niedziela, 30 września 2012

Pełnomocniczka do spraw godności


Agnieszka Kozłowska-Rajewicz ostatnio rozczarowuje. I to naprawdę delikatne określenie. Jestem w stanie przeżyć jej zapewnienia, że projekt ustawy o umowie związku partnerskiego przedstawiony przez jej partię jest świetny pod względem prawnym i w ogóle. Wszak trudno oczekiwać, że będzie krytykować coś, pod czym się podpisuje. Ale to, co z niej wyszło przy okazji debaty nad projektem ustawy o uzgodnieniu płci, do przeżycia już nie jest.

Jako pierwszy absurdalne wątpliwości do tego projektu zgłosił poseł Żalek, stwierdzając podczas obrad Komisji Ustawodawczej, że skoro nie ma w nim zapisanego obowiązku poddania się zabiegom chirurgicznym przed zmianą dokumentów, to będzie on furtką dla małżeństw jednopłciowych. Mądre to nie było, no ale pan poseł zdążył już chyba nas przyzwyczaić do tego, że merytorycznych uwag nie ma co się po nim spodziewać, za to dostrzegania za każdym rogiem gejów i lesbijek czyhających na instytucję małżeństwa jak najbardziej tak. Parę dni później równie przedziwne rzeczy zaczęła opowiadać pełnomocniczka rządu ds. równego traktowania. I to już mnie ruszyło. Kilka cytatów:
A poprze pani wprowadzenie pod obrady ustawy RP o korekcie płci [dostosowaniu płci w dokumentach do płci odczuwanej, jeśli nie zgadza się z biologiczną]? 
- Popieram i uważam za konieczność rezygnację z procesowego trybu korekty płci. Na pewno trzeba zaproponować ustawowe przepisy, które regulują tę procedurę. (...) Mam jednak wątpliwości co do propozycji, żeby nie wymagać ubezpłodnienia przed decyzją o zmianie płci metrykalnej. Jeśli ktoś formalnie będzie kobietą, ale fizycznie pozostanie płodnym mężczyzną i spłodzi dziecko, to jako kto ma być wpisany w papierach? Jako matka?
Rada Europy uznaje wymuszanie interwencji chirurgicznych na osobach transpłciowych za niehumanitarne.
- No tak, ale trzeba jakoś do tego dostosować ustawodawstwo. (Wyborcza.pl)
Nie jestem, nie byłam i nie będę za "przymusową sterylizacją". Nie mogę jednak nie widzieć rozziewu między tym, co jest w ustawie a tym, co jako społeczeństwo akceptujemy poprzez takie, a nie inne prawo. (...)
Zakaz sterylizacji umożliwiłby (...) następującą sytuację: mężczyzna, który czuje się kobietą, i po procesie sądowym ma zapisane w dokumentach, że jest kobietą, biologicznie pozostaje płodnym mężczyzną. I z jakąś inną kobietą płodzi dziecko, w związku formalnie jednopłciowym. W polskim prawie matką jest ta, która rodzi. Jak postępować w tej sytuacji? Polskie prawo nie jest na to gotowe. (...)
Właśnie dlatego zabiegi medyczne związane z korektą płci, mam na myśli dwuletnią terapię hormonalną często połączoną z zabiegami chirurgicznymi, są powiązane z ubezpłodnieniem (...). Zgadzam się, że to mało delikatne, nawet brutalne (...). Decyzję w tej sprawie musimy podjąć wspólnie, biorąc pod uwagę zarówno prawo do traktowania z godnością transpłciowej mniejszości, jak i prawo do szanowania tradycji i poglądów tych, którzy stanowią większość. (naTemat.pl)
Zatem tak: pani pełnomocniczka nie jest za przymusową sterylizacją, ale ma problem z tym, by jej nie wymagać. A problem bierze się stąd, że jej zdaniem polskie prawo nie jest gotowe na taką sytuację, no a poza tym trzeba uszanować tradycję i poglądy większości.

