czwartek, 28 czerwca 2012

Nasza bardzo wielka wina


Wiele słów goryczy już padło, a padnie jeszcze więcej pod adresem Komisji Ustawodawczej, która negatywnie zaopiniowała zarówno ustawę o związkach partnerskich, jak i ustawę o umowach.

Zastanawiam się, czy taki, a nie inny wynik posiedzenia zawdzięczamy tej piętnastce posłów, która niefrasobliwie, za nic mając prawo do godnego i szczęśliwego życia największej mniejszości, nie licząc się z opinią publiczną, nie czyniąc najmniejszego wysiłku, aby zapoznać się z treścią obu ustaw, je odrzuciła.

Pierwsza i druga myśl (kto czytał Pratchetta, ten wie, co mam na myśli) gromko krzyczą: TAK! To oni są winni, ci kabotyni, ci katolicy z bożej łaski, te lenie, bezczelne, zarozumiale, pełne pychy (p)osły płci obojga. Ale włącza się trzecia myśl. Gorzka, ale jakże prawdziwa.

Szacunki mówią, że osób, jak to się teraz pięknie mówi, nieheteronarmatywnych, jest od 2 do 10% w każdym społeczeństwie (średnia - 6%). 6% z 40 000 000 (zaokrąglona liczba mieszkańców Polski) daje nam 2 400 000 takich osób. Z tej grupy około półtora miliona ma czynne prawa wyborcze i stanowi siłę nabywczą. O równe prawa walczy w całej Polsce w porywach do 200 osób (biorę tutaj pod uwagę donatorów i donatorki na różnego rodzaju akcje, nie biorę, co warto podkreślić, choć to oczywiste, osób heteroseksualnych, które również działają na rzecz naszych praw). Po przeprowadzeniu prostych obliczeń wychodzi, że 0,012% osób nieheteronormatywnych rzeczywiście walczy o swoje prawa. A co robi pozostałe 99,988%?

Część siedzi w szafie, głęboka zakopana w najdalszym przykurzonym kącie, bojąc się własnego cienia i szczęścia. Odbiera sobie prawo do życia. Uznaje się za tych gorszych, którzy zasłużenie nie mają równych praw. Kończy swoje szafowe życie wykończona psychicznie.

Jako że świadomość wzrasta, znaczną część nieistniejącego środowiska stanowią też wcale niesiedzący w szafie analni masochiści. Dotyczy to zarówno kobiet, jak i mężczyzn. Skąd nazwa? Ano wchodzą w dupę społeczeństwu bez lubrykantu. Mam na myśli „normalnych”, których znajomi są bardzo zdziwieni, że za partnerów życiowych mają osoby tej samej płci, bo przecież na to nie wyglądają. Nie chodzą na parady, żeby broń boże nikt ich nie powiązał z tą grupą dziwaków z, już przysłowiowymi, piórami w dupie. Muszą wstydzić się przed swoimi znajomymi wyglądu dwóch lesbijek, a nawet lesb, które nie tylko ośmieliły się wygrać konkurs na ślub w chmurach, ale jeszcze pojawiały się w telewizji. No zgroza.

To właśnie ta grupa, wcale niemała, tłumaczy wszystkim, że im związki do niczego nie są potrzebne, bo przecież im, a nawet Im, żyje się dobrze. Że gdybyśmy się dostosowali do innych, nikt by nas nie dyskryminował. Cała ta dyskryminacja to dla nich wymysł tych męskich lesb i przegiętych ciotek, co to same się o nią proszą. Dodają wyniośle, że miłość nie potrzebuje papierków. Wyraz swoim poglądom dają, oczywiście anonimowo, na wszelakich forach, w komentarzach pod tekstami etc. Postulują z wyżyn swojego majestatu, aby na paradach pojawiały się osoby ubrane w garnitury (oczywiście mężczyźni) lub garsonki (oczywiście kobiety), tak aby społeczeństwo zobaczyło, że nie będzie żadnych szopek w Urzędzie Stanu Cywilnego. Wytykają nienormatywnym braki w wyglądzie, a działaczom w działaczostwie, wkładając w to ogromny wysiłek. Najczęściej logika jest im obca. Jeśli fakty nie zgadzają się z ich stwierdzeniami, to tym gorzej dla faktów. Na koniec dyskusji, a raczej pyskówki, atakują ad personam. Żal, że ta para idzie w gwizdek.

Kolejną grupą są kibice. Dopingują tę garstkę działających okrzykami bojowymi: zróbcie, działajcie, zmieńcie, dlaczego nie zrobiliście tego, dlaczego działacie w ten sposób. Oczywiście podlajkują posty, ba, nawet je udostępnią. I na tym niestety kończy się ich działalność. Rzecz jasna na paradę, marsz czy wiec by przyszli, ale akurat mają już coś innego zaplanowane i niestety nie mogą tego odwołać. Jest im bardzo przykro, na pewno następnym razem się uda.

Nie może zabraknąć Godotów. Nie negują konieczności zmian, widzą panoszącą się w najlepsze dyskryminację, mają świadomość bycia obywatelami drugiej kategorii, ale czekają. Czekają, aż łaskawie panujący rząd im to da. A jak nie rząd, to może Unia Europejska albo Obama. No w każdym razie ktoś przyjdzie i da.

Są jeszcze niedasie. Niedasie to gatunek, który twierdzi, że na pewno się nie uda, że społeczeństwo jest niedojrzałe, że nie ma co się szarpać, bo i tak nic z tego nie wyjdzie, poczekajmy więc może na lepszy moment.

Na koniec tej skromnej i bardzo niepełnej wyliczanki, nie mogę nie wspomnieć o tych najbogatszych. Mają pieniądze, więc nie odczują na własnej skórze niesprawiedliwości, jaką zafundowało im ich własne państwo. A jeśli już wspomogą te nieszczęsne 0,012%, to dobrą radą.

Oczywiście każdy osobnik może być sklasyfikowany w kilku grupach. A żeby nam, działaczom i działaczkom nie było tak dobrze, nie mogę nie dodać, że w tym niewielkim odsetku tych, co to jednak coś robią, jest cała masa żrących się ze sobą wzajemnie grupek i podgrupek.

W 43 rocznicę wydarzeń w Stonewall, kiedy to lesby, transki, cioteczki i męskie prostytutki pokazały światu, że mają swoją godność i zasługują na równe traktowanie przez funkcjonariuszy prawa, niezależnie od tego, kim są, jak wyglądają i się prowadzą, w Polsce przełykamy gorzką pigułkę, szukając winnych hen daleko.

A wystarczy, aby 10% z tego 1 500 000 wyszło na ulicę i stanęło twardo za różowym transparentem: Żądamy równych praw! Żądamy małżeństw! Stać was na to?

Na zdjęciu: Stonewall Inn, 2010. Fot. Gryffindor, Wikimedia Commons.

I po ustawach?


Wygląda na to, że mamy koniec pieśni. Dziś komisja ustawodawcza, stosunkiem głosów 15 do 3, uznała oba projekty ustaw - o związkach partnerskich i o instytucji związku partnerskiego - za niezgodne z art. 18 Konstytucji. Przeciw temu wnioskowi byli tylko posłowie SLD i RP. To, co się działo, opisywałam na żywo na blogu akcji Miłość Nie Wyklucza, tak że po relację zapraszam tam. A tu kilka impresji.

Co najważniejsze - to jeszcze nie koniec. Wprawdzie trudno sobie wyobrazić, by marszałkini Ewa Kopacz zadecydowała teraz o kontynuacji prac nad projektami, ale mimo wszystko - to jeszcze nie koniec. A może to będzie kopniak dla tych wszystkich, co to myślą, że "samo zmieni się", by przestać tak myśleć. I wziąć swój los w swoje ręce. Może będzie to mobilizacja do działania, którego, nie oszukujmy się, bardzo nam ostatnio brakuje. Do tego, by wyjść na ulice nie po to, by po nich popląsać, a po to, by w końcu domagać się swoich praw. Do tego, by zacząć odwiedzać "swoich" posłów, pisać do nich, dzwonić, naciskać. Garstka osób, nawet najbardziej obrotnych, tego nie załatwi. Nie oszukujmy się.

Sam przebieg obrad był skandaliczny. Doskonale było widać, że zainteresowani ustawami i opiniami specjalistów i tym, co właściwie w nich jest, są tylko wnioskodawcy. Większość zebranych nawet nie udawała, że słucha, a zabierała głos jedynie po to, by rzucić jakiś "żarcik" czy kuriozalne stwierdzenie, że wszak w projektach nie ma zakazu adopcji, co oznacza, że na nią pozwalają, czy że państwo rodziną (rzecz jasna heteronormatywną) stoi i już. Nie, nie było w tym wszystkim otwartej homofobii. Po prostu my wiemy swoje i już, a skoro niektórzy twierdzą, że ustawy są niezgodne z Konstytucją, to tym pretekstem się posłużymy, aby je uwalić.

Kilka przykładów niekompetencji zebranych: przedstawiciel Biura Analiz Sejmowych nie był w stanie stwierdzić, którego projektu dotyczą opinie konstytucjonalistów. Gdy w końcu doszedł do wniosku, że jednak tylko jednego, nie uwzględniono faktu, że drugi projekt (o umowie), nie został zaopiniowany, więc chyba w ogóle nie powinno się go omawiać pod kątem konstytucyjności. Przewodniczący komisji stwierdził po prostu, że równie dobrze opinie mogą się odnosić do obu projektów i już. Ten sam przewodniczący, oceniając projekty, odwoływał się wyłącznie do jednej, nieprzychylnej opinii - Dariusza Dudka z Katolickiego Uniwersytetu Lubelskiego. Drugiej, Ryszarda Piotrowskiego z UW, w ogóle nie wziął pod uwagę. Nikt też, mimo że legislator podkreślał, że Konstytucja z pewnością dopuszcza uregulowanie innych związków niż małżeńskie, nie pokusił się o analizę tego, co to oznacza. Nikt nie odniósł się do wypowiedzi Roberta Biedronia, w której ten wyliczał różnice między małżeństwem a związkiem partnerskim. Słowem - nie bo nie i tyle. I podnieśmy już łapki, że jesteśmy przeciw, gadamy o tych projektach od 40 minut, jakaś przerwa by się przydała - na kawkę, na fajka, na pogaduszki, bo tu na sali to nie możemy tak głośno pogadać o dupie Maryni, jak chcemy.

Przykre i wkurzające. Sam fakt odrzucenia projektów jest smutny, ale nie załamujący. Wiedzieliśmy, że może tak być. Styl, w jakim się to odbyło, brak zainteresowania tym, co się właściwie odrzuca, i to, że posłowie i posłanki nawet nie ukrywali, że ich to nie obchodzi, bo oni swoje wiedzą i opinię mają wyrobioną, jest skandaliczny.

PS Dziś rocznica Stonewall. Z tej okazji zaostrzono też prawo o zgromadzeniach i negatywnie zaopiniowano projekt ustawy o rzeczniku ds. dyskryminacji.

Na zdjęciu: ekipa KPH i MNW pod Sejmem po odrzuceniu projektów.

wtorek, 26 czerwca 2012

No przecież mogą wziąć ślub


Ruszyło się trochę w kwestii ustawy o związkach partnerskich. Już w najbliższy czwartek posiedzenie komisji ustawodawczej, na którym będzie zaopiniowany pierwszy, złożony w lutym tego roku, projekt ustawy, pojawiły się też dwie opinie na temat jego konstytucyjności - jedna na tak (konstytucjonalisty z UW) i jedna na i tak, i nie, ale raczej nie (konstytucjonalisty z KUL-u). Linki do obu tu. Temat wrócił też na łamy "Gazety Wyborczej". Z tekstów, które ukazały się w ostatnich dniach, wart przeczytania jest wywiad z Radomirem Szumełdą z PO, w którym opowiada on trochę o wewnętrznych układach w partii, ocenia poparcie dla ustawy i podnosi dość rzadko przywoływany argument, że na jej wprowadzeniu skorzysta całe społeczeństwo, a nie jedynie zainteresowani i zainteresowane:
Szacuję, że (...) są dziesiątki tysięcy ludzi, którzy nie płacą w Polsce podatków, ZUS-u, nie pracują na nasze PKB. Zamiast tego budują dobrobyt brytyjski, holenderski czy skandynawski. Wyjeżdżają, bo urzędnicy państwowi w tamtych krajach nie szydzą z nich, nie traktują ich jak ludzi gorszego gatunku. Gdy przegląda się różne fora internetowe, okazuje się, że spośród osiemnasto-dwudziestolatków, którzy odkryli w sobie naturę homoseksualną, a pochodzą z małych miejscowości - 99 procent marzy, żeby tylko skończyć szkołę czy studia i pojechać do Londynu. Te dzieciaki boją się wykluczenia w swoich społecznościach, a do tego, gdy słyszą ze strony bardzo ważnych polityków, że są gorsi, że nic im się nie należy od państwa, to o czym mają marzyć, jak nie o Londynie? Przyjęcie regulacji prawnej dotyczącej związków partnerskich może w dużej mierze naprawić ten grzech marnotrawstwa, można to zrobić od ręki, wystarczy dobra wola. Nie widzę tu żadnych ubocznych kosztów czy zagrożeń.
Można z nim oczywiście polemizować, wszak zmiana prawa nie sprawi automatycznie, że dyskryminacja zniknie (ale na pewno w tym nie przeszkodzi), trudno też oszacować, dla ilu osób rzeczywiście powodem emigracji jest przede wszystkim brak akceptacji, ale fajnie, że ktoś mówi o tym aspekcie. Bo przecież można to rozciągnąć i na te osoby, które nie emigrują - że w przyjaznym środowisku lepiej się pracuje, tworzy się trwalsze związki, jest się bardziej twórczym itd.

Z argumentami za i przeciw związkom w ogóle dzieją się ciekawe rzeczy, również dlatego, że coraz silniejszy jest przekaz, że ma to być rozwiązanie nie tylko dla par jednopłciowych, ale też różnopłciowych. Kłopot jest taki, że o ile dość łatwo zrozumieć (jeśli się chce), dlaczego te pierwsze potrzebują uregulowania dla siebie, to z tym drugimi już tak lekko nie jest. Widać to w m.in. komentarzach pod tekstem o kampanii "W związku z miłością" na Wyborcza.pl. Najczęstszy argument przeciw? No przecież mogą wziąć ślub cywilny, więc o co im chodzi? Plus: chęć zawarcia takiego związku bierze się z braku odpowiedzialności za partnera/partnerkę, a jak ktoś jest nieodpowiedzialny, to jak śmie żądać ulg podatkowych i innych takich. Co zabawne, gdy przychodzi do par jednopłciowych, komentarze są zupełnie inne - o ślubie ani słowa, bo przecież wszystko można załatwić notarialnie (to pary różnopłciowe tak nie mogą?), a nieśmiało artykułowana chęć zrównania praw z małżeńskimi to już nie przejaw odpowiedzialności, a homoterroryzmu. Rzecz jasna nie jestem naiwna i wiem, skąd się takie głosy biorą, ale mimo wszystko ciekawe to.

Problemów z jakąś spójną linią argumentacyjną jest zresztą więcej. Bo osobom heteroseksualnym i tym biseksualnym, które wybrały partnera/partnerkę płci przeciwnej raczej przydałaby instytucja zdecydowanie odmienna niż małżeństwo, a my dążymy do tego, by uzyskać prawa maksymalnie do małżeńskich zbliżone i taki jest też nasz projekt. W tej sytuacji jedyną wymierną korzyścią dla par różnopłciowych jest możliwość łatwiejszego rozwiązania takiego związku i domyślna rozdzielność majątkowa, a to woda na młyn dla przeciwników związków partnerskich. Bo znowuż mogą swoje o odpowiedzialności (wszak odpowiedzialność jest tylko jedna, taka ze wszelkimi zobowiązaniami i po grób, no jakże mogłoby być inaczej) i, na dodatek, o tym, że tak naprawdę chodzi o te wstrętne lesby i gejów, a heterycy to taka przykrywka, żeby to było łatwiej przełknąć.

Nie optuję bynajmniej za tym, by związki były wyłącznie dla par jednopłciowych. Dla mnie wystarczającym argumentem jest to, że jest ileś tam par różnopłciowych, które też chciałyby z takiego rozwiązania skorzystać i dla których jest ono ważne. Jednak fakt faktem, że trudniej rozmawiać o związkach dla obu tych grup, bo i ich sytuacja, i potrzeby są zupełnie inne. Było to widać chociażby na niedawnej debacie w Bydgoszczy, podczas której poseł Artur Dunin miał tylko dwa pomysły na uzasadnienie takiego rozwiązania - że kiedyś przyszła do niego kobieta, która miała problem z dowiedzeniem się o stan zdrowia swojego partnera, gdy ten trafił do szpitala, i że gdyby związki były tylko dla par jednopłciowych, to fakt pozostawania w takowym byłby jednoznaczny z powiedzeniem, jakiej jest się orientacji. Trochę to mało. Ale nie wchodząc w to, co jest nie tak z instytucją małżeństwa, że ileś tam osób go nie chce, trudno chyba wymyślić coś więcej. Gdy już się wejdzie, jest łatwiej, bo wszak to, że ileś tam osób, które z różnych powodów nie chcą brać ślubu, skorzysta z tego rozwiązania, jest bardzo pozytywnym zjawiskiem. Tyle że znowuż - to jest argument jedynie na korzyść tych, co mogą, ale nie chcą. Czyli tak czy siak sporo danych jest do sprzedania.

piątek, 22 czerwca 2012

Zawsze przechodzę na czerwonym


Pamiętacie portal "pozytywnie homofobiczny" Prohomofobia.pl, któremu już kilka dni po narodzinach wieszczyłam (trafnie) rychły upadek? Właśnie pojawił się ktoś, kto ma szansę wypełnić pustkę po LOLkontencie, który z upodobaniem serwowali nam państwo homofobowie, z nieocenioną Marią Czerw na czele. Niejaki pan Maciej Kaczka (pseudo artystyczne), krakowski kabareciarz i niezły fotograf, postanowił odświeżyć jakże szlachetną ideę pozytywnej homofobii na kolejnym ze swoich rozlicznych blogów o jakże chwytliwej nazwie Kampania Pozytywnej Homofobii. Notki póki co popełnił dwie, ale obie są przednie, tak że jeżeli nie porzuci tematu, zapowiada się niezła zabawa.

Wstęp:
Założyłem nowego bloga poświęconego sprawom społecznym. Jego misją będzie nauczenie osób o orientacji homoseksualnej rozumienia podstawowych pojęć z zakresu praworządności, celem ułatwienia im prawidłowego funkcjonowania w polskim społeczeństwie. Na początku opiszę swoje własne doświadczenia, później z pewnością dołączą do mnie inni. 
Czyli szykuje się nam kurs z wiedzy o społeczeństwie dla lesb i pedałów połączony z ich reedukacją i mający na celu asymilację ze społeczeństwem, obowiązkowo polskim? Intrygujące. Choć nawet się nie domyślacie, jak bardzo.

No to jedziemy:
Prawicowe koła opiniotwórcze, atakujące polskich homoseksualistów za ich rzekomą niemoralność, obrzydliwość i sprzeczne z naturą zachowania, w rzeczywistości wyrządzają im wielką przysługę. Z jednej strony – prezentują emocje, które łatwo zbić racjonalnymi argumentami. Z drugiej – budują niezwykle wygodny, ale fałszywy, czarno-biały obraz świata. Pozwalają „odmieńcom” chodzić w glorii prześladowanych przez ciemnogród heroldów nowoczesności.
Homofobia jest nieracjonalna, ale w sumie robi nam dobrze. W porządku, to już mamy przerobione. Kontynuujmy dalej, panie profesorze.
A rzeczywisty problem leży być może gdzie indziej. To co piszę wynika z moich licznych osobistych doświadczeń. Rzucam tezę: Orientacja homoseksualna sprzyja nasileniu negatywnych cech ludzkich, które – w przeciwieństwie do uprawianej w domowym zaciszu erotyki, źle wpływają funkcjonowanie tych osób życiu społecznym. Te cechy to: fałszywość, nieuczciwość, złośliwość, awanturnictwo, infantylna megalomania, niepraworządność i – o ironio! – wyjątkowa nietolerancja.
A także głupiość, tchórzlistwo, dwulicnictwo, podglądactwo i ocieraczość. A nie, przepraszam, te dwie ostatnie cechy dają o sobie znać w trakcie uprawianej w zaciszu domowym erotyki, a ta, jak już wiemy, nie jest problemem (doceńcie nowatorskość tego podejścia. Ja doceniam). Choć to tylko teza. Czas na argumenty na jej poparcie.
Nie musisz obawiać się Polaku, że polski gej złapie cię za genitalia w tramwaju, przemocą uprowadzi twojego nastoletniego syna, albo zbezcześci katolicką świątynię wieszając na monstrancji różowe boa. Bardziej pewne jest, że ci nie odda pożyczki, oszuka w interesach, absurdalnie zwyzywa przy znajomych, albo – jeśli nie daj Boże zechcesz podziałać w sferze gdzie ma władzę – potraktuje w sposób upokarzający i nikczemny.
No w sumie racja, punkt dla pana Kaczki. Nawet polscy geje częściej nie oddają pożyczek czy traktują innych w sposób upokarzający i nikczemny, niż łapią obcych za genitalia w tramwaju czy uprowadzają cudzą młodzież, o bezczeszczeniu świątyń nie wspominając. Tylko czy ma to coś wspólnego z ich orientacją? A jeśli tak, to co?
Wynika to być może stąd, że polscy geje, przez dziesiątki lat życia „w szafie” – ukrywając swoją orientację seksualną, ukrywali i inne związane z nią przypadłości. Teraz, ujawniając się w dobie liberalizacji, oprócz idei wolnej miłości, wyciągnęli z tej szafy mniej przyjemną część psychologicznej garderoby. Tak jak topniejący na wiosnę śnieg, oprócz zieleni i kwiatów, odsłania multum nagromadzonych śmieci.
No więc ma to być może coś wspólnego, choć nie wiadomo, co i skąd ta wiedza. Za to mamy ciekawą metaforę. Czy ja dobrze czytam, że owa orientacja oraz nieodłączna od niej idea wolnej miłości to zieleń i kwiaty? Wygląda na to, że zamiast obiecanego kursu praworządności mamy tu dość smutną opowieść o zawodzie miłosnym. Niech go ktoś przytuli! Albo chociaż w tramwaju złapie i otuli różowym boa!
Charakterystyczne jest, że ci – którzy na co dzień mają gęby pełne frazesów o równości, we własnych gettach, w tych branżach gdzie zdobyli znaczące wpływy, kultywują koszmarne, feudalno-niewolnicze układy. Jakakolwiek próba wyłamania się poza sztywno ustalone reguły ubioru, zachowania, zakresu zachowań dozwolonych osobom w określonym wieku, skutkuje seansem nienawiści i wykluczeniem.
Och nie! Nie dość, że zawód miłosny, to jeszcze kolejny, na polu zawodowym. Choć jak dla mnie pan trochę przesadza, bo owe feudalno-niewolnicze układy brzmią cokolwiek ekscytująco. To zaprzęganie biednych heteroseksualistów do pługa, to zakuwanie na noc w łańcuchy... Tylko po co te seanse nienawiści w stosunku do niepokornych? To takie, fuj, nowoczesne. Podwiesić za ręce w lochu i po sprawie.
Może być Wowereit burmistrzem Berlina a Westerwelle ministrem spraw zagranicznych Niemiec. W Polsce nie wyobrażam sobie jeszcze powierzenia poważnej funkcji publicznej komuś o tej orientacji. Jeśli mamy w Sejmie jedną piskliwą polską ciotę to jest wesoło. Ale gdyby takich była większość, ustrój społeczny naszego kraju mógłby cofnąć się do stanu sprzed kilku wieków.
Czyli że co? Jeszcze kilkuset Biedroniów i staniemy się monarchią konstytucyjną? Patrymonialną, stanową? A może jeszcze inną, dla której charakterystyczne było to, że władcy piszczeli, nie oddawali pożyczek, nie porywali nastolatków w celach bezecnych i karali chłostą za ubiór niestosowny do wieku? Ktoś mi podpowie, jak się to to nazywa? Bo niestety na pana Kaczkę liczyć nie mogę - właśnie odpłynął:
Pewien pedał opowiedział mi niedawno historię o tym jak przechodził z przyjacielem jezdnię na czerwonym świetle. A jak nas ktoś przejedzie? – zapytał drugi – oskarżymy go o homofobię! To odzwierciedla niebezpieczeństwo tworzenia kolejnej kasty świętych krów, kolejnego tabu politycznej niepoprawności. 
Kurczę, serio pewien pedał? A myślałam, że jesteśmy z Gosią takie oryginalne. Czyli na koniec mamy drugi punkt dla pana Kaczki. Nawet kilka punktów, bo zdarza się nam też powarkiwać na homofobię nieuprzejmych pań w sklepie, kierowców autobusów, ba, nawet pogodynek zapowiadających deszcz na czas, kiedy planujemy urlop. I to wszystko śmiertelnie serio. No serio, serio.
Postuluję – skończmy z archaicznymi schematami. Polsce potrzebna jest fala homofobii nowoczesnej i pozytywnej. Piętnujmy nie za seks, ale za karygodne zachowania, bez żadnej ulgowej taryfy. Nauczmy homoseksualistów prawidłowego rozumienia praw i wartości, również tych o które sami głośno walczą.
Popieram, skończmy, nauczmy! Dość tego tyrania w homoseksualnym jarzmie (tak na marginesie - w których to branżach mamy znaczące wpływy? Chętnie się przekwalifikuję), dość wytyczania zakresu zachowań dozwolonych w określonym wieku, w czym, jak wszyscy wiedzą, choć dopiero pan Kaczka to głośno powiedział, celujemy, gdy tylko mamy władzę. I więcej Kaczki - z rodzynkami, jabłkami, w sosie własnym i bez. W końcu klasyczna homofobia, poza tym, że niefajna, jest też koszmarnie nudna w swej powtarzalności. Nowoczesny, homofobicznie pozytywny odjazd to jest dopiero coś.

fot. SvonHalenbach, Wikimedia Commons

poniedziałek, 18 czerwca 2012

Jak się nie ma, co się lubi


Wczoraj miałyśmy okazję porobić za panelistki podczas debaty o związkach partnerskich zorganizowanej w ramach Bydgoskich Dni Różnorodności. Tłumu nie było - kilkanaście osób na sali, zdecydowanie z opcji "przekonani" - a za gościa, oprócz nas, robił poseł Artur Dunin (Platforma Obywatelska), tak że i na jakąś specjalnie emocjonalną dyskusję szans nie było. My poopowiadałyśmy o projektach, które już są w Sejmie, poseł Dunin o swoim projekcie, który ponoć w tym tygodniu zaprezentuje klubowi PO. Zapewnił też, że prezydent i premier nie są przeciw, i optymistycznie stwierdził, że ustawa ma szanse przejść jeszcze w tej kadencji. Patrząc na to, co się dzieje wokół ratyfikacji konwencji o przeciwdziałaniu przemocy wobec kobiet, która tak naprawdę zupełnie nie dotyka kwestii naszych praw, a i tak, właśnie dlatego, że ponoć wspiera inne niż "tradycyjny" modele rodziny, budzi duży sprzeciw wśród sporej rzeszy posłów i posłanek z partii pana posła, trudno mi w to uwierzyć, ale z drugiej strony wolę pozytywne nastawienie Dunina od wyrażonej przez Roberta Biedronia bodaj na podobnym panelu w Łodzi opinii, że w tej kadencji nie ma na to szans. Może i nie ma, ale takie słowa w wydaniu osoby odpowiedzialnej za projekt zniechęcają do jakiegokolwiek działania. Nie żebym była jakąś szczególną fanką projektu PO, który, jeżeli wierzyć doniesieniom prasowym i pozaprasowym, będzie najskromniejszy z całej trójki, ale z drugiej strony lepsze to niż nic i lepsza jakakolwiek debata sejmowa niż żadna. Bo jest to jakiś początek. Tak że, choć kilkakrotnie podkreślałyśmy podczas panelu, że dla nas to za mało i że nawet jak już jakaś ustawa zostanie przyjęta, będziemy walczyć po prostu o małżeństwa, to zdaję sobie sprawę, że już doprowadzenie do tego, że projekty nie zostaną uwalone w pierwszym czytaniu i pójdą do komisji, będzie malutkim krokiem w dobrym kierunku.

A tymczasem ostatnio przekonałyśmy się z Gosią, jak ważne jest jakiekolwiek zabezpieczenie tej drugiej osoby. Krótko, choć może wkrótce pokuszę się o dłuższą opowieść, bo historia jest przednia, Gosia mi się rozchorowała (ciemne okulary na fotce powyżej, a konkretnie problemy z oczami, to jedna z pozostałości owej choroby). Na tyle poważnie, że przez ponad miesiąc praktycznie nie ruszała się z łóżka. Spora w tym "zasługa" lekarzy (w sumie chyba czternastu), którzy przez długi czas nie potrafili jej prawidłowo zdiagnozować i faszerowali lekami, które nie miały szansy pomóc. No a jako że Gosia leżała, to ja biegałam - po urzędach, szpitalach itd. I z kilkoma rzeczami z pewnością miałabym problem, gdybyśmy w marcu nie spisały w końcu pełnomocnictw, w których upoważniłyśmy się wzajemnie do reprezentowania drugiej osoby w takich sytuacjach. Jasne, że taki papier nie załatwia mnóstwa spraw, które załatwiłaby możliwość zawierania związków, ale warto go mieć. Bo to nie jest tak, że skoro nie mamy setki na karku, to nic nam nie grozi i nic złego się nie wydarzy, więc możemy sobie spokojnie (albo w ramach "buntu" przeciw rzeczywistości) czekać na związki, które dadzą to, co pełnomocnictwo, i wiele poza tym. Nigdy nie wiadomo, co i kiedy się wydarzy, dlatego warto mieć i testament, i pełnomocnictwa, i inne upoważnienia, np. umożliwiające dowiadywanie się o stan zdrowia partnera/partnerki i wgląd do dokumentacji medycznej (można je wypełnić i zostawić w swojej przychodni/szpitalu). Tak że zachęcam. I wklejam nasze na wzór. Całkowity koszt dwóch pełnomocnictw i czterech wypisów to w naszym przypadku 338 złotych.

czwartek, 14 czerwca 2012

Dużo, dużo coming outów

Kilka dni temu, po blisko dwóch latach i dziesiątkach wysłanych maili, Facebook odblokował w końcu założoną przez nas na potrzeby konkursu "Love is in the Air" stronę Gosia & Ewa in the Air. Przy okazji jej porządkowania i uaktualniania naszło mnie trochę na wspominki, tak że i dzisiejszy wpis taki będzie. Ale bez obaw - nie zamierzam was znowu zamęczać obrazkami i historyjkami ze ślubu i podróży. Wspominki będą o czymś zupełnie innym - moich coming outach. Dlaczego akurat o nich? Od niedawna podczytuję bloga Moje Brokeback, którego autor dokumentuje swoją drogę do samoakceptacji i pierwsze wyjścia z szafy (tak na marginesie - mądry i fajnie pisany blog, polecam). I, skoro już jestem w takim przeszłościowym nastroju, zachciało mi się popisać - tak ku pokrzepieniu serc - o tym, jak to u mnie z tym wyłażeniem z szafy bywało.

Pierwszy coming out odwaliłam, dość standardowo, przed najbliższą przyjaciółką. Zabrałam ją do pubu, strzeliłam piwko na odwagę i zaczęłam słowami, których nigdy dotąd w rozmowie z nią nie zdarzyło mi się użyć: "Magdo, muszę ci coś powiedzieć". Minę musiałam mieć przy tym dość przerażoną, bo przyjaciółka wybuchnęła śmiechem. Gdy się opanowała, rzuciła: "Jesteś w ciąży". Gdy zaprzeczyłam, została jej tylko jedna opcja: "No to jesteś lesbijką. Ha, wiedziałam!". I tyle. Kontakt nam się urwał dopiero jak parę lat temu wyemigrowała.

Potem przyszedł czas na kolegów i koleżanki z liceum i ze studiów. Reakcji większości z nich nie pamiętam, w pamięć zapadło mi kilka. Kolegi, który co rusz się dopytywał, czy to oznacza, że z facetami to ja już tak nigdy w życiu nie zamierzam, i kolejnego, który przy okazji spania (i tylko spania!) po jakiejś imprezie w jednym łóżku zapytał, czy mi się przypadkiem nie podobają dziewczyny, a gdy stwierdziłam, że jak najbardziej, zwierzył mi się ze swojego nieszczęśliwego zakochania w pewnej pani. A że ja owo zauroczenie podzielałam, to przez resztę nocy wzdychaliśmy wspólnie do pięknej nieznajomej, która była na tym samym kierunku, co my, ale rok wyżej. No i koleżanki, która zareagowała dość bezstresowo, ale gdy doszło do opowiadania o tym, co to właśnie robimy z moją ówczesną dziewczyną (nic strasznego, wspólne wypady i takie tam), poprosiła, abym póki co nie wchodziła w szczegóły, bo musi się z tym wszystkim oswoić. Parę lat temu bawiłyśmy się z Gosią na jej weselu. Moja druga połowa raczyła nawet zatańczyć z panną młodą pierwszy, po panu młodym, taniec. Co poza tym? No, jedna (słownie: jedna!) osoba zaczęła udawać, że nie istnieję. W sumie było to nawet zabawne.

Coming outy w pracy to była zupełnie inna bajka. W pierwszej, jako ten rasowy cykor, bardzo starannie dobierałam obiekty zwierzeń. Co zabawne, zaliczała się do nich moja ówczesna szefowa, ale to z racji tego, że mój lesdar (a może raczej w tym przypadku bidar) wył przy niej jak szalony. W drugiej pracy pierwsze wyjście z szafy uskuteczniłam na rozmowie kwalifikacyjnej, machając "Repliką", której byłam wtedy redaktorką naczelną, a kolejne załatwiła mi Gosia, meldując się w pierwszym tygodniu w redakcji i żądając buziaka na powitanie. Ale to nie był koniec przygód, bo gdy doczytałam, że jako mojej partnerce należy jej się ubezpieczenie zdrowotne, dokonałam heroicznej próby coming outu w kadrach. Wyglądało to mniej więcej tak: "Cześć, chciałabym się upewnić, czy mogę ubezpieczyć moją partnerkę" - "Tak, wypełnij ten formularz" - "Ale wiesz, partnerkę. No i mieszkamy razem, ale mamy póki co inne adresy zameldowania" - "Tak, wypełnij ten formularz i od przyszłego miesiąca będzie miała ubezpieczenie" - "Ale..." - "Tak, rozumiem. Wypełnij!". Po przejściu do nowego działu sprawę załatwił za mnie mój pierwszy (no, w każdym razie o takiej skali) publiczny coming out, czyli wywiad z Barbie Girls w "Wysokich Obcasach". Pamiętam, że miałam trochę stresów w związku z nim, ale jedyną reakcją mojej nowej ekipy była cisza. Oraz parę maili w skrzynce od osób, które jeszcze nie bardzo kojarzyłam z twarzy, z prośbą o prywatny e-mail. No i, jak się później dowiedziałam, rekordowa popularność wzmiankowanego numeru "Obcasów", które zazwyczaj grzecznie zalegały na półeczce, póki ktoś ich nie wyrzucił, a tym razem rozeszły się w poniedziałkowy poranek, nim zdążyłam się pojawić w pracy.

Najtrudniejszy, no ale to przecież klasyka, był coming out przed rodzicami. Przez dłuższy czas wychodziłam z tchórzliwego założenia, że jeżeli będę im szczerze mówić, co, gdzie, z kim i do kogo, to sami zrozumieją, co i jak. I zrozumieli, ale do kluczowej rozmowy w końcu dojść musiało. Łatwe to nie było, nie powiem, choć był to większy stres dla nich niż dla mnie. A skończyło się między innymi uroczym nawiązaniem do filmu "Cztery wesela i pogrzeb" - że TAKI związek był tam tak pięknie pokazany, więc w sumie to nic złego. Niech żyje popkultura!

A najłatwiejszy? Zabawna rzecz, ale ten najbardziej publiczny, przy okazji ślubu. Bo, pomijając niefajne internetowe komentarze zupełnie obcych ludzi, nie miał dla mnie absolutnie żadnych negatywnych konsekwencji. Pozwolił mi za to i poznać nowe osoby, i odnowić sporo znajomości, czasami sięgających aż do podstawówki, i spojrzeć na wiele osób z przeszłości w zupełnie innym świetle - gdy nagle okazywało się, że podwórkowy łobuz wyrósł na świetnego, otwartego człowieka, z którym aż się chce mieć kontakt. Najbardziej jednak zapadła mi w pamięć rozmowa z ciocią, z którą od czasu przeprowadzki do Warszawy miałam dość słaby kontakt i której jakoś nie miałam okazji wcześniej uświadomić. Po powrocie z Nowego Jorku zadzwoniłam do niej z życzeniami świątecznymi. "Co tam u Ciebie słychać, Ewuniu?" - "No wiesz, odpoczywam po podróży do Stanów." - "A, to już wróciłyście?" [chwila ciszy z mojej strony] - "Ano wróciłyśmy." - "To jak mnie odwiedzisz, musisz mi wszystko opowiedzieć."

Rzecz jasna i było tego więcej, i to nie koniec. Bo outuje się człowiek przez całe życie. W szpitalu, wskazując osobę upoważnioną do podejmowania decyzji, w sklepie (to dziś sama? Bez siostry?), w hotelu (łóżeczka dać osobne, tak?), na poczcie (to kogo mam wpisać jako odbierającego pocztę?) itp. Jasne, że nie jesteśmy w tym odosobnieni/odosobnione, bo outuje się wiele różnych grup, jak chociażby zakonnice (czytałam kiedyś pracę, której autorka porównywała przeżycia, jakie towarzyszą rodzinie, gdy dowiaduje się, że ich córka jest niehetero, i gdy oświadcza, że chciałaby iść do zakonu), ateiści, niekatolicy itd., ale mimo wszystko bywa to męczące. Choć na pewno dużo mniej niż uskutecznianie kłamstw czy milczenie, gdy wszyscy inni mówią swobodnie.


Na zdjęciach: West Hollywood - comingoutowy jogurt, który znalazłyśmy w jednym ze sklepów, i Gosia wychodząca z naprawdę dużej szafy.

wtorek, 12 czerwca 2012

Niechciani sojusznicy


Ruch LGBTQ jest ruchem ludzi zamożnych ekonomicznie lub/i kulturowo i do takich samych ludzi, poprzez swoją formę, kieruje swój przekaz. Z perspektywy neofaszystów jest to idealne rozwiązanie, nie dość, że uczestnicy/czki ruchu LGBTQ nie wpisują się w akceptowalną w Polsce wizję męskości/kobiecości, to reprezentują uprzywilejowaną warstwę społeczną. Ruch LGBTQ wydaje się uważać, że rewolucyjne zmiany w mentalności mogą pochodzić wyłącznie od wyższych warstw społecznych. Myślenie to charakterystyczne jest dla ruchów społecznych skoncentrowanych wyłącznie na realizacji postulatów dotyczących własnej grupy.
- taka diagnoza ostatnich lat działań ruchu LGBTQ pojawiła się na blogu Prosto antyfaszystowsko (zachęcam do lektury całości). Mimo że autor/autorka momentami upraszcza (np. w części o finansowaniu naszych organizacji czy o zniknięciu niezależnych inicjatyw queerowych), to trudno mi się z tym głosem nie zgodzić. Tak, to prawda, że ogólnoantywykluczeniowy charakter sporej części naszych imprez jest taki jedynie z nazwy (i nie piję jedynie do parady). To prawda, że często bardziej nam po drodze z politykami, co to są grzeczni, ułożeni i dbają o swój PR przekładający się na głosiki w wyborach, niż z mówiącymi rzeczy niepopularne ruchami takimi jak anarchistyczny czy feministyczny. To prawda, że niejednokrotnie odrzucamy co bardziej kontrowersyjnych sojuszników i sojuszniczki, czy to odmawiając im miejsca na naszych imprezach (nie wprost, ale jednak tak - wystarczy popatrzeć, kto jeszcze niedawno wspierał nasze parady, a kto robi to teraz), czy to odcinając się od ich działań.

Jasne, że nie mam na myśli wszystkich "nas" (że przypomnę POMADĘ czy UFĘ) i że to działa w dwie strony. Nasze działania (chyba wszystkie bez wyjątku) też bywają uznawane za zbyt radykalne, a nasze postulaty za nieważne/nieakceptowalne przez wiele osób z tych grup. I nie tylko nam zdarzają się romanse w politykami. Ale nie zmienia to faktu, że my też (nie, oczywiście, że nie wszyscy) nie akceptujemy i stereotypizujemy wiele grup, które są nam bliskie i z racji wsparcia, którego nam udzielają, i dlatego, że same walczą z wykluczeniami i upominają się o słabszych. Nie lubimy anarcholi, bo Kolorowa Niepodległa, nie lubimy feministek, bo Magda Środa, nie lubimy ekologów, bo autostrady, obrońców praw zwierząt, ruchu lokatorskiego, pracowniczego itd. Pytanie, czy powinniśmy/powinnyśmy te grupy lubić. Do kogo nam tak naprawdę bliżej - grzecznego mainstreamu uosabianego przez Kalisza, Kongres Kobiet i inne takie czy niegrzecznej niszy, która nie uważa, że pewne działania są nie na miejscu, że trzeba iść na kompromisy czy zaniechać tego, co niepopularne. A może i tu, i tu, w zależności od sytuacji? Pewnie nie ma jednej dobrej odpowiedzi na to pytanie (tak jak nie ma jednego "my"), nawet jeżeli je uszczegółowić i np. wskazać jeden główny cel, który chcemy osiągnąć, co teoretycznie powinno ułatwić dobór środków i zawieranie sojuszy. Tak że odpowiem po prostu za siebie.

Na pewno jest mi bliżej do inicjatywy "Chleba zamiast igrzysk" niż (mimo ogromnej sympatii chociażby do Niemców za to, jak walczą z homofobią w piłce nożnej) do wyszukiwania "homosmaczków" na zdjęciach z meczów, nie mówiąc już o traktowaniu piłkarskich zmagań Polaków w kategorii wojny. Nie dlatego, że jestem jakąś straszną przeciwniczką igrzysk (choć tegoroczne z racji tego, co Ukraina zrobiła z bezdomnymi zwierzętami, mają u mnie bana), ale dlatego, że bardzo mi się podoba działanie wbrew ogólnopolskiemu malowaniu trawy na zielono. Nieudawanie, że jest super, niezamiatanie problemów pod dywan w imię jak dla mnie dziwnej solidarności z tymi, co to by chcieli wypaść jak najlepiej. Bliżej mi też do tych niedobrych anarchistów, co to na sqatach i na blokadach, czy do tych okropnych feministek, co to żeńskie końcówki i samcze zabawy, niż do Palikota podpinającego się pod protesty przeciw ACTA czy parady obwarowanej zakazami i nakazami, otwartej w manifeście, zamkniętej w regulaminach. Słowem do wszystkiego, co oddolne, spontaniczne, niesterowane słupkami poparcia czy pogonią za popularnością. Co tak naprawdę jest bardzo podobne do naszych działań, których wiele osób również nie chciałoby widzieć w przestrzeni publicznej. Nie twierdzę, że jedyna droga to szukanie sojuszy właśnie z tymi grupami i angażowanie się właśnie w takie działania, czy też że są one jakimś wzorcem z Sèvres. Nie są, a dróg, tak jak i sposobów działania jest sporo i sporo ich realizujemy. Ale też nie mogę się nie zgodzić ze stwierdzeniem, że przylepienie się do mainstreamu i odklejanie od innych "radykałów" nie sprawi, że nagle wszyscy nas pokochają i zaakceptują, a nasze problemy zostaną automatycznie rozwiązane. Nie zostaną. Bo dla mainstreamu zawsze będziemy takimi samymi radykałami jak cała reszta. Wybielenie ząbków, wzięcie polskiej flagi w łapkę i zabawa w dobrą lesbę i pedała tego nie zmieni.

niedziela, 10 czerwca 2012

Not Your Kind of People


Garbage to jedyna grupa (wykonawca, wykonawczyni...), której słucham nieprzerwanie od czasów licealnych. Wszystkie fascynacje z tamtych lat, od Doorsów, przez grunge, brit pop po industrial gdzieś się po drodze wykruszyły, ustępując miejsca nudziarom z gitarami tudzież klawiszami. Wszystkie oprócz tej jednej. Choć trudno mi stwierdzić, dlaczego niektóre rzeczy nagle przestają się podobać, a inne nie, to mam kilka teorii co do mojej nieustającej sympatii do Shirley Manson i ekipy. Ma ona coś wspólnego z muzyką, którą tworzą - to, jak w jednym kawałku potrafią połączyć tak wydawałoby się skrajnie różne brzmienia jak niemal disco, elektro, industrial, ostry rock, punk, i to, jak pięknie to ze sobą współgra, od lat mnie zadziwia. Podobnie eklektyczny jak ich muzyka jest image frontmanki zespołu, która równie dobrze sprawdza się w roli klasycznej diwy, punkówy z rudym kokiem, jak i androgynicznej ikony s/m. Ważne są też teksty, rozedrgane, paranoiczne, antywykluczeniowe, czasami z mocnym politycznym przesłaniem (szczególnie widocznym na czwartej płycie grupy "Bleed Like Me"). Oraz - co tu ukrywać - światopogląd Shirley, bliski mojemu. Tak, wiem, muzyka to niby tylko muzyka, ale nie potrafiłabym już ani kupić, ani słuchać płyty kogoś, czyje poglądy mnie odrzucają.

Jakoś na początku kwietnia stwierdziłam, że chciałabym ich w końcu zobaczyć na żywo. I proszę, dwa dni później pojawił się news, że zagrają na Orange Warsaw Festival. I zagrali - wczoraj. Nie jako gwiazda wieczoru niestety (tu musieli ustąpić pola Linkin Park), tak że ani tak długo, jak bym chciała, ani przed idealną dla siebie publicznością, ale jednak tak. Jak było? Dużo lepiej, niż się spodziewałam. W ostatnich dniach przesłuchałam sobie trochę ich ostatnich koncertowych rzeczy na You Tube i wyszło mi, że tak jak na scenie są świetni, energetyczni i w ogóle, tak Shirley ewidentnie jeszcze się nie rozśpiewała po długiej przerwie (przedostatni album, pomijając składankę "Absolute Garbage" wydali w 2005 roku, teraz ruszyli z promocją ostatniego, świeżo wydanego "Not Your Kind of People"). Szczęśliwie, choć zdarzało jej się trochę mijać z dźwiękiem, zdecydowanie jest w formie. Nowe kawałki (szczególnie "Blood For Poppies" i "Control") dają radę, starsze brzmiały równie dobrze jak kiedyś. Z moich absolutnych faworytów pojawiły się "I Think I'm Paranoid":



"Cherry Lips":



i "Queer":



oraz słynne bondowskie "The World Is Not Enough". Do pełni szczęścia zabrakło mi tylko "Androgyny" i "Bleed Like Me". Oraz nieobecności "I'm Only Happy When It Rains", którego fenomenu, tak jak kilku innych rzeczy opartych o melodyjną ścianę gitar i ginący w nich wokal (nie da się ukryć, że charakterystycznych dla zespołu), nigdy do końca nie zrozumiem. No ale co kto lubi, ja zdecydowanie wolę trochę bardziej eklektyczne kawałki (i chyba też dlatego najbardziej lubię płytę "Beautiful Garbage", która zresztą sprzedała się najgorzej ze wszystkich). A poza tym? Za mało bisów (cena niebycia gwiazdą wieczoru), za mało gadania (lubię, jak występujący nawiązują dialog z publiką), choć stwierdzenie, że wszyscy jesteśmy w wieku pierwszego albumu zespołu lub młodsi było naprawdę urocze, no i nie najlepsza akustyka. Pewien niedosyt więc jest, ale w 99 procentach nie ma nic wspólnego z tym, co pokazało Garbage. Tak że nowa płyta zakupiona i leci w słuchawkach, a ja nie mogę się doczekać następnego razu.

wtorek, 5 czerwca 2012

Nie ma vipów

Miałam już nie pisać o tegorocznej warszawskiej Paradzie Równości, ale jestem ciekawa, co sądzicie o tej historii. Tuż po przemarszu na fejsie Młodych Socjalistów ukazał się taki oto komunikat:
Co się dokładnie wydarzyło? Marcin Matuszewski, jeden ze sprawców zamieszania, w tekście "Tęcza na cenzurowanym" pisze tak: "Początek Parady Równości. (...) Rozwijamy transparent z wymalowanym czarno i tłusto: Równość jest jedna, nie ma VIP-ów na paradzie. Nie trzymaliśmy go długo. Wielce Szanowny Organizator w osobie Łukasza Pałuckiego podszedł do nas w eskorcie czterech ciężkozbrojnych policjantów i zagroził, że jeśli nie zwiniemy swojego hasła, to możemy spadać do domu". Zwinęli więc i dość szybko spadli, a jako że nie omieszkali po tym wszystkim sprawy nagłośnić, to doczekali się reakcji ze strony organizatorów:


Zasady i procedura. No tak. Ciekawa, czegóż to nie doczytali Młodzi (a zatem niewątpliwie głupi i niedojrzali, a w każdym razie z pewnością zasługujący na to, aby ich jako takich traktować) Socjaliści, zajrzałam, nie po raz pierwszy zresztą, na stronę paradarownosci.eu, do zakładki "informacje organizacyjne". Jest informacja o losowaniu kolejności dużych banerów (bez określenia, jaki właściwie rozmiar powinien mieć baner, by go uznać za duży), o zasadach i procedurze zgłaszania - ani słowa. Wczytałam się więc (również nie pierwszy raz) w regulamin. "Uczestnicy Parady mają prawo w szczególności do: (...) niesienia transparentów, flag, balonów i innych gadżetów związanych tematycznie z ideologią Parady, zgodnie z Regulaminem. (...) Uczestnikom Parady zabrania się w szczególności: (...) eksponować banerów, flag, balonów i innych gadżetów w sposób zagrażający innym uczestnikom Parady (...) głosić podczas Parady hasła i treści nie znajdujących pokrycia w ideach Parady lub godzących w imię osób trzecich".

Czyli jak na mój rozum Młodzi Socjaliści nie musieli nikomu zgłaszać swojego banera, bo żaden z przywołanych zapisów takowego obowiązku na nich nie nakładał, więc zasłanianie się procedurami odpada. Może więc poszło o treść (bo nie chce mi się wierzyć, że komuś swoim banerkiem zagrażali)? "W Paradzie Równości 2012 wziąć może udział każda osoba, która wspiera idee wolności, równości i tolerancji. Zapraszamy wszystkich i wszystkie! Nie musicie się wcześniej zgłaszać ani rejestrować. Wystarczy, że zjawicie się i wraz z nami pójdziecie przez ulice Warszawy!" - to też słowa ze strony organizatorów. Czy zatem stwierdzenie, że na paradzie wszyscy są równi, nie znajduje pokrycia w jej ideach (dla przypomnienia: tegoroczne hasło to "Po prostu równość")? Ha, kłóciłabym się. No ale: "Decyzje podejmowane przez obsługę Parady w zakresie jej zadań nie podlegają dyskusji ani nie mogą być kwestionowane przez uczestników Parady, o ile nie są sprzeczne z prawem powszechnie obowiązującym w tym zakresie". To też punkt z owego regulaminu.

Rzecz jasna nie tylko o, hm, nieco przesadne, choć i dość wybiórcze (bo np. zgodnie z regulaminem nie wolno podchodzić do platform na odległość mniejszą niż 4 m z przodu i z tyłu, i 3 m z boku, czego absolutnie nikt nie przestrzegał i na co nikt z obsługi wydarzenia nie zwracał uwagi) zamiłowanie organizatorów do procedur chodzi, ale i o ideę vipostwa jako taką, traktowaną przez nich bardzo serio (żeby nie napisać: z zadęciem). Niestety nie uwieczniłam tego na żadnym zdjęciu, ale wybrane i wybrani rzeczywiście paradowali z ogromnymi plakietkami z napisem VIP, tak że bynajmniej nie chodziło jedynie o podpieranie się znanymi twarzami, które do jakiegoś stopnia rozumiem, ale o podkreślanie, że tak, jak najbardziej, niektórzy są tu ważniejsi niż inni. Co zresztą, jak napisał nam na naszym fejsie Przemek, dotyczyło nie tylko przemarszu:


Gdy widzę takie rzeczy, zawsze mi się przypomina historia mojej przyjaciółki z Australii pokazująca, jak to komercjalizacja i/lub polityka organizatorów sprawia, że z wydarzeń z założenia otwartych dla wszystkich i nastawionych na promocję równości, tolerancji i innych fajnych rzeczy wyklucza się niektóre osoby i poglądy. W 1995 roku chciała wziąć udział w Melbourne Pride. Została poproszona o informację, pod jakimi hasłami chciałaby iść (zwrócenia uwagi na podwójne wykluczenie nieanglojęzycznych lesbijek). Odrzucono je, ponieważ kłóciły się z przesłaniem głównego sponsora. Poinformowano ją też, że jedynie osoby w koszulkach z logiem sponsora mogą liczyć na miejsca z przodu parady. Nie muszę chyba dodawać, że nie wybrała się na Pride ani wtedy, ani nigdy później. Ciekawam, czy Młodzi Socjaliści się jeszcze wybiorą.

niedziela, 3 czerwca 2012

Parada 2012 i jej 13 kontrdemonstracji


Tak jak obiecałam w komentarzach pod poprzednim wpisem, tuż przed paradą wybrałam się pod Sejm, aby sprawdzić, czy prawdą jest, że, jak stwierdziła rzeczniczka zgromadzenia: "Nikt nie zjawi się pod Sejmem. Nikt tam nie dotrze z powodu zablokowania dojścia pod Sejm przez legalne (= nieusuwalne) manifestacje, które tam zgłoszono". Zaiste, rację miała, oprócz kilkunastu nieszczęśników, do których nie dotarła informacja o zmianie trasy, sporej liczby policjantów i bodaj piątki kontrmanifestantów w asyście stróżów prawa, nie było tam nikogo:



Jak mi się tam udało w takim razie dotrzeć (skoro nikogo nie było), niech pozostanie moją słodką tajemnicą. W każdym razie noc była chłodna.

W drodze spod Sejmu na pl. Konstytucji (nie pytajcie, jak się wydostałam, to zbyt straszne, by o tym mówić), miałam okazję świadkować zabawnej sytuacji. Prawą stroną ul. Pięknej szła grupka potencjalnych kontrmanifestantów (a ja za nimi), lewą - trzech już-za-chwilę-uczestników parady. Ci z prawej co rusz rzucali groźnymi spojrzeniami na tych z lewej i tak się w tym zapamiętali, że zauważyli policjantów dopiero wtedy, gdy ci ich zatrzymali i poprosili, by dołączyli do grupy ich kolegów. "Ale dlaczego?" "Zaraz wam wytłumaczymy."


I to była właściwie jedyna moja przygoda w drodze na paradę, a także na i po niej. Choć niestety smutni kontrmanifestanci po marszu rzeczywiście zaczepiali ludzi. Nie doszły do mnie słuchy o żadnych poważniejszych incydentach, ale fakt, że były.

A parada? Z pewnością mniej ludna niż w ubiegłym roku. Organizatorzy doliczyli się 4-5 tysięcy osób, ja  szacowałabym liczbę uczestników i uczestniczek na jakieś 2 tysiące. Udało się za to ten tłumek nieźle zorganizować. Choć nie byłam (i w sumie nadal nie jestem) fanką losowania kolejności banerów, to muszę przyznać, że pozwoliło to uniknąć sytuacji z 2011 roku, kiedy to większość ludzi zgromadziła się za pierwszą i drugą platformą, a pozostałe jechały samotnie. Tym razem i przed, i za każdą coś się działo. Wymarsz z pl. Konstytucji nastąpił około 16, czyli po godzinie wypełnionej przemówieniami (których niestety nie słyszałam, bo staliśmy z banerkiem obok platformy Glamu, przed którą mieliśmy iść, a do której nie docierały dźwięki z głośników organizatorów) i oczekiwaniem na przybycie Dody. Pojawiła się, a jakże. Nawet cosik tam pokrzyczała.

Z dalszej trasy pamiętam jedynie zwyczajowe "stać!", "w lewo!", "w prawo!", "wolniej!", "robimy klin!", które wraz z Hubertem i Mają co jakiś czas wykrzykiwaliśmy do dzielnej ekipy niosącej nasz potworny, ogromny, ciężki i różowy baner:


chwile wytchnienia, gdy wyrywałam się na spacer wzdłuż przemarszu lub pogaduszki ze znajomymi, ból głowy wywołany okropnym techno nieustannie lecącym z platformy pewnej "lewicowej" partii, za którą szliśmy, transparent jednej z bodaj trzech kontrmanifestacji z cytatem z Lecha Wałęsy, z którego wynika, że "gej" to kolor skóry:


i fajną końcówkę parady, z Tomkiem Szypułą i śpiącym dzieciakiem w wózku. Słodkie!


Mimo wszystko nie było tak źle. Ale gdy paręnaście minut przed 19 dotarliśmy w końcu na pl. Teatralny, poczułam ulgę. Nie wiem, może to wiosenne przesilenie, może taka sobie pogoda, może co innego, ale jak dla mnie tegoroczna trasa była stanowczo za długa. Ale dotrwałam.

Na koniec, tradycyjnie, trochę fotek. Czoło parady:


Druga platforma - klubu Toro:


Rzeczniczka parady:


O'LESS przed platformą numer trzy:


Motocyklistki przed platformą Glamu, na której jechała Doda:


Platforma piąta:


I szósta (no dobra, to nie była platforma):


I last but not least - wyżej podpisana w obiektywie Joanny Łojas:


Więcej moich fotek na naszym fejsie, ale zdecydowanie bardziej polecam Paradę 2012 w obiektywie Barbary Gibson.

piątek, 1 czerwca 2012

Zmiana trasy Parady Równości

Taka informacja ukazała się wczoraj koło godziny 20 na stronie Gay.pl, oficjalnie wspierającej tegoroczną paradę. Redakcja chyba się trochę pospieszyła z newsem, bo ani na stronie parady, ani na jej fejsie nie ma słowa na ten temat, ale w fejsowych (i nie tylko, ale jedynie do nich mam w tej chwili dostęp) kuluarach ileś już tam osób potwierdziło, że to prawda, i podało, że oficjalny komunikat organizatorów będzie dziś. Dodatkowa przesłanka za tym, że parada przejdzie zupełnie inną trasą niż ta, która nadal jest we wszystkich materiałach informacyjnych, to milczenie organizatorów, mimo wielu pytań na ich stronach. W końcu, gdyby to była tylko plotka, to by ją po prostu zdementowali i już.

Jako że oficjalnego komunikatu jednak jeszcze nie ma (mimo że bomba wybuchła ponoć wczoraj koło 15), to mam dwie wersje komentarza. Pierwsza - przy założeniu, że to jednak nieprawda - organizatorom należą się baty za komunikację. Bo na kilkadziesiąt godzin przed wydarzeniem nie powinno być takiego zamieszania. Bo, nie dementując od razu tej informacji, zniechęcili ileś tam osób do przyjścia, pozwalając im uwierzyć, że parada nie będzie bezpieczna. Druga - jeżeli to prawda - jak wyżej, organizatorom należą się baty (słowne, spokojnie). Podejmując taką decyzję w ostatniej chwili i na dodatek zwlekając z wydaniem oficjalnego komunikatu o kilkanaście godzin, sprawili, że część ludzi zjawi się pod Sejmem, a część na pl. Konstytucji. Jeżeli pod Sejmem rzeczywiście będzie niebezpiecznie, to narażą na owo niebezpieczeństwo te wszystkie osoby, do których informacja o zmianie nie dotrze.

To nie koniec. Bo, jeżeli policja nie jest w stanie zapewnić uczestnikom i uczestniczkom parady bezpieczeństwa pod Sejmem (bo jaki mógłby być inny powód tej decyzji?), to dlaczego niby miałaby to zrobić na pl. Konstytucji? Bo tam owe zgromadzenia przeciwników nie dotrą? Nie liczyłabym na to. Jasne, że nie można narażać ludzi, tyle że można ich chronić tylko w jeden sposób - zwiększając środki bezpieczeństwa, a nie licząc na to, że ci, którzy tak bardzo chcą się do paradujących doczepić, nagle się od nich odczepią. Zmiana trasy pokazuje jedynie słabość - naszą i tych, którzy powinni zadbać o nasze bezpieczeństwo. Swoją drogą, jeżeli na tydzień przed Euro mamy komunikat, że miasto nie potrafi ochronić takiej imprezki jak parada, to ciekawa jestem, jak sobie poradzi przy znacznie większym wydarzeniu. Przeniesie mecz otwarcia do Krakowa, informując o tym z dwudniowym wyprzedzeniem?

AKTUALIZACJA: No i proszę, kilkanaście minut po pierwszej w nocy ukazał się komunikat. Nowa trasa to: pl. Konstytucji - ul. Marszałkowska - Al. Jerozolimskie - ul. Emilii Plater - pl. Grzybowski - ul. Królewska - ul. Krakowskie Przedmieście - pl. Zamkowy - ul. Senatorska - pl. Teatralny, gdzie odbędzie się symboliczne Miasteczko Równości (zamiast jeszcze niedawno zapowiadanej dużej imprezy plenerowej). Powód? Na pierwotnej trasie parady zgłoszono 13 legalnych kontrmanifestacji, więc jej organizatorzy podjęli "jedyną możliwą" decyzję i zmienili trasę. Ha, najwyraźniej panowie ciut zaspali, bo o akcji przeciwników parady polegającej na zgłaszaniu jak największej liczby kontrmanifestacji we wszystkich możliwych miejscach na trasie przemarszu wiadomo nie od dziś. Jak i o tym, że za zgłoszeniami zwykle nie idzie obecność (bo ten numer powtarza się co roku). Cóż. Mam nadzieję, że ci, którzy przez pomyłkę zjawią się pod Sejmem, jakoś przedrą się bezpiecznie przez te 13 kontrmanifestacji na pl. Konstytucji. A w przyszłym roku proponuję zamiast parady wycieczkę do Kampinosu. Tam nikt z pewnością nie zakłóci dobrej zabawy - bo najwyraźniej według organizatorów po to są parady, a nie po to, by przejść i wykrzyczeć swoje, również wbrew tym, którzy chcą nam tego zabronić. I pokazać, że mamy prawo iść przez miasto i mamy prawo robić to dokładnie tak, jak zaplanowaliśmy.