to czeka”
„złóżcie wdowie ode mnie, muszę zdążyć na”
„a jednak po łacinie brzmiało uroczyściej”
„było, minęło”
„do widzenia pani”
„może by gdzieś na piwo”
„zadzwoń, pogadamy”
„czwórką albo dwunastką”
„ja tędy”
„my tam”
[Wisława Szymborska, „Pogrzeb”]