Domyślam się, że z tą tradycją i poglądami większości nie chodzi bynajmniej o to, że zgodnie z nimi niektóre osoby należy sterylizować, a o to, że osobę, która rodzi, nazywa się matką, a tę, która zapładnia - ojcem. Choć nie zawsze, i nasza tradycja i poglądy większości jakoś sobie z tym radzą. Tak czy siak chodzi nie o jakiś nie wiadomo jaki dylemat, a o zwykły problem prawny, który i można, i należy rozwiązać. Szczególnie że nie dotyczy on jedynie sytuacji, gdy osoba transpłciowa, jak Thomas Beatie, ma dzieci po korekcie płci, ale też osób, które miały je już przed korektą. A jak dodać do tego jeszcze, że sterylizacja jest w świetle polskiego prawa po prostu przestępstwem, i to zagrożonym nielichą karą, to rozwiązanie nasuwa się samo - dostosować prawo do rzeczywistości, w której nie każda osoba transseksualna, niezależnie od tego, czy dzieci ma lub planuje, czy nie, decyduje się na przejście operacji, której jednym z efektów będzie ubezpłodnienie. I w której osoby ts mają dzieci, również biologiczne. Przyjąć do wiadomości i odpowiednio zapisać fakt, że czasami nie jest się tylko matką czy tylko ojcem, nadal jest się za to rodzicem. A nie, nawet czyniąc przy tym mnóstwo zastrzeżeń, zastanawiać się, czy przypadkiem najlepszym rozwiązaniem nie byłoby okaleczenie kogoś.

Agnieszka Kozłowska-Rajewicz nie jest szeregową posłanką, jest ministrą od równości, czyli, przynajmniej teoretycznie, osobą, która powinna wiedzieć coś więcej o tym, jak się poszczególnym dyskryminowanym grupom wiedzie i czego potrzebują. I powinna, jak to ładnie pisze, walczyć o ich godne traktowanie. Bez żadnych "ale". Bez "kompromisów", odwoływania się do poglądów większości czy tradycji. Bez zastanawiania się, czy aby "wspólnie podjęta decyzja" odnośnie tego, czy należy kogoś ubezpłodnić, czy nie, ma cokolwiek wspólnego z godnym traktowaniem. Jeśli tego nie rozumie, to może powinna się zastanowić, czy aby na pewno jest właściwą osobą na właściwym stanowisku.

środa, 26 września 2012

Rozsądna i umiarkowana większość


"Większość z nas jest rozsądna i umiarkowana, ale dajemy się zakrzyczeć radykałom" - taką tezę postawiła Anna Wittenberg z naTemat.pl. Na dowód przytacza fragmenty rozmowy (swojej?) z socjologiem PAN prof. Krzysztofem Wielickim. Co z niej wynika? Że radykałami są Palikot, Środa i osoby protestujące przeciw koncertowi Madonny. Że choć mniejszości mają prawo domagać się równych praw, to zbyt agresywne przedstawianie jakichś wartości może rodzić brak szacunku i budzić sprzeciw. Że trzeba zachować równowagę, bo inaczej powstaje konflikt społeczny, w prostej linii prowadzący do fundamentalizmu. Oraz że tej sytuacji (uwidacznianiu radykałów) winni są między innymi politycy i media. Te drugie, bo lubią przeciwstawiać skrajnie różne postawy (przy okazji - polecam zerknięcie na ilustrację do tekstu). Ci pierwsi, bo ponoć dożyliśmy czasów, w których odwoływanie się przez polityków do większości jest uznawane za ryzykowne politycznie i lepiej odwoływać się do fundamentalistów (z obu stron barykady). Ja bym do tego dodała, że odwoływanie się do większości można również uznać za ryzykowne socjologicznie.

Rozsądek i umiarkowanie to cudownie względne pojęcia. Za rozsądną i umiarkowaną uważa się pisząca te słowa, choć nie wie, czy to dobrze, a za to wie, że nie tylko w oczach przyszłej laureatki Tęczowego Lauru Mamuchy (patrz komentarze), ale i pewnie sporej części z owej profesorskiej większości, jak nie samego profesora, zalicza się do krzykliwych radykałek. Dla mnie dla odmiany radykalna jest i Mamucha, i jej frondowi koledzy, i te wszystkie jakże umiarkowane osoby, które lubią używać słów i wyrażeń takich jak "kompromis" czy "aż społeczeństwo dojrzeje". Bo za każdym takim "kompromisem" i  "aż społeczeństwo dojrzeje" kryje się ileś tam ludzkich tragedii, które mają to do siebie, że nie czekają na cokolwiek. Co zabawne, również państwo z bardzo prawej strony widzą radykałów w specjalistach od "kompromisów". Wszak Tusk to dla Mamuchy i spółki lewak, aborcjonista, zwolennik małżeństw homoseksualnych (czymkolwiek są) i oczywiście ateusz jak się patrzy.

Dalej: podobnie jest z "agresywnym" czy "konfliktogennym" przedstawianiem wartości. Dla iluś tam osób agresywne są wszak nie tylko parady równości czy zwykłe marsze, na których nawet drag queen ze złamanym obcasem nie uświadczysz, ale wszelkie demonstracje, niezależnie od ich politycznych czy społecznych implikacji. No chyba że akurat, zupełnym przypadkiem, dotyczą czegoś dla nich ważnego, wtedy są co najwyżej wyrazem słusznego gniewu czy nawet protestem przeciw radykałom. Podobnie jest z obecnością w przestrzeni publicznej wszelkich billboardów z przesłaniem - jak, ostatnio, ateistycznych plakatów z hasłem "Nie zabijam. Nie kradnę. Nie wierzę", które jeszcze przed pojawieniem się na ulicach budzą emocję z racji tego, że ponoć propagują (tak!) coś niewłaściwego.

W jednym profesor Wielicki ma moim zdaniem rację - o tym, jak postrzegana jest dana grupa, decydują najbardziej widoczne jednostki. Tyle że nie oznacza to, że w rzeczywistości większość osób z tej czy innej zbiorowości nie ma równie "radykalnych" poglądów, choć może ciut innych niż ich reprezentanci czy reprezentantki. Równie dobrze może nie mieć czasu, chęci, odwagi, środków czy możliwości przebicia się z nimi. Przykład - moja osobista mama (rozsądna i umiarkowana, a jakże), której też nie podobała się data koncertu Madonny (jeden z profesorskich wyznaczników radykalizmu), tyle że nie pojawiła się z tej okazji na żadnym proteście czy w telewizji.

Mam wrażenie, że i autorka tekstu, i jej (?) rozmówca mylą rozsądek i umiarkowanie z brakiem widoczności czy pozorną akceptacją status quo. A krytykując media za wzmacnianie radykalizmów, nie dostrzegają, że sami dokonują bardzo podobnego zabiegu. Nie ma specjalnej różnicy między popularnymi telewizyjnymi przedstawieniami parad równości jako konfliktu między dwiema grupami o skrajnych poglądach a budowaniem swojej wizji społeczeństwa jako sumy rozsądnej i umiarkowanej (i w związku z tym pomijanej i lekceważonej) większości i iluś tam krzykliwych radykalizmów. I to, i to antagonizuje, zamiast budować przestrzeń, w której równie ważne, pożądane i dowartościowane mogą czuć się wszystkie grupy i jednostki. Co jest, rzecz jasna, średnio możliwe, ale jak dla mnie o niebo bardziej rozsądne i umiarkowane niż wygrywanie hipotetycznych jednych przeciw hipotetycznym drugim.

Fot. State Library and Archives of Florida

sobota, 22 września 2012

Homo-pułapki - historia prawdziwa


Fronda ostatnio dostarcza mi dużo radości. Niedawno było tajne przesłanie w kreskówkowych awatarach, teraz mamy pierwszą polską antyhomoseksualną dystopię "Homo-pułapki" autorstwa blogerki Mamuchy.

O czym to? Zdaniem Mamuchy o czymś, co dzieje się już teraz, choć nie w Polsce, i ponoć jest celem działalności światowego homoseksualnego wszechlobby - o naszej dominacji nad biedną uciskaną heteroseksualną większością.
_ . _

Oto przykładna żona i matka Beata zostaje wezwana do nauczycielki swoich synów Michałka i Patryka. Z bardzo poważnego powodu - okazuje się, że Stowarzyszenie do Walki z Przemocą i Wykluczeniami założyło jej rodzinie "kartę zagrożenia". Powód? Ich jeden syn - Michałek - nie chodzi na edukację seksualną, a drugi - Patryk - nie pojawił się na urodzinach wychowywanego przez dwóch ojców Krystianka i odmówił przyjęcia od niego drobnego upominku. Beata jest przerażona. Boi się, że władze odbiorą im dzieci i oddadzą je do domu dziecka - były już takie przypadki. Nauczycielka, w obawie, że ich rozmowa zostanie podsłuchana, zaprasza ją do siebie do domu. Tam, w otoczeniu stylowych mebli i wiszących na ścianie krzyża i reprodukcji "Ostatniej wieczerzy", kontynuują rozmowę. Okazuje się, że nie tylko Michałek i Patryk są na cenzurowanym. Problemy mają też ich rodzice, którzy opuścili zebranie powitalne zwołane dla pary gejów, drugiej już, która w ramach planu "Integracja Orientacji" wprowadziła się do ich bloku. Dodatkowo śmieli wezwać policję, gdy ci urządzili huczną imprezę, połączoną z wymiotowaniem przez okno i wycieraniem się firanką, która następnie wylądowała na chodniku. W efekcie na rodziców Michałka i Patryka są skargi - do szkoły, do kuratorium i do stowarzyszenia od wykluczeń. Ciąg dalszy nastąpi.
_ . _

Materiał do hejtu jak złoto, tym razem jednak hejtu nie będzie. Będzie za to, zainspirowany dyskusją na naszym fejsie, ciąg dalszy. Jeśli autorka ma ochotę, niech skorzysta, ale jak to kiedyś wyda, to chcemy części wpływów. Pójdą na różowy czołg.
_ . _

Beata i jej mąż Bartek postanawiają nie kusić losu. Odbywają poważną rozmowę z Patrykiem, podczas której tłumaczą mu, że wprawdzie ojcowie Krystianka to szuje, ale lepiej się ich synowi nie narażać. Patryk przygotowuje przeprosinową laurkę dla Krystianka, którą wręcza mu przy całej klasie podczas godziny wychowawczej. Tego samego dnia Beata i Bartek organizują przyjęcie, na które zapraszają dwie pary gejów z ich bloku i ojców Krystianka. Spotkanie przebiega w kulturalnej atmosferze aż do chwili, gdy podochoceni przyniesionym alkoholem (Bartek i Beata są abstynentami) goście proponują gospodarzom małą orgietkę. Gdy Bartek protestuje, zostaje obezwładniony, siłą wepchnięty w sukienkę i umalowany (jego zdjęcia następnego dnia pojawią się na fejsie), a ich mieszkanie zdemolowane. W obawie przed oskarżeniami o homofobię nie informują policji. Zdają sobie jednak sprawę, że w tym kraju nie ma już dla nich życia. Zaczynają planować emigrację.

Beata zostaje ponownie wezwana do nauczycielki. Dowiaduje się, że Krystianek opacznie zinterpretował laurkę od Patryka i zaproponował mu "chodzenie". Patryk uprzejmie odmówił, jednak jego "nie" zostało odebrane jako akt wrogości. Beata zwierza się nauczycielce z planu emigracji z Polski. Ta uznaje to za dobry pomysł.

Następnego dnia bladym świtem do mieszkania Beaty i Bartka wpada Specjalna Jednostka Antyhomofobiczna "CZŁON". Rodzina zostaje zapakowana do dwóch samochodów - wrzeszczącego Patryka i Michałka czarna wołga wywozi w niewiadomym kierunku, Beata i Bartek trafiają do aresztu, a chwilę później, po pozbawieniu ich butów, sznurowadeł i zawartości kieszeni, na przesłuchanie, podczas którego odtworzone zostają nagrania rozmów między Beatą i nauczycielką. Okazuje, się, że osoba, której mama Patryka i Michałka tak pochopnie zaufała, jest w rzeczywistości działającą pod przykrywką transseksualną lesbijką agentką, która ma za zadanie zdobywanie kwitów na nieprawomyślnych obywateli i obywatelki. Beata i tak może uważać się za szczęściarę - zazwyczaj, zanim wydawała swoje ofiary, "nauczycielka" szantażem wymuszała od nich seks S/M. Ostatnio jednak, z powodu poważnej niedyspozycji wątrobowej (za dużo alkoholu), odpuściła sobie bujne życie erotyczne i ograniczyła się do trzech kochanek w jednym czasie.

Sąd skazuje Beatę i Bartka na rok przymusowej terapii reorientacyjnej. Ich synowie zostają rozdzieleni - Patryk trafia do ojców Krystianka, a Michałek do imprezowej pary gejów z bloku swoich rodziców, którym z tej okazji miasto przydziela mieszkanie Beaty i Bartka. Panowie urządzają w nim zapasowy darkroom. Firanki bezczeszczą i wyrzucają do śmietnika.

Nagle... Rozlega się tętent kopyt. Nadjeżdżają Jeźdźcy Apokalipsy.

- KONIEC* -

No i co? Ja też mogę być Orwellem/Krasińskim! [demoniczny śmiech]

*Chyba że ktosia/ktoś ma ochotę kontynuować zabawę w komentarzach.

piątek, 21 września 2012

Opowieści z Valdemaru


W ramach książkowych wykopalisk, zupełnie niezależnie od siebie, sięgnęłyśmy ostatnio z Gosią po Mercedes Lackey. Ta pani już pojawiła się kiedyś na blogasku w postaci wzmianki, ale, mimo że trudno ją nazwać wielką pisarką, po ponownej lekturze kilku jej opowieści doszłam do wniosku, że zasłużyła na trochę więcej.

Mercedes Lackey ma na koncie blisko osiemdziesiąt książek fantasy, z których w Polsce ukazało się nieco ponad dwadzieścia. Wydawcy szczególnie upodobali sobie cykl o Valdemarze - wbrew pierwszemu skojarzeniu to państwo, nie imię. Nie wiem, czy to za sprawą kiepskiego tłumaczenia lub redakcji, czy słabszej formy autorki, jak dotąd nie udało mi się przebrnąć przez całość - na lepsze dni czekają trylogie "Wojen magów" i "Magicznych burz". Miłośnikom i miłośniczkom gatunku (ale nie tylko) mogę za to z czystym sumieniem polecić cykle "Ostatni mag heroldów" ("Sługa magii", "Obietnica magii", "Cena magii"), "Heroldowie Valdemaru" ("Strzały królowej", "Lot strzały", "Upadek "strzały") i "Przysięgi i honor" ("Związane przysięgą", "Krzywoprzysięzcy") oraz "Prawo miecza" (w sumie dziewięć tomów, a dla czytających po angielsku - dziesięć).

Lackey szczególnie upodobała sobie postacie gejów (w książkach - homoseksualistów lub shayn/shay'a'charn) oraz silnych (i nie tylko heteroseksualnych, choć lesbijki występują jedynie na drugim planie) kobiet. To drugie aż tak bardzo nie dziwiło pod koniec lat 80. ubiegłego wieku, kiedy jej twórczość zaczęła zyskiwać popularność, to pierwsze było jak na tamte czasy ewenementem, jeśli chodzi o bohaterów pierwszoplanowych. A takim jest Vanyel z "Ostatniego maga heroldów", przy drugim czytaniu mniej więcej tak samo irytujący jak jego imię, przy pierwszym jednak jak najbardziej do przyjęcia. Vanyel jest paniątkiem z jednego z bogatszych rodów Valdemaru i ma problem - jest inny. Na dodatek nie wie, na czym właściwie ta jego inność polega, domyśla się tego za to jego ojciec, który ze wszelkich sił stara się zrobić z syna "mężczyznę". W tym też celu co rusz podsyła mu dziewczęta i każe swojemu zbrojmistrzowi okładać go mieczem, a w końcu, gdy nie udaje mu się zmienić syna na swoje podobieństwo, wysyła go do swojej siostry Savil, jednej z magów heroldów, a zarazem nauczycielki w Kolegium Heroldów. Gdzie Vanyel pozna ucznia Tylendela i nagle wszystko stanie się dla niego jasne, choć bynajmniej nie będzie oznaczać końca jego problemów egzystencjalnych - te towarzyszyć mu będą do końca trzeciego tomu. "Ostatniego maga heroldów" czyta się nieźle, a czytałoby się jeszcze lepiej, gdyby Lackey co chwila nie zagłębiała się w biedną udręczoną duszę głównego bohatera (stąd wcześniejsza wzmianka o irytacji, jaką budzi). Nie umniejszając jego dylematów (Związać się z kimś czy żyć samotnie? Postawić się ojcu czy znosić cierpliwie jego niegodne sugestie? itd.) i cierpień (napiszę tylko tyle, że Lackey lubi uśmiercać bohaterów, których czytelnicy i czytelniczki lubią), wycięcie części zmagań Vanyela z samym sobą książeczkom by nie zaszkodziło. Szczęśliwie nie jest on jedynym shayn w trylogii.

Do przygód Vanyela mam sentyment o tyle, że od nich zaczęła się moja przygoda z Lackey. Dużo lepiej jednak czytało mi się te jej opowieści, których głównymi bohaterkami były kobiety. Choć w Valdemarze z równością kobiet i mężczyzn bywa różnie - np. Talia z "Heroldów Valdemaru" pochodzi z grodu Senów, gdzie kobieta albo może stać się jedną z żon mężczyzny, albo oddać się na służbę bogini - to wśród heroldów płeć nie ma żadnego znaczenia i dotyczy to również płci sprawujących władzę. Liczy się, cóż, bycie dobrym człowiekiem. Żeby było jeszcze milej, również to, jak się ktoś/ktosia prowadzi, niemal nie wpływa jego/jej ocenę - ważne jest jedynie, jak się wywiązuje ze swoich obowiązków wobec kraju (a heroldowie istnieją jedynie po to, by służyć państwu i koronie). Mały zgrzyt jednak być musi (stąd "niemal"). Choć o lekkim prowadzeniu się heroldów w Valdemarze krążą legendy, to, mimo że sami zainteresowani niewiele sobie z tych opowieści robią, większość z nich do osób nieheteroseksualnych w swoich szeregach podchodzi z rezerwą. Co ciekawe, ich uprzedzenia nie mają praktycznie żadnego oparcia "u góry" - bo władcy i władczynie robią za wzory akceptacji (Vanyel jest nawet biologicznym ojcem córki swojego bezpłodnego króla), a mistyczna "więź życia" jest dana i parom różno-, i jednopłciowym. Na dodatek wszystkie nieheteroseksualne bohaterki opowieści o heroldach i wszyscy, poza jednym (przynajmniej do czasu, aż pozna swoją prawdziwą miłość), bohaterowie, mogą robić za wzorce ascezy i monogamii. Mimo to obowiązuje niepisana zasada, by się za bardzo nie "obnosić", nawet we własnym gronie, przez co książki Lackey akurat pod tym względem są bliskie rzeczywistości. Co może być i plusem, i minusem. Plusem, bo całkiem sporo osób odnajdzie w nich swoje doświadczenia. Minusem, bo mimo jednoznacznie pozytywnego podejścia do nieheteroseksualności utrwala stereotyp (za którym kilkanaście lat później podąży w swojej "Trylogii Czarnego Maga" Trudi Canavan) dobrego geja/dobrej lesbijki, co to zna swoje miejsce w szeregu i się za bardzo nie wychyla. Co w 1989 roku pewnie było zrozumiałe, w XXI wieku (Canavan) jednak trochę razi.      

Mimo wszystko jednak Lackey warto znać (Canavan już niekoniecznie). Nie tylko dlatego, że jest u niej sporo fajnych postaci, z którymi parę osób może się zidentyfikować, czy że jako pierwsza autorka fantasy głównym bohaterem zrobiła geja, ale też dlatego, że są to po prostu całkiem zgrabne historyjki fantasy, z odpowiednią liczbą potyczek na miecze i na magię, mężczyzn i kobiet w opresji, bohaterskich czynów, zagadek do rozwiązania, magicznych koni, co to nie są końmi, i innych takich.

Fot. Elkman, Wikimedia Commons

poniedziałek, 17 września 2012

Bo zupa była... [AKTUALIZACJA]

...prawdziwa. Na taki oto pomysł reklamy swoich produktów wpadła firma Profi:

Dawno nie widziałam czegoś równie obrzydliwego. Co gorsza owa nawiązująca do słynnej kampanii antyprzemocowej z 1997 roku reklama znalazła już swoich obrońców i obrończynie. Nie tylko na Wykopie (po którym, stereotypowo, przyznaję, właśnie tego się spodziewałam), gdzie znalazłam między innymi takie komentarze:
O matko, ja tu nie widzę żadnych powiązań z poprzednią kampanią... Zresztą ile to bylo w tamtym czasie przeróbek tej kampanii i jakos nikt nic nie mówił.
Co za problem? Trochę dystansu do życia, myślałem, że będzie kobieta z siniakami, bo dostał złą zupę z proszku, a tu wręcz na odwrót - zupa tak dobra, że podziękował. Troszkę kontrowersyjne jest, ale nie jakoś specjalnie, zdarzały się gorsze "reklamy".
ale i na fejsie Innej Strony (na szczęście tam takie głosy były w mniejszości), gdzie dowiedziałam się, że ta odzywka jest już legendarna, więc nie ma co się bulwersować, że przecież o to chodziło, by reklamę ktoś zauważył, i że to taka fajna gra z popkulturą. Plus znalazło się tam nieśmiertelne wołanie o dystans do siebie.

Kiedy zobaczyłam tę reklamę, moją pierwszