sobota, 31 marca 2012

Wrocławskie kobiece

fot. Anna Smarzyńska
Wrocław to drugie polskie miasto, zaraz po Warszawie, w którym mogłabym mieszkać. Jest wystarczająco duży, wystarczająco stary i piękny, i, w przeciwieństwie do stolicy, nigdy nie zasypia. Przynajmniej tak go pamiętam sprzed tych kilku lat, kiedy miałam okazję być tam po raz ostatni. Wybrałyśmy się z Gosią na nocny spacer po mieście. Była trzecia nad ranem, impreza na rynku trwała w najlepsze. Kilku wariatów kąpało się w fontannie. Czemu wariatów? Był listopad.

Jednym z wycinków nocnego życia Wrocławia są imprezy dla kobiet organizowane przez xxx kolektyw, nad którymi właśnie objęłyśmy matronat. To wydarzenie z niezłą już historią, bo pierwszą taką imprezę we Wrocławiu zorganizował tamtejszy oddział Kampanii Przeciw Homofobii w 2008 roku. Z upływem czasu małe lokalne wydarzenia przekształciły się w regularne zabawy kobiet z całej Polski. XXX kolektyw kontynuuje tę tradycję. Co mu przyświeca?

Chcemy tworzyć przestrzeń, w której kobiety będą mogły czuć się swobodnie. Chcemy promować kobiece talenty. Chcemy działać na rzecz tolerancji i różnorodności. Chcemy organizować imprezy, na których same chciałybyśmy się bawić! – napisały mi, poproszone o „ideolo”. Zabrzmiało na tyle dobrze, że nie mogłam sobie odmówić dopytania o szczegóły. Tak że dziś na blogu bodaj pierwszy w jego krótkiej historii wywiad. Z Gośką i Lary, czyli xxx kolektywem.

Zacznijmy od początku…

Gośka: We Wrocławiu brakowało przestrzeni dla kobiet, miejsca, gdzie mogłyby kogoś poznać lub pobawić się we własnym gronie. Kluby gejowskie były (Lary: i w sumie są nadal) klubami gejowskimi, a lesbijkę widziało się w nich tylko wtedy, gdy wchodziła do środka, potem ginęła w tłumie mężczyzn. Tak mniej więcej opowiadały o tym dziewczyny z KPH, które w 2008 po raz pierwszy zorganizowały wrocławskie kobiece. Nie mamy pojęcia, czyj był pomysł, ale na początku koordynatorką projektu była Alena Shumchyk, która wykonała dużo dobrej roboty i przetarła szlaki. Kiedy ja w 2010 przejęłam organizację imprez, miałam już dużo lżej. Pod koniec 2011 nasza grupa lokalna została rozwiązana, a Lary i ja połączyłyśmy siły jako xxx kolektyw.

Lary: Cały czas chcemy robić coś nie tylko dla siebie, a ponieważ nikt nie przejął organizacji imprez, postanowiłyśmy się za to zabrać, żeby nie marnować potencjału.

Słyszałam, że pojawiają się na nich setki kobiet z całej Polski. W czym tkwi wyjątkowość tego wydarzenia?

Lary: To prawda, od dłuższego czasu na imprezy przychodzi średnio 200 osób i można na nich spotkać nie tylko dziewczyny z Wrocławia i okolic, bo przyjeżdżają grupy nawet znad morza. Z czego to wynika?

Gośka: Przede wszystkim wrocławskie kobiece to pierwsze tego typu imprezy w Polsce. Mają już swoją markę i mają małe tradycje. Po drugie liczy się dobra promocja i organizacja wydarzenia. To są te rzeczy, które, połączone, z reguły kończą się sukcesem.

Lary: Trafiamy w niezaspokojone potrzeby, brakuje we Wrocławiu i w ogóle w Polsce imprez skierowanych do kobiet, zwłaszcza tych nieheteroseksualnych. Cieszę się bardzo, że aktualnie są już podobne imprezy w wielu miastach Polski, ale z tego, co się orientuję, być może będzie to nieskromne, to te wrocławskie są wciąż największe, co też przyciąga uczestniczki. Także to, o czym wspominała Gośka - nie przestajemy się rozwijać, staramy się słuchać dziewczyn, czego chcą na tych imprezach, co im się podoba, na co narzekają. No i też robimy te imprezy dla siebie, więc staramy się, żeby zabawa była jak najlepsza. Może jako organizatorki bawimy się trochę mniej, bo trzeba pilnować porządku itp., ale ja z każdej wychodzę usatysfakcjonowana. Czasem żałuję tylko, że nie wypada mi brać udziału w loterii, bo zawsze staramy się zorganizować fajne nagrody.

Dla kogo właściwie są wasze imprezy? Rozumiem, że mile widziane są metrykalne i zarazem psychiczne kobiety, a poza tym?

Gośka: Mile widziane są te, które czują się kobietami, bez względu na płeć czy orientację. Najwięcej jest oczywiście lesbijek, przychodzi też dużo dziewczyn hetero, co niezmiernie nas cieszy. Każda kobieta, która jest metrykalnie lub psychicznie kobietą, może wpaść.

Lary: Ja nie wierzę w binaryzm płciowy. Mamy tylko jedno wymaganie do osób metrykalnie męskich, żeby przyszły en femme, to ze względu na to, żeby uniknąć nachalnych, ciekawskich facetów i żeby wszystkie dziewczyny czuły się swobodnie. Ale przychodzą głównie metrykalne kobiety i w dodatku coraz młodsze, średnia wieku to, myślę, 22-25 lat. Cały czas zastanawiamy się, jak wyciągnąć z domu kobiety po 30, dobra zabawa to przecież nie jest domena nastolatek. Słyszymy czasem, że nie przychodzą, bo średnia wieku jest za niska, ale jeśli nie przyjdą, to przecież sztucznie tej średniej nie podwyższymy.

Zdarza wam się słyszeć zarzuty, że tego typu imprezy to gettoizacja? Lub że to dyskryminacja mężczyzn?

Gośka: Jest duży odsetek dziewczyn na kobiecych, które mówią właśnie w ten sposób. Na dodatek przeważnie są stałymi bywalczyniami. Nie przejmuję się tym za bardzo. A jeśli zarzuciłby mi to mój kumpel, to umówiłabym się z nim na piwo - tylko w innym terminie.

Lary: Malkontentki znajdą się zawsze, w niektórych kręgach wręcz modne jest niechodzenie na kobiece. Myślę, że każdy ma prawo wybrać, jak się bawi. Z tego, co zauważyłam, to duża część tych, które marudzą, w dniu kobiecych robi bifory w domu lub w plenerze i czeka tylko, aż otworzy się bramka. Widocznie coś w tych imprezach jednak jest!

A czy to gettoizacja? Każdy przeżywa swoją tożsamość po swojemu, są osoby, które identyfikują się jako kobiety, jako lesbijki, jako biseksualistki. My z Gosią mamy sprawy tożsamościowe, comingoutowe już w większości za sobą. Ja jestem z założenia antytożsamościowa, ale też pamiętam, jaką drogę musiałam przejść do obecnych poglądów, a zaczynałam właśnie od utożsamiania się z grupą. Musiałam szufladki sama rozpracować, żeby móc z nich wyjść. I nie uważam, że to jakiś wyższy poziom rozwoju, po prostu on mi pasuje, a że innym pasują określone tożsamości, to też dobrze. Daleko mi do oceniania, co jest właściwą postawą. Widzę po prostu, że jest potrzeba, żeby takie imprezy były, a to znaczy, że są kobiety, którym taki profil pasuje, dla których być może identyfikacja z płcią, z orientacją jest ważnym elementem ich życia. Poza tym nie wydaje mi się, żeby organizowanie się ze względu na przynależność do jakiejś grupy było złe, jeśli ta grupa nam odpowiada.

Czy dyskryminujemy mężczyzn? Oni mają we Wrocławiu swoje imprezy praktycznie co tydzień w klubie. Był pomysł organizowania męskich, ale nikt się za to nie zabrał, więc widocznie nie czują takiej potrzeby. Chyba po prostu nie muszą, jakoś naturalnie wpisują się w schemat, że na imprezach zawłaszczają przestrzeń, a dziewczyny się usuwają. No i organizowałyśmy imprezy otwarte, queerowe. Były zdecydowanie mniej popularne, więc widocznie te potrzeby realizowane są gdzieś indziej.

Z trochę lżejszych „kontrowersji” - czytałam kiedyś na Kobiety Kobietom o jakimś niesmacznym według niektórych pomyśle z opaskami w różnych kolorach. O co chodzi?  

Gośka: Opaski! Przypomniało mi się. Stara dostawa skończyła się już w listopadzie. Trzeba zacząć myśleć o nowej, bo to był naprawdę fajny pomysł. Czerwone znaczyły "chcę się zabawić", zielone - "szukam związku" – białe - "jestem w związku" lub "nie jestem zainteresowana znajomościami". Gdzieś tak w okolicach północy pod bramką ustawiała się kolejka tylko i wyłącznie po czerwone.

Lary: W sumie nie pamiętam żadnej afery z opaskami, zawsze mi się wydawało, że były przyjmowane z humorem, ale może to było kilka głosów. Pamiętam za to aferę, jaka się zrobiła, kiedy jasno powiedziałyśmy, że zapraszamy kobiety bez względu na płeć biologiczną, odezwały się wtedy wyznawczynie jedynego właściwego podziału na biologiczne kobiety i biologicznych mężczyzn. Ale to działo się głównie w internecie, w realu nie za bardzo mamy możliwość to sprawdzić, bo osoby transgenderowe rzadko się u nas pojawiają. Myślę, że także dlatego, że reklamujemy się jednak głównie wśród lesbijek i biseksualistek. I jeszcze pamiętam problemy z didżejkami, np. jeszcze w czasach, gdy imprezy organizowała Alena, zaprosiłyśmy didżejkę, która grała muzykę spoza typowych tanecznych hitów, odzewem był natychmiastowy sprzeciw. Mam nadzieję jednak, że i to się zmieni, właśnie zaprosiłyśmy nowe didżejki, zobaczymy, jak wyjdzie.

A jak z waszej perspektywy wygląda stereotyp, którym często usprawiedliwia się gorszą ofertę dla kobiet, że kobiety niehetero są gorszymi klientkami niż mężczyźni? Wiesz, że będą siedzieć przez cały wieczór przy jednym piwie albo wniosą swój alkohol, że są agresywne itd.?  

Lary: Czy można to sprowadzać tylko do orientacji? Ta myśl wynika chyba ze stereotypu lesbijki jako nie-kobiety. Oczywiście, zdarzają się różne wybryki, czasem dziewczyny przesadzają z próbami zaoszczędzenia albo z "zabawą", ale myślę, że w takim stopniu jak na każdej innej dużej imprezie.

Niestety, zdarzają się też nieprzyjemne, agresywne incydenty, za dużo byłych i obecnych w jednych miejscu sprawia, że atmosfera bywa gorąca, ale chcemy podkreślić jasno, że tego typu wyskoki nie są i nie będą akceptowane. Potrafimy rozrabiające dziewczyny wyrzucić z imprezy i mamy jasny przekaz - imprezy są miejscem do zabawy, problemy rozwiązujcie gdzie indziej, a najlepiej w inny sposób niż za pomocą pięści.
Na szczęście moje doświadczenie pokazuje, że groźba wyrzucenia z imprezy na ogół działa uspokajająco. Chcę tylko jeszcze raz podkreślić, że zachowania przemocowe nie są tolerowane.

Imprezy to plan docelowy, czy myślicie o czymś szerszym? Własnym klubie na przykład?

Gośka: Pomysły są, były zawsze. Niedawno powstał nasz mały projekt xxx kolektyw - połączyłyśmy siły i skupiłyśmy się na organizacji kobiecych. Z dalszych planów marzy mi się tworzenie cyklicznych queerowych eventów tu we Wrocławiu. Z koncertami, imprezami i tęczowym polem namiotowym. Ach, i gwiazdka z nieba. Pewnie jeszcze trochę na to wszystko trzeba będzie poczekać

Lary: Ja interesuję się głównie nieheteronormatywnym seksem - różnymi formami ekspresji pożądania, praktykami seksualnymi, alternatywnymi formami związków. Mam w związku z tym parę pomysłów na wydarzenia, ale nie chcę jeszcze o tym mówić, żeby nie zapeszać. Chyba obie zgadzamy się, że chciałybyśmy poruszać tematy, o których we Wro rzadko się mówi, wyjść wreszcie z zamkniętego kręgu rozmów o coming outach, związkach partnerskich itp. Oczywiście nie znaczy to, że jesteśmy przeciw, jesteśmy za ustawą, ale po prostu mówi się o tym w kółko i mam wrażenie, że w kółko tak samo. Kusi mnie, żeby zrobić debatę o coming oucie jako o praktyce wywodzącej się w gruncie rzeczy z doświadczeń religijnych, porównać dyskurs coming outów z dyskursem świadectw z pism religijnych o wychodzeniu z grzechu bądź nawróceniu. Jak już mówiłam, mamy w sumie już te rzeczy tożsamościowe w mniejszym lub większym stopniu przerobione, mnie teraz bardziej interesuje rozwalanie tożsamości, marginesy marginesów.

To na koniec poproszę o najfajniejsze wspomnienie imprezowe.  

Lary: Dla mnie każda impreza jest unikalnym przeżyciem, najpierw dużo pracy i stresu, a potem, jak już się rozkręci - wielka radość i satysfakcja. Tych wspomnień jest na tyle dużo, że nie umiem wymienić najfajniejszego.

Gośka: Dreszczyk emocji tuż przed, to całe babskie przebieranie, malowanie się, obdzwanianie znajomych, kto będzie, a kogo nie. Uwielbiam ludzi, dobrze nastrajają i dodają energii, a kobiece to idealna okazja, by podładować Gośkaakumulatory.

Najbliższa impreza kobieca we Wrocławiu już dziś w klubie Forma. Informacji o kolejnych szukajcie na fejsbukowym profilu kolektywu.

środa, 28 marca 2012

Jak zrobić rewolucję?


Na wypadek, gdyby ktoś nie śledził komentarzy pod tekstem o "rewolucjonistkach", cała zabawa skończyła się tak, że panie odpuściły sobie zbieranie kasy i zadeklarowały, że biorą się do roboty. Czyli pozytywnie. Skąd się jednak ta historia wzięła? Paradoksalnie - między innymi z braku "naszych" miejsc w sieci.

"Rewolucyjne" pomysły to w "naszych" sieciowych debatach wręcz standard. Ot, pamiętam pewną dość emocjonalną dyskusję na forum Kobiety Kobietom sprzed nieco ponad roku, w której to jedna z foremek, zirytowana pewnym niezbyt mądrym (delikatnie mówiąc) pomysłem na happening "promujący tolerancję", zakrzyknęła:
to mam propozycję, dajcie mi te fundusze, zorganizuję to i owo. ale usunę każdą, która przyjdzie tam wylewać swoje frustracje, pokazywać jaka to ona nie jest agresywna i mocna, wydzierać się że rząd i kościół to świnie a heterycy to wrogowie. usunę każdy transparent polityczny, bo lesbijka to kobieta kochająca kobietę a jeżeli jest walczącą feministką to niech idzie na wiec feministyczno-polityczny. postawię na kolor, radość, miłość, rodzinę, normalność i pokazanie, że jesteśmy tacy sami i wszędzie, a nie na seksualność, wrzaski i szary tłum sunący przeciw wszystkiemu wmawiający ludziom, że są bez wyjątku anty-homo. nie będę wmawiać nikomu, że mi koty do drzwi przybijają. nie zrobię parady mieszaniny burych chyba kobiet i mężczyzn z piórami i ćwiekami na odsłoniętych pośladkach.
No i proszę, idea wręcz modelowo "przełomowa": jest wołanie o kasę, jest przeświadczenie o tym, że się znalazło złoty środek na wszystko, jest też powtórzenie po wielokroć przerobionego pomysłu, że wystarczy pokazać, że jesteśmy "tacy sami jak wszyscy" i będzie dobrze (co jest dosyć zabawne w kontekście kolejnych wypowiedzi tejże pani, w których stwierdza, że do wszelkich akcji outdoorowych najlepiej angażować modelki i modeli). To tylko przykład, ale takie wypowiedzi można mnożyć. I choć spora część z nich to zwykłe forumowe tudzież komentarzowe malkontenctwo czy wiemlepiejstwo (wszak nie od dziś wiadomo, że naszą cechą narodową jest znanie się na wszystkim), to jednak czasami się zdarza, że ktoś swój jakże nowatorski pomysł próbuje wprowadzić w życie. I nagle się okazuje, że nie budzi to szczególnego entuzjazmu, gorzej, kończy się nie zawsze konstruktywną krytyką i niekoniecznie słusznymi oskarżeniami. Żeby nie było - tak, z pewnością się zdarza, że komuś przyjdzie do głowy coś naprawdę nowego, ba, wręcz rewolucyjnego. Ale nie dzieje się to zbyt często. A nawet jeżeli częściej, niż mi się wydaje, to niewiele osób ma okazję się o tym dowiedzieć.

Jak to się ma do tego, co na początku, czyli do niewielkiej liczby "naszych" miejsc w sieci? Ano bardzo. Wszak brak miejsc oznacza brak szerszej wiedzy o tym, co się dzieje, kto co robi, kto się w co angażuje, kto czego potrzebuje i ewentualnie mógłby wesprzeć. Jasne, że o taką wiedzę jest dość łatwo, kłopot w tym, że trzeba się o nią postarać. Bo nie jest zebrana w jednym czy dwóch miejscach, tak że jak się bierze za punkt odniesienia jedynie to, co piszą największe i najbardziej popularne portale, i odpuszcza wszelką sieciową (i nie tylko, ale o tym za chwilę) niszę, to rzeczywiście można dojść do wniosku, że niemal każdy pomysł świeży, ożywczy i że wszystkie jak żona i żona nań polecą.

I - nie tylko o internet chodzi, choć, jako że robi on za największe repozytorium wiedzy o nas samych, to z pewnością jest niezłym punktem odniesienia. Przecież nie tylko nie mamy ani jednego profesjonalnego portalu czy magazynu (czy jak tam zwą to papierowe coś), ale też choćby jednej polskiej Ellen, Rachel czy innej Melissy. Nie mamy własnego języka, własnych historii, własnego sposobu opowiadania o sobie, który istniałby gdziekolwiek poza niszowymi inicjatywami (to zresztą jeden z powodów, dla których podoba mi się idea O'LESS Festiwalu - bo jego celem jest zebranie tego wszystkiego w jednym miejscu, choć tylko dla jednej grupy). Słowem, nie mamy czegoś, co można by nazwać kolektywną świadomością. Czyli, niezależnie od tego, co myślę o wykwitających tu i ówdzie inicjatywach (czasem dobrze myślę, nie jestem potworem), jest miejsce dla niejednej rewolucji i wielu rewolucyjek. Tyle że, mam wrażenie, przed wprowadzeniem w czyn muszą się one dokonać w naszych głowach.

fot. Paul David Doherty, Wikimedia Commons, licencja GNU

niedziela, 25 marca 2012

Cokolwiek prawdziwie się zaczyna


Obiecałam tekst o przyjaźni. W komentarzach pod moim poprzednim postem napisałam, że o tym zjawisku mogę mówić długo i namiętnie. Mówić i owszem, ale jak oddać to na piśmie, żeby nie wyszło zbyt patetycznie, z zadęciem i w stylu Paolo Coelho? Spróbuję.

Mały offtopic do K. To jest przykład, proszę, nie odbieraj tego osobiście.

Dawno, dawno temu, wydaje się, że w odległej galaktyce, w bardzo przykrych i smutnych okolicznościach zakończył się mój związek. Rozstanie przeżyłam o tyle boleśnie, że w całą sprawę wmieszana była osoba,  która podawała się, a może którą nawet uważałam za przyjaciółkę. Czułam się zdradzona podwójnie. Jedną z nich nie tylko kochałam, ale traktowałam też jak prawdziwą przyjaciółkę, drugą zaś jak bliską mi osobę.  Do dzisiaj niewiele osób mi wierzy, że był to jeden z dwóch powodów, dla których czułam się tak zraniona.

Tuż po rozstaniu (które odbyło się na peronie, tuż przed odjazdem mojego pociągu do Warszawy) zadzwoniłam do dwóch osób, mając nadzieję, że chociaż jedna z nich stawi się i odbierze mnie z tego pociągu łez i rozpaczy. Warto dodać, że przyjazd do stolicy nastąpił o 11 wieczorem w niedzielę. Mimo późnej pory pojawiły się. Pierwsze słowa, jakie usłyszałam od jednej z nich, brzmiały „Rozpaczasz, bo to nie ty zostawiłaś ją pierwsza?”. Druga zaś żartowała sobie, że to miło, że zorganizowałam im spotkanie, wszak dawno się nie widziały, choć mogłabym wybrać lepsze miejsce i czas. Jednak mimo tych słów były i wtedy, i potem. Wspierały tak, jak potrafiły najlepiej.

Kolejna osoba pojawia się w moim życiu rzadko, zbyt rzadko jak dla mnie, ale zawsze jest przy mnie w trudnych chwilach. 

Ktoś kolejny daje mi małe magiczne słowo „rozumiem”.

Ktoś inny z uporem maniaka, przebijając się przez moją niechęć do rozmów na pewien temat, uświadomił mi niemiłą prawdę.

Przy mnie jest też osoba, na którą wiem, że zawsze mogę liczyć. Chociaż pod wieloma względami tak się różnimy.

Są to ludzie, którzy będą ze mną, kiedy świat będzie mi się walił na głowę. Nie odwrócą się ode mnie, jeśli zrobię coś głupiego, złego czy popadnę w szaleństwo. Nie potępią. Proszone czy nie, zawsze powiedzą mi, co myślą, jak trzeba, skrytykują lub opieprzą z góry na dół. Postawią mnie do pionu. Pomogą, nawet jeśli nie będą popierały mojego zachowania. Obudzone w środku nocy nie będą za szczęśliwe, ale jeśli będzie trzeba, pojawią się na sygnale na drugim końcu świata i przegadają ze mną resztę nocy, myśląc o tym, że, cholera jasna, znowu się nie wyśpią. Przytulą lub podadzą chusteczkę.

Z wrodzonej przyzwoitości dodam, że obowiązuje to w dwie strony.

I to właśnie nazywam przyjaźnią. Nie codzienną wymianę najnowszych ploteczek czy wspólne łażenie po sklepach (chociaż jest to niewątpliwie miły dodatek), ale właśnie świadomość, że ktoś przy mnie jest i będzie. Poczucie bliskości. Zrozumienie, chociaż czasem trudno zrozumieć. Uczucie, że przetrwa wszystko, bo "cokolwiek pomiędzy ludźmi kończy się – znaczy: nigdy nie zaczęło się. Gdyby prawdziwie się zaczęło – nie skończyłoby się. Skończyło się, bo nie zaczęło się. Cokolwiek prawdziwie się zaczyna – nigdy się nie kończy" (Sted).

Posłowie: Dla mnie koniec nie oznacza zakończenia związku (miłosnego bądź przyjacielskiego) w potocznym znaczeniu. Nawet jeśli wygasa szczególna więź, która łączyła dwoje ludzi, a ich drogi się rozchodzą, we mnie pozostaje to uczucie bliskości. Kiedy ktoś staje mi się zupełnie obcy, to właśnie jest koniec. 
Tak więc: jeśli coś prawdziwie się zaczyna - nigdy się nie kończy.

środa, 21 marca 2012

"Rewolucjonistki Walczą"


Dostałam od grupy (osoby?) podpisującej się jako "Rewolucjonistki Walczą" prośbę o poparcie takiej oto inicjatywy (uwaga, będzie długi cytat):
Kobiety wszystkich miast – czas połączyć siły!
Nie jesteście już tym zbulwersowane i znudzone, że w sieci świecą same portale ukierunkowane na mężczyzn? Powiedzmy sobie szczerze – potrzebna nam rewolucja! Rewolucja na miarę możliwości dzisiejszej technologii. Dość szablonowych rozwiązań – jeśli wesprzecie projekt, stworzymy prawdziwe centrum informacji i rozrywki w jednym miejscu.

Wymieńcie teraz wszystkie branżowe portale jakie znacie... Ile z nich ukierunkowane jest na kobiety? Zgadza się wystarczy palców na jednej ręce! W dodatku nie błyszczą one obfitością informacji, nowości czy ciekawych rozwiązań. A portal radkowy dla kobiet niehetero? Jeden, niezmieniający się od długiego czasu! Proponujemy Wam połączenie wszystkiego co znacie w jednym wspaniałym wygodnym, nowoczesnym miejscu.

Nie będziemy wymieniać tutaj nazw istniejących portali, bo wierzymy, że takie znacie. Gwarantujemy Wam, iż stworzymy całkowicie nową jakość i każda z Was będzie miała wpływ na to, jak szybko ona powstanie, oraz będzie mogła uczestniczyć w procesie tworzenia dodając swoje sugestie i uwagi.

Potrzebujemy Waszego wsparcia, by stworzyć coś specjalnie dla Was.

Portal będzie oprawiony w nowoczesną szatę graficzną i zawierał będzie rozbudowane funkcje społecznościowe, które wykorzystacie, by odnaleźć znajome kobiety, nawiązać nowe znajomości, przeprowadzić ciekawe dyskusje, a nawet umówić się na randkę!

Znajdziecie tam działy traktujące o muzyce, serialach, filmach, sporcie, modzie, gotowaniu, technologii, motoryzacji, plotkach itd., itp. - a WSZYSTKO to przedstawione z punktu widzenia kobiet!

Do powstania zakładanej wersji portalu potrzebne jest nam conajmniej 20-25 tysięcy złotych - tak to bardzo dużo, choć uwierzcie nam, że to i tak sporo obcięte koszty utworzenia tak rozbudowanego projektu - dlatego liczymy na Waszą pomoc!

Jeśli uzbieramy minimum - czyli 8 000 zł. - stworzymy projekt graficzny całego portalu oraz opracujemy jego funkcjonowanie i wszelkie potrzebne elementy do jego stworzenia, a następnie rozpoczniemy pisanie kodu.


Oczywiście jedna programistka nie poradzi sobie z napisaniem tak zaawansowanego portalu w "tydzień". Dlatego też apelujemy o Wasze zaangażowanie w projekt. Im więcej pieniędzy uzbieramy - tym szybciej nasz portal zaświeci w sieci! W końcu nikt w dzisiejszych czasach za darmo pracować nie chce, a nawet nie może sobie na to pozwolić - niestety - prawda?

25 000 to dużo, ale jest możliwe do zebrania. Szczególnie gdy się zjednoczymy!

Nie możemy dłużej trwać w tym małym nierozwojowym świecie! Czas wziąć sprawy w swoje ręce i pokazać, że też potrafimy!

To jak pomożecie?
PS. Jeśli znacie programistki, chętne do pomocy - dajcie znać - każda pomoc się przyda!
Pierwsza myśl: "WTF?". Potem zerknęłam sobie na portal Polak Potrafi, za pośrednictwem którego panie zamierzają zbierać pieniądze na ową inicjatywę, i poczułam się ciut bardziej zorientowana. Ogólnie chodzi w nim o to, że jak masz pomysł, a nie masz kasy na jego realizację, to możesz tam spróbować przekonać ludzi, by ci ją dali. Ja się do pomysłu rewolucjonistek przekonana nie poczułam, ale, jako że generalnie mam dobre serce, zamiast radośnie wziąć się za kolejny hejterski wpis, dopytałam o szczegóły przedsięwzięcia: na co dokładnie pójdzie owe 25 tysięcy, czy to jest przedsięwzięcie komercyjne, na czym chcą zarabiać, jak pozyskają użytkowniczki itd. A przede wszystkim - kim są. W grubym skrócie odpowiedź rewolucjonistek wyglądała tak:
- koszty - supergrafika plus silnik z nowoczesnymi funkcjami społecznościowymi plus bazy danych i teksty na start,
- redakcja - póki co dwuosobowa, teksty autorskie, w planach zatrudnienie redaktorki lub dwóch (nie mogę nie dodać, że korekta też by się przydała, przynajmniej sądząc ze stylu korespondencji),
użytkowniczki - pozyskane dzięki reklamom (z własnej kieszeni lub z zebranej kasy) i marketingowi szeptanemu,
- plany - jak projekt powstanie i zyska popularność, będzie firma; portal ma "co nieco" zarabiać na reklamach, może również na gadżetach i dobrze płacić redaktorkom; za pięć lat ma być numerem uno w Polsce (czyli łyknie KK) i zjednoczyć kobiece środowisko,
- kto za tym stoi - póki co nie poznamy nazwisk ("nie wszystkie z nas chcą się upubliczniać, wolą swoją prywatność zakryć pracą i pasją"), pomysłodawczynie to grupa znajomych, żadna organizacja; jak wybiorą liderkę, to ona stanie się twarzą akcji.

Co o tym myślę? Cóż. Gdyby przyszedł mi do głowy taki pomysł (nie przyjdzie, bez obaw), napisałabym bardziej zachęcający tekst na start. Bo wszystko ślicznie, pomysł ciekawy, zawartość w porządku, funkcjonalności też, tyle że marketingowo to jest po prostu strasznie słabe. Bo bazuje przede wszystkim na emocjach, które może ktosia i tam odczuwa, ale raczej nie jest to "całe środowisko kobiet", które rewolucjonistki "chcą zjednoczyć". Bo jest zabójczo niekonkretne. Bo jest - jak na szeroko zakrojone plany - za tanie (tak, za tanie!), więc istnieje bardzo realna obawa, że nawet gdyby projekt doszedł do skutku, to szybko by padł. Oraz, co najważniejsze, bo nie wiadomo, kto za tym stoi. Co potrafi. Jak pisze, rysuje, programuje. Na czym się zna, bo na marketingu nie, to już wiem. Przykład? Oprócz tego, co powyżej, zerknijcie na ich stronę na fejsie. Toż to profil, a nie strona fanowska. Tak nie wolno, za tworzenie profili firm (a nawet i nieistniejących) czy organizacji jest ban. Profile są dla osób prywatnych.

Nie mam zwyczaju z automatu doszukiwać się oszustwa w każdej anonimowej inicjatywie, ale z drugiej strony nie wspieram (jakkolwiek, niekoniecznie finansowo) akcji, o których organizator(k)ach nic nie wiem. I myślę, że nie tylko ja tak mam. Dlatego też, jeżeli panie rewolucjonistki są prawdziwe i rzeczywiście chcą coś zrobić, a nie tylko, gdy minie czas zbierania kasy, stwierdzić z żalem, że się nie da w naszym pięknym kraju nad Wisłą, to jak dla mnie muszą się przede wszystkim uwiarygodnić. Porzucić swoją "prywatność zakrywaną pracą i pasją", przedstawić się, opowiedzieć o swoim doświadczeniu, projektach, pokazać, co potrafią i co im siedzi w głowach. I nie piszę tego złośliwie. Bo może i komuś brakuje, i może ktoś jest zbulwersowany, ale nie na tyle, by chwytać się wszelkich pomysłów na "zmianę", które ktoś tam wrzuca w sieć. Przykro mi. Tak to nie działa.

Update: No i mamy prawidłowy fanpage. Oraz wydarzenie na fejsie. To teraz poproszę o rozwiązanie kwestii prywatności pomysłodawczyń.

niedziela, 18 marca 2012

Odpoczynek od rzeczywistości


Mam fazę obrzydzenia do wszelkich newsów, aktualności, szczególnie tych politycznych. Stąd też chyba, tak mi wyszło poniewczasie, brak tradycyjnego entuzjazmu wobec manifowych haseł. Które są ważne i ważkie, tyle że mam dość. Kwestii finansowania Kościoła i stadionów, histerii wokół telewizji Trwam, węgierskich wycieczek Prawdziwych Polaków, bajdurzenia posła Dunina, jakoby jego projekt ustawy o związkach partnerskich różnił się od "naszych" tym, że nie zrównuje tychże związków z małżeńskimi, galopujących cen benzyny, Danuty Wałęsy i całej reszty. Jedyne, co mnie jakoś tam w ostatnich dniach ruszyło to próba likwidacji squotu Elba. Ale nie będę was karmić moimi przemyśleniami wokół tego wydarzenia. Nie dziś.

Mam obrzydzenie, więc, choć widzę i czytam, staram się za dużo nie przyswajać. A brak bodźców newsowych nadrabiam wgapianiem się w ekran i intensywnym podczytywaniem. Obejrzałam więc w końcu słynną "Grę o tron", zarzuconą jakiś czas temu po drugim odcinku, w którego finale Eddard Stark zabija wilkora. O owego wilkora właśnie się obraziłam, bo był cudny i niewinny. Zresztą nawet jakby nie był niewinny, i tak bym była zła. W nagrodę za powrót do serialu dostałam śmierć Eddarda, który zapłacił głową za to, że (mimo że zabił wilkora) był porządnym człowiekiem. Ogólnie ten serial (i książki Martina) ma to do siebie, że za przyzwoitość, honorowe postępowanie czy ludzkie odruchy płaci się wysoką cenę. Płacą też widzowie, wszak, choć źli są ciekawsi, to zazwyczaj jednak lubi się tych dobrych i nie lubi się patrzeć, jak źle kończą. Szczególnie że tu owi źli nie są po prostu źli, są ohydni, na tyle, że wszyscy, którzy są tak tylko trochę źli, wychodzą niemal na aniołów. Tak że nie wiem, czy chcę dalej, nawet jak będzie dalej, bo zdecydowanie lepiej mi robią paratolkienowskie wizje, gdzie wiadomo, że dobrzy też oberwą, ale w końcu zwyciężą.  

Wróciłam też (nie mam pojęcia, czemu) do Trudi Canavan. W wersji oszczędnej, bo zamiast kupować kolejne jej książki o tym samym, tylko z innymi imionami bohaterów i bohaterek, przeczytałam po prostu jeszcze raz "Trylogię Czarnego Maga". Tak, to ta saga "z wątkiem" (BTW, w "Grze o tron" też są "te" wątki, dużo wątków), gdzie jeden z bohaterów wie, że świat nie toleruje jego "skłonności", więc się z nimi nie "obnosi". Czyta się to mimo wszystko nieźle, ale "Uczennicę Maga", czyli prequel trylogii, tym razem sobie po 100 stronach odpuściłam. Również dlatego, że w międzyczasie Gosia przyniosła "Maga niezależnego Flossię Naren" Kiry Izmajłowej. To lektura co najmniej obiecująca z uwagi na główną bohaterkę, która nie jest ani piękna, ani nie ma "tego czegoś", ani nie posiada dobrego charakteru. I nikt nie widzi w niej obiektu westchnień, chyba że są to westchnienia irytacji. Rzadkość mimo wszystko, szczególnie w literaturze rozrywkowej, gdzie nawet te silne i niezależne raczej obowiązkowo posiadają urodę i/lub urok oraz jakiś rodzaj adoratorów. Jak doczytam, to może napiszę coś więcej.

Z perełek sieciowych znowu podczytuję fanfiki Ewy Białołęckiej. Znowu, ale nie na nowo, bo po trzyletnim okresie posuchy i tęsknoty, gdy porzuciła opowieści inspirowane "Harrym Potterem", wróciła z serią opartą na "Sherlocku" (tak, tym "Sherlocku"). Rzadko czytam fanfiki, ale te są po prostu znakomite. Może nawet lepsze, niż oficjalna twórczość pisarki, bo nie stoi za nimi wydawca, redakcja, korekta i cała reszta. Nie żebym podejrzewała Fabrykę Słów o jakieś cenzorskie zapędy, po prostu takie pisanie dla zabawy (swojej i czytających) bardziej do mnie trafia. Jeżeli jest dobre, a to jest. Spragnionym romantycznych doznań polecam zatem "Mojego pięknego żołnierza" (slash o Sherlocku i Watsonie), a wszystkim - wszystko. Małe rzeczy, a dają mnóstwo radości. W sam raz na wiosnę, na odtrutkę od płonących pól.

PS Jak ktoś chce sobie pomarudzić czy poofftopicować, to przypominam, że mamy nie tylko komentarze, ale też powoli się rozkręcającą Café.

piątek, 16 marca 2012

Eating Out


Tongariro Releasing (a właściwie jego nowa marka OutFilm.pl, specjalizująca się w mniej poważnych produkcjach) pokusiło się o wydanie kultowej serii "Eating Out". Pierwsza część dostępna jest już na DVD, a całość można obejrzeć w serwisie VOD OutFilm.pl, nowym projekcie Tongariro (to pierwsza tego typu inicjatywa skierowana do polskiej społeczności osób nieheteronormatywnych).

Na czym polega fenomen tej niezależnej produkcji, której pierwsza część, wydana w 2004 roku, doczekała się wielu nagród i wyróżnień (przyznawanych głównie przez publiczność), m.in. na festiwalach filmów LGBT w San Francisco, San Diego i Phoenix, a nawet dystrybucji w mainstreamowych kinach w Stanach? Przyznam szczerze, że nie wiem. Nie dlatego, że jest to film zły, bo trudno mi oceniać lekkie komedie lekko erotyczne w kategoriach zły/dobry. Bo w ogóle rzadko oglądam komedie. I - bo była to bodaj pierwsza komedia gejowska (chyba mogę ją tak nazwać), jaką kiedykolwiek widziałam. Tak że dla mnie było to przede wszystkim nowe doświadczenie. Być może z tym fenomenem chodzi o to, że tego typu produkcje (z pogranicza "American Pie" a kina, nazwijmy to, inicjacyjnego, z lat 80. ubiegłego wieku) kojarzą się głównie z nastoletnim heteronormatywnym odbiorcą, tak że zrobienie czegoś podobnego pod nastolatków niehetro z pewnością było przełomem. W końcu ile można oglądać śmiertelnie poważnych produkcji naszpikowanych nie wiadomo jakimi dylematami. Dlatego fajnie, że powstają takie "Eating Out" czy "D.E.B.S.", o którym kiedyś pisałam. Bo to znaczy, że jest po prostu normalnie.

No dobrze. Wiemy, że jest lekko i lekko erotycznie, a o czym konkretnie jest pierwsza część "Eating Out"? O dwóch fag hags (czule zwanych po polsku pedałówkami), jednej płci żeńskiej, drugiej płci męskiej, o wdzięcznych imionach Gwen i Caleb. I o dwóch ich przyjaciołach - odpowiednio Marku i Kyle'u. Caleba rzuciła dziewczyna, a któryś już z kolei chłopak Gwen okazuje się być gejem. Spotykają się na imprezie i Caleb postanawia ją poderwać. Ale nie ma lekko, bo Gwen zakochuje się wyłącznie w gejach - takie obciążenie po jej pierwszym facecie, czyli wspomnianym już Marku. Nadążacie? To lecimy dalej. Zupełnym przypadkiem przyjaciel i współlokator Caleba, czyli Kyle, kocha się Marku, który obecnie jest najlepszym przyjacielem i współlokatorem Gwen. Podsuwa więc Calebowi pomysł, by ten, udając geja, zbliżył się do Marka (a tak naprawdę do Gwen), by Kyle w końcu mógł poznać obiekt swoich westchnień (czyli Marka). Dalej nie opowiadam, bo i tak wiadomo, że, mimo pewnych komplikacji, wszystko dobrze się skończy. A przy okazji będzie mocno wulgarnie, lekko erotycznie (wspominałam już o tym, prawda?), a momentami całkiem zabawnie (dla mnie momentami, bo zakładam, że jest ileś tam osób, dla których wcale to nie będzie "momentami"). I, a co tam, krzepiąco, bo nie dość, że wyjdzie na to, że wygląd ("liga") to nie wszystko, to jeszcze coming out okaże się być przeżyciem może i dziwacznym, ale z pewnością pozytywnym. Czyli - "Eating Out" ma swój urok.

Na koniec - rozdaję prezenty. A konkretnie mam trzy egzemplarze pierwszej części "Eating Out" dla trzech pierwszych osób, które napiszą mi w komentarzach o jakiejś innej gejowskiej komedii z cyklu lekkich i niezbyt mądrych, ale za to bezproblemowych, gdzie nie opowiada się o orientacji, a o ludziach. To co? Do dzieła!

Specjalne podziękowania dla Marcina Pietrasa za błyskawiczny zastrzyk wiedzy o gejowskich komediach i festiwalach LGBT.

środa, 14 marca 2012

Sherlocked


Skusiłyśmy się w końcu na miniserial BBC "Sherlock". Dwa sezony (po trzy dziewięćdziesięciominutowe odcinki w każdym) obejrzane w kilka dni, na kolejny przyjdzie poczekać do 2013. Jak dobrze pójdzie.

Mimo ogromnej sympatii do Roberta Downeya Jr. nie jestem szczególną fanką ostatniej kinowej wersji przygód Sherlocka Holmesa. I to bynajmniej nie dlatego, że Guy Ritchie dość swobodnie poczyna sobie z oryginałem, bo to akurat żaden grzech. Po prostu za dużo tam efektów, za mało suspense'u. To, co udało się z tą historią zrobić BBC jest o niebo ciekawsze. I to chyba niezależnie od tego, czy się opowieści Doyle'a zna i lubi, czy niekoniecznie. Choć z pewnością dla tych, co czytali i jeszcze co nieco pamiętają, serial jest o tyle ciekawszy, że mogą bawić się nie tylko fabułą, ale też nawiązaniami i do samego Doyle'a, i do wcześniejszych adaptacji jego powieści.

Nowy, usytuowany we współczesnym Londynie, "Sherlock" początkowo wygląda na coś na pograniczu "CSI: Los Angeles" i innych takich i "Dr. House'a". Benedict Cumberbatch jako Holmes jest tyleż genialny, co irytujący w swojej wszechwiedzy i świadomości swojego geniuszu. Przy okazji jest też zupełnie pozbawiony empatii. Policja go nienawidzi, ale musi korzystać z jego usług, klienci dają się obrażać, bo jak on im nie pomoże, to nikt im nie pomoże, John Watson (Martin Freeman, czyli niedługo Bilbo, a niedawno Arthur Dent w słabiutkiej adaptacji "Autostopem przez Galaktykę") wybacza mu robienie z siebie to chłopca na posyłki, to obiekt eksperymentów, to kogoś, czyje spojrzenie jest pomocne tylko dzięki jego ograniczoności. Ba, dość szybko staje się głównym apologetą i PR-owcem Holmesa za sprawą bloga, na którym opisuje ich przygody. Gdyby tak miało być przez te wszystkie odcinki, to byłoby, cóż, średnio. Szczęśliwie nie jest. I dzięki poczuciu humoru twórców, i dzięki temu, że i Sherlock popełnia błędy (a że jest, że zacytuję Dumbledore'a z "Harry'ego Pottera", wielki, to i jego błędy są odpowiednio większe i mają gorsze konsekwencje), i dlatego, że dość szybko się okazuje, że całą tę historię można czytać też na odwrót - że nie tyle Watson, Lestrade czy pani Hudson (gospodyni Holmesa) są zależni od Sherlocka, co on nie istnieje bez nich. Swoje robią też bardzo mroczna niekiedy atmosfera i gry z powieściowymi intrygami - pies Baskerville'ów jako efekt tajnych eksperymentów służb specjalnych, studium w różu zamiast studium w szkarłacie czy w końcu zupełnie inna wersja wodospadu Reichenbach.

Naszemu superbohaterowi, jak to z superbohaterami bywa, zdarza się trafić na kogoś, kto potrafi nieźle w jego życiu zamieszać. Jak Irene Adler. Oraz - oczywiście - główny oponent Sherlocka Jim Moriarty (Andrew Scott). To zdecydowanie moja ulubiona postać serii. Król przestępczego półświatka i król chaosu, nie mam pojęcia, czy przez przypadek, czy celowo nawiązujący do Jokera w wydaniu Heatha Ledgera czy do Człowieka Zagadki (również "Batman", choć nie ten). Równie jak oni przerażający, groteskowy, a zarazem zagubiony. Wierzący nie tyle w finezję (choć potrafi kreować niezłe zagadki), co w przemoc i zastraszanie. Ostatni odcinek drugiej serii to właśnie rozgrywka między Moriartym a Holmesem. Finału nie zdradzę, kto czytał, ten wie.

Na koniec - słówko o podtekstach. Robienie z Holmesa i Watsona pary to jedno z ulubionych zajęć co poniektórych twórców fanfików. Twórcy serialu zdaje się że podchwycili pomysł, i to z dużą dozą przekory. Watson, mimo skromnej postury, robi za naczelnego łamacza niewieścich serc. A Sherlock? Ha, tego nie wie nikt, szczególnie gdy czuły gest w kierunku Irene Adler okazuje się być mierzeniem pulsu, a John co rusz się zastanawia, jak to właściwie z Sherlockiem jest i przynajmniej kilkukrotnie go zapewnia, że, niezależnie od tego, jak jest, dla niego nie jest to absolutnie żaden problem. Czyli - każdy może sobie zinterpretować tę historię po swojemu i każdemu jest miło. A purystom i purystkom zawsze pozostaje smaczek w postaci Irene Adler, która tu akurat uwodzi nie króla, a dziewczynę z królewskiej rodziny.

niedziela, 11 marca 2012

Manifa 2012 w Warszawie


Chyba po raz pierwszy w historii nie byłam przekonana do głównego tematu warszawskiej Manify. Zgadzam się, że kwestia rozdziału Kościoła od państwa jest istotna i też irytuje mnie ładowanie pieniędzy w Euro 2012, gdy tnie się socjal, edukację i ochronę zdrowia, ale w sytuacji, gdy dużo większe emocje budzi podniesienie wieku emerytalnego, wolałabym, aby tej kwestii poświęcić więcej uwagi. A konkretnie takim rzeczom jak umowy śmieciowe, bezrobocie młodych i kobiet 50+ (a często również 40+), nieprzestrzeganie prawa pracy i wszystkie inne rzeczy, które sprawiają, że tak wiele osób owej rewolucji w emeryturach się obawia.

Miałam kłopot z głównymi hasłem również dlatego, że, choć Manifa szczęśliwie unika protekcji biznesmenek, ma jednak inny kłopot - nie rośnie, nie przyciąga nowych grup, o prawa których jej twórczynie przecież także walczą. I obawiam się, że tegoroczna nieszczególnie to zmieniła. Jeżeli potraktować ją jako coroczny happening, to nie ma czym się martwić. Jeżeli jednak ma być czymś więcej (a moim zdaniem i ma, i jednak mimo wszystko jest), to jednak trochę tak.

Tyle marudzenia. A jak było? Cieplej niż w ubiegłym roku, mniej więcej tak samo ludnie (służby porządkowe doliczyły się około 3 tysięcy uczestniczek i uczestników), jak zwykle energetycznie i jak zwykle rodzinnie. Bezdyskusyjnym hitem Manify był stworzony ponoć tuż przed nią mural niedaleko ronda de Gaulle'a:


a z uczestniczek i uczestników świetny jak zawsze Żelbeton:


samba:

i Pimpek z Mają (równie często obfotografowywani co mural):


Nie zabrakło też ekipy Miłość Nie Wyklucza łowiącej podpisy pod apelem do parlamentarzystek i parlamentarzystów o poddanie pod obrady i przyjęcie ustawy o związkach partnerskich:


Na zakończenie - dla tych, co się chcieli przejść, a się nie przeszli, efekt mojego tradycyjnego spaceru wzdłuż Manify (albo tradycyjnego spaceru Manify wzdłuż mnie, jak wolicie). To coś, co szumi i zagłusza, to nie wrogie służby, lecz wiatr.

Z życia homoseksualistek: inteligentny człowiek bez kompleksów


W tym odcinku cyklu "Z życia homoseksualistek" wrócimy do miejsca, które zainspirowało jego powstanie, czyli na forum Kobiety Kobietom. W moich ulubionych debatach wizerunkowych (tak, nadal trwają!) nastąpił bowiem pewien przełom - otóż do wywodów o "męskości", "kobiecości" i o tym, dlaczego mężczyźni z waginami śmią uważać się za kobiety, doszedł jeszcze jeden element - nieokreślanie się. Co to ma wspólnego z największą dyskusją filozoficzną wszech czasów, zapoczątkowaną wiekopomnym pytaniem "Dlaczego bucz?". Ha, wszystko! Ale zacznijmy od początku:

To się bardzo często powtarza na tym forum. O ile jeszcze jakoś rozumiem niechęć do wartościowania, to skąd niechęć do zwykłego określania? Nieokreślone kojarzy mi się z nieistniejącym, nijakim, specjalnie ukrywanym / pomijanym. Oczywiście nie chodzi mi o lesbijki, które dopiero co odkryły swoją orientację i nie chcą od razu przyjąć jej do wiadomości i wolą siebie nie określać, ale niektóre z Was jakby zrobiły z tego całą ideologię, której nie rozumiem. Z jakiej racji lepiej za bardzo siebie nie określać, nie dzielić, skoro podziały i tak istnieją? Np. na buczki i femki, nieważne jak go nazwiemy i gdzie wytyczymy mu granicę, taki podział po prostu widać, po co od tego aż tak uciekać?

Och, łał. Po takim zajawieniu tematu naprawdę nie wiedziałabym, co napisać. Bo z tego, co powyżej, wynika, że: określanie to wprawdzie nie wartościowanie, ale za to z pewnością dzielenie. I nieważne, gdzie właściwie ów podział przebiega i jak się go nazywa, ale z pewnością istnieje i go widać. Po prostu! Szczęśliwie czytelniczki forum (w tym autorka tego, co powyżej) okazały się mądrzejsze ode mnie i ową nieokreśloność określoności bijącą z założycielskiego posta wątku "Skąd w was ta niechęć do podziałów, określania się?"  twórczo rozwinęły. I to nawet w kilku teoriach. Pierwsza:

Jestem w stanie zrozumieć to, że ktoś nie chce się określać. (...) ludzie z reguły nie lubią być szufladkowani, bo chcą się czuć wyjątkowi, indywidualni. Nie lubią przyjmować do świadomości, że są tak naprawdę zwyczajni, tacy jak wielu innych.

I w związku z tym wybierają opcję "nieistniejące, nijakie, specjalnie ukrywane / pomijane"? Hm, trochę dziwnie to wygląda w zestawieniu z wyjątkowością i indywidualizmem, ale co ja tam wiem. Choć coś w tym jest - nie lubię przyjmować "do świadomości". Do wiadomości - czasami. Czy to już świadczy o mojej wyjątkowości? Niestety niekoniecznie. Patrz - teoria druga:

Inteligentny człowiek bez kompleksów, dobrze znający siebie, nie dość że dobrze się czuje w swojej szufladce, to jeszcze szczyci się tym, kim jest. Człowiek widzi różnorodność, ale widzi też (...) powtarzalność w tej różnorodności, często występujące schematy i potrafi siebie w tym umieścić, czy faktycznie się wyróżnia, czy wpasowuje jednak w schemat.

A zatem niechęć do określania się, bycie nijaką, nieistniejącą, wynika z głupoty, kompleksów i nieznajomości siebie. Czyli po prostu z bycia facetem z waginą. Nie wierzycie? To przeczytajcie teorię numer trzy:

Dlaczego to zazwyczaj osoby typu butch (bądź takie, które za cholerę nie chcą przyznać, że są butch, ale doskonale wiedzą, że ktoś tak mógłby je określić) tak niechętnie, czasem z odrazą odnoszą się do tych podziałów? Zdążyłam zauważyć, że po prostu najczęściej ładne, kobiece panie lub panie wykształcone, zadbane, o dużej pewności siebie, świadome własnego intelektu raczej mają z tym mniejsze problemy. Wydaje mi się, że niechęć do "podziałów" wynika z tego, że te które czują, że są gorsze (a przecież niekoniecznie są), są niedowartościowane w jakiś sposób (czy to pod względem wyglądu, atrakcyjności, wiedzy czy czego tam jeszcze), "nie mają jaj" żeby spróbować się określić, lub przyznać, że podziały istnieją. Uwaga do tego co napisałam: ja za femme uważam kobiety, które same siebie uważają za atrakcyjne (tylko tak szczerze), które są świadome własnej wartości, przy czym w dużym stopniu są kobiece (co nie oznacza ładne/piękne).

O kurczę! Tyle treści w tak krótkim komentarzu, że właściwie powinnam przeanalizować go po kawałku, ale może uda się całościowo. Po pierwsze - wychodzi na to, że osoba (bo przecież nie kobieta ani tym bardziej pani!) typu butch jest niewykształcona, zaniedbana, niepewna siebie, niedowartościowana (a miało nie być wartościowania!) z powodu wyglądu i nieświadoma własnego intelektu (i jak tu się określić jako butch?). Na dodatek nie ma jaj (oj, a femka ma? Oj!). Po drugie, jeżeli już osoba typu butch się określi (nie wiem do końca, jako kto, ale pewnie jako butch, albo, o zgrozo, lesbijka) lub chociaż przyzna, że podziały istnieją, to z automatu stanie się ładna, kobieca lub (uwielbiam to "lub" w tym komentarzu, pozwalające na interpretację, że albo jesteś ładna, kobieca, albo wykształcona, zadbana itd.) pewna siebie, dowartościowana, wykształcona, zadbana. Czyli przestanie być butch. Wniosek? Proszę pań i panów, mamy spisek mający na celu sprawienie, że buczki przestaną być buczkami. Ukryty pod jakże niewinnym i niewartościującym zabiegiem "określania się".

A jeśli któraś osoba zaprotestuje przeciw powszechnej unifikacji spod znaku "lub" i mimo tego, co powyżej, odmówi określenia się? To oberwie teorią numer cztery:

To... wyniosłość albo tchórzostwo. Macie jakieś cechy i nawet nie chcecie przyznać, że je "reprezentujecie". Prawie żaden schemat, żadna grupa nie jest warta, żeby całkowicie do niej należeć i brać za to odpowiedzialność, i być z tego dumnym?

No i chała. Już zaczynałam odnajdywać coś określonego w owej dyskusji o określoności, a tu nagle okazuje się, że wcale nie chodzi o niedowartościowanie, a o wyniosłość, czyli poczucie bycia lepszą (osobą, bo nie kobietą lub panią). Albo o tchórzostwo, no ale skoro jest wybór, to ja wolę wyniosłość. A na dodatek określanie się, czyli wchodzenie w schematy, to to samo co przynależność do grupy (kółka zainteresowań, organizacji, stowarzyszenia, grupy wsparcia, zespołu rockowego?), i to nie byle jakiej, a takiej, do której się należy całkowicie, odpowiedzialnie i z dumą. Czyli stanowczo coś nie dla mnie. Chociaż... Troszkę mniej niż dwadzieścia lat temu śpiewałam w zespole noise'owym - całkowicie, odpowiedzialnie i z dumą. Nada się? To ja poproszę o opcję bez "lub".

środa, 7 marca 2012

Homoseksualne wyznania Adamik


"Oficjalny" coming out Kasi Adamik nie zrobił szczególnego wrażenia na mediach, oprócz rzecz jasna plotkarskich i "kobiecych". Plotki, Pudelki, "Fakt" i Pomponiki swoje napisały, na Adamik i jej partnerkę Olgę Chajdas rzuciło się też "Pytanie na śniadanie", gdzie miało być o ich nowym spektaklu, a było o związku, niedługo zobaczymy je też pewnie w kilku kolorowych magazynach i powoli się uspokoi, i będzie można zacząć znowu mówić o ich pracy, a nie o tym, co je łączy. Z jednej strony to dobrze, bo to, kto z kim i dlaczego to właśnie temat dla "kolorowych" mediów (za to je zresztą tak uwielbiam) i tylko one widzą w tym sensację czy ciekawostkę. Z drugiej niedobrze, bo przecież owe medialne coming outy mają swoje drugie dno, które z takich doniesień (raczej przez niechcący) przebija.

Dwa przykłady. Z Plotka:
Na początki marca byliśmy świadkami homoseksualnego wyznania. Zaproszona do wywiadu Katarzyna Adamik, córka Agnieszki Holland, przyznała się do długoletniego związku z inną kobietą. Wyznanie było dla niej naturalne, bo nie chce już ukrywać swoich skłonności.
i z Pudelka:
Kasia Adamik, córka Agnieszki Holland, wyznała niedawno, że jest lesbijką. W wywiadzie dla Vivy reżyserka przyznała, że zakochała się w kobiecie, z którą tworzy udany związek. Teraz przyszedł czas na zaprezentowanie partnerki w mediach.
"Homoseksualne wyznanie", "przyznała się" - jakby chodziło o coś złego czy wstydliwego. Zresztą samo "ujawnienie się" też ma niekoniecznie pozytywną konotację. Oczywiście taki a nie inny język nie bierze się znikąd, a z tego, że, choć to niby taki plotkarski temat, coming outy znanych (nie tylko zresztą) osób są czymś kompletnie nieoswojonym. Co widać i w stylu doniesień medialnych, i w reakcjach czytelniczek i czytelników na nie ("po co o tym pisać", "a co mnie obchodzi, kto z kim sypia", "to są intymne sprawy i nie powinno się o nich mówić" itd.).

Czyli: tak, to jest temat dla mediów "mniej poważnych", ale też nie, to nie jest temat wyłącznie dla nich. Bo siłą rzeczy będą upraszczać, stereotypizować, nawet bez złych intencji, ale po prostu dlatego, że takie są. I nie ma co od nich wymagać, by tłumaczyły czy choćby zdały sobie sprawę, dlaczego owe coming outy są dla nich taką sensacją. A tym bardziej: dlaczego w ogóle są.

Moją pierwszą myślą, gdy przeczytałam o Adamik, było "super". Potem dopiero przyszło "no w sumie żadna nowość". Tyle że to "żadna nowość" dla nas (choć i w "naszych" mediach widziałam komentarze w stylu "po co to"), w mainstreamie to jednak niestety nadal sensacja albo co najmniej ciekawostka, którą należy grać, jak się da. I, choć im więcej takich coming outów będzie, tym bardziej spowszednieją, to za owym znudzeniem tematem niekoniecznie pójdzie jego zrozumienie. Dlatego, choć mi najbliższe, ucinanie tego typu doniesień krótkim "no jakbyśmy nie wiedzieli" jest też chyba najgorszym podejściem z możliwych.

niedziela, 4 marca 2012

Moje zgryzoty są najmojsze


To, co przeczytacie poniżej, nie miało się przerodzić w kolejny wpis. Miała być to odpowiedź na komentarze pod tekstem Alkohole 24h. Kiedy zaczęłam pisać, wyszło mi, że dotyczy również innych tekstów tutaj, jak tego o ChAD czy użależnieniach. A poza tym taki komentarz byłby nieco przydługi i kto by go wtedy przeczytał?

"Weź się w garść. No naprawdę, wymyślasz sobie problemy. Przecież to nic wielkiego. Tak naprawdę nic się nie stało. Dasz sobie radę. Inni mają gorzej. Przesadzasz. Takie jest życie." - te i wiele innych podobnych zdań potwornie mnie irytują. Tak, wiem, że nie miałam najgorszego dzieciństwa, tak, wiem, że są ludzie, którzy zazdrościliby mi moich problemów emocjonalnych, bo ich życie naprawdę jest koszmarem. Ale moje zgryzoty są najmojsze. To one rozwalają mnie od środka. To one powodują, że mam ochotę wyć, zapić się czy zaćpać. Żeby chociaż przez chwilę o nich nie myśleć.

Co mnie więc przed powstrzymuje? Nie moja nadprzyrodzona siła psychiczna, ale cholerne szczęście. Wokół mnie jest grupa ludzi, których, bez żadnych eufemizmów, mogę nazwać przyjaciółmi. Ludzi, którzy po raz enty są w stanie wysłuchać moich „gorzkich żalów na fujarce”, że ktoś właśnie zniszczył całą moją wiarę w siebie, podeptał moją godność, zrujnował mi świat. Bądź po prostu o rozterkach dnia codziennego, kacu moralnym, kiedy to pomiędzy moje ideały i zasady wkracza coś, co niektórzy nazywają życiem lub wyborem pomiędzy być lub mieć.

To właśnie oni potrafią postawić mnie do pionu, czy to dając mi werbalnie w twarz, czy tuląc. Kiedy słyszę słowo „rozumiem”, wiem, że ktoś naprawdę rozumie. Będąc przy mnie, dają odczuć, że jestem dla nich ważna. I że nie muszę odgrywać twardzielki. Nie wyśmieją, nie zbagatelizują.

Zastanawiam się, gdzie bym teraz była, gdyby nie oni. Na odwyku? Na Dworcu Centralnym? W psychiatryku? W więzieniu? W grobie? Tam właśnie lądują ci, którym los nie sprzyjał tak jak mnie. A kiedy już się tam znajdą, uważamy, że sami są sobie winni. Że byli zbyt słabi lub wybrali ucieczkę przed życiem. Jasne, że są i tacy, którzy wpędzili się w nałóg przez własną głupotę, dla zabawy. Ale jest też wiele osób zagubionych, niepotrafiących poradzić sobie z tym, co ich spotkało, nieznających innej drogi. Niektórym z nich życie skopało dupę tak, że nie mieli siły usiąść. Innych problemy ktoś zbagatelizował, uznał za wymysły. A przecież dla nich były czymś, z czym nie mogli dać sobie rady. I nie musiała być to wielka tragedia, ot drobiazg, który sprawił, że życie nagle straciło sens.

Zwyczajni ludzie, tacy jak my. Mają podobne życie. Podobne troski i zmartwienia i radości. Tylko dla nich to, co nam nie spędza snu z oczu, co uznajemy za część życia,  jest problemem, z którym nie potrafią sobie poradzić. Czasem bezskutecznie wołają o pomoc. Czasem, bojąc się wyśmiania, zlekceważenia, duszą to w sobie. Brzmi znajomo?

Sama często łapię się na tym, że skoro mi się udało poskładać do kupy, stanąć na nogi, uniknąć uzależnienia (a było blisko), to inni też mogą. A później nachodzi mnie refleksja, że może w tym wypadku mogłam, ale w wielu innych to oni są silniejsi ode mnie.

Swoją drogą, ciekawa jestem, co usprawiedliwia załamanie nerwowe. Rodzice alkoholicy? Śmierć bliskiej osoby? Poronienie? Porzucenie przez ukochaną osobę? Gwałt? Trudne dzieciństwo? Jakie nieszczęście ma pozwolenie społeczne na okazywanie swojego żalu, rozpaczy? Co usprawiedliwi depresję? Co sprawi, że nie zostaniemy uznani za mięczaków?

Mam wrażenie, że okazywanie jakiejkolwiek słabości jest poważnym nietaktem towarzyskim.

piątek, 2 marca 2012

To bi or not to bi


Poniżej opisana historia lepiej pasuje do pewnego zaprzyjaźnionego bloga niż na garniturek, ale pozwolę sobie ją tutaj przedstawić. Mam nadzieję, że będzie mi wybaczone.

Rozmawiam ze swoją przyjaciółką, której wymagania względem mężczyzn są dokładnie tym, co to słowo znaczy, czyli Wymaganiami. Otóż ideał musi być: inteligentny, z dużym (i specyficznym) poczuciem humoru, czuły, ciepły, troskliwy itd., itp. I w tym miejscu pozwolę sobie mniej więcej zacytować naszą rozmowę, od razu zaznaczając, że owa przyjaciółka podoba się obu płciom.

Ja: Może jednak odkryjesz w sobie pierwiastek biseksualny?
Ona: Dobrze by było.
Ja: Podobna każda kobieta jest biseksualna, tak mówią.
Ona: To dotyczy każdego człowieka.
Ja: No widzisz. Spróbuj, przynajmniej będziesz miała 50 procent szans więcej na sobotnią randkę.
Ona: Próbowałam.
Ja: I?
Ona: To nie dla mnie.
Ja: Bo?
Ona: Jakoś nie podeszło. Nie czułam tego.
Ja: A może źle próbowałaś? Z nieodpowiednią osobą...
Ona: Myślisz? Nie wydaje mi się. Zresztą, kiedyś ci opowiem, to jako ekspertka ocenisz.

W tym momencie naszła mnie refleksja, że przecież taki dialog jest dość typowy, tylko role trzeba by odwrócić. Nie pomnę, ile razy słyszałam, że moja chęć bycia tylko i wyłącznie z kobietą wynika z faktu, że nie trafiłam na odpowiedniego mężczyznę. Radzono mi również, abym spróbowała z innym, bo może trafię na swojego, a wtedy wszystko będzie dobrze (jakby z kobietami było mi źle). Oczywiście złościło mnie to straszliwie.

Pomyślałam więc, że stosuję na przyjaciółce rodzaj nacisku i że może poczuć się zirytowana lub oburzona, bo przecież doskonale wie, co dla niej jest najlepsze. Skoro tłumaczy mi, że dla niej pocałunek z kobietą to nie było to i w ogóle, to powinnam wykazać się pełnym zrozumieniem.

I pewnie by tak było, gdyby nie fakt, że sama kiedyś myślałam, że to faceci nie potrafią się całować. Do czasu.

Na jednej ze świetnych (jak zawsze) imprez u K., przesadziwszy nieco z "niebieską lemoniadą", przeprowadziłam pewien eksperyment. Do swojego doświadczenia wybrałam sześć osób – dwie kobiety i czterech mężczyzn. Celem badania było udowodnienie, że pocałunku kobiety nie da się pomylić z pocałunkiem mężczyzny.

Nie do końca poszło to po mojej myśli. Nie ujmując niczego pozostałym osobom dobrowolnie biorącym udział w eksperymencie, pocałunek jednego z panów był, hm, no cóż, mogę tylko napisać, że testowanie trwało dłuższą chwilę, a w celu dokładnego udokumentowania zostało powtórzone.

Biorąc powyższe pod uwagę, chyba będę namawiać przyjaciółkę dalej, ku chwale zawrócenia kolejnej istoty na właściwą drogę.

A tak na poważnie, to jak to dziwnie się los plecie. Wyobrażacie sobie taką rozmowę lat naście temu? Przeprowadzoną na poważnie, bez wyraźnego odżegnywania się, oburzenia czy wyśmiania? Ja jakoś nie potrafię.

czwartek, 1 marca 2012

O'LESS Festiwal

News dnia: w wywiadzie dla "Vivy" Kasia Adamik powiedziała to, co już chyba wszyscy wiedzieli, czyli że jest związana z kobietą. Mimo że reakcje w "środowisku" to głównie "też mi nowość", to jednak jest to nowość, bo znane Polki otwarcie mówiące o swojej innej niż heteroseksualna orientacji można policzyć na palcach jednej ręki. Miło, że córka Agnieszki Holland dołączyła do tego niewielkiego grona.


Ale nie o tym dziś być miało (choć odnotować musiałam). Bo oto pierwszy raz w historii objęłyśmy, jako blog, matronat nad jakąś inicjatywą. A konkretnie nad naprawdę fantastycznym projektem O'LESS Festiwal. O co chodzi? O rodzimy lesbijski język, lesbijskie idolki, lesbijskie wzorce. O to, by spośród wątków LGBT w kulturze wyodrębnić i odkryć właśnie literkę L. Twórczynie festiwalu zdają sobie sprawę, że, w dobie zamazywania granic w pojęciu queer, taki tożsamościowy pomysł jest ryzykowny. Że trudno wyodrębnić to, co lesbijskie, że trudno ową "lesbijskość" zdefiniować. Ale: chcą poznać i pokazać polską LESShistorię, LESSkulturę, wyszukać nie/znane lesbijskie artystki. I w końcu stworzyć kulturalną LESSmapę. Mało? Będzie więcej. Gromadzenie materiałów i ich promocja na stronie festiwalu i podczas imprez organizowanych w Warszawie to tylko etap pierwszy, który potrwa do lipca 2012. Drugi jest jeszcze bardziej, przynajmniej dla mnie, smakowity - w planach jest bowiem finałowa impreza we wrześniu lub październiku tego roku.

Zapytacie, co mnie, fankę zamazywania granic, tak w tej imprezie zachwyca? Wszystko! Nie raz zdarzyło mi się pisać, że queer queerem, kłopot w tym, że myśmy do niego nie doszli/doszły, myśmy go dostali/dostały w pakiecie z podejściem tożsamościowym i paroma innymi wykluczającymi się wzajemnie pomysłami. Efekt? Mnóstwo nieprzerobionych tematów, mnóstwo zaniedbań i niewielka świadomość swojej historii, kultury, tożsamości, pomieszanie pojęć i podejść do siebie. Nie raz pisałam też, jak bardzo mi brakuje inicjatyw na miarę Michigan Womyn's Music Festival, naszych artystek, muzyczek, pisarek itd., itp. I oto pojawiło się coś, co daje szansę połączenia tych dwóch rzeczy - dania samoświadomości i pokazania naszej kultury. Jasne, że to dopiero początek, że o cyklicznej wielkiej imprezie można póki co jedynie pomarzyć, tyle że te wszystkie cykliczne wielkie imprezy (bo przecież Michfest to tylko jedna z nich), będące zarazem potężną siłą promującą i współtworzącą naszą kulturę, też kiedyś miały swój początek w tym, że komuś czegoś brakowało, więc postanowił/a to stworzyć.

Na koniec kilka słów o nazwie, bo było nad nią trochę żarcików (ale sympatycznych takich) na naszym fejsie. Co, jak się kojarzy ogłoszenia w stylu "sympatyczną less poznam", jest chyba zresztą zupełnie zrozumiałe. Monika Rak i Agnieszka Małgowska, współtwórczynie festiwalu, tak mi ją wytłumaczyły: "Jednym z motywów lesbijskich w literaturze i w filmie, a myślę, że w ogóle w kulturze lesbijskiej jest motyw sobowtór(ki). Motyw odbicia lustrzanego kobiety w kobiecie. Znanych jest tez kilka duetów artystycznych. Na przykład Wy i My i boginki od Sabatnika - nie wspomnimy o tych historycznych. Ta dwoistość jest jakimś znakiem. Dlatego też zabawiłyśmy się tym, tworząc nazwę i logo. Ale też samo słowo O'LESS jest jakimś zawołaniem, trochę na modłę hiszpańską w którym jest zabawa, a jednocześnie less-treść". Nie tylko nazwa jest zresztą symboliczna, również logo. "Apostrof między nawiasami jest klitoryczny. Biologizm waginy przekuwamy na znak, który składa się z elementów graficznych stosowanych w zapisie języka. Ale nie jest samym językiem. Ponieważ zależy nam na szukaniu własnego języka" - napisały mi Monika i Agnieszka.

To co? Włączacie się?