środa, 30 maja 2012

Chodźcie z nami za tęczowy most

Warszawskie parady nie mają w ostatnich latach szczęścia do plakatów. W 2010 roku EuroPride reklamowali modele, modelka (tudzież marynarz, tancerka i Szymon Majewski), jajo zamiast słońca i, hm, nieco dyskusyjne hasło "Nie lękajcie się". W 2011 - różowa wata cukrowa:



W tym roku jest lepiej, bo oficjalnego plakatu parady po prostu nie ma. Za to wspierająca wydarzenie fundacja "Kocia Mama" zrobiła tej złośliwej części mojego ja taki oto prezent:


Wśród zwierzakolubów, których i na tym blogu nie brakuje, funkcjonuje określenie "tęczowy most". A konkretnie, że są "za tęczowym mostem" mówi się o zwierzakach, które umarły. No i proszę, mamy niebo, chmurki, kotki idące po tęczy i zapraszające, by za nimi podążyć. Mnie to w sumie ubawiło, no ale ja lubię czarny humor. 

Plakatowe wpadki to rzecz jasna nie tylko okołoparadowa tradycja. Ot, kończące się w niedzielę ełckie "Dni rodziny" współorganizowane przez tamtejszą diecezję postawiły na promocję nowoczesnych rodzin,  wykorzystując do reklamy imprezy zdjęcie z serialu "Modern Family":


Kłopot w tym (dla owych organizatorów), że na zdjęciu jest m.in. para gejów. Co, gdy tylko ktoś im to uświadomił, sprawiło, że fotka nagle przestała pasować do programu i plakat zmodyfikowano. Za pomocą nożyczek. I w ten sposób ów nieładny poster, w przeciwieństwie do trzech pozostałych, zasłużył jak dla mnie na poczesne miejsce na jakiejś przyszłej wystawie dokumentującej polską historię LGBTQetcetera.

niedziela, 27 maja 2012

Kwiatki z Sejmu


Rzadko zdarza mi się przeklinać na blogu. A konkretnie zdarzyło się raz, przy okazji jednego z homofobicznych wybryków mojej "ulubionej" "lewicowej" partii, czyli SLD. Dziś mam szczerą ochotę na powtórkę. Za sprawą tej samej partii. Ale po kolei.

Oto w czwartek (tak, wiem, niezłe mam opóźnienie) w Sejmie miało miejsce pierwsze czytanie zgłoszonego przez SLD i RP projektu ustawy, według którego przestępstwa z nienawiści z powodu płci, wieku, niepełnosprawności, orientacji seksualnej i tożsamości płciowej byłyby traktowane tak samo, jak te motywowane religią, ateizmem, rasą czy narodowością ofiary. Projektu, który pozwoli łatwiej ścigać np. autorów takich kwiatków:




Debata była, jak się łatwo domyśleć, wesoła. Szczególnie wykazał się poseł Pięta z PiS. Dla tych, którym nie chce się przebijać przez stenogram z posiedzenia Sejmu (a więc i dla mnie, bo wymiękłam po 20 minutach lektury), jego złote myśli zebrało na swoim fejsie Stowarzyszenie Pracownia Różnorodności (któremu zawdzięczamy ów projekt):
"Wyraźnie widać, że homolobby chce zaprząc instytucję państwa do indoktrynowania społeczeństwa."
"Język prawny nie powinien być zaśmiecany zwrotami z gejowskiego slangu lub pseudonaukowymi określeniami form aktywności seksualnej. Takie sformułowania, jak mowa nienawiści, orientacja seksualna, to bełkot, lewicowa nowomowa."
"Moim zdaniem autorzy tego projektu chcą dla gejowskich aktywistów uzyskać status świętych krów. Chcą wprowadzić swego rodzaju terror politycznej poprawności. Chciałbym zapewnić, że tutaj panowie nie zamkniecie ust katolikom i wszystkim osobom krytykującym gejowską propagandę."
"(...) ten gejowski faszyzm, który państwo proponujecie, nie przejdzie."
"Otóż chciałbym podkreślić, że >>orientacja seksualna<< to zwrot fałszujący rzeczywistość, narzucany społeczeństwu przez gejowskich aktywistów. Jest to próba postawienia na jednej płaszczyźnie zachowania normalnego, naturalnego, służącego przedłużeniu istnienia gatunku, z aktywnością seksualną obrażającą naturę, wynikającą z zaburzeń w ukierunkowaniu popędu seksualnego."
"Głęboko współczuję osobom dotkniętym tą przypadłością, ale to nie uzasadnia wprowadzenia do Kodeksu karnego języka gejowskiej homomowy."
"Kolejna sprawa to wprowadzenie przepisów karnych chroniących gejów na podstawie sondaży przeprowadzanych przez gejowskich aktywistów. Wiarygodność tych badań jest żadna."
Rzecz jasna trudno się po Pięcie i jego ugrupowaniu spodziewać czegoś innego, tak że ani się nie tu dziwię, ani nie oburzam. Tak jak i nie zaskoczył mnie wniosek PiS o odrzucenie projektu w pierwszym czytaniu. Wniosek, który w piątek upadł głosami PO, RP, PSL i SLD. Tyle że, i tu zbliżamy się do sedna sprawy, nie całego SLD:

Za odrzuceniem projektu byli posłowie Tadeusz Iwiński (tak, to ten uroczy człowiek, który swojego czasu uznał za właściwe pojechać po tożsamości płciowej Anny Grodzkiej), Cezary Olejniczak oraz Jerzy Wenderlich. Członek komitetu honorowego tegorocznej Parady Równości. W którego skład, jeśli wierzyć organizatorom, wchodzą "wybitne osoby świata sztuki, polityki, mediów i nie tylko. Osoby, które przyczyniły się do wzrostu szacunku dla osób LGBTQ w Polsce i dla których idea równości nie jest tylko pustym frazesem, ale pomysłem na życie (...) które łączy umiłowanie dla wartości takich jak równość, tolerancja i otwartość". I którego partia ów projekt zgłosiła i płomiennie, ustami Ryszarda Kalisza, uzasadniała konieczność jego przyjęcia. I teraz nie wiem, czy bardziej się wkurzać na SLD (choć - czy naprawdę mogę bardziej?), czy na organizatorów parady, którzy podpierają się takimi autorytetami jak Miller czy Wenderlich i oczywiście słowem się nie zająkną się na temat tego, jak w ich wydaniu wygląda przyczynianie się do wzrostu szacunku dla osób LGBTQ. Tradycyjnie za to najmniej złoszczą mnie Pięta i spółka. Bo przynajmniej nie są hipokrytami.

Biedni normalsi, wszyscy robią im wbrew


Warszawska Parada Równości już za niecały tydzień. Z wydarzeń okołoparadowych tradycyjnie już najwięcej i najciekawiej robi Pomada. Oficjalnych imprez jest znacznie mniej, z kalendarium zniknął między innymi festiwal filmowy, który (w różnych wydaniach) był niemal od zawsze. Inaczej niż w ubiegłych latach nie będziemy mieć też z Gosią swojego panelu ani występu. Plan był, niestety "szlachetne zdrowie" zadecydowało inaczej. Mam nadzieję, że przynajmniej przemarsz nas nie ominie, bo działania wokół niego raczej tak.

Nie omijają nas za to nieodłączne wokółparadowe i wszelkoprzemarszowe dyskusje. W tym roku być może jeszcze ciekawsze niż zazwyczaj. Oto pod niewinnym filmikiem promującym paradę:



nie gdzie indziej jak na fejsie akcji Miłość Nie Wyklucza pewna pani z oburzeniem konstatuje, że skoro wśród mile widzianych są również kochanki i kochankowie czy koty i psy, to najwyraźniej chodzi nie tyle o równość, ile o promocję zdrady, rozpusty, zoofilii i szarganie opinii biednym normalsom, co to nie lubią różu, niemonogamii i transwestytów. Rzecz jasna to niejedyny wątek w tym stylu, podobne reakcje wywołał chociażby manifest Jej Perfekcyjności o tym, że parada musi być świętem przegiętych ciot. Spore emocje wzbudziła też zapowiedź, że hymn przemarszu zaśpiewa nie kto inny a sama Doda. I to nie byle jak zaśpiewa, bo z platformy ciągniętej przez sześć seksownych lesbijek na harleyach (wersja z Plotka) lub przez sześciu niewolników otoczonych przez harem lesbijek (to Pudelek). Wprawdzie organizatorzy parady zdementowali tę informację, nie tracę jednak nadziei, że "królowa" się pojawi. Widok byłby przedni. Szczególnie etap wciągania platformy Tamką - obawiam się, że nie tylko seksowne lesbijki, ale nawet solidne lesby nie dałyby rady.

Niezła debata toczy się też po drugiej stronie. Na mojej ulubionej Frondzie ukazał się tekst "Łysi neonaziści - jedyna alternatywa dla marszu dewiantów?", którego autorka ze smutkiem konstatuje, że porównanie ubiegłorocznej parady i towarzyszącej jej kontrdemonstracji wypada na korzyść tej pierwszej:
Pośród gromady łysych osiłków i rzucających petardami kiboli udało mi się znaleźć dosłownie jedno (sic!) małżeństwo z dwójką małych chłopców. Analogicznie, po tęczowej stronie spotkałam całe mnóstwo nowoczesnych rodziców z przewiązanymi w chustach maluchami, albo popychających przed sobą dziecięce wózeczki. Pierwsza manifestacja – skupisko nabuzowanych złością (w sumie, złością w jakiś sposób zrozumiałą, ale wiele do życzenia pozostawia sposób jej rozładowywania) groźnie wyglądających (w większości) mężczyzn, druga – pokojowy marsz uśmiechniętych ludzi. Ze strony pierwszej padają przekleństwa i petardy, z drugiej – dźwięki muzyki, śmiechy i (niby) przyjazne gesty.
I ubolewa, że kontry nie przyciągają rodzin z dziećmi, że nie są takie fajne i kolorowe, że nie usłyszy się tam chociażby modlitwy czy hymnu narodowego (obie te rzeczy były za to na paradzie), a jedynie przekleństwa i prymitywne okrzyki. Oraz wspomina, jak to drzewiej bywało, kiedy ONR i inne takie kojarzyły się z pięknie ubranymi młodzieńcami i damami, odpowiednio wykształconymi i kulturalnymi. Śmietanką narodu po prostu. A teraz kojarzą się z wulgarnymi bojówkarzami, którzy swoim zachowaniem i wizerunkiem szkodzą innym osobom o konserwatywnych poglądach. Ha, jak widać nie tylko my mamy problem z "normalsami", a raczej z ich "brakiem". Pocieszające, nieprawdaż?

W przywołanym tekście z Frondy jest jeszcze jedna ciekawa rzecz. Otóż, choć autorka co rusz uderza "dewiantami" i "lewacką tolerancją", straszy gejowskimi adopcjami itd., to samą paradę, chyba przez niechcący, przedstawia jako sympatyczne, rodzinne i patriotyczne wydarzenie. Momentami miałam wręcz wrażenie, że chętnie wzięłaby w niej udział, tylko hasła jej przeszkadzają. Ot, taki nieoczekiwany prztyczek w nos dla wszystkich, którzy tak drżą o "PR" osób nieheteronormatywnych, że najchętniej przebraliby je wszystkie w garnitury i garsonki, i puścili w żałobnym kondukcie przez miasto, aby dowieść, że my to jesteśmy ci najnormalniejsi z normalnych. Cóż, najwyraźniej tak się nie da. Bo to nie styl nie pozwala nam do grona "normalnych" aspirować, a sam fakt naszego istnienia. Nawet Fronda to wie.

Aktualizacja: Mamy ciąg dalszy zapoczątkowanej przez felietonistkę Frondy debaty wizerunkowej. Oburzyli się na nią chłopcy z Nacjonalista.pl. A w jej obronie stanął jej macierzysty portal. Jest nieźle.

poniedziałek, 21 maja 2012

Są zdeterminowani, aby się spotkać


W dzisiejszej "Wyborczej" ukazał się tekst Jacka Żakowskiego zainspirowany między innymi wydarzeniami wokół ostatniego Marszu Równości w Krakowie oraz niedawnymi atakami ultraprawicowych bojówek na squoty i "lewackie" lokale w kilku miastach. "Ultraprawica atakuje, władza milczy" - grzmi Żakowski. I zastanawia się, skąd ta obojętność rządzących się bierze. Mam wrażenie, że Żakowski szuka trochę za daleko. Ot, gdyby zajrzał przy okazji paru marszy czy parad nie gdzie indziej, tylko do "Wyborczej" czy na portal Gazeta.pl, to zobaczyłby odpowiedź na swoje pytanie. Bo oto owe, liberalne przecież, media przy okazji niemal każdego marszu czy parady bynajmniej nie wybierają narracji spod znaku postulatów czy powodów, dla których się one odbywają. Tak, zazwyczaj o nich wspominają i zwykle nie ma wątpliwości, że z nimi sympatyzują, tyle że dzieje się to na marginesie relacji z tych wydarzeń. A w centrum jest co? Wiadomo - konflikt. Marsz kontra NOP, parada kontra ONR. Starcie dwóch skrajnych środowisk, obowiązkowo w tytule, zazwyczaj też w leadzie. No a skoro to starcie, wojna, walka, to niby czemu władza miałaby się angażować po którejkolwiek stronie? Wszak obie to zadymiarze, czyż nie?

Polecam chociażby dwa teksty z ostatnich dni. Numer jeden - "Marsz Równości kontra spacer normalności na Rynku". To tytuł. "Ugrupowania nacjonalistyczne spotkają się w sobotę na Rynku z Marszem Równości. Skrajnie podzielony wielotysięczny tłum będzie dzielił jedynie kordon policji. Dlaczego magistrat po raz kolejny zezwala na niebezpieczną konfrontację na ulicach naszego miasta?" - to lead. A dalej? Uroczy wywiad z Filipem Szatanikiem z krakowskiego magistratu, w którym dziennikarka rzuca między innymi takim zdaniem: "Wiadomo, że po zakończeniu marszu grupy będą się szukać na mieście". A pan Szatanik stwierdza, że "obie grupy są zdeterminowane, żeby się spotkać". Tak, jasne. Wszak nie od dziś wiadomo, że krakowskie marsze kończą się uganianiem się gejostwa i lesbijstwa po mieście za narodowcami. Aby spuścić im manto, żeby nie było wątpliwości. Numer dwa - "Balony, petardy, okrzyki - Marsz Równości i kontrmanifestacja NOP". To tytuł. A lead? Zaczyna się tak: "Dwie manifestacje spotkały się dziś w centrum Krakowa". "Spotkały się" - super. Na popołudniową herbatkę pewnie. Dalej jest znacznie lepiej, choć i tak zdarzają się kwiatki. Jak ten: "pojawił się także postulat opracowania ustawy o związkach partnerskich". Opracowania?! No błagam. A na końcu obowiązkowa informacja o aresztowaniu kilku osób. Z której strony? A kogo to obchodzi.

Oczywiście - wyzłośliwiam się. "Wyborcza" robi sporo dobrego, jeżeli chodzi o nasze sprawy. A to, że jej dziennikarze i dziennikarki (no dobra, nie wszyscy i wszystkie) przez niechcący ugruntowują ideę marszy jako konfliktu czy nie wiedzą do końca, o co w nich chodzi, nie jest niczym dziwnym. Wystarczy popatrzeć, jak bardzo rozpowszechnione jest to i w "naszym" środowisku. Przykład z dzisiaj - reakcja na fanpage'u MNW na koszmarny news z Petersburga o pobiciu aktywistów LGBT przez nacjonalistów:
Jeśli świadomie prowokuję, to nie mam prawa krzyczeć, że czuję się napastowana. Co - oczywiście - nie usprawiedliwia gwałtu. Jeśli idę na manifestację, to ze świadomością, że prowokuję, drażnię czyjeś wrzody. Nie mam prawa krzyczeć, że mnie rozdrażniony właściciel wrzodu popycha.
To pojedynczy głos, ale, umówmy się, takie głosy nie są rzadkie. Wielu i wiele z nas również nie odróżnia parady od blokady (która, a i owszem, jest przeciw czemuś) i zrównuje osoby idące, by manifestować za czymś z tymi, którzy idą, by stanąć przeciw nim. I nie zwracają uwagi na postulaty, nawet jeżeli są. A w przypadku krakowskiego marszu - były.

Tak że, jak dla mnie, Żakowski nie ma co pytać, dlaczego władze nic nie robią. No chyba że wychodzi z założenia, że widzą one więcej niż ci, którzy je wybrali. A nawet ci, których to dotyka, przynajmniej teoretycznie, dużo bardziej niż miłościwie nam panujących.

Cesarskie miasto inaczej

- ARTYKUŁ SPONSOROWANY -
Palmiarnia w Wiedniu. Fot. Peter Rigaud
Wiedeń w ostatnich latach lat stał się jednym z najciekawszych miejsc na homoseksualnej mapie świata. Oferta cesarskiego miasta w sercu Europy przerasta wszelkie oczekiwania. Obok imperialnego przepychu i ogromnej dawki kultury (ponad 100 muzeów i 27 zamków), także scena Wiednia skierowana do osób LGBT jest doskonałym powodem, by odwiedzić to miejsce.

Ogród Burggarten w Wiedniu. Fot. Peter Rigaud
Wiedeń to królestwo kawiarni i barów. Wiele z nich powstało specjalnie z myślą o społeczności osób homoseksualnych, biseksualnych i transpłciowych. W mieście istnieje wiele klubów (w tym „leather clubs”), saun i dyskotek dla gejów. Panie spotykają się w kawiarniach i na imprezach przeznaczonych wyłącznie dla lesbijek. Oferta ta zresztą stale się powiększa.

W wiedeńskiej kawiarni. Fot. Peter Rigaud
Nie można nie wspomnieć także o zbliżających się wielkich wydarzeniach rozrywkowych i kulturalnych, takich jak Life Ball (19.5.2012), Tęczowa Parada (16.6.2012), Fetisch Spring Vienna (6-10.6.2012) czy Wiedeń w Czerni („Wien In Schwarz” 24-28.10.2012). Ich sława sięga daleko poza granice miasta i przyciąga uwagę szerokiej publiczności z całej Europy.

Muzeum Historii Sztuki w Wiedniu. Fot. Peter Rigaud
Kto planuje romantyczną wycieczkę do Wiednia, z dala od wielkich imprez, może pomyśleć o zarejestrowaniu swojego związku. Taka uroczystość na pewno na długo zapadnie w pamięć. W tym celu Wiedeń udostępnia swoje najpiękniejsze zakątki: Schönbrunn, Wiedeński Diabelski Młyn na Praterze czy Dzielnicę Muzeów.

Fontanna na wiedeńskiej starówce. Fot. Peter Rigaud
Wszelkie informacje temat sceny LGBT znajdują się na specjalnej stronie WienTourismus.

Chcesz być zawsze na bieżąco? Zostań fanem strony „Gayfriendly Vienna“ na Facebooku. Codziennie znajdziesz tam newsy, ciekawostki i wskazówki dotyczące sceny LGBT w Wiedniu przygotowane przez ekspertów. Przy okazji możesz wygrać wejściówki na imprezy, koncerty i wystawy oraz wiele innych nagród. Na pewno ci się spodoba!

piątek, 18 maja 2012

Piękno


Już za kilka dni, 25 maja, do kin studyjnych w całej Polsce trafi film Olivera Hermanusa "Piękno", ubiegłoroczny kandydat RPA do Oscara. Czy warto się nań wybrać? Recenzje są skrajne - od zachwytów po niesmak. Skąd te emocje?

Film Hermanusa to historia czterdziestokilkuletniego Francoisa, biznesmena, męża, ojca dwóch córek, a zarazem kryptogeja, który co jakiś czas spotyka się w położonym na ustroniu domu z innymi szanowanymi i obowiązkowo białymi członkami społeczeństwa, by realizować swoje potrzeby. Żyjącego w Południowej Afryce po apartheidzie konserwatysty, rasisty i homofoba, zmagającego się lękami i napadami agresji, któremu udaje się w miarę przyzwoicie funkcjonować w podwójnej roli do momentu, kiedy na weselu córki nie zobaczy swojego bratanka Christiana. Ogarnięty obsesją na punkcie młodzieńca traci nad sobą kontrolę i łamie wszystkie reguły, których dotąd udawało mu się przestrzegać. Podąża za nim do Kapsztadu, gdzie rozegra się porażająca scena kulminacyjna.

Francois nie da się lubić. Oglądanie na przemian jego i tego, jak on widzi otaczającą go rzeczywistość, a to jedyne, co nam funduje Hermanus w "Pięknie", jest męczące. A zbudowanie filmu na długich, niespiesznych scenach, podczas których ważniejsze jest nie to, co Francois mówi, a to, co możemy odczytać z jego twarzy czy kierunku, w którym patrzy, nie ułatwia zadania widzom. Trudno w jakikolwiek sposób sympatyzować z głównym bohaterem, dzielić jego emocje, gniew, obsesje, frustracje. A jednak, patrząc, jak próbuje zwrócić na siebie uwagę Christiana, obserwuje go z ukrycia, nie potrafi pohamować zazdrości, gdy widzi go ze swoją córką, kupuje mu prezent i zastanawia się, jak doprowadzić do ich spotkania sam na sam, współczułam mu. Oto mężczyzna w średnim wieku, niezbyt atrakcyjny, pełen zahamowań, uderzający w zaloty do pięknego młodzieńca, smutny i żałosny. Ktoś, kto przez całe życie zaprzeczał temu, kim jest, kto zawsze oddzielał życie z kimś od pożądania kogoś, kto podporządkował swoje istnienie zachowywaniu pozorów obyczajowej poprawności, a teraz jest już dla niego za późno, by to zmienić. Zrobi więc rzecz straszną. Ale też nie potrafi nic innego. Tytułowe piękno to właśnie owo coś innego. Miłość. Czułość. Radość. Życie w zgodzie ze sobą.

"Piękno" to tyleż film o tym, w jaki koszmar może przerodzić się ukrywanie swojej tożsamości, ile o przegranym życiu w ogóle. O człowieku, który już nie zacznie od nowa i do końca życia będzie się ze sobą męczył. Niecałe dwie godziny, które spędzają w jego skórze widzowie, wystarczają, aby się przekonać, co to oznacza.

niedziela, 13 maja 2012

Jaka parada? Nijaka


Do warszawskiej Parady Równości zostały trzy tygodnie. W tym roku jest o tym wydarzeniu znacznie ciszej niż w poprzednich latach. Zabrakło portalu Gaylife, postrzeganego jako oficjalne medium parady, który przed poprzednim przemarszem wypuszczał co jakiś czas budzące spore emocje materiały, jak filmy z obrad organizatorów, w których zdarzało im się psioczyć na niekoniecznie im przychylnych aktywistów, czy teksty wskazujące jako "wrogów środowiska" wszystkich, którzy krytykowali komitet organizacyjny. Zabrakło debat o kształcie Parady, trwających nieprzerwanie bodaj od 2007 roku. Nie ma też, ale to już tradycja, specjalnej promocji czy chociażby informacji o tym, co, oprócz samego przemarszu, będzie się działo. Podczas niedawnej konferencji prasowej organizatorzy nie powiedzieli właściwie nic nowego. Hasło to "Po prostu równość". Parada, o czym wiadomo od dawna, odbędzie 2 czerwca, stratuje o 15 spod Sejmu, idzie dość nietypową trasą (żarty o zsuwających się z platform osobach podczas podjazdu Tamką krążą już od paru dobrych miesięcy):


i kończy się na Placu Teatralnym Miasteczkiem Równości, gdzie będzie można się napić, coś zjeść, odwiedzić stoiska partii politycznych, pograć w piłkę i posłuchać muzyki. Koniec informacji.

Jak już pewnie wiecie, od paru lat mam spory problem z warszawskimi paradami. A konkretnie z tym, po co i dla kogo właściwie są. O ile doskonale rozumiem ideę przemarszów w innych miastach, gdzie chodzi o wyartykułowanie konkretnych postulatów, o tyle robienie z tego wydarzenia po prostu kolejnej imprezy (a temu są chyba najbliższe obecne parady) niekoniecznie do mnie trafia. Gdybyż to jeszcze było coś na miarę zachodnich marszy, z obrazkami, którymi lubią straszyć co poniektóre media, z zorganizowanymi grupami - lesbami na motorach, chłopcami w majtkach i marynarskich czapkach, tęczowymi rodzicami, LGBT-seniorami i seniorkami, słowem czymś, w czym można nie tylko wziąć udział, ale też z ciekawością na to popatrzeć. Ale nie będzie. Będzie kilka platform, każda waląca po uszach inną muzyką, będzie parę tysięcy uczestników i uczestniczek, którzy i które to skupią się za pierwszą i drugą platformą, robiąc przykrość pozostałym, którym przyjdzie jechać samotnie. Media jak co roku pokażą drag queens, bo nikogo barwniejszego od nich raczej nie będzie, i zacytują polityków i/lub polityczki, bo kogo obchodzą zwykli uczestnicy i uczestniczki. Partie polityczne polansują się podczas przemówień i rozdadzą ulotki w Miasteczku Równości. I tyle.

Czy chce mi się brać w tym udział? Szczerze, to nie. Ale też nie mam o to pretensji do organizatorów, wszak to ich praca i ich wizja, a to, że mi się nie podoba i że wolałabym pójść na wściekły polityczny marsz, podobny temu z 2005 roku, podczas którego te parę tysięcy osób po prostu wykrzyczy, co je boli i czego chcą, to już mój problem. Tak samo jak to, że trudno jest mi połączyć słowo "równość", które znajduje się i w nazwie, i w haśle tegorocznego wydarzenia, z tym, że, zgodnie z informacją na stronie parady, jako pierwsze pojadą platformy i pójdą transparenty członków komitetu organizacyjnego (czyli w sumie dwudziestu czterech partii politycznych, portali, klubów i organizacji) i sponsorów, a pozostałe (nie tylko platformy, ale i transparenty - wszystkie!) mają się ustawić grzecznie za nimi. Oraz to, że zupełnie nie rozumiem, co ma wspólnego z przyświecającymi Paradzie Równości ideami "wolności, równości i tolerancji" zaproszenie do komitetu honorowego obrzydliwego seksisty Leszka Millera. Dlaczego zatem pójdę na ową paradę? Z przyzwyczajenia. Aby spotkać się z przyjaciółmi. Aby zobaczyć, jak było, zrobić kilka zdjęć i nie musieć czerpać informacji z drugiej ręki. Innych powodów nie jestem w stanie wymyślić.

Naszym marszom i paradom zawsze towarzyszą dyskusje spod znaku "po co to?". Jeżeli już zdarza mi się zabierać w nich głos, to zazwyczaj mówię o zwiększeniu widoczności, naszej i naszych postulatów, bo wiadomo, że uliczna impreza zawsze budzi większe zainteresowanie niż nawet najciekawsza konferencja. Gdyby ktoś zadał mi to pytanie w kontekście tegorocznej parady (paru wcześniejszych w sumie też), przyznam, że miałabym problem z odpowiedzią. Nie jest po to, by coś świętować, bo nie ma czego świętować. Nie jest po to, by przeciw czemuś protestować czy coś postulować, bo niczego nie postuluje i przeciw niczemu nie protestuje. Właściwie tylko argument o widoczności się broni. Tak że, chociaż nie zamierzam dołączać do grona osób, które przy tej (każdej innej zresztą też) okazji bredzą o jakiejś szkodzie wizerunkowej i o tym, że tych mniej normatywnych i mniej normatywne to trzeba w szafie trzymać, a nie na ulicach pokazywać, to nadal, tak jak i w poprzednich latach, mam wrażenie, że warszawska Parada Równości zabrnęła w ślepy zaułek. Nie potrafi być komercyjna (choć próbuje, bo trudno mi inaczej zinterpretować platformowe i transparentowe obostrzenia), nie chce być polityczna, więc w efekcie jest nijaka. Oczywiście nie wyrokuję, że w tym roku też taka będzie, ale póki co nic nie wskazuje na to, że będzie inna.

wtorek, 8 maja 2012

Czego brakuje?


Pod postem o nowej kampanii MNW pojawiło się trochę krytycznych komentarzy. Że nie będzie skuteczna. Że wspiera indywidualizm. Że promuje monogamię. Że bazuje na korzyściach jednostek, a nie społeczeństwa. Że jest krokiem w tył. I że znów jest o związkach, a nie tu leży problem. Sama kampania póki co ma się świetnie. I mimo że dla wielu osób nie jest akcją marzeń, dorobiła się już ponad ponad tysiąca fanów (a codziennie przybywa kolejna setka) i paru notek w mediach. Kilkadziesiąt osób postanowiło dołączyć do jej bohaterów i bohaterek, dzieląc się swoim zdjęciami i historiami. Niektóre powalają. Serio. A to dopiero początek. Ale nie o tym dziś być miało. W każdym razie nie do końca.

Jasne, że "W związku z miłością", tak jak tych kilka kampanii przed nią i, mam nadzieję, wiele po niej, nie wszystkim się będzie podobać. Mnóstwo osób będzie miało pomysły, jak można coś zrobić lepiej, skuteczniej, rozumniej. Większość z nich nigdy nie wprowadzi ich w życie. Bo pomysły są tanie, to działanie kosztuje (niekoniecznie chodzi mi o finanse, ale też o czas, umiejętności, zaangażowanie). Bo pomysłów można mieć wiele, a możliwość realizacji zaledwie kilku. Bo ma się inne, ważniejsze, problemy, bolączki, sprawy na głowie. Wszak przynależność do określonej grupy nie oznacza nic poza tym, że się do niej, teoretycznie, przynależy. Nie sprawia, że ktoś ma ochotę robić coś więcej poza tym, co robi. Gdybym zapytała kilkanaście przypadkowych osób np. z grupy określanej literkami LGB, co jest ich największym problemem, prawdopodobnie nie otrzymałabym dwóch takich samych odpowiedzi. Tak samo by było, gdybym zapytała już nie o problemy jednostek, a zbiorowości (jakkolwiek zdefiniowanej).

A gdybym zapytała siebie? Ha, odpowiedź prawdopodobnie by brzmiała: brak partycypacji. Współuczestnictwa. Zaangażowania. Wszelkie akcje zbiorowe spod znaku LGBTQetcetera są, cóż, słabe. Liczebność największych parad nigdy nie przekroczyła 10 tysięcy. Liczba zebranych podpisów czy uczestników wirtualnych wydarzeń - apeli, petycji, protestów - 30 tysięcy. I to nie jest tak, że wszyscy i wszystkie zawsze są na nie, i to jest powód, dla którego ich nigdy i w niczym nie widać (wszak mimo wszystko dzieje się sporo i na przeróżnych poziomach queerowego czy innego zaangażowania, więc chyba nie da się być ciągle na nie). Nie widać ich, bo są niewidoczni i niewidoczne. I to niekoniecznie dlatego, że tak chcą. Lub że mają inne sprawy na głowie.

Można sobie dywagować o archaiczności tych czy innych działań, prawda jest jednak taka, że dla większości z nas problemem jest chociażby zwykły coming out. I to wcale nie publiczny, a taki malutki, tycieńki, umożliwiający włączenie się w cokolwiek. Pamiętam, jak parę lat temu zbierałyśmy z Gosią podpisy pod pewnym apelem. Pełna lista zawisła w internecie. I co? Nie minęło kilka miesięcy, jak zaczęłyśmy dostawać prośby o usunięcie tego czy innego podpisu. Bo ktoś mógłby wpisać czyjeś nazwisko w Google i dowiedzieć się, że ta osoba podpisała TAKI apel. Można by się więc podśmiewać z fejsowych coming outów (niby żadna odwaga, co?), gdyby nie to, że wiele osób nawet nie zalajkuje strony "W związku z miłością", bo jeszcze ktoś by "coś skojarzył". Z drugiej strony jest ileś tam osób (również wśród aktywistów i aktywistek), które są tak bardzo "do przodu", że dla nich to, że ktoś w końcu odważy się coś zalajkować, podpisać, pokazać twarz, wybrać na festiwal czy inny marsz to nic takiego. Żadne zaangażowanie. Wszak to oni i one się angażują, zmieniają świat, cierpią za miliony. Co tam jakiś Jasiek czy Ania, co w końcu się zdobyli na to, by w tłumie innych maszerujących przemierzyć parę ulic. Wszak to już było, teraz się działa inaczej, radykalniej, na ostro. Oczywiście stwierdzenie, że to właśnie brak coming outów przekłada się na brak działań nie jest prawdziwe, choć trudno sobie wyobrazić jakiekolwiek działanie bez nich. Fakt faktem jednak, że ów brak też pokazuje, gdzie tak naprawdę jesteśmy.

Dla mnie wszelkie akcje, które poruszą i wciągną właśnie Jaśka i Anię, są dużo więcej warte niż te, które wywołają nie wiadomo jaki szum czy skandal i niewiele poza tym. No ale ja mam takie naiwne przekonanie, że im więcej osób się w coś zaangażuje, tym szybciej osiągną cel. Niezależnie od tego, jaki by on miał być. Bo przecież nie tylko w temacie związków owego współuczestnictwa brakuje.

piątek, 4 maja 2012

Nowe piękne Homiki.pl


Po miesiącach pracy i pokonywania nieoczekiwanych przeciwności losu, na przekór swoim trollom, którym zdarzało się wieszczyć ich koniec i rychłe rozsypanie się, nareszcie są. Nowe, piękniejsze, bardziej funkcjonalne Homiki. Trudno jest mi je ocenić świeżym okiem czy chociażby trochę krytycznie, bo miałam szczęście obserwować, jak powstają, a nawet dołożyć do nich swoją malusieńką cegiełkę. Tak że nawet nie będę próbować. Wiadomo, że trochę usterek się jeszcze znajdzie, że nowy mechanizm będzie robił niespodzianki i że stare teksty w nowej grafice nie zawsze będą wyglądać idealnie. Ważne, że stare dobre i potwornie archaiczne Homiki znikły na zawsze (przynajmniej mam taką nadzieję). Pewnie niektórzy będą na to narzekać, cóż, ja nie.

Co się zmieniło? Oprócz grafiki, w której szczególnie podobają mi się gustowne drobiazgi, jak np. pomarańczowe paseczki pojawiające się w nawigacji po wybraniu konkretnego działu, szerokości szpalt, układu strony głównej i doboru zajawek w środkowej i prawej szpalcie na pozór niewiele. Jest trochę niuansów, jak lepszy dostęp do losowo wybranych tekstów czy tagi, które ułatwiają przeszukiwanie zasobów, ale nie są to rzeczy widoczne na pierwszy rzut oka. Z tych widocznych - aby komentować, trzeba się zalogować. Niekoniecznie poskromi to stałych narzekaczy na wszystko, co się na Homikach ukazuje, których czytelniczki i czytelnicy pewnie dobrze znają, ale przynajmniej pozwoli ich trochę zdyscyplinować i uniemożliwi komentowanie przez jedną osobę pod zbyt wieloma nickami. A co się nie zmieniło? To też widać. Styl, misja i podejście do portalu. Nie ma reklam. Homiki nadal pozostają przedsięwzięciem niekomercyjnym, redagowanym wolontariacko, utrzymującym się z darowizn wpłacanych na opiekujące się nimi Stowarzyszenie Otwarte Forum. Rzecz jasna nie świadczy to o ich przewadze nad innymi "naszymi" portalami (bo to teksty robią przewagę, a nie to, na jakich zasadach się tam pojawiają), ale też jasno pokazuje, że misja, która od początku przyświecała Homikom, a o której mówią w tekście inaugurującym ich nową odsłonę "ojcowie założyciele", nadal obowiązuje. Najważniejsze to pozostać sobą, nie przejmować się aż tak bardzo odsłonami, nie tabloidyzować się, przyciągać dobrymi, ważnymi tekstami, a nie profilami czy ogłoszeniami towarzyskimi.

Nie twierdzę, że funkcje społecznościowe, których Homiki konsekwentnie unikają (choć kiedyś, dawno, dawno temu, miały forum - czy ktoś je jeszcze pamięta?) są złe. Miło jednak, że nadal mamy portal, który, mimo że wypiękniał, to przy tym się nie zmienił. Życzę więc Homikom wytrwania w misji, hojnych darczyńców, a jeżeli zmian, to tylko na lepsze. Jak dzisiejsza.

środa, 2 maja 2012

Z jakiej bajki?

Będąc ponadtrzydziestoletnią osobą żeńskiej proweniencji, z tożsamością UCF na ramieniu, nerwowo poprawiając nowe włosy, okulary i szelki, jako doczepka do siostry i jej dziewczyny, ruszyłem na wrocławskie kobiece – marcową i kwietniową. Zabawa była boska w Formie i dobra w Concrecie (tu wszystko zrekompensowało mi to, że moja siostra wygrała w loterii:), organizatorkom kłaniam się nisko.

Od miesiąca zmagam się z kolosalnymi problemami z napisaniem tekstu, będącego moją, najmojszą nierelacją z wdepnięcia na imprezę (obecnie raczej „imprezy”). A miałem okropną ochotę go napisać, zwłaszcza po przeczytaniu wywiadu z organizatorkami, które tak zachęcająco mówią o „marginesach marginesów” i antytożsamościowości. Problem polega jednak na tym, że w zasadzie nie wiem, do czego w ogóle porównać to doświadczenie. Może to trochę zmutowany Mały Książę, który nagle widzi rosarium i uświadamia sobie, że ten Róż, którego codziennie widzi w lustrze, nie jest jedyny?
żródło: wikipedia.en

Może solidnie zmutowany Kopciuszek, u którego pojawiają się nagle dwie dobhe whóżki (skąd się wzięły we dwie z taką samą wadą wymowy?) i za pomocą magicznego eliksihu zwanego mocną tathą ohaz GPS-owej kahocy (gdzie ta fohma, gdzie ta fohma – „tutaj!”  krzyczą do nas z prawej… aaaaa, to faktycznie tutaj) odrywają go od przebierania grochu z popiołu i przenoszą na bal, lekko zagubionego i przykurzonego?

żródło: lubimyczytac.pl

Może do A. w krainie czarów i po drugiej stronie lustra? W której A. codziennie je „zjedz mnie” w pracy śniadanie i „rośnie” na największego frika na swojej małej dzielni, a co jakiś czas pije „wypij mnie” piwo w jednym czy drugim klubie i „maleje” do jednego z wielu przypadków środowiskowo popularnego ubraniowego zjawiska?


Zaraz po wejściu na salę balową, od ręki przypomniało mi się złośliwe pytanie, które kiedyś padło na garniaku: „Jeśli twierdzę, że mój babochłopi wygląd to moja przekora wobec stereotypu, to jak ta przekora działałaby w środowisku, w którym jest dużo babochłopów i to właśnie  one nadają ton?”. Bardzo obawiam się, co się będzie działo pod moim wpisem, zwłaszcza po powyższym zdaniu, ja piszący o imprezie dla les/bi to prawie jak Amerykanin w szortach i japonkach opisujący Japonkom Japonię.  Nie wiem, jak to wygląda od środka, ale od zewnątrz właśnie tak, wyglądowy ton jest zdecydowanie niecisowy.

O ile funkcjonując na co dzień, stanowię pewne kuriozum, nienazywane (ona tak ma) albo nazywane jako coś w rodzaju „chłopczyca”, o tyle, wpadając na kobiecą, staję się jakimś stanem skupienia buczowatości, niezbyt przesadnej zresztą. Nie mogę powiedzieć, że włączyła mi się przekora każąca lecieć do domu po kieckę. Może tylko odrobinkę przekory przejawiającej się we wstawianiu „numerów mieszanych” w typie „zrób minę angry birda i zatrzep przy tym rzęsami”. Mogę powiedzieć, że włączył mi się raczej podglądacz trendów, nie tylko mnie zresztą. „Dawno nie widziałam tylu dobhych mahynahek i świetnych koszul” - bardzo ładnie podsumowała imprezowa współtowarzyszka. „Było pytać, skąd!” „Nienie, bo by wyszło, że to bahdzo kiepski podhyw.” Jeśli chodzi o mnie, jak ryba w wodzie się nie czułem, ale mówią, że wizualnego wyłamu nie było. Chodzą słuchy, że należę do rodziny komplemenciarzy. Rodzina się powiększa, a ja ponoć mam niezłe szelki.


Do koszul i marynarek, dodam od siebie, że zwisające z tyłka spodnie też są całkiem gud, ale nie na moją figurę;) I co ta fryzura robi z człowiekem! W domu mówią, że obciąłem się na chłopaka. Zdecydowanie nie widzieli jeszcze cięcia na chłopaka, a ja nie wiem, czy prędko im pokażę. Duże nagromadzenie ciekawej biżuterii i zdobień (tunele, tatuaże… cuda wianki) i żal, że moje ulubione – jakoś nagle bardzo mało odjazdowe - srebrne blaszki szlag trafił, gdy ktosia mi w tańcu zahaczyła o ucho. Zatem ogólny rachunek imprezy wyrównany, dwie blaszki za dwie dychy sztuka wdeptane w podłogę - to tak jak wypić na imprezie pięć piw i dać pięć złotych napiwku. A nie wypić jedno!

Serio serio i a propos wróżek oraz pojawiającego się w wywiadzie słowa „getto”. Gdyby moja siostra nie była nieheteronormatywna, w ogóle nie byłoby mnie na tej imprezie. To głupie, wiem, ale brakowałoby mi „legitymacji” do wsadzania się w nieswoje środowisko, zwłaszcza po wszystkim, co przeczytać można na temat zaburzonych emocjonalnie mężatek w kryzysie (jak się zdaje synonim „kobietożernej rosiczki”). Własna tożsamość „Under Construction Forever” nie wydaje mi się tu wystarczająca. Wiadomo, że samemu na imprezę w ogóle się głupio idzie, ale gdy kiedyś wypad na kobiecą proponowała mi cis hetero koleżanka, to jakoś mi się to w ogóle nie widziało. I nie chodziło o gorszość, może raczej o ekskluzywność.  

 źródło: wikimedia.org

Mimo wszystko trudno mi – z boku patrząc – przyjąć argumentację na temat „tworzenia getta”. Nie kiedy patrzę na moją bujającą się ze swoją dziewczyną siostrę i oddycham z ulgą, że przynajmniej tu przez chwilę mogą się tak normalnie pobujać, nie wzbudzając nadmiernej sensacji. Ale… nieodparte wrażenie bycia pasażerem na gapę i kto wie, czym jeszcze, mimo braku intencji zrosiczkowania kogokolwiek.


I taki majowy konkursik lajtowy – z jakiej bajki pochodzi ostatni obrazek? Kto pierwszy odpowie, może mi podać temat następnego wpisu, który napiszę… kiedyś.