sobota, 28 kwietnia 2012

W związku z M.


Czy istnieje coś bardziej banalnego niż słowo "miłość" w nazwie kampanii, akcji, piosenki, książki, wiersza? Pewnie tak, ale z pewnością pozostaje ona jednym z najbardziej wytartych motywów wszech czasów. I oto, proszę bardzo, pojawiło się kolejne działanie z miłością nawet nie w tle, a na pierwszym planie. "W związku z miłością" to kampania wizerunkowa na rzecz związków partnerskich przygotowana przez osoby związane z akcją Miłość Nie Wyklucza*. Pomysł jest prosty - pokazać pary, jednopłciowe i różnopłciowe, które chciałyby zawrzeć związek partnerski. Zwyczajne osoby robiące wspólnie zwyczajne rzeczy: jedzące śniadanie, czytające książki, przytulające się do siebie, pracujące. Trywiał, banał, zero oryginalności. Nieprawdaż? Ha, niekoniecznie.

"Z jakiegoś powodu jest to [związki partnerskie - przyp. ET] u nas kwestia drażliwa, kontrowersyjna, często wzbudzająca negatywne emocje. Dyskusje na temat ustawy o związkach partnerskich wzlatują często na n-te poziomy abstrakcji, zupełnie gubiąc z oczu perspektywę ludzi, których takie prawo miałoby dotyczyć" - piszą organizatorzy "W związku z miłością" na stronie akcji na fejsie. Trudno się z nimi nie zgodzić. Mimo że zwolennicy i zwolenniczki wprowadzenia instytucji związków partnerskich lubią odwoływać się do emocji, opowiadać, dlaczego są potrzebne, pokazywać ludzkie problemy i opowieści, to takich historii jest ciągle mało. I nie potrafią się szerzej przebić przez te wszystkie bajdurzenia o cywilizacji śmierci, niszczeniu tradycyjnej (czymkolwiek miałaby być) rodziny, żądzy, propagandzie, kaptowaniu i innych takich. Przez stereotypy, że osoby nieheteroseksualne są takie a takie, a inne na pewno już nie, a tak w ogóle to dzielą się na aktywistów i aktywistki, co to żyją z tego, że niby walczą o równe prawa, i ileś tam "normalnych" osób, które uważają, że jest dobrze tak, jak jest i nie chcą żadnych związków.

Paradoksalnie dużo łatwiej jest zrobić reklamę jakiemukolwiek innemu przekazowi, niż temu normatywnemu, związkowo-miłosnemu. Stara prawda - nuda i zwyczajność się nie sprzedają. Z drugiej strony mają siłę przekonywania. Przykłady? Oczywisty, czyli akcja "Love is in the Air", dzięki której przeżyłyśmy jedną z największych przygód naszego życia. Kolejny - Miłość Nie Wyklucza. Skąd wiem, że bynajmniej nie na przekonywaniu przekonanych się skończyło? A chociażby z takich głosów na stronie MNW:
Ludzie tej samej płci też potrafią być zakochani i romantyczni. Powiem wprost. Kiedyś dawno temu miałem niezbyt dobre mniemania o ludziach niehetero. W moim mieście wiem, że jest kliku i to nieciekawi ludzie. Ale patrząc na stronę "Miłość nie wyklucza" uświadomiem sobie, że są rożne osoby niehetero. Kiedyś miałem jakieś stereotypy, choć zawsze byłem tolerancyjny. Teraz już się ich pozbyłem. Mogę tylko przeprosić, że gdzieś w głębi czasami małem niesmak do ludzi niehetero. Dziś oceniam człowieka jednostkowo.Wsród osób hetero i nie zdarzają się ludzie dobrzy, jak i świnie. Proste, ale doszedłem do tego zupełnie niedawno. Człowiek całe życie się czegoś uczy. Moje sądy nie są już nieubłagane. Więc chyba jestem reformowalny.
Takie akcje jak "W związku z miłością" mają jeszcze jeden wymiar. Zachęcają do współudziału. Dołożenia swojej cegiełki - fotki, opowieści. Nasz ruch, mimo że nie taki już młody, ma zaledwie kilka twarzy. I nie jest tak tylko dlatego, że media mają zwyczaj stawiać na tych, co to ludzie już ich znają. Nie ma chyba tygodnia, w którym jakiś dziennikarz/dziennikarka nie poszukiwał(a)by pary, singla czy singielki do programu, wywiadu, nagrania. A że zazwyczaj kończy się na tych samych osobach? Ha, wiadomo, dlaczego tak jest. Dlatego bardzo ważne jest, że wśród tych już opatrzonych osób pojawiają się nowe. Bo jest to nie tylko jakiś sygnał na zewnątrz - że nie jesteśmy monolitem i nie jest nas kilkoro - ale i do wewnątrz - zobaczcie, oto kolejne osoby mówią głośno - tak, jesteśmy, chcemy, żądamy. I to nie są jacyś "oni", to wy.

Wojtek u siebie na blogu pisze, co jest jego zdaniem w inicjatywach osób nieheteronormatywnych ciekawe, twórcze i odkrywcze, i że na pewno nie jest to już stworzone przez niego MNW, bo zamyka się w schematach, kopiuje działania, które już były. Dla mnie dla odmiany największym odkryciem ostatnich lat było to, że wszelkie zakręcone, mocne akcje, choć je uwielbiam, mają dla mnie niewiele z rewolucji, a znacznie więcej z intelektualnej podniety czy niegrzecznej zabawy. A dużo bardziej rewolucyjne (w klasycznym rozumieniu: zmieniające rzeczywistość w stosunkowo krótkim czasie) są działania, które są po prostu zrozumiałe dla sporej liczby ludzi. Bo mają znacznie większy potencjał, by wciągnąć ileś tam osób i by dzięki nim trwać aż do skutku.

*Piszę "osoby związane z MNW" a nie "ja" czy "my", bo moja rola we współtworzeniu "W związku z miłością", mimo że akcja bardzo mi się podoba, jest, cóż, niewielka. Stoją za nią właśnie owe wciągnięte przez MNW osoby, dzięki którym akcja trwa i ma kolejną odsłonę.

fot. Monika Bereżecka, Zorka Project

wtorek, 24 kwietnia 2012

Będąc młodą studentką


Pierwszą ankietę do pracy magisterskiej na temat osób nieheteroseksualnych wypełniłam kilkanaście lat temu. To były czasy niemal przedinternetowe (to znaczy internet był, ale mało kto miał do tego cuda techniki dostęp z domu), tak że jednym sposobem zbierania danych była poczta pantoflowa i chodzenie po klubach. A jako że autorka wspomnianej magisterki za obiekt analizy obrała wyłącznie lesbijki i kobiety biseksualne, a rzecz się działa w Trójmieście, to w grę wchodził jedynie Kogiel Mogiel. To tak gwoli smaczków historycznych. Wracając do tematu, teza jej pracy była taka, że kobiety niehetero są bardziej agresywne niż hetero. Po podliczeniu wyników wszystkich 37 ankiet (cóż za próba badawcza!) wyszło, że, a i owszem, są, o jakieś 0,3 procent czegoś. Co było do udowodnienia.

Choć było to już kilka lat po tym, jak swoje wieloletnie badania kobiet nieheteroseksualnych uwieńczone pracami magisterską i doktorską rozpoczęła Alicja Długołęcka, to studentów i studentek chwytających się za osoby nieheteronormatywne było wtedy stosunkowo niewiele. Lub też słyszało się o nich niewiele, wszak były to czasy przedinternetowe. Ale, jak widać na opisanym przykładzie, już wówczas zdarzały się prace, cóż, średnio mądre i średnio rzetelne badawczo.

Z czasem próśb o wypełnienie ankiety, wzięcie udziału w wywiadzie i innych takich przybywało (z pewnością i wam udało się trafić na niejedną). I zdarzało mi się wypełniać, rozmawiać i tak dalej, wszak młodym naukowczyniom i naukowcom pomóc trzeba - czasami również uściślić, o czym właściwie chcą pisać i co pragną udowodnić. Wczoraj mi się jednak przelało. I odechciało uściślać i pomagać. Na fejsową stronę MNW ktoś (przez litość nie napiszę, kto) wrzucił takie coś:
Pomóżmy dla Aleksandry która chce obalić wszelkie mity krążące w koło na temat homoseksualizmu. Jest studentką psychologii, i Potrzebuje bardzo dużej ilości wypełnionych ankiet które są mi niezbędne do opracowania tematu o tożsamości osób homoseksualnych. Wszystkim chętnym, którzy wypełnią ankietę chętnie pod koniec maja pokaże ową pracę. Z góry dziękuję za pomoc. 
Koszmarek, prawda? Fakt, że część błędów powstała za sprawą osoby, która postanowiła rozpowszechnić ogłoszenie kolejnej psycholożki in spe, ale "chce obalić wszelkie mity krążące w koło", "duża ilość wypełnionych ankiet" i "chętnym chętnie" było i w oryginale. Z (nieco chorej, przyznaję) ciekawości kliknęłam w link do ankiety i załamałam się do reszty. Oprócz bezsensownego i jakże popularnego skrótu "tyś" i standardowych pytań spod znaku: kiedy się ujawniłaś/eś, czy akceptujesz swoją orientację, czy otoczenie o tobie wie i jak zareagowało, jeżeli wie, jest tam ileś kwiatków spod znaku "czy wiesz, co to jest tęczowa flaga i ile ma kolorów" (nie jestem pewien, ale zapewne jest to flaga w kolorach tęczy - podpowiedział mi Ray), "czyim symbolem jest Lambda, a czyim Labrys" (ojeju, nie wiem, Wiki, pomóż), "kogo symbolizuje różowy, a kogo czarny trójkąt" (Wiki, naprawdę pomóż!) oraz "czy określenia typu pedał, lesba, ciota prosperują w twoim środowisku" (no "ciota" ostatnio za sprawą Palikota prosperuje nieźle, reszta to biedniutka jest). Do tego trzeba było jeszcze zaznaczyć, czy filmy o parach homoseksualnych lubi się tak samo jak o heteroseksualnych (co to u licha jest "para homoseksualna"?! I czy filmy o singlach też się liczą?) oraz wymienić ulubione kolory (czerwony, biały, zielony oczywiście!).

Nie znam się na metodologii badań, nie podejmuję się więc oceniać tej ankietki z tej strony (choć intuicja, której rzecz jasna nie posiadam, mówi mi, że nie jest dobrze), za to na tożsamościach i mitach "krążących w koło" trochę jednak tak. Przynajmniej na tyle, by stwierdzić, że przyszła adeptka psychologii, delikatnie mówiąc, nie odrobiła lekcji. A mniej delikatnie - nie ma pojęcia, co bada, o co pyta i co ma jej z tego wyjść. Że co, że geje lubią różowy, a lesbijki purpurowy? A może właśnie nie lubią? Tak, nie lubią, mit obalony, hura! No to kolejny - Labrys. Pięćdziesiąt procent lesbijek nie wie, co symbolizuje. Czyli to stereotyp. Świetnie! Itd. A najgorsze jest to, że autorka owej ankiety pewnie i tak dostanie swoje zaliczenie. No chyba że trafi na sensownego wykładowcę lub wykładowczynię.

Nie wiem, czy zdarza się tu zaglądać akademickiej braci (i siostrom), która planuje lub już pracuje nad kolejnymi przełomowymi i obalającymi wszystko, co się da, badaniami. Jeżeli tak, to mam ogromną prośbę. Zanim wyślecie swoją ankietę w świat, pokażcie ją komuś. Zróbcie minibadania i minikonsultacje. No chyba że zależy wam wyłącznie na tym, by zaliczyć kolejne zajęcia. Wtedy nie dorabiajcie do tego, co robicie, ideologii i nie piszcie o obalaniu "wszelkich mitów krążących w koło". Albo chociaż piszcie bez błędów.

PS Tak, wiem. Zdarzają się prace rzetelne, przemyślane i świetne metodologicznie. I pewnie jest ich całkiem sporo. Być może nawet takie koszmarki jak opisany wyżej to margines marginesu. Ale zdecydowanie lepiej by było, gdyby nie zdarzały się w ogóle.

poniedziałek, 23 kwietnia 2012

Ja, monarchini


Dziś poniedziałek i, dla mnie, początek jednego z najcięższych tygodni w roku (z powodów zawodowych), tak że będzie wpis z kategorii niepoważnych. Przy okazji pewnej dyskusji na naszym fejsie przypomniał mi się świetny tekst Bożeny Keff "Krwawi tyrani i dobrzy władcy, czyli programy dla świata i ludzkości" napisany dla "Przeglądu" w czasach, kiedy ten magazyn dało się jeszcze czytać, czyli siedem lat temu. W skrócie - Bożena napisała, co by zrobiła, gdyby została władczynią świata i miała władzę absolutną. Oraz jakie pomysły miało kilka innych przepytanych przez nią osób. A jako że zdecydowanie potrzebuję chwili wytchnienia, zachciało mi się po latach pociągnąć temat.

Na etapie przemyśleń wyszło mi, że na władczynię świata nadaję się średnio, bo, tak szczegółowo, nie jestem w stanie moim programem objąć całej Ziemi. Kilka pomysłów ogólnych się pojawiło, jak zakaz wojen i posiadania broni, otwarcie granic, intensyfikacja badań nad podziemnymi złożami wody w Afryce, zakaz eksploracji Antarktydy, zakaz jakiejkolwiek dyskryminacji, ustawowe ograniczenie konsumpcji i zesłanie wszystkich tyranów na odciętą od świata wyspę z paczką zapałek jako jedynym bagażem, głównie jednak skupiłam się na tym, co bym zrobiła z politykami. Najpierw przypomniały mi się słowa pewnej miłej pani profesorki, którą Gosia swojego czasu spotkała w pociągu, a która zaproponowała, by nieudolnych rządzących rozstrzeliwać - kolejny sort z pewnością bardziej by się postarał - ale to rozwiązanie wydało mi się zbyt drastyczne. Dość często pojawiającą się ideę, by kazać im żyć za minimum krajowe, odrzuciłam dla odmiany jako nieszczególnie motywującą.

Koniec końców zdecydowałam się na pomysł Davida Eddingsa z cyklu książek o Elenium i Tamuli, by przedstawicielom narodu w dniu, w którym zostaną wybrani, odbierać cały majątek. Jeżeli lata ich rządów przyniosą zyski, odzyskają, co ich, powiększone o odpowiedni procent. Jeżeli nie, cóż - skończą z niczym. Rzecz jasna owo rozwiązanie miało pewną wadę - znalezienie chętnych do rządzenia graniczyło z cudem, trzeba było więc wybrać ich bez ich zgody i przez cały czas pilnować - za to państwo prosperowało świetnie. Swoją drogą ciekawa jestem kilku rzeczy - jakie poparcie miałoby takie rozwiązanie w referendum i jak by się zmieniły obyczaje polityczek i polityków, gdyby je wprowadzić np. jutro. Oraz jak oni by odpowiedzieli na pytanie o idealny system rządów i czy ta odpowiedź choć minimalnie uwzględniałaby to, jak je sprawują teraz.

Do gości, których rozwiązania zdecydowanie mają w sobie coś, dodałabym jeszcze Dana Berna:



Nie mam pojęcia, czy powyższe wybory skazują mnie na dołączenie do grona tyranów na wyspie. Pewnie zależy to od punktu widzenia (wszak zakaz wszelkiej dyskryminacji oznacza chociażby likwidację religii). Zapraszam za to do kontynuowania zabawy komentarzach. Tyrani i tyranki - ujawnijcie się!

czwartek, 19 kwietnia 2012

Kontekst, głupia!

Jak już część z was wie, dziś produkowałam się w Dzień Dobry TVN w ogranym już trochę temacie cioty Palikota. Pomysł był taki, żeby w ogóle porozmawiać o języku, o tym, co jest obraźliwe, a co nie i w jakich sytuacjach, no ale że zestaw gości był, jaki był, to nie udało się nam wyjść poza to, co już ileś tam razy zostało powiedziane. Ale warto było. Mimo że nie mam takiej siły przebicia i medialnego obycia jak moi współdyskutanci - Robert Biedroń i Marcin Szczygielski - i nie jestem oazą spokoju, za którą robił socjolog z Collegium Civitas Marek Troszyński, to udało mi się przypomnieć i to, jak Janusz Palikot "tłumaczył się" ze swoich słów (ciota w środowisku homoseksualnym = alfons), i to, jaka była pierwsza reakcja Roberta ("Palikot trafnie scharakteryzował Gowina"). Oraz powiedzieć "naszemu" posłowi, że ileś tam osób zagłosowało na niego, bo miało nadzieję, że uda mu się powalczyć z homofobicznym językiem i obyczajami polskich polityków. Na co, tak na marginesie, dostałam odpowiedź, że no przecież ja na niego nie głosowałam.

Nie mam szczególnych złudzeń, że moje wcinanie się w jakże rozsądne i zdroworozsądkowe wyjaśnienia posła Biedronia coś zmieni. Wszak oficjalna wersja jest taka, że Robert słowa swojego wodza (jak pięknie określiła Palikota Dorota Wellman) potępił, a zresztą chodziło tylko i wyłącznie o kontekst, którego nie załapałam. Cóż, dla mnie kontekst był jasny, a nawet, jak by nie był, to Palikot z Biedroniem pięknie go tuż po wtopie szefa RP nakreślili - jeden mówiąc o homoseksualnych alfonsach, a drugi o obłudnych i zakłamanych ciotach. A ja najwyraźniej głupia jestem, bo nie zrozumiałam, że w tych alfonsach, obłudzie i zakłamaniu chodziło o oswojenie tej cioty, o pozbawienie jej obraźliwych konotacji, subwersję, transgresję i inne mądre rzeczy. Szczęśliwie nie załapał tego też Troszyński i to mnie trochę pociesza - widać nie zostałam sama taka niekumata na świecie. No nic. Całą rozmowę można zobaczyć, klikając w obrazek poniżej, same i sami więc możecie ocenić, czy chodziło o kontekst, czy o coś innego.



I o co chodziło tu:


Na koniec anegdota z przygotowań do programu. Otóż przed nagraniem ekipa zawsze sprawdza zaproszonych gości (tych mało znanych) w sieci, aby w zapowiedziach nie pomylić ich z kimś innym noszącym to samo nazwisko. No i w moim przypadku nieźle się naklęli, bo co rusz wyskakiwały im fotki, na których jesteśmy razem z Gosią i za nic nie mogli dojść, która jest która. Jak widać bycie dwugłowym potworem bywa czasami dość kłopotliwe.

środa, 18 kwietnia 2012

Wokół O'LESS Festiwalu

Minęło półtora miesiąca dni od inauguracji O'LESS Festiwalu. Powolutku zapełnia się wirtualna mapa gromadząca informacje o działalności kulturalnej, społecznej, sportowej, naukowej i artystycznej osób identyfikujących się jako lesbijki, a także lesbijskich organizacji, grup, drużyn czy klubów z całej Polski. Z różnych miast, miasteczek i wsi. Zbieranie zgłoszeń kobiet z całej Polski i tworzenie mapy to - dla przypomnienia - pierwsza faza festiwalu, która potrwa do sierpnia 2012 roku.
Druga, bardziej dynamiczna, rozpocznie się na jesieni. Organizatorki już teraz zapraszają na spotkania, imprezy artystyczne, klubowe i sportowe, wystawy, mecze, tańce, romanse.

Jak oceniają pierwsze dziewięćdziesiąt dni projektu? - O’LESS Festiwal z złożenia jest procesem, badaniem żywego organizmu. Ten czas pozwolił nam przyjrzeć się pierwszym reakcjom na naszą inicjatywę. Nie zaskoczyła nas skrajność opinii: od zachwytów po niechęć - napisały mi Agnieszka Małgowska i Monika Rak, współtwórczynie projektu. - Naczytałyśmy się o zbyteczności lesbijskiej oddzielności w sztuce. Usłyszałyśmy zarzuty o koteryjność, o partykularyzm, o interesowność - inspirowanie samych siebie, czyli korzystanie z talentów innych, etc.

Ale dyskusja rozgorzała w sprawie oceny sztuki, z której my świadomie rezygnujemy. Jako organizatorki chcemy uwolnić się od własnej domniemanej pychy, która uczyniłaby nas ekspertkami. My nie wiemy, my chcemy się dowiedzieć, stworzyć przystań dla lesbijskich twórczyń.

Tymczasem odbiorcy sztuki są tak przyzwyczajeni do oceniania i autorytarnego wyznaczania miejsca w jakimś rankingu, że wszystko, co nie podlega ocenie, wydaje się podejrzane i nie/wartościowe. Większości z nas wydaje się, że stwierdzenie "sztuka jest albo dobra, albo zła" jest prawdą oczywistą. Ale czy zastanawiamy się, kto te kryteria ustalił? Czy zastanawiamy się, że może nas wyuczono "właściwego" gustu, tak jak wmówiono nam role płci? 

Zapominamy, jak traktowano pierwsze próby kobiecego pisania, jak postrzegano początkowo camp. Widzimy, jak łatwo dajemy skolonizować swą intuicję i percepcję uniwersalnej "mądrości". Tu odczułyśmy największy opór, w efekcie zostałyśmy posądzone o brak kompetencji i mętność idei. Ale my "upieramy się" przy naszych decyzjach i wciąż szukamy nowych dróg kontaktów, bo dotarcie do twórczyń – mimo pospolitego ruszenia w necie oraz poczty pantoflowej – wcale nie jest łatwe. Dlatego cieszy nas, że udało rozpocząć współpracę z lesbijskimi organizacjami, portalami, blogami, że zgłosiło się trochę artystek i grup – czasem zaskakujących, jak np. grupa chrześcijańska, którą zobaczymy w performensie. Niektóre artystki już przysłały zgłoszenia, inne się przygotowują, jeszcze inne nas ignorują. Bo tak też jest.

Z każdą odkrytą osobą uświadamiamy sobie, jak mało wiemy o LESSaktywności w Polsce. Jak potrzebne jest zebranie informacji, jak dobrze byłoby zbudować lesbijską sieć kontaktów, która nie byłoby wiedzą pojedynczych osób, a naszą – wspólną. W tę potrzebę idealnie wpasowała się propozycja redagowania Homopedii. Będziemy mogły stworzyć hasła lesbijskiego wątku, kształtować informację o nas samych. 

Powoli więc zaczynamy się gromadzić, liczymy, że do sierpnia będzie nas więcej. Dlatego teraz chciałybyśmy zaakcentować jeden z elementów festiwalu – LESSmapę.

Dyskusja o ocenie, kryteriach, braku eksperckości, ba, nawet braku wiedzy twórczyń projektu częściowo toczyła się również na tym blogu. To, jak się do tych zarzutów odnoszą organizatorki festiwalu, w dużej części pokrywa się z moimi przemyśleniami. Mnie osobiście zaś najbardziej rusza kwestia wspólnej wiedzy, której tak bardzo nam brakuje, co moim zdaniem przekłada się choćby na takie sytuacje, jak te opisane w tekście o rewolucji. Tak że zachęcam do zgłaszania swoich projektów, trzymam kciuki za wszystkie fazy festiwalu i na pewno będę jeszcze o nim przypominać.

poniedziałek, 16 kwietnia 2012

Jedna znana lesbijka, której nie kochamy


Dziś uzewnętrzniam się gościnnie na Innej Stronie o reakcjach "naszej" społeczności na coming out Kasi Adamik i o tym, co z nich moim zdaniem wynika. Czyli trochę podsumowuję, trochę uzupełniam dyskusje z bloga i z naszej Café, i trochę się wyzłośliwiam. Zapraszam do lektury i łaskawego komentowania.

fot. youtube.com/user/kulturapolska

sobota, 14 kwietnia 2012

Z życia homoseksualistek: króliki i szynszyle


Czy lesbijka może być biseksualna? Ależ oczywiście. A czy biseksualistka może być lesbijką? Ba, według niektórych nawet powinna. Jak to możliwe? Cóż, na forum Kobiety Kobietom wszystko jest możliwe. Nawet to, że nagle, ni z tego, ni z owego, skończą się (choć z pewnością nie na zawsze) odwieczne debaty o butchkach. A że natura nie znosi próżni, na tapecie mamy kolejne panie na be - biseksualistki. Jak to wygląda w praktyce? Oto do założonego jeszcze w 2004 roku (tak!) i co pewien czas budzonego wątku "Biseksualne kobiety" doszły i od kilku dni nieprzerwanie utrzymują się w czołówce jeszcze dwa  poświęcone biseksom - "Dlaczego boimy się fallusa" (za sam tytuł należy się co najmniej lektura pierwszego wpisu) oraz "Szacunek w środowisku LGBT". Efekt? Między innymi tytułowe lesbijki biseksualne.

Geneza powstania owego tworu nie jest skomplikowana i pewnie ją znacie. Otóż, mimo że nikt chyba nie ma wątpliwości, że coś takiego jak orientacja biseksualna istnieje, to sporo osób ma całkiem ciekawe teorie na temat tego, na czym ona właściwie polega. Na przykład taką, że jak kobieta biseksualna jest w związku z kobietą, to jest lesbijką, a jak jest w związku z mężczyzną, to jest heteroseksualna. No i żeby jakoś odróżnić te lesbijki, które nigdy nie były w związku z mężczyzną, od tych, które były, wprowadzono podział na lesbijki homoseksualne i lesbijki biseksualne. Nie żartuję! W jednym z wymienionych wątków pojawia się na przykład takie coś:
Z czego wynika "bifobia"? (...) z obaw lesbijki homoseksualnej, która jest z tą biseksualną i uważa, że jedyną przyczyną rozpadu ich związku może być to, że ta biseksualna potencjalnie mogłaby być z facetem.
Ta teoria rodzi zresztą trochę więcej problemów. Bo czym zgodnie z nią jest biseksualność? Tu akurat odpowiedź jest dość prosta: byciem w związku z kobietą i z mężczyzną jednocześnie. Co jednak, gdy w ogóle nie jest się w związku? Ha, prawdopodobnie nie ma się orientacji. Ale zaraz, zaraz, czy to przypadkiem nie oznacza, że wszystkie osoby niebędące w związkach nie mają w ogóle orientacji? A może mają potencjalnie każdą? Nie podejmuję się rozstrzygać tego dylematu.

Teoria numer dwa, wiążąca się zresztą z tą numer jeden, jest taka, że biseksualna to to samo co niezdecydowana. Tak, wiem, że znacie. Ale mogę się założyć, że nie w takim wydaniu. Zresztą sprawdźcie:
Mogłabym być z bi pod warunkiem, ze dopóki jest ze mną, określa się jako lesbijka. Wszędzie, w towarzystwie, w domu. Jeżeli nie potrafi się tak określić, to znaczy, że ma wątpliwości, że chce być całe życie z kobietą.
I co, myślicie, że przegrałam zakład? Spokojnie, tylko dawkuję napięcie.
Ona nie jest lesbijką przez sam fakt bycia w związku. Ona ma być SILNIE WEWNĘTRZNIE PRZEKONANA, że odnalazła swoje miejsce na świecie. I w tej chwili jej pierwiastek heteroseksualny przestaje mieć dla niej jakiekolwiek znaczenie. (...) po co masz wysyłać w świat informacje, że jesteś bi, skoro jesteś przekonana, że chcesz być do końca życia z kobietą? Chyba, że nie jesteś przekonana albo chcesz, żeby cię faceci podrywali, bo nie możesz się bez tego obejść. (...) Jak kocha kobietę, to rezygnuje z mężczyzn i do końca życia prowadzi żywot lesbijski. Czyli w teorii jest bi, a w praktyce les. Do czego zmierzam? Ano do tego, że póki jest singlem, może sobie być niezdecydowana. Ale w momencie, kiedy KOCHA kobietę, nie ma prawa być niezdecydowana.
Jeżeli założyć, że autorce tych słów chodzi nie tyle o "kochanie kobiety", co o "kochanie jednej kobiety" (co nie jest do końca pewne, wszak pojawia się też "dopóki jest ze mną"), to jak dla mnie wymaga za mało. Jej wybranka powinna się też na zawsze wyrzec swojego pierwiastka homoseksualnego. Po co ma wysyłać w świat informacje, że jest lesbijką? Jak kocha kobietę, to rezygnuje z innych kobiet, no chyba, że chce, żeby ją podrywały. Do końca życia prowadzi żywot... Przepraszam, nie wiem, jaki. A jak jej to nie pasuje? Proste:
Okej, to sobie bądź bi, do końca życia osobą niezdecydowaną, która nic nikomu nie może obiecać. Ja jak kocham, to wszystko zrobię, wszystko obiecam,wszystkiego się wyrzeknę, prędzej umrę, niż bym skrzywdziła kogoś, kogo kocham. Ale rozumiem, że dla niektórych to są farmazony. Lesbijki cię zawsze będą unikać, jeżeli nie potrafisz nic nikomu obiecać.
Tak że pamiętaj, biseksualistko, by obiecać komuś coś. Oczywiście o ile ci zależy na towarzystwie lesbijek.

Rzecz jasna to nie jest tak, że autorka owych słów jest jakimś potworem, który kobiet biseksualnych nie znosi i nie rozumie. Ona chce walczyć z podziałami. Pomóc im. Włączyć je do jedynej słusznej, wyznającej prawdziwe wartości i słusznie się określającej lesbijskiej społeczności:
Ja jestem chętna, lubię biseksy, tylko chcę im wykazać, że nie dla każdego jest podniecające ich zainteresowanie mężczyznami, żeby to zaakceptowały, zamiast tworzyć podziały.
No właśnie. Skończcie, biseksy, z tymi podziałami!

Trzecia teoria (już niezwiązana z pierwszą, tak że zapomnijcie o biseksualnych lesbijkach, zacznijcie się za to zastanawiać nad istnieniem biseksualnych ludzi) jest taka, że biseksualność to nie tyle orientacja, co odrębność gatunkowa. Jej pochodną są znane i lubiane disclaimery w ogłoszeniach "mężatkom i paniom bi dziękuję". Ale o co dokładnie w niej chodzi? Przykład (uwaga, wrażliwe osoby prosi się o pominięcie poniższego cytatu):
Może to głupie porównanie, ale... Jak będziecie mieć królika, który śmierdzi i niszczy mieszkanie, to następnym razem kupicie szynszyle. Złe doświadczenia mogą powodować niechęć, to chyba nie jest dziwne. Też jestem źle nastawiona do osób bi. To nie znaczy, że nie mogę z kimś takim zbudować związku. Zbudowałam. (...) Kłamała, oszukiwała, ukrywała, że spotyka się z inną bi (...). W klubie potrafiła oznajmić wszem i wobec przy obcych mężczyznach, że "ją podniecają mężczyźni, a nie kobiety". Mi wmawiała, że podrywam kolegę z pracy (...). Pomimo mojego negatywnego nastawienia byłam z nią. I wiecie co... Więcej tak nie zrobię...
Otóż to - lesbijki to szynszyle, a biseksualistki to króliki. Wszystkie lesbijki i wszystkie biseksualistki. Żeby nie było wątpliwości. Czym się gatunek królik charakteryzuje? Właściwie powyższy cytat wyczerpuje temat. Ale na wszelki wypadek uściślę. Otóż, oprócz ogólnej zdradzieckości, króliki raz na jakiś czas wykazują bynajmniej nieplatoniczne zainteresowanie innymi osobami:
Jak ja mam znosić od czasu do czasu westchnienia w kierunku facetów/kobiet, czy też teksty w stylu "fajnie obdarzony przez naturę", tudzież patrzeć jak robi maślane oczka do pana listonosza, kuriera, sprzedawcy (to samo dotyczy pań), jednocześnie zapewniając o miłości do mnie - no to sorry, ale ja tu miłości nie widzę.
Jak do pani listonoszki, kurierki, sprzedawczyni, to ja dla odmiany nie widzę biseksualności, no ale ja się nie znam.

Dodatkowo, kobiety biseksualne częściej wybierają związki z rozsądku (co tłumaczy ich ustawiczne zdrady):
Moje przypuszczenia są takie, że tak, biseksualistki częściej wybierają faceta niż kobietę, nie zważając, czy bardziej im się podoba obecna dziewczyna, czy obecny najlepszy kandydat na faceta. Kobiety nie kierują się wyłącznie pociągiem fizycznym, posiadanie nawet przeciętnego chłopa jest dla kobiety (tak jej się wydaje) lepsze niż samotność albo nawet posiadanie fajnej dziewczyny.
Dobrze, że lesbijki nie są kobietami. Uff.

Teoria numer cztery jest łagodniejsza niż numer trzy. Otóż zgodnie z nią biseksualność to po prostu cecha fizyczna człowieka:
Czy gdy wolę być z wysoką dziewczyną, to dyskryminuję i atakuję (!) niskie? Czy fakt, że wybieram rude, znaczy, iż dyskryminuję i atakuję brunetki i blondynki? Nie, ponieważ to są moje preferencje i gusta, a o nich się nie dyskutuje.
Ależ się dyskutuje, i to długo i namiętnie (bo skąd bym brała materiały do cyklu "Z życia homoseksualistek"?), ale nie w tym rzecz. Autorka tego fragmentu ma rację - wszak wszystkie kobiety biseksualne są drobnymi szatynkami o zielonych oczach, niezdecydowanymi i uwielbiającymi rzucać teksty w stylu "fajnie obdarzony przez naturę". Tak że tak, oczywiście, to nie jest kwestia uprzedzeń, a kwestia gustu.

Ostatnia wybrana przeze mnie teoria jest taka, że bi są różne - poprzeczne i podłużne. Tyle że lesbijki nie potrafią stwierdzić, która jest która:
W sferze czysto ludzkiej żadna normalna lesbijka nie powinna się czepiać ani biseksualistki, ani żadnej innej kobiety - bo niby czemu, mogą się nawet przyjaźnić. Nie zaczynajmy znowu tematu pt: "jak prawdziwa bi się zachowuje", bo to nie ma sensu. (...) wiele z nich, z którymi rozmawiałam (...) miała problem, czy obecnie, czy w przeszłości, z decyzją, jakie życie wybrać. I problemem jest to, że lesbijki nie mają skanera w oczach i nie odróżniają bi, która może odwalić jakiś numer, od tej, która jest poukładana (a pozory potrafią mylić), toteż się boją z nimi związać. 
Szczęśliwie potrafią odróżniać od siebie takie lesbijki, dzięki czemu psychodramy w związkach dwóch homoseksualnych lesbijek się nie zdarzają.

Swojego czasu jedna z moich ulubionych blogerek zwróciła mi tu uwagę, że zawsze wybieram do cyklu o homoseksualistkach takie pesymistyczne historie. I zaproponowała, bym znalazła coś optymistycznego, podnoszącego na duchu, a przy okazji jednocześnie niespodziewanego i prostego. Tak że ostatni cytat (a właściwie minidialog) dedykuję jej:
- "Biseksy" próbują przekonać "homoseksy" że są normalnymi ludźmi i pragną ich akceptacji, a nie aprobaty i podniecenia...
- No to niech mają pretensje do tych bi, które się zachowują nie w porządku. To one wystawiają opinię reszcie. Niech piętnują takie zachowania, bo szkodzą one wszystkim bi.
Proste? Proste! Niespodziewane? No mam nadzieję. Całe szczęście, że czasy, kiedy podobnie mówiono o lesbijkach, mamy już dawno za sobą. Świadomość, że istnieje na świecie taka zdecydowana, poukładana, wierna i odpowiedzialna grupa, jest naprawdę budująca. Prawda?

fot. Rexzwergwidder, Wikimedia Commons

środa, 11 kwietnia 2012

Szacunek do samych siebie


Miałam nie pisać o ciocie Palikota. Nie dlatego, że jego formacja jest mi szczególnie bliska i daję jej jakąś taryfę ulgową. Przeciwnie - dlatego, że nigdy nie miałam co do niego szczególnych złudzeń (mimo że głosowałam na Wandę Nowicką, a więc jednak na RP), więc ani mnie jego homofobiczna wypowiedź nie zaskoczyła, ani nie zaszokowała. Nie zdziwił mnie też Robert Biedroń, twierdzący, że "Palikot celnie opisał Gowina" czy że "Janusz nie chciał tym sformułowaniem obrazić homoseksualistów, ale napiętnować obłudę i zakłamanie takich ludzi jak minister Gowin, którzy co innego mówią, a co innego robią. (...) Sami w klubach gejowskich często w ten sposób określamy osoby, które charakteryzują się zakłamaniem". (Na wysokości zadania stanęło za to KPH - tak, to stworzone przez Roberta - wystosowując pełen oburzenia list do lidera RP.) I gdyby na tym się skończyło, można by podsumować całą historię stwierdzeniem, że obawy iluś tam osób (w tym moje), że nie da się być jednocześnie w trzecim sektorze i w polityce, i że dla partyjnych interesów łatwo porzucić niedawne ideały, były słuszne.

Ale na tym się nie skończyło. Kuriozalną obronę Palikota popełnił kolejny eksprezes, a zarazem obecny rzecznik prasowy KPH, Tomasz Szypuła. Tak, obronę, bo choć zgadza się z kolegami i koleżankami ze swojej organizacji, że wypowiedź szefa RP była skandaliczna, i nie zgadza się z tezami Roberta odnośnie tego, co właściwie oznacza słowo "ciota", to jednocześnie zapewnia, że "Janusz" homofobem nie jest, jest nim za to określony mianem cioty Gowin, a tak w ogóle to RP ma projekt ustawy o mowie nienawiści i wypowiedź Palikota pomoże w debacie nad nią. Rzecznikowi KPH ostro odpowiedział Mike Urbaniak i... zaczęła się wojna torebkowa. Pod tekstem Mike'a wypowiedział się Tomek, określając go mianem zainteresowanej wyłącznie własnym tyłkiem salonowej cioty. Do dyskusji - godząc się z jednym lub z drugim - włączyły się kolejne aktywistyczne nazwiska. Zawrzało też na prywatnych profilach działaczy i działaczek. Jednym z powtarzających się argumentów był ten o prawie do krytyki - komu wolno, a komu nie wolno jej uprawiać. Do tego doszły rozważania nad osobistymi przewinami uczestników i uczestniczek dyskusji. I gdzieś w tym wszystkim znikł i powód całej awantury, i głosy tych, którzy liczyli, że eksprezesi KPH, którzy obecnie są z Palikotem po imieniu, zamiast robić dobrą minę do złej gry, powiedzą mu po prostu, że tak nie wolno.

Cała ta historia zbiegła się w czasie z pojawieniem na moim ulubiony forum wątku o szacunku w "środowisku". Jego założycielka pisze tak:
LGBT domaga się równych praw i tolerancji, ale jakby się przyjrzeć nam samym - czy na pewno na to zasługujemy? Czy lesbijka obrażająca kobietę bi paskudnymi epitetami ma prawo domagać się tolerancji od ludzi? Czy lesbijka obrażająca geja ma prawo domagać się praw równych z ludźmi hetero?
Rozumiem jej frustrację, mieszania kwestii praw i tolerancji - już nie. Choć nie dziwię się, że taka wypowiedź się pojawiła. Nie tylko dlatego, że to odbicie dość powszechnego niestety w społeczeństwie przekonania, że na równe prawa to musimy sobie zasłużyć (nienagannym zachowaniem, aparycją i prezencją), ale też dlatego, że, jak widać w opisanej wyżej historii pewnego homofobicznego tekstu, nawet nasi "reprezentanci" myślą podobnie. Nie szanują i siebie, i tych, którzy uważają ich za swoich przedstawicieli, odmawiając sobie (na pewno z bardzo ważnych powodów) prawa do wyrażenia krytyki, bycia oburzonymi. Pokazują, że tak, to prawda, im wolno mniej i oni są mniej warci, również w formacji, która teoretycznie jest im (nam?) przyjazna. Trudno się w takiej sytuacji dziwić i homofobicznym kwiatkom Palikota (wszak "jego" geje go zapewniają, że wszystko jest w porządku), i temu, że i wśród niehetero jest tak wiele osób, które są przekonane, że nie zasługują na równe traktowanie.

Żeby nie było - nie, nie twierdzę, że to wina Tomka i Roberta, że pojawiają się tak przeraźliwie smutne wypowiedzi, jak ta z forum Kobiety Kobietom. Ale to z pewnością oni odpowiadają za to, co sami mówią i piszą.

PS A co ja myślę o "ciocie Palikota"? Myślę, że szef RP tradycyjnie palnął. I że ma zerową świadomość języka, którego używa. Nie było tam żadnego Gombrowicza czy Witkowskiego, a "homoseksualnego alfonsa" wymyślił na poczekaniu, żeby usprawiedliwić swój wybryk (podobnie jak Biedroń wymyślił zakłamane cioty). Czy jest zatem homofobem? Nie wiem, nie obchodzi mnie to. Obchodzi mnie za to, co z takimi tekstami robi później i on, i jego wywodzący się z Kampanii przeciw Homofobii partyjni koledzy. Jak widać - wszystko. Oprócz zwykłego "przepraszam".

poniedziałek, 9 kwietnia 2012

Praskie impresje i polecajki

Co zapamiętam z Pragi? Piwo z U Fleků, sklepiki z pamiątkami, fastfoody bliższe niemieckim niż amerykańskim, masę turystów również poza sezonem, tłumy pod zegarem słonecznym, wysokie ceny i brak zakazu palenia w knajpach. Świetną starówkę, Hradczany, płatny wstęp na Złotą Uliczkę, mało ludny Wyszehrad, jak zawsze zatłoczony Most Karola i obleganą katedrę św. Wita. Piękną pogodę, tym lepszą, że paręset kilometrów na północ, w Polsce, padał śnieg. O czymś zapomniałam? A tak, psy. Ogólnie kochane i cudnie wychowane, biegające stadami po parkach i skwerach. Plus niezbyt urodziwe metro, jednokierunkowe ulice oraz zamiłowanie do używania klaksonów.

Ciekawostki? Standardowa, czyli to, że warto czasem skręcić w boczną uliczkę. Albo przejść kilka kilometrów wzdłuż Wełtawy czy wejść na wiadukt między stacjami metra I.P.Pavlova i Wyszehrad, i spojrzeć na morze przytulonych do siebie kamieniczek. A ciut mniej oczywiste rzeczy z listy "must see"? Z pewnością Muzeum Maszyn Erotycznych. Ponoć jedyne na świecie poświęcone wyłącznie urządzeniom tego typu. Można nie tylko popodziwiać takie cuda jak antymasturbatory, pasy cnoty, pierwsze wibratory i nieco bardziej skomplikowane maszyny, ale też obejrzeć dwa pierwsze filmy pornograficzne z lat 20. ubiegłego wieku. Dla ciekawych - galeria tu.

A atrakcje dla kobiet niehetero? Cóż, tu poległyśmy na całej linii. Nie, żebyśmy się jakoś szczególnie do poszukiwania "naszych" miejsc w Pradze przykładały, poprzestałyśmy na powtarzającej się na iluś tam stronach informacji, że miejsc dla mężczyzn jest sporo i są fajne, a dla kobiet kiedyś były może ze dwa, a teraz jest jedno - JampaDampa. Wybrałyśmy się tam, nawet dwukrotnie (bo po pierwszym razie przyszło nam do głowy, że godzina 21 to może za wcześnie), za każdym razem puchy i smuty, tak że trzeciego podejścia nie było. Na osłodę strzeliłyśmy sobie po piwku w misiowym Strelcu zlokalizowanym jedną przecznicę od naszego hotelu i reklamującym się ślicznym hasłem "where daddies go wild". Muzyka cudna (same szlagiery), wystrój obłędny:
Aż szkoda, że to nie klub dla mommies! Choć nawet gdyby był i tak pewnie wylądowałybyśmy U Fleků. Klubów ("naszych", "nienaszych", jakichkolwiek bądź) jest sporo, takie piwo jak tam - jedyne na świecie.

niedziela, 8 kwietnia 2012

Inna Historia

Obiecałam o kilku rzeczach napisać, gdy już się wyurlopujemy. Wprawdzie trudno te parę dni nazwać pełnoprawnym urlopem (na to trzeba minimum trzech tygodni), ale słowo się rzekło, więc biorę się do dzieła. Na pierwszy ogień - Inna Historia, czyli wirtualne muzeum historii LGBT in spe.

Polskich projektów mających na celu przybliżenie "naszego" wycinka historii jest, wbrew pozorom, całkiem sporo. Pierwsze z brzegu - kalendarium "LESteśmy w Polsce", Homikoteka, "HomoWarszawa", "Homobiografie", "Sprawy Sadowskiej". Teraz pojawił się kolejny - internetowe muzeum. Główny cel to, jak piszą twórcy, zebranie fragmentów książek, artykułów prasowych, karykatur, zdjęć i druków ulotnych, głównie sprzed 1991 roku. Dodatkowo chcą nagrywać wspomnienia osób urodzonych przed 1960 rokiem i we fragmentach zamieszczać na stronie oraz publikować artykuły naukowe i wiadomości o wydarzeniach. Słowem, Inna Historia ma zebrać rozproszone dotychczas działania związane z odkrywaniem historii homoseksualności (i nie tylko).

Trudno nie przyklasnąć temu pomysłowi. Wprawdzie póki co największą chyba atrakcją strony jest możliwość pobrania za darmo "HomoWarszawy", ale gdy Inna Historia się rozkręci, może stać się nieocenionym źródłem wiedzy dla wszelkiej maści badaczy i badaczek czy po prostu osób ciekawych, jak to z nami drzewiej bywało. Czymś na kształt portalu Ośrodka KARTA XXwiek.pl czy Eines Tages (jak znacie niemiecki, koniecznie sprawdźcie tę stronę - moim zdaniem to najciekawsza tego typu rzecz w sieci). Oczywiście aby tak się stało, potrzeba czasu, zaangażowania i pieniędzy, o które twórcy zresztą proszą.

Nie byłabym sobą, gdybym, mimo że pomysł mi się bardzo podoba, ciut nad nim nie pomarudziła. Pierwsza rzecz to trochę mankamentów technicznych, związanych z tym, że Inna Historia bazuje na gotowych rozwiązaniach (głównie na Joomli). I nie ma w tym nic złego, tyle że, jak w przypadku wielu takich stron (w tym tej, na której jesteście), skrypt nie został do końca przetłumaczony na polski, w efekcie czego mamy trochę kwiatków w rodzaju "category", "read more" czy "published date". Inny kłopot tego typu to galerie, w których jako tytuły zdjęć wyświetlają się nazwy plików, co jest momentami dość zabawne - zerknijcie na przykład tu.

Druga sprawa, ale to już zupełnie subiektywne odczucie, to brak interakcji z użytkownikami. A konkretnie brak możliwości komentowania, oceniania czy automatycznego udostępniania zasobów chociażby na fejsie. Zakładam, że to zamierzone i że Inna Historia ma być czymś na pograniczu papierowego magazynu (stąd zamiast starego dobrego newslettera jest jeszcze starszy biuletyn) i "prawdziwego" muzeum, tyle że nie jestem przekonana, czy to najszczęśliwsze rozwiązanie. W końcu internet właśnie tym się różni od tradycyjnych mediów, że daje możliwość interakcji. Kolejna rzecz, już związana z samą zawartością - ciekawi mnie, jak zostanie rozwiązana kwestia przeglądania zasobów. Na razie jest ich niewiele, więc nie ma to specjalnego znaczenia, ale już niedługo przyda się moim zdaniem nie tylko wyszukiwarka, ale i szerszy niż dotychczasowy (ilustracje, książki, prasa itd.) wybór kategorii (np. ze względu na rok, konkretny problem czy tematykę).

No ale to wszystko w sumie drobiazgi. Bo najbardziej interesuje mnie to, co się na stronie znajdzie, szczególnie jeśli chodzi o literki LBT. Oczywiście zależy to nie tylko od twórców (choć o tym, czy coś znajdzie się na stronie, zadecydują oni), ale też od użytkowników i użytkowniczek. Może więc czas przekopać domowe archiwa?

poniedziałek, 2 kwietnia 2012

O jeden dzień dłużej


Jak kocha, to powinna wierzyć, że z tą osobą będzie do końca życia, prawda?

Takie ni to zdanie twierdzące, ni to pytanie pojawiło się gdzieś w jakimś komentarzu. Rzuciło mi się w oczy, ponieważ jest to zaklinanie rzeczywistości, wiara w cuda i oczywiście marzenie nas wszystkich. Ale czy osoba kochająca powinna wierzyć, że z tą, którą kocha, będzie do końca życia?

Otóż moim zdaniem nie. Taka wiara bowiem już na samym starcie skazuje nas i nasz związek na porażkę. Odpowiedź, dlaczego, jest prosta. Ponieważ nie tyle wierzymy, ile najczęściej, wchodząc w kimś w relację miłosną, zakładamy, że tak już będzie do końca świata i o jeden dzień dłużej. Przecież tym razem to ta najprawdziwsza z prawdziwych miłości.

Rozpoczynamy nowy związek. Hormony buzują. Nie jemy, nie śpimy, nasze myśli biegną w jednym kierunku. I pomimo tych niedogodności w funkcjonowaniu mamy wrażenie, że nic nie stanie nam na przeszkodzie, a to, co do tej pory sprawiało nam trudności, zniknęło jak sen złoty. I, jak w piosence, znowu mamy dwanaście lat i możemy wszystko.

Wydaje się, że w takim stanie najgorszym złem jest zakładanie, że takie uczucie może się kiedyś skończyć. Przecież jest pięknie. Żyjemy z przekonaniem, że nic nigdy nie zmieni naszej miłości. A jednak. Prawie każdy nasz związek zaczynał się takim szaleństwem i większość z nich się skończyła. Nie zauważamy, kiedy i z jakich powodów związek zaczyna się sypać, kiedy oddalamy się od siebie. Nie przeżywamy każdego dnia, każdego pocałunku, każdego seksu tak, jak na to zasługuje. Ufamy bowiem, że będziemy mieć to zawsze. Nie dbamy o siebie, drugą osobę i związek. Popadamy w stagnację. Zachowujemy się jak stare dobre małżeństwo, które puszcza bąki w swojej obecności i nie przeprasza.

Świadomość, że nic nie trwa wiecznie, pomaga omijać te rafy. Odkrywać na nowo wzajemną fascynację, zakochiwać się na wiosnę w osobie, z którą jesteśmy. Cieszyć się swoim towarzystwem. A każdy pocałunek, razem spędzona noc (lub dzień) jest czymś, co może nigdy już potem nie nastąpić. Dlatego przeżywamy go tak intensywnie.

Uzmysłowienie sobie tego powoduje, że dbamy o siebie wzajemnie, robimy fantastyczne, szalone rzeczy, a w kinie nadal trzymamy się za ręce. Chodzimy na randki. Wiemy bowiem, że każdego dnia musimy dbać o tę miłość i starać się o drugą osobę, bo nic nie jest nam dane na zawsze.

Dlatego, składając deklarację miłosną, lepiej powiedzieć: "Kochanie, nie mogę ci obiecać, że będziemy ze sobą do końca świata i o jeden dzień dłużej, ale obiecuję, że zrobię wszystko, co w mojej mocy, aby tak było".

niedziela, 1 kwietnia 2012

Urlop!


Udajemy się z Gosią na zasłużony urlop. Niestety tylko kilkudniowy, ale zawsze coś. Na bloga pewnie będziemy zaglądać, ale aktualizować go już raczej nie (update: no, prawie nie:)).

A po naszym powrocie będzie (być może) o:
- Innej Historii, czyli pierwszym polskim portalu poświęconym historii LGBT,
- lesbijkach homoseksualnych w związkach z lesbijkami biseksualnymi, czyli kolejnym cudownym wątku na forum Kobiety Kobietom,
- Elbie i squattersach z Nowego Jorku,
- i o tym, co się nam uda w ciągu tych kilku dni obejrzeć, przeżyć czy odkryć w pięknej Pradze, do której wybieramy się od początku naszego bycia razem i wybrać się nie możemy.

Oczywiście nasza Café pozostaje otwarta niezależnie od tego, czy jesteśmy, czy nie. Nieustająco zapraszam!

fot. Da Troll, Wikimedia Commons