wtorek, 31 lipca 2012

Rewolucja w obrazkach

Wrzuciłam na bloga MNW oficjalne podsumowanie ostatnich tygodni. U mnie dla odmiany kilka z pewnie setek filmów i obrazków, które w tym czasie powstały.

Na początek - rewolucyjna mowa Gosi podczas manifestacji na Placu Zamkowym:



i nawiązujący do niej rysunek Kasi:

Kolejny, zachęcający do dołączenia do "piknikiety" pod Sejmem:

Impresje z ostatniego dnia pod Sejmem, kiedy to żegnaliśmy i żegnałyśmy posłów i posłanki przed ich wakacjami:



Mem Gosi zainspirowany decyzją Komisji Ustawodawczej:

i jeszcze jeden, powstały tuż po tym, jak Sejm postanowił nie zajmować się projektami ustaw:

To wydarzenie zainspirowało też Huberta. Tu komentuje słowa posła Dery z debaty o związkach, podczas której wspomniał on o "lobby jednopłciowym":

Tu - wywiad ze Stefanem Niesiołowskim, gdzie padły słowa o leżących na trawie pod Sejmem lesbijkach i o tym, że zamierzamy pana posła pobić, w związku z czym on z nami rozmawiać nie będzie:

Ten mem doczekał się zresztą drugiego życia w postaci napisanego tekstu dla portalu naszemiasto.pl, którego autorka zupełnie serio stwierdziła, że nasz protest nosi nazwę "Wyuzdane lesbijki leżo pod sejmem czekając na okazję by pobić Niesioła" (zachowałam oryginalną pisownię) i że chodzi w nim o to, aby leżeć.

I ostatni, chyba najpopularniejszy, a odnoszący się do sprawy Patryka, którego wyjazd z Polski nie byłby, zdaniem posłanki Bartuś, wielką stratą:

A ja tymczasem próbuję odpocząć i nie myśleć o tym, jak niedobry jest projekt ustawy Dunina i co będziemy robić, aby był lepszy. Obejrzałam więc w końcu "Prometeusza" (pierwsze 90 minut naprawdę dobre, później - no cóż; no i jednak Noomi to nie Sigurney, choć scena wyciągania obcego z brzucha niezła) i, jeszcze przedpremierowo, "Madagaskar 3" (za mało pingwinów, za to sporo campu). Przypominam też sobie "Hobbita", w końcu premiera całkiem niedługo, i zastanawiam się, czy iść na Batmana, czy poczekać na DVD. I bardzo się staram na tych zajęciach skupić. Choć zupełnie mi to nie wychodzi. Czyżbym wpadła w działaczowski nałóg?

piątek, 27 lipca 2012

Fajni chłopcy, dobrze, że geje

Nigdy się specjalnie nie przyglądałam fejsowym inicjatywom w rodzaju "Piękna jest miłość między dwiema kobietami" czy "Boy of the day". Ot, stronki, jakich wiele, których idea opiera się na dzieleniu się ładnymi fotkami. I rzeczywiście, o to mniej więcej chodzi. Tyle że: nie tylko.

Stronę "Fajny chłopiec. Dobrze, że gej" zauważyłam po raz pierwszy, gdy jej twórcy w przerwach między wrzucaniem kolejnych zdjęć zaczęli informować o naszych protestach pod Sejmem i zachęcać do włączenia się w działania. Na zachętach jednak nie poprzestali. Gdy okazało się, że pierwszego czytania projektów nie będzie, błyskawicznie zainicjowali akcję "Podziękuj" posłowi za pozbawienie Cię prawa do szczęścia. Pomysł prosty i ostatnio popularny - pisanie do posłów i posłanek, tym razem o swoim rozgoryczeniu ich ostatnią decyzją. Efekt? M.in słynna już odpowiedź Barbary Bartuś na list Patryka, którą wrzuciłam tu, a o której zdążyły już napisać m.in. takie portale jak Onet.pl, Gazeta.pl, Dziennik.pl i Tokfm.pl. Oraz sporo innych odpowiedzi od posłów i posłanej, które można przeczytać na stronie wydarzenia. I ponad tysiąc osób w nie zaangażowanych. Po prostu świetna rzecz.

Przy okazji przejrzałam sobie samą stronkę. I tak, dominują zdjęcia młodych ładnych chłopaków, tyle że widać też, że twórcy starają się przemycać i poważniejsze treści. A to wrzucą zdjęcie starszych gejów i sprowokują dyskusję o ageizmie, a to dwóch panów z córeczką, by porozmawiać o homorodzielstwie, a to dadzą linka do jakiegoś ważnego newsa czy felietonu lub fotkę z sejmowych obrad. Czyli w sympatycznej atmosferze zachęcają w większości bardzo młodych fanów (i fanki) strony do zainteresowania się swoimi sprawami. Niby nic takiego, ale jeśli wziąć pod uwagę, że tych fanów mają ponad 14 tysięcy, to nagle wychodzi, że cokolwiek zrobią, będzie to miało niezłą siłę rażenia.

Słowem: podoba mi się. I straszne się cieszę, że jest coraz więcej ludzi, którym się chce. I coraz więcej tego typu spontanicznych inicjatyw. Jak - kolejna świetna akcja - Pocztówka z Polski. Chyba naprawdę mamy pospolite ruszenie. I to wcale nie takie malutkie, jakby się to mogło wydawać.

środa, 25 lipca 2012

Poseł Dunin pokazał ustawę


News dnia: Dunin pokazał swoją ustawę. Moja opinia na gorąco tu. Na mniej gorąco - dopracowane to to nie jest. No ale od czego są komisje, jak nie od poprawiania projektów partii rządzącej. O ile oczywiście ten tam trafi.

Czego nie ma w projekcie PO? Niestety wielu rzeczy, w tym m.in. możliwości wspólnego rozliczania, zmiany nazwiska, rozwiązanych kwestii związków z cudzoziemcami i wydawania zaświadczeń o stanie cywilnym, zwolnienia od podatku od darowizn, możliwości przejęcia emerytury czy renty partnera lub partnerki po jego lub jej śmierci, otrzymania zasiłku, gdy opieka nad drugą osobą uniemożliwia pracę, i rzecz jasna przysposobienia dzieci. Oraz porządnego uzasadnienia, z ponoć obowiązkową oceną skutków, również finansowych, wprowadzenia regulacji.

Co jest? M.in. trzyletni obowiązek alimentacyjny w razie gdy po rozstaniu jedna strona pozostanie w niedostatku, powstanie wspólnoty majątkowej, prawo do pochówku, prawo do dziedziczenia na tych samych zasadach co małżonkowie (ale dopiero po roku od zawarcia związku), prawo do odmowy zeznań, prawo do otrzymania informacji o stanie zdrowia nieprzytomnego partnera lub partnerki. Oraz takie kwiatki jak prawo do korzystania z mieszkania partnerki lub partnera oraz przedmiotów urządzenia domowego (czymkolwiek miałyby być). No i są też obowiązki. Wzajemnej pomocy, lojalności, wsparcia materialnego, osobistego i współdziałania dla dobra związku. A sam związek ma być zawierany w formie umowy notarialnej rejestrowanej w USC (o ile dobrze zrozumiałam, bo ten fragment jest wyjątkowo zawiły).

To wszystko niestety ma sporo błędów i niedoróbek, a zapisy zmieniające inne ustawy są "dziwnie" podobne do tych z naszych projektów. Żeby nie było - to już nie moja opinia, a prawnika, który brał udział w przygotowaniu ustaw zgłoszonych przez RP i SLD. Ja mogę zrobić ewentualnie analizę językową.

Tak cz siak - jest projekt, i to z jakąś tam szansą na procedowanie. Wkurza mnie jednak, że to on, choć tak podobny do naszych, zapewne zostanie uznany za znakomity i, modne w ostatnich dniach słówko, konstytucyjny, a PO ogłosi się zbawcami tych biednych lesbijek, gejów i całej reszty. Ot, chociażby Stefan Niesiołowski, ten sam, który nie dalej jak wczoraj "tłumaczył", że zagłosował przeciw dopuszczeniu projektów do pierwszego czytania ze względów prawnych i nie miało to nic wspólnego z tym, że uważa nasze "lobby" za obrzydliwe, agresywne i nachalne, dziś piał z zachwytu nad projektem Dunina:
On jest zdecydowanie lepszy, niż demagogiczny projekt SLD i Ruchu Palikota. Projekt Dunina jest rzeczowy, to próba rozwiązania ludzkich spraw, jak udzielenie informacji w szpitalu, kwestia pochówku. Nie ma tu ideologii homoseksualnej.
No ale jakie w sumie mamy wyjście? Jasne, że będziemy naciskać na to, by i nasze projekty pojawiły się ponownie, ale trzeba też będzie zacisnąć zęby, przeanalizować poszczególne zapisy w ustawie Dunina, przygotować uwagi i zrobić wszystko, by i projekt PO był jak najlepszy (tak jak swojego czasu zrobiliśmy z projektem Grupy Inicjatywnej). A "podziękować" im przy okazji kolejnych wyborów.

Na koniec newsik z gatunku wkurzających. Lub żałosnych. Młodzi ludzie z fanpage'a "Fajny chłopiec. Dobrze, że gej" zainicjowali wczoraj akcję pisania listów do posłów i posłanek z "podziękowaniami" za niedopuszczenie projektów do pierwszego czytania. Oto jaką odpowiedź dostał od posłanki PiS Barbary Bartuś jeden z nich:


wtorek, 24 lipca 2012

I tak w końcu wygramy


Nie udało się. Projekty ustaw o związkach partnerskich nie idą do pierwszego czytania. Za tym, by dopuścić choć do debaty nad ustawami, było 88 posłów i posłanek. SLD. RP. Kilkanaścioro "sprawiedliwych" z PO. Żeby było jeszcze zabawniej, posłowie z tego samego PO godzinę później zapewniali na konferencji prasowej w Sejmie, że absolutnie są za związkami partnerskimi i już za chwileczkę, już za momencik pokażą swoją ustawę. A te projekty, nad którymi nie chcieli debatować, były po prostu niekonstytucyjne, bo dawały prawa, a nie nakładały obowiązków. Dopytywani, których konkretnie obowiązków nie ma w projektach i czy aby na pewno je przeczytali, zaczęli bełkotać coś o możliwych malwersacjach i prokreacji. Co o tym myślę, miałam okazję powiedzieć przed kamerami chwilę po nich. Może któryś obejrzał i się zastanowił. Może.



Choć nie da się ukryć, że tak szybkie rozprawienie się z naszymi ustawami trochę nas zmroziło, nie uderzamy w żałobne tony i walczymy dalej. Bo projekty można zgłosić ponownie. Bo w ostatnich latach udało nam się zrobić wiele, a w ostatnich tygodniach - bardzo wiele. O czym świadczy chociażby fakt, że PO woli się zasłaniać niekonstytucyjnością projektów i zapewniać, że związki partnerskie i dla niej są ważne, niż wrzucać homofobiczne teksty o zagrożeniu świętości rodziny, niegodnych zachowaniach, promowaniu zboczeń i takich tam. Bo w końcu zaczynamy być naprawdę widoczne i widoczni - na ulicach, nie na fejsie. Bo choć nadal na paradę przyjdą tysiące, a pod Sejm może setka, to jest to setka zdeterminowana, by walczyć i pociągać za sobą innych. Nie jak w 2004, gdy nie było tam nikogo. I nie jak jeszcze rok temu, kiedy wszystkim się wydawało, że grunt to te projekty napisać i będzie dobrze. Bo nie od razu Rzym zbudowano. I w końcu - bo czasami ktoś napisze o nas coś takiego. Dziękuję, Ray.

Wiele osób pyta, co dalej. Jak to, co? Działamy. Do piątku zostajemy pod Sejmem. Podobnie jak dziś - i tu wielkie podziękowania za mobilizację dla tych kilkudziesięciu, może stu osób, które były od ósmej rano pod Sejmem (i bynajmniej nie wszystkie były z Warszawy) - będziemy przypominać posłom i posłankom, że jesteśmy i że nie odpuścimy. Potem, po krótkim odpoczynku (nie wiem, jak inni, ale ja padam na twarz) będziemy się przygotowywać do kolejnego rozdania na jesieni. I tak do skutku.

A dziś było tak:







Fot. Iza Dorobińska, Ewa Tomaszewicz. Więcej zdjęć tu.

niedziela, 22 lipca 2012

Jest dobrze, będzie jeszcze lepiej



Weekendowa akcja przygotowywania 460 przesyłek edukacyjnych do posłów i posłanek zakończona (jak wyglądało wypalanie płytek i pakowanie przesyłek można obejrzeć tu i tu). W poniedziałek rano osobiście wrzucimy je do sejmowych skrzynek. Co się znajdzie w poselskim pakiecie edukacyjnym? Płytka ze zlinkowanym tu filmem oraz list wyjaśniający, co jest, a czego nie ma w projektach ustaw o związkach. Wprawdzie to wszystko poszło już w ubiegłym tygodniu na poselskie e-maile, ale próbujemy dotrzeć do tych, którzy i które już we wtorek zadecydują o losach naszych ustaw, wszystkimi możliwymi drogami. Dlaczego to ważne? Proste - bo posłowie i posłanki w większości nie mają pojęcia, co jest w projektach. Widać to m.in. w efektach korespondencji z nimi, np. Witold Pahl (PO) wysyła wszystkim schemacik z takim oto kwiatkiem:
Przywileje podatkowe, prawo do świadczeń rentowych i emerytalnych po partnerze, brak obowiązku alimentacyjnego naruszają w sposób oczywisty konstytucyjną zasadę równości wobec prawa. 
Czemu kwiatkiem? Bo obowiązek alimentacyjny w projektach jest. Inny przykład to wypowiedź posła Jacka Żalka (też PO) dla "Rzeczpospolitej":
Związkom daje się te same przywileje co małżeństwom, ale nie nakłada się na nie tych samych obowiązków.
Rzeczywiście, ten zarzut był prawdziwy w przypadku projektu Grupy Inicjatywnej i SLD złożonego w poprzedniej kadencji Sejmu, ale w żadnej mierze nie dotyczy on obecnych ustaw. Wniosek? No niestety taki, że wtorkowe głosowanie nad tym, czy zająć się ustawami, dokona się właściwie w ciemno. Podobnie będzie z ewentualnym pierwszym czytaniem. No chyba że nasi przedstawiciele i przedstawicielki raczą się zapoznać przynajmniej z tym, co znajdą w swoich skrzynkach. A nasz poseł wnioskodawca spisze się podczas debaty nad projektami, o ile w ogóle do niej dojdzie.

Nie da się ukryć, że to wszystko są działania na ostatnią chwilę. Trochę w tym wina okoliczności, bo nikt się chyba nie spodziewał, że los projektów rozstrzygnie się tak szybko - stawialiśmy na czas po wakacjach. Bardziej jednak nasza, bo akcję uświadamiania posłów i posłanek należało po prostu zacząć wcześniej, zamiast liczyć na to, że Ruch Palikota i Sojusz Lewicy Demokratycznej będą szukać w innych partiach poparcia dla swoich projektów. Pojedyncze spotkania z posłami i posłankami PO, które uskutecznialiśmy w ostatnich miesiącach to jednak za mało. Ale nic, ważne, że uczymy się w końcu, jak to robić. I że to po prostu robimy, co prędzej czy później zaprocentuje. Dlatego, inaczej niż chyba większość osób, które wzięły udział w spotkaniu z marszałkinią Kopacz, ja jestem z niego zadowolona. Nie, nie uważam, że coś konkretnego z niego wynikło, ale przynajmniej pokazało prostą rzecz - że o ustawach można rozmawiać nie tylko z Duninem czy Kozłowską-Rajewicz (czy, jeszcze prościej, z SLD i RP). I że być może poparcie dla jakichś (tak, wiem, "jakieś" to żałośnie mało) rozwiązań może być większe, niż myślimy, trzeba tylko uparcie o nie zabiegać. Co rzecz jasna nie znaczy, że za chwilę pokocham PO i zacznę namawiać do głosowania na to ugrupowanie. Po prostu uważam, że jeśli chcemy w końcu mieć ustawę, to nie ma co się obrażać na rzeczywistość i trzeba rozmawiać również z tymi, których nie lubimy. Co nie wyklucza innych akcji. Przeciwnie - te są dla odmiany potrzebne, by pokazać naszą siłę. Której jeszcze nie mamy, ale przynajmniej powoli zaczynamy mieć.

Słowem, nie ma co płakać nad straconymi szansami, szczególnie że projekty nie zostały jeszcze pogrzebane (a jak zostaną, to przecież będziemy próbować po raz kolejny, aż do skutku). Lepiej spojrzeć na to, co udało się zrobić i czego się nauczyliśmy w ostatnich tygodniach, a jest tego naprawdę dużo. Nie ma co, negatywny kop w postaci decyzji Komisji Ustawodawczej był nam chyba naprawdę potrzebny. Widać to i po liczbie działań, i ludzi, którzy nagle zaczęli coś robić. Dorastamy. W końcu.

Do zobaczenia we wtorek pod Sejmem!

piątek, 20 lipca 2012

Ile można?!


"Sorry, ale już mam dość tego tematu. Ile można?! Ja wszystko rozumiem, ale ile?! Jestem za, ale ILE?!" - taki oto komentarz pojawił się pod kolejnym okołozwiązkowym wpisem na fejsie MNW. Szczerze? Rozumiem autora. Też mam momentami dość, i to bardzo. I domyślam się, że i wy macie już dość tego mojego ciągłego pisania o tym samym. Z przyjemnością wrzuciłabym jakiś wpisik o czymś, co niedawno przeczytałam czy obejrzałam. Czy pohejterzyłabym na foremki z Kobiety Kobietom. Ale: to jest ten czas. Maksymalnej mobilizacji, bo niecodziennie w Sejmie obraduje się nad ustawami o związkach partnerskich. Nie zrobiliśmy nic albo prawie nic w 2004, kiedy była realna szansa przepchnięcia projektu Marii Szyszkowskiej. Nie wiem, dlaczego nie było nas wtedy na ulicach, dlaczego nie naciskaliśmy na posłów i posłanki, dlaczego zostawiliśmy swój los w rękach polityków i polityczek. Teraz za to płacimy i będziemy płacić jeszcze przez jakiś czas, oby jak najkrótszy. Ale nic, tego już nie zmienimy. Ważne jest to, co teraz. By nie zmarnować tego potencjału, tej energii, która się w ostatnich tygodniach narodziła. A jest jej, wbrew pozorom, całkiem sporo, i to nawet jedynie w tych działaniach, o których wiem i w których uczestniczę. A z pewnością nie wiem o wszystkich, ba, może nawet o większości.

Poza tym, choć tak, dość często ostatnio miewam momenty, w których chciałabym być gdzieś indziej - i fizycznie, i myślami - to ogólnie działanie jest fajne, szczególnie tak intensywne. Nawet po tylu latach kopania się o to samo daje pozytywnego kopa, mnóstwo adrenaliny i sporo radości. Oraz poczucie, że naprawdę nie trzeba wielkich środków i czasu, by coś zrobić. Wystarczą osoby, które chcą to zrobić.

Ot, dwa dni temu kręciliśmy taką malutką kamerką klip o związkach partnerskich, który już posłaliśmy mailem posłom i posłankom, a który dodatkowo trafi w poniedziałek na płytkach do ich skrzynek. Klip jest nudny i edukacyjny:



ale jego kręcenie bynajmniej nudne nie było. Mam nadzieję, że uda nam się kiedyś znaleźć czas, by zrobić making of, bo udało się zarejestrować nie tylko sporo malowniczych pomyłek, ale też nieco głupawą atmosferę na planie, która sprawiła, że o mały włos trzeba było przerwać kręcenie z powodu zapadających ciemności. 

Jutro i pojutrze czeka nas kolejna zabawa - połączone ze składkowym posiłkiem gromadne wypalanie płytek i pakowanie ich, wraz z listem do posłów i posłanek, do kopert. A potem przewiezienie tego bagażu (ważącego, bagatela, ponad 22 kilogramy) do Sejmu i uważne rozdysponowanie po skrzynkach. Uważne, bo przecież nie chcemy, by posłanka Kempa dostała list zaczynający się od słów "panie pośle". A skrzynki nie są imienne - mają numery. Nuda? A tam nuda! Normalnie w rewolucję się bawimy. Klimat jak przy produkcji ulotek na powielaczu.

Do tego dochodzi jeszcze parę innych drobiazgów do zrobienia na wczoraj - jak przygotowanie profesjonalnych patykowców, które, wraz ze sprzętem nagłaśniającym i naszym kochanym banerem, bladym świtem przywleczemy we wtorek pod Sejm, gdzie, niezależnie od wyniku porannego głosowania, chcemy zostać do piątku. No i jakoweś nagłaśnianie tego wszystkiego, co się dzieje, rzecz jasna nie tylko za naszą przyczyną. Co, połączone jeszcze z paroma innymi rzeczami z szufladki "aktywizm", m.in z naszą nową inicjatywą - Partnerstwem dla Związków, czyli szeroką koalicją mającą działać na rzecz wprowadzenia w Polsce instytucji związków partnerskich - sprawia, że zaczynam lekko świrować i ilekroć widzę komentarze w stylu "powodzenia, ja pozostaję sceptyczna, ale może kiedyś zmienię zdanie", mam ochotę gryźć. No ale to, mam nadzieję, mi przejdzie (bo nie chciałabym do końca życia krzyczeć na ludzi), a radocha z robienia czegoś mimo braku czasu, snu i środków pozostanie.

No dobrze, miało być o jasnych stronach naszego małego pospolitego ruszenia. Oprócz adrenaliny z pewnością są to (nic nowego, zwykle o tym piszę) ludzie, coraz więcej ludzi. Bo to, że na ogłoszoną w naprędce akcję kręcenia klipu stawiło się blisko dwadzieścia osób, i to takich w stylu "no pewnie, że będziemy we wtorek! Jest coś jeszcze do zrobienia?" jest super. To, że ze wszystkich stron Polski płyną zgłoszenia od osób, które planują przybyć na wtorkową demonstrację pod Sejmem, naprawdę krzepi i dodaje pary do działania. To, co się dzieje w kuluarach, to niemal całodzienne dzielenie się tym, co się udało przed chwilą zrobić, to marudzenie, wyzłośliwianie się, poklepywanie po plecach, jest zwyczajne fajne. I mocno mi przypomina klimat, jaki panował w trakcie konkursu SAS, kiedy było równie męcząco i intensywnie, i kiedy też tak wiele osób robiło coś wspólnie. Oczywiście tu happy endu tak szybko nie będzie, ale naprawdę czuję, że dobrze w tym być. I coś mam wrażenie, że szybko mi to poczucie nie minie.

Na zdjęciu: praca nad klipem o związkach. Fot. Wiktor Sidoruk

środa, 18 lipca 2012

U Kopacz: spotkanie i... badanie



Dziś był długi i emocjonujący dzień po równie emocjonującym wczorajszym wieczorze. Co się stało wczoraj? Ano okazało się, że pierwsze czytanie ustaw o związkach partnerskich wcale nie jest takie pewne. Bo Prawo i Sprawiedliwość zgłosiło sprzeciw, tak że ustawy znalazły się w porządku obrad na 24 lipca jako punkt sporny. Oznacza to, że o tym, czy pójdą do czytania, posłowie i posłanki zadecydują tego samego dnia podczas porannego głosowania. Tak że musieliśmy przyspieszyć wszystkie planowane akcje - m.in. pisania listów do posłów i posłanek i kręcenia klipu, który do nich roześlemy - oraz ogłosić mobilizację pod Sejmem już na wtorek rano. Sporo osób deklaruje, że będzie, tak że mamy nadzieję, że nasza obecność da spieszącym na obrady parlamentarzystkom i parlamentarzystom do myślenia.

Dziś o 15.30 w sporym gronie aktywistycznym stawiliśmy się w Sejmie na spotkaniu z marszałkinią Ewą Kopacz. Oficjalna notka ze spotkania tu, a u nas tradycyjnie trochę impresji.

Było spokojnie, merytorycznie i profesjonalnie. Kawa pyszna, ciasteczka niezłe. Na wstępie marszałkini opowiedziała nam, jak z jej perspektywy wyglądała sprawa ze słynną już niszczarką sejmową w postaci Komisji Ustawodawczej oraz zapewniła, że bynajmniej nie unikała spotkania z nami. Później mogliśmy wygadać się my. Gosia, usadowiona po prawicy Ewy Kopacz, odwoływała się do jej empatii i opowiadała o związkach przez pryzmat ludzkich tragedii. Co jej przyszło o tyle łatwo, że pierwszy odruch sympatii nastąpił na początku spotkania, gdy marszałkini (w końcu lekarka!) podejrzała nazwę zażywanej przez nią tabletki (Kopacz: "Encorton? Stawy?", Gosia: "Nie, oczy"). Gosia opowiedziała, jak ostatnio ciężko chorowała i że gdy miała już chwile, w których myślała, że to koniec, myślała, jak ja sobie z tym wszystkim poradzę, bo tu kredyt, tu mieszkanie na nas dwie, na podatek spadkowy mnie nie stać itd. Potem dodała jeszcze historię o tym, jak ponad 20 lat temu była po raz pierwszy w Sejmie na zaproszenie Unii Wolności, w tym nieżyjącej już Zofii Kuratowskiej, i jak bardzo wtedy ta partia była zainteresowana naszymi problemami i chciała nam pomóc.

Osobiście argumentowała też Marta Abramowicz, mówiąc o swoim zawartym w Wielkiej Brytanii związku, który w Polsce jest nieważny. Wojtek Szot dla odmiany trzymał się faktów - przywołał miedzy innymi ostatnie badania zlecone przez pełnomocniczkę ds. równego traktowania (które "szczęśliwie" miałam ze sobą, więc Gosia podsunęła je marszałkini), z których wynika, że Polacy i Polki może i nie popierają związków, ale jak najbardziej są rozwiązaniem kwestii spadkowych czy medycznych. Wyjaśniał też, dlaczego powstały dwie ustawy, a nie jedna (że nasze "środowisko" też nie jest co do wszystkiego zgodne) i pokazał, że my również zdajemy sobie sprawę, że ileś tam punktów w ustawach trzeba dopracować (najlepiej w odpowiedniej komisji). Lalka Podobińska mówiła za to o tym, że jako szczęśliwa żona, matka i babcia nie może znieść myśli, że tylu jej przyjaciół i tyle przyjaciółek nie ma tych samych praw co ona.

Wszystkie wypowiadające się z naszej strony osoby (oprócz już wymienionych m.in. Mirka Makuchowska, Yga Kostrzewa, Agnieszka Weseli i Mariusz Kurc) podkreślały, że przede wszystkim zależy nam na merytorycznej debacie nad ustawami. Podpytywaliśmy też oczywiście o stosunek marszałkini do poszczególnych zapisów. Co udało się nam uzyskać? Informację, że Ewa Kopacz jest jak najbardziej za uregulowaniem kwestii spadkowych, medycznych i sądowych. W jednej ustawie. Nie oznacza to, że poprze nasze ustawy, ale że wie, jak jest. Że będzie rekomendować przyjęcie ustaw do pierwszego czytania. Że w jego trakcie będzie się starała ukrócać ideologiczne dysputy, ale też, że jej zdaniem dużo większa jest tu rola przedstawiciela wnioskodawców, który musi skutecznie odpierać argumenty i kierować dyskusję na właściwe tory. Że chętnie się z nami spotka ponownie i że, jeżeli o to poprosimy, postara się nam umożliwić spotkanie z całym klubem PO. Że jak najbardziej uważa, że takie osobiste spotkania są ważne i potrzebne. Oraz że, to żadna niespodzianka, rekomenduje metodę małych kroków.

Samo spotkanie zakończyło się dla nas dość zabawnie, bo Gosia pochwaliła perfumy marszałkini, a ta w zamian... zbadała Gosi tarczycę (tak, stąd te oczy). I poleciła najnowsze metody leczenia.

Ogólnie? Wiadomo, Ewa Kopacz jest polityczką. A my wyborcami i wyborczyniami. Tak że ileś tam gry pewnie w tym wszystkim było. Ale mimo wszystko uważam, że warto się było spotkać i że w ogóle odwiedzanie posłów i posłanek, czy to w ich biurach, czy bardziej oficjalnie, jak my dzisiaj, i opowiadanie im o sobie to dobra droga. Choć oczywiście w pakiecie z innymi działaniami, bardziej gniewnymi, rewolucyjnymi i medialnymi.

Po wizycie w Sejmie miałyśmy już mniej doniosłą, ale dla mnie ważną - u kolejnego lekarza, tym razem ortopedy. Dobre wieści - palec się zrasta, przemieszczeń nie ma. A potem szybciutko wróciłyśmy pod Sejm, by wziąć udział w kręceniu klipu informacyjnego o związkach, który już w najbliższy poniedziałek trafi do skrzynek posłów i posłanek.



To był męczący dzień, kolejny taki w ostatnich tygodniach. Niestety wypoczniemy dopiero za ponad tydzień, po 27 lipca. Kiedy już wszystko będzie wiadomo. I mimo wszystko mam nadzieję, że będą to dobre wieści.


fot. Justyna Stypaniak (Sejm), Wiktor Sidoruk (klip)

wtorek, 17 lipca 2012

Coś drgnęło

Kiedy pisałam tekst „Nasza bardzo wielka wina”, nie tylko miałam ochotę wylać swoją frustrację, ale także wstrząsnąć nieistniejącym środowiskiem. Dostaję sygnały, że kilkoma osobami się udało. Jednak dużo silniejszą i ważniejszą motywacją dla więcej niż kilku osób były z pewnością ostatnie działania MNW, takie jak stanie z banerem z hasłem „Żądamy ustawy o związkach partnerskich” pod Sejmem czy współudział w konferencji prasowej zorganizowanej przez KPH Wrocław (już niedługo Q Alternatywie) w Sejmie.

Ludzie zobaczyli, że garstka osób jest w stanie zmienić rzeczywistość. Może wydawać się niewielkim sukcesem, że w ciągu pięciu dni przy Różowym (jak nazywamy nasz baner) przewinęła się prawie setka osób. Ale, i to jest ważne, w większości były to osoby niezwiązane z żadnymi organizacjami czy inicjatywami. I dzięki temu zaangażowaniu, w co wierzę, "niszczarka" nie zdążyła pociąć na drobne projektu Ustawy o Związkach Partnerskich.  Pokazaliśmy, ze nam zależy. Nie czekaliśmy z założonymi rączkami. O mocy pikiety, a raczej pikniku przy Różowym świadczy też fakt, że z otchłani niebytu pojawiały się przy nim, na jakieś 15 minut, osoby przebrzmiałe medialnie i organizacyjnie. Ba, część z nich nawet fotkę pamiątkową sobie strzeliła i zdjęciem tym promuje swoją biznesową inicjatywę.

Ja osobiście jestem dumna z mojej przyjaciółki Joanny, która jak zaczęła działać, to na całego. Większość dni z ostatniego tygodnia spędziła pod Sejmem, a teraz stała się organizatorką przewidywanych w przyszłym tygodniu demonstracji. Bardzo się też cieszę, że na kolejne demonstracje (przypominam: od 24 do 27 lipca jesteśmy znowu pod Sejmem; szczegóły, również innych działań, tu i tu) już się szykują delegacje z Poznania i Trójmiasta, a pewnie dołączą do nich również inne miasta.

Spotkania organizowane przez MNW przestały już być spotkaniami ludzi związanych z MNW czy nawet z innymi organizacjami. Pojawia się na nich coraz więcej osób, które dotąd od wszelkiego aktywizmu trzymały się z daleka, a które na dodatek nie mówią, że coś trzeba zrobić, ale - że to zrobią. Czy to w małych, czy w dużych rzeczach, pomagają, jak potrafią. A to deklarują, że załatwią kamerę, a to, że za psi pieniądz pożyczą własny sprzęt nagłaśniający, a to, że wyślą listy (wiecie, takie w kopertach) do posłów i posłanek.

I nieważne jest, czy mają czas, czy ciągną jeden etat czy dwa, czy poświęcą cenne urlopowe dni, czy zdrowie im na to pozwala, ważne są priorytety. A główny to teraz pokazanie politykom, posłom, posłankom, że jest nas więcej, niż sobie wyobrażają, że nie jest tak, że nikomu nie zależy. Bo zależy nam, zwykłym obywatelkom i obywatelom naszego pięknego kraju nad Wisłą. I to właśnie w ostatnim tygodniu udało nam się pokazać.

Mogłabym malkontencić, ale obserwując to, co się dzieje, myślę, że refren tej piosenki nie pozostaje pustym wezwaniem i że już niedługo te kamienie drgną i polecą jak lawina:


Na zdjęciu: ostatnie spotkanie zorganizowane przez MNW. Fot. Wiktor Sidoruk

sobota, 14 lipca 2012

Brak dzieci w ustawach to błąd


Gdy dotarła do mnie informacja, że „Newsweek” przygotowuje materiał o parach jednopłciowych wychowujących dzieci, nie sądziłam, że któraś z rodzin, z którymi rozmawiają, pokaże twarze. Choć takich tekstów było w ostatnich latach kilka, to dotąd, poza kilkoma wyjątkami bohaterowie i bohaterki pozostawali anonimowi. Pomyliłam się. Znalazły się dwie odważne kobiety, które w ostatnich dniach rozpętały debatę na temat rodzicielstwa osób nieheteronormatywnych. Opowiedziały mi, co wpłynęło na ten coming out, czego się najbardziej obawiały i co sądzą o pomijaniu kwestii dzieci w dotychczasowych projektach ustaw o związkach partnerskich.

Co pomyślałyście, gdy dostałyście propozycję z „Newsweeka”? Długo się zastanawiałyście? Co przeważyło, że zdecydowałyście się nie tylko opowiedzieć o swojej rodzinie, ale też pokazać twarze?

Justyna: O propozycji „Newsweeka” dowiedziałam się dzień po ogłoszeniu wyniku głosowania Komisji Ustawodawczej w sprawie ustawy o związkach partnerskich. 15 głosów przeciw, tylko 3 na tak. Mimo usilnej pracy wielu z nas. Tak mnie to niepowodzenie zdenerwowało, że zapragnęłam z całego serca coś zmienić. Następnego dnia dobra znajoma powiedziała mi o pomyśle redakcji „Newsweeka”. Zgodziłam się natychmiast, odebrawszy to jako znak od losu. Postanowiłam, że nie cofnę się przed niczym, bo naszemu krajowi potrzeba naprawdę wielkiej rewolucji! Tak więc to posłowie swoim głosowaniem przekonali mnie do wyjścia z szafy, za co bardzo im dziękuję.

Iwona: Ta decyzja dla mnie nie była tak oczywista. Dotąd w każdej sytuacji, w której ktoś mógłby się dowiedzieć, że jesteśmy razem, zapalała mi się lampka z napisem „uważaj”. Gdy przeczytałam tę propozycję, zapaliła mi się lampka „stop”, ale gdy zobaczyłam Justynę i jej entuzjazm, to przymknęłam oko na „stop” i powiedziałam „ok, ale na konkretnych warunkach: 100 procent anonimowości”. Zupełnie inaczej widziałam okładkę i fotografię w środku gazety: zero twarzy, zero danych.

Wywiad przebiegł bardzo sympatycznie. Jako że był robiony przez telefon, to czułam się jeszcze bezpieczniej. Gdy przyjechał do nas wspaniały fotograf – Filip Ćwik  – i rozmawialiśmy dość długo, zanim zabraliśmy się do sesji, moje światła „stop” i „uważaj” powoli gasły. Podczas tej rozmowy zrozumiałam, jak bardzo ważna jest ta okładka i jak powinnyśmy do niej podejść. Justyna powiedziała, że chce pokazać swoją twarz i twarz Małego, ja powiedziałam „nie”. Czym się kierowałam? Na pewno nie myślałam o tym, że będzie to odebrane tak, że się wstydzę rodziny. Myślałam raczej wyrażeniu samej siebie, bo ja żyłam w ukryciu. Zdawałam sobie sprawę, że może mieć to różny wydźwięk i że ludzie i tak nas rozpoznają, ale nie przeszkadzało mi to. Reszta potoczyła się bardzo, bardzo szybko. Zdjęcia są zresztą cudowne – mamy je wszystkie w domowej kolekcji, do gazety poszły tylko dwa z kilkudziesięciu. Chcemy je sobie wywołać w dużym formacie i gdy będziemy miały już dom, powiesimy je nad kominkiem.

Ale w „Pytaniu na śniadanie” już pokazałaś twarz. Coś się zmieniło?

Iwona: Zmieniło się wszystko. Przede wszystkim chciałam pokazać, że nie wstydzę się swojej rodziny, bo tak było odczytane moje niepokazywanie twarzy. A jak się ktoś czegoś wstydzi, to znaczy, że źle robi, więc pokazałam, bo wierzę, że robimy dobrze, i tyle.

Czego najbardziej się obawiałyście?

Justyna: Właściwie niczego się nie obawiałam, bo moi znajomi zawsze wiedzieli, że nie jestem heteroseksualna. Nie określałam się, oni się mogli domyślać, że może bi, może les, akceptowali mnie. Najbliżsi wiedzieli, że jestem w związku z Iwonką i wychowujemy razem synka, więc artykuł i okładka nie były dla nich zaskoczeniem. U Iwonki sytuacja ma się zupełnie inaczej, bo u niej nie było oficjalnego coming outu, tylko najbliżsi przyjaciele wiedzieli, w pracy jedna osoba. To na jej prośbę i przez wzgląd na lojalność wobec niej ja także nie mówiłam o sobie w pracy, dopóki szef nie zapytał mnie wprost. Odpowiedziałam szczerze i z uśmiechem, potraktował mnie z szacunkiem i nie zmieniło to relacji między nami. Jedyne, czego się obawiałam, to reakcja współpracowników, bo nie miałam możliwości powiedzieć im o sobie, zanim zapadła decyzja o artykule w „Newsweeku”. Oni pewnie i tak się domyślali, że nie żyję z mężczyzną, tylko z kobietą, a ja bardzo żałowałam, że nie mogę powiedzieć osobiście takiej istotnej rzeczy o sobie, że muszę ukrywać coś tak dla mnie ważnego: że mam rodzinę, którą kocham ponad wszystko. Mam nadzieję, że zrozumieją, dlaczego milczałam na ten temat.

Iwona: Myślę, że przede wszystkim obawiałam się, że wielu ludzi dowie się z gazety, a nie ode mnie, że wiele osób w ogóle się dowie. Jestem tchórzem, i to strasznym. Gdy zaczęłyśmy być razem, mojej najlepszej przyjaciółce nie byłam w stanie powiedzieć o nas i jak w końcu to zrobiłam, to… przez telefon. Myślę, że zdecydowanie cierpiałam też na autohomofobię, bo przez lata tkwiłam w przekonaniu, że nie zasługuję na miłość i mój plan był bardzo prosty – żyć w samotności. Odkąd jesteśmy razem, najbardziej się boję, że stracę Justynkę lub Małego. Nie obawiam się potępienia, krytyki, odtrącenia, bo tego wszystkiego już zaznałam. Jednak nie chcę się skupiać na tym, co bolesne, bo zdecydowana większość reakcji na naszą opowieść jest pozytywna. Poza tym im więcej ludzi wie, że potrzebujemy odpowiednich regulacji prawnych, by spokojnie żyć, tym lepiej. Wiem też jedno – nie byłoby niczego bez wsparcia cudownych przyjaciół, którzy zawsze byli z nami, a także rodziny, która przełamała mnóstwo swoich barier i podchodzi do nas ze zrozumieniem – odwiedzamy się, rozmawiamy. To dla nas bardzo ważne.

Zrobiłyście milowy krok w walce o prawa osób nieheteronormatywnych w Polsce. Teraz na was skupiają się i wszystkie pozytywne, i negatywne opinie na temat par jednopłciowych wychowujących dzieci. Jak sobie z tym radzicie?

Justyna: Negatywnych komentarzy czy opinii nie słucham, nie czytam, nie szukam. Prawicowcy wyją, bo wiedzą, że ich czas minął. Próbują jeszcze ostatkiem sił przekonać społeczeństwo do swoich bezpodstawnych tez, popartych jedynie jednostronną interpretacją książki religijnej, której nie wolno nawet podrzeć muzykowi. Nauka idzie do przodu, Kościół zawsze ciągnie do tyłu. Wiemy to od lat: tak jak w swej pysze nie słuchali Kopernika, mówiącego o oczywistych prawach natury, tak teraz nie słuchają ludzi mówiących o oczywistych prawach człowieka. Dlatego nie będę nawet zaglądać na smętne wynurzenia Terlikowskiego na Frondzie. Przecież i tak wiem, że to my mamy rację! Ludzie nie są ślepi, widzą, że prawie cały cywilizowany świat ma odpowiednie ustawy dotyczące osób homoseksualnych i par jednopłciowych, Europa nie pozostaje w tyle, jedynie polski rząd udaje, że nas nie słyszy, i tkwi w jakimś marazmie. Czyżby rządzący nie pracowali w służbie narodu? Płacimy wszyscy na ich utrzymanie, mogliby więc się ruszyć i zrobić to, czego się od nich wymaga.

Co się zaś tyczy pozytywnych komentarzy i opinii, brak mi słów, by wyrazić moją wdzięczność! Kochani, gdyby nie wy, nie starczyłoby nam sił do tej walki. Każdy wasz głos jest bezcenny! Każdy komentarz pod naszymi zdjęciami, każde ciepłe słowo, które napisaliście do mnie w mailu, wiadomości na FB czy pod artykułami w prasie, każdy telefon i sms jest najcudowniejszym prezentem, najwyższą nagrodą za nasz wysiłek włożony w sprawę. Kiedy czytam wiadomości od was, cieszę się i płaczę ze wzruszenia, bo wiem, że słusznie postąpiłam i że nasze działanie nie idzie na marne. Wasze wsparcie mobilizuje nas i sprawia, że wierzymy w wygraną w tej walce o wolność. Dziękujemy wam z całego serca i duszy. Pamiętajcie, idee są nieśmiertelne!

Iwona: Milowy krok – czy ja wiem? Wiedziałam, że będziemy działać, odkąd do Justynki domu przyszły plakaty akcji „Miłość Nie Wyklucza”. Burzyłam się, gdy chciała powiesić jeden na domu, w którym mieszkała razem z Małym. Zdecydowanie byłam przeciwna publicznemu ujawnianiu się, bo byłam przekonana, że ludzie odpowiedzą agresją. Po okładce negatywny wydźwięk był zresztą ogromny – zwłaszcza komentarze pod samym artykułem, ale też na innych portalach. Chyba trzeba poruszyć  ten najgłośniejszy – wypowiedź pana Terlikowskiego z Frondy. Przeczytałam ją tuż po zamieszczeniu, czyli przed cenzurą (a tuż po rzekomym ataku hakerskim). Słowa tego człowieka o nas nie zabolały mnie zupełnie. Pisał jednak też o Holokauście – i to mnie zabolało. Mamy przyjaciół Żydów i pisanie o tym, że ta zbrodnia przeciw ludzkości nie dotykała wyłącznie niewinnych, jest tylko świadectwem poziomu redaktora Frondy. Negatywne opinie istnieją od zawsze – ja się przyzwyczaiłam, a jeżeli wychodzą one od ludzi, na których mi nie zależy, są mi obojętne. Mój wujek nauczył mnie prostej zasady: „denerwować się, to mścić się na własnym zdrowiu za głupotę innych”. Więc staram się denerwować tylko i wyłącznie własną głupotą

Czy uważacie, że należy głośno podnosić postulat umożliwienia parom jednopłciowym adopcji dziecka partnera/partnerki? Nie czekając, aż będzie lepszy  klimat społeczny? Jak się czujecie z tym, że w żadnym z projektów ustaw, które są w Sejmie, nie ma słowa o dzieciach? 

Justyna: Oczywiście, że należy głośno o tym mówić. To istotny postulat, a już jest spóźniony. Bo prawo nie nadąża za rzeczywistością. Przecież my bez zgody polityków i tak zakładamy rodziny, i tak wychowujemy dzieci. Trzeba to uregulować dla ich dobra. Podobno jest niż demograficzny i państwo martwi się o każde dziecko. A tęczowych rodzin jest kilkaset tysięcy. Naszych dzieci jest dziesiątki tysięcy. Nie wszyscy mogą się ujawnić, boją się reakcji innych ludzi. A i prawo nas nie chroni. Jeśli biologiczny rodzic umrze, dziecko nie zostanie z drugim rodzicem, który je wychowuje i kocha. Z rodzicem, z którym zżyte jest dziecko, którego kocha najbardziej na świecie. Zostanie odebrane obcymi rękoma i oddane do sierocińca, by tam zaznać smutku i cierpienia, mimo że jego ukochany drugi rodzic żyje i także cierpi z tęsknoty za dzieckiem.

Nasze dzieci nie mogą czuć się w pełni bezpieczne, nasze rodziny się nie czują bezpiecznie, dlatego wolą żyć po cichutku i w ukryciu lub wcale nie decydują się na dziecko. A przecież prawo nie zabrania samotnej matce czy ojcu adopcji. Nie zabrania in vitro czy sztucznego zapłodnienia. Do tego domy dziecka są przepełnione. Ile dzieci chciałoby żyć w ciepłym domu, wśród kochających osób. No a rodzina nie zawsze składa się z dwóch osób o różnej płci. Rodziną może być matka i babcia, dwie siostry, ojciec i dziadek czy wujek. Rodziny są różne. Dobra rodzina cechuje się miłością i dbałością o dzieci, nie tym, co mają dorośli między nogami.

Szkoda, że w projektach ustaw nie ma słowa o dzieciach. Czuję, że w Polsce powtórzy się sytuacja z Francji, która potrzebowała 15 lat, aby zrozumieć swój błąd. Brak w ich ustawie odpowiednich regulacji prawnych dotyczących dzieci par homo zaszkodził dzieciom, które musiały w sądach walczyć o to, żeby być ze swoją drugą mamą/drugim tatą, a nie z babcią, dziadkiem czy, co gorsza, w domu dziecka. A co z mniejszymi dziećmi, którym nie dano prawa głosu w sądach? Zostały skrzywdzone najokrutniejszą torturą, jaką można dziecku zgotować. Francja rozpoczęła prace nad poprawieniem ustawy i zwiększeniem praw par jednopłciowych. Należy wziąć przykład z kraju, który się potknął i wpadł w dołek, zamiast samemu w identyczny dół wpadać.

Iwona: Poza tym „klimatu społecznego” tak naprawdę nie da się do końca zbadać. Bo jak? Bazować na ankietach? Na wypowiedziach przechodniów? Na rozmowach z politykami? Zawsze będzie część na nie, a część na tak, a jedyna rzecz, którą możemy zrobić, to normalnie, otwarcie żyć. Większość Polaków myśli, że nie miała styczności z osobami homoseksualnymi, bo mało kto mówi o tym otwarcie. Tak naprawdę uważam, że nie ma osoby w Polsce, która nie zetknęła się z osobą homoseksualną, tylko może być tego zwyczajnie nieświadoma.

Co byście powiedziały innym parom jednopłciowym wychowującym dzieci? 

Justyna: Innym parom możemy doradzić tylko jedno: wyjdźcie z szafy. Nie wstydźcie się. Jeśli pokażecie, że się wstydzicie, inni odbiorą to jako słuszne i stwierdzą, że skoro się wstydzicie, to jest się czego wstydzić. Pokażcie się, żeby ludzie przestali myśleć, że jest nas tak mało. Przecież się mylą. Niech zobaczą, że żyjemy wśród nich i że nasze rodziny mają się dobrze. Im więcej z nas zacznie uświadamiać społeczeństwo, tym lepszą przyszłość wspólnie przygotujemy naszym dzieciom.

Iwona: Na pewno chciałybyśmy powiedzieć tęczowym rodzinom i całemu tęczowemu społeczeństwu, że nikt z nas nie jest sam, że nikt z nas nie powinien się bać. Zacytuję wielkiego artystę: „ludzi dobrej woli jest więcej i mocno wierzę w to, że ten świat nie zginie nigdy dzięki nim”. Coming out wyzwala człowieka ze strachu – to niesamowite uczucie, o którym bałam się nawet śnić. Teraz czuję się wolna. I cieszę się, że jeszcze mamy coś do zrobienia na tym świecie. Padło na nas, więc idziemy razem tą drogą i będziemy się wspierać w każdym działaniu, a największe, co możemy zrobić, to normalnie żyć. Trudniej jest dzień przeżyć, niż napisać księgę, więc chcemy się skupić na naszej codzienności i uczynić ją lepszą, bo na to mamy wpływ. Na polityków czy prawo wpływ ma społeczeństwo i tu koło się zamyka. Tutaj zacytuję moją ukochaną: „społeczeństwo jest bardziej dojrzałe niż politycy czy prawo”. Żyjmy więc otwarcie, żyjmy normalnie i nie mówmy, że nic nie da się zrobić.

Na zdjęciu: Justyna, Jaś i Iwona na inauguracji kampanii "W związku z miłością". Fot. Grzegorz Banaszak

Różowe miasteczko

I koniec. Różowy baner, po pięciu dniach pobytu pod Sejmem, zwinął się i udał na zasłużony urlop. Niestety krótki, bo wróci już 24 lipca, a może i wcześniej. Wróci, bo już na następnym posiedzeniu Sejmu (24-27 lipca) czeka nas pierwsze czytanie ustaw o związkach partnerskich.

To był dobry tydzień. Demonstracja na Placu Zamkowym rozczarowująca frekwencyjnie, ale osłodzona pierwszym w Polsce tak odważnym coming outem tęczowych mam. Pierwszy dzień pod banerem dość nerwowy, wyglądało na to, że jak dotrwamy do środy, to będzie dobrze. Rano trzy osoby, potem trzy, dwie, przez chwilę byłam sama. Pod koniec dnia bodaj pięć. I, na osłodę, kilka wizyt posłów i posłanek oraz spore zainteresowanie mediów, na przemian nami i naszym współdemonstrantem, głodującym współwłaścicielem Malmy. Wtorek od rana świetny. Trochę pewnie za sprawą tego, że tego dnia miała zapaść decyzja co do ustaw, więc podkreślaliśmy, że naprawdę warto tam być. W południe emocjonująca wizyta w Sejmie. Krótko po niej informacja o nadaniu numerów druków sejmowych projektom ustaw. I szybka decyzja - zgodnie z pierwotnym planem zostajemy pod Sejmem do piątku, w końcu nie o numery nam chodzi, a o to, by pokazać swoje poparcie dla związków partnerskich.

W środę i czwartek, próbując pracować i wyzdrowieć, z zazdrością śledziłam na fejsie informacje o tym, co się dzieje. Że co chwila są obawy, że liczba dyżurujących przekroczy magiczną piętnastkę i będzie problem, bo pikieta nie jest zarejestrowana. O cieście drożdżowym przyniesionym przez starsza małżeństwo, "bo pewnie zgłodnieliście". I kolejnym, przyniesionym przez koleżankę chłopaka, który bardzo chciał być, ale złamał nogę.

O rewolucjoniście Patryku, który tydzień zaczął jako niewyoutowany przed rodzicami zapaleniec, który codziennie dojeżdżał na pikietę z Otwocka, a skończył jako przyszły poseł, który edukuje rodziców w kwestii związków partnerskich i wychowywania dzieci przez pary jednopłciowe. 


O Kasi, którą poznałam we wtorek i która miała mnóstwo pytań spod znaku "o co dokładnie chodzi", a w kolejnych dniach dawała nasze ulotki wszystkim przechodzącym obok banera i szczegółowo im wyjaśniała, po co tam jesteśmy. 

O Ewie, która dotarła do nas z cudnym psem przewodnikiem.

O tym, że bycie pod banerem staje się modne i sporo "znanych i lubianych" pojawia się choć na chwilę, aby cyknąć sobie fotkę. 

O przybywających tęczowych i jednej polskiej flagach. 

I o nielicznych kontrprotestantach, niemrawo wykrzykujących coś o pedałach i takich tam.

W piątek udało mi się dojechać na końcówkę pikiety. Na miejscu w porywach do szesnastu osób, nastroje rewolucyjne. Choć nikt nie ma specjalnej nadziei, że po pierwszym czytaniu projektów ustaw będą kolejne, to pomysły i entuzjazm do działania dopisują. Nie mam pojęcia, na ile tego wszystkiego wystarczy, ale mam wrażenie, że w ostatnich dniach narodziło się coś fajnego. Bo dzięki zgodnej pracy kilku organizacji, a przede wszystkim kilkudziesięciu "niezrzeszonych" osób udało się na szybko zrobić coś, co zyskało naprawdę spory oddźwięk - nie było dnia, w którym media nie mówiłyby o związkach, i to zazwyczaj w kontekście naszych działań. Nie było możliwości, by posłowie i posłanki nas nie zauważyli. A co się wydarzy, gdy będzie nas przynajmniej dziesięć razy więcej? Mam nadzieję, że przekonam się już w najbliższych dniach.

fot. Wiktor Sidoruk, Krzysztof Marczewski

wtorek, 10 lipca 2012

Projekty idą pod obrady Sejmu

Walka o to, by, mimo negatywnego zaopiniowania projektów ustaw o związkach partnerskich przez komisję ustawodawczą, marszałkini Kopacz skierowała je pod obrady Sejmu, zakończyła się zwycięstwem. Projektom ustaw nadano dziś numery druków sejmowych. To oznacza, że będzie przynajmniej jedno czytanie.

Co robiliśmy? W sobotę pikietowaliśmy na Placu Zamkowym. Od poniedziałku jesteśmy z naszym różowym banerem pod Sejmem:
Będziemy tam do końca tygodnia. Dziś w doborowym gronie KPH plus MNW plus osoby niezrzeszone, w tym absolutnie fantastyczny siedemnastolatek z Otwocka o pięknym imieniu Patryk, byliśmy też w Sejmie. Zorganizowaliśmy krótką konferencję prasową na temat naszych działań i złożyliśmy w biurze Ewy Kopacz apele MNW i KPH o dalsze prace nad ustawą, podpisane przez ponad 7 tysięcy osób, i petycję podpisaną przez organizacje pozarządowe.

Była też akcja wysyłania maili do marszałkini, trwa odwiedzanie posłów i posłanek w ich biurach. Sporo osób, niezależnie od bardziej zorganizowanych akcji, prywatnie pisało i dzwoniło do posłów i posłanek. Trudno mówić o jakimś wielkim pospolitym ruszeniu (w każdym razie poza fejsem), ale fakt faktem, że w ostatnich dniach lekcję widoczności udało się nam chyba odrobić na piątkę, bo media (od Polskiego Radia, przez TVN, TVP, Polsat i "Wyborczą", po... Frondę) dopisywały, a marszałkini co rusz a to się tłumaczyła, a to narzekała na niepotrzebne protesty.

Co ciekawe, oprócz skierowania projektów ustaw złożonych przez SLD i RP do dalszych obrad, Ewa Kopacz zapowiedziała również, że projekt PO, przygotowany przez Artura Dunina, trafi do laski marszałkowskiej tuż po wakacjach.

Cieszymy się z tego małego zwycięstwa, ale też nie spoczywamy na laurach. Wykorzystamy energię, która się narodziła w ostatnich dniach, i zdobyte doświadczenia, do dalszych działań. Już teraz tworzy się wielka koalicja na rzecz związków, do której zaprosiliśmy organizacje pozarządowe, stowarzyszenia, grupy nieformalne i osoby prywatne z całej Polski (nie tylko działające na rzecz LGBTQetcetera), i powstają kolejne akcje informacyjne i lobbingowe. I tak aż do przyjęcia któregoś ze złożonych (lub kolejnych) projektów ustaw o związkach partnerskich. A właściwie dłużej, bo przecież następny krok to małżeństwa.

niedziela, 8 lipca 2012

Jeszcze nie mamy dość


Sobotnia demonstracja na Placu Zamkowym pod hasłem "Mamy dość! Żądamy ustawy o związkach partnerskich" przyciągnęła sto, może sto pięćdziesiąt osób. Nie, żebym się spodziewała lepszej frekwencji, ale mimo wszystko - słabo. Bardzo słabo. I nieszczególnie pociesza mnie fakt, że była to największa z dotychczasowych czysto "związkowych" manifestacji. Niestety, pospolite ruszenie nadal najlepiej wychodzi nam na fejsie. Bo nie ma co zrzucać winy na pogodę, burze, upały, wakacje, urlopy itd. Większości się po prostu nie chciało. Większość nadal uważa, że samo się załatwi, organizacje załatwią, politycy i polityczki załatwią, fejs załatwi. Lub też wydaje im się, że wystarczy samo "uświadamianie" najbliższego otoczenia.

A jak było? Upalnie i burzowo, rewolucyjnie i muzycznie. Mam nadzieję, że następnym razem - bo tak, będzie następny raz - dopiszę również: tłumnie. A póki co podziękowania dla tych, którym nie "przeszkodziła" pogoda i masa innych równie istotnych okoliczności. Tych, co niejednokrotnie przemierzyli i przemierzyły kilkaset kilometrów, aby być na demonstracji. Oraz dla DJane Benity, która od lat nas wspiera, i grupy TopLes, która dała czadu na koniec.

Słoneczny początek i rewolucyjna mowa Gosi:



KPH:

Ray Grant (tak, ten Ray) - "w Holandii jestem człowiekiem, w Polsce muszę być gejem":

Dzieci się nie nudziły:


Piękny prezent od jednego z uczestników:


Co tu dużo pisać - urzekający:

Trzy czwarte Barbie Girls, czyli Brabie Grills w YMCA:

TopLes:

Tradycyjna pamiątkowa fotka na zakończenie:

Mimo wszystko nie zaliczam tej soboty do nieudanych, jeśli chodzi o walkę o nasze prawa i naszą widoczność. A to dzięki dwóm uczestniczkom manifestacji, które przejechały ponad 100 kilometrów, aby się na niej pojawić ze swoim synkiem, i które, jak się wczoraj okazało, zrobiły coś naprawdę wielkiego:


Zdjęcia z manifestacji: Wiktor Sidoruk; więcej tu.

czwartek, 5 lipca 2012

Paluszek i główka

Nie, to nie będzie tekst o tym, jak to ludzie wymawiają się od zrobienia czegoś, np. od udziału w sobotniej manifestacji na Placu Zamkowym, podczas której domagać się będziemy ustawy o związkach partnerskich (szczegóły tu). Stety albo i niestety. Dla mnie niestety, bo, nawet jeśli chciałabym taki tekst napisać, to póki co byłby on bardzo krótki. Powód? Złamanie środkowego palca prawej ręki. Jak? Podczas próby złapania naszego spanikowanego psiaka, który na wczorajszą burzę zareagował, cóż, jak zwykle. Pies ma się dobrze, ja mam się tak:

Tak że z przykrością ogłaszam przerwę w blogowaniu. No, może jakaś galeryjka z soboty się pojawi.

niedziela, 1 lipca 2012

Przygoda pana Joanny



Czas nerwowy i pełen napięcia, ustawę o związkach wyrzucono do kosza, zanim ktokolwiek ją dobrze przeczytał. No cóż. Jedziemy dalej.

Od czasów szczenięctwa jestem wielką zwolenniczką pracy u podstaw. Kiedy byłam mała, uczyłam dzieciaki z podwórka dobrych manier, które przekazywała mi moja babcia. Pewnie trochę byłam w tym narwana, ale do tej pory, jak spotykam ludzi ze swojego osiedla, mówią mi „dzień dobry”. Co ma to wspólnego z walką o nasze prawa i szacunek? Ano wiele. Moja wersja pracy u podstaw polega na tym, że nie zamykam się w sobie, gdy lecą dowcipy o pedałach, nie udaję, że nie słyszę głupich docinek, reaguję.

Za przykład takiej, moim zdaniem dobrej, postawy homo-obywatelskiej niech posłuży moja osobista kobieta, która zgodziła się na udostępnienie wszystkim pewnego wydarzenia z naszego życia.

Natura obdarzyła moją ukochaną wieloma fajnymi rzeczami i paroma, których pewnie by się chętnie pozbyła, ale ci, którzy ją znają, wiedzą, że w oprawie dużego wzrostu i krótkich włosów kryje się dusza delikatna. Mieszanka wybuchowa, bo jak tu wytłumaczyć, że jest się wiotką kobietką o uwodzącym głosie, kiedy ma się metr osiemdziesiąt wzrostu, spore plecy i krótkie włosy? No właśnie. Można ewentualnie przez telefon, ale o tym może kiedyś innym razem.

Tak więc sfera wewnętrzna nie idzie tu w parze z zewnętrznością. Znacie to?

Joanna zna to bardzo dobrze, nie ma praktycznie dnia, kiedy nie byłaby mylona z facetem. Kiedyś się tym martwiła i złościła, obwiniała świat za swój trudny los, ale potem przyszła refleksja, że najlepszą bronią w takich sytuacjach jest śmiech. Śmiech i ironia z innych. Żeby czegoś nauczyć i żeby postawić granicę chamstwu, brakowi obycia itp.

No bo jak tu inaczej zareagować w sytuacji, jaka wydarzyła się pewnego zimowego dnia, gdy Joanna spokojnie jechała tramwajem. Pojazd zapchany, godziny szczytu, tłum ludzi wisi nad głowami siedzących szczęśliwców. Słowem koszmar. W tym momencie zawisa nad Joanną, okutaną w czapkę i kurtkę, kanar w postaci męskiej. „Bilet proszę!” - mówi, „Już, już” - odpowiada Joanna i wyciąga z kurtki kartę miejską. Kanar bacznym okiem ogląda kawałek plastiku i nagle wydziera się na cały tramwaj „Ha! Pan Joanna! Dowodzik poproszę!”. Tłumek, wyrwany z zimowego snu, zaczyna się wiercić, wyciągają się ciekawe szyje. Musicie uwierzyć mi na słowo, że moja kobieta, gdy się zdenerwuje, zaczyna mówić falsetem. A więc wstaje i tym falsetem, wyższa o dwie głowy od kanara, zaczyna do niego piszczeć: „Jaki pan Joanna? Jaki pan Joanna? Oszalałeś człowieku? Może warto okulary sobie kupić?”. Tłumek zaczyna się leciutko śmiać. Przystanek długi, kanar, patrząc w górę w kierunku pana Joanny, głupieje kompletnie. „Dowodzik poproszę?” - powtarza już mniej śmiało. „Ma pan jakieś kłopoty z rozumieniem?” - dochodzi go falsecik z góry. „Nie widzi pan, że ma przed sobą kobietę?” Tłumek pasażerów rży. Kanar ogląda się za kolegą ale liczba ludzi nie pozwala mu ani na ucieczkę, ani na wezwanie posiłków. Kanar coraz mniej pewny siebie, wbijając wzrok w obfity biust mojej żony, mówi cichutko „Tooo jaaa, eee, to ja nooo…” „No co? No co?” - falset nie ustępuje. Tramwaj hamuje, ludzie szykują się do wyjścia, rżąc już głośno. „To ja przepraszam” - rzuca kanar i ucieka na przystanek.

Można? Można. Można się chować, dawać się obrażać, nie wychodzić z domu, próbować udawać kogoś innego. Ale można też zachować własną godność, pokazać, że nie damy się szmacić.

Pan Joanna - po tym wydarzeniu nazwałyśmy tak wszystkie tego typu sytuacje: w publicznej toalecie, knajpie, autobusie, pociągu, urzędzie itp.

Drogie odbiegające od wizerunku Barbie, pamiętajcie o panu Joannie za każdym razem, kiedy ktoś was będzie chciał obrazić. Edukujmy tych wszystkich ślepych i głuchych na naukę ludzi. Nie obrażajmy się za każdym razem jak usłyszymy za sobą „pedał” czy „lesba”.

Tak „pedał”, „lesba” - i co z tego? Niech pan Joanna będzie z Wami ;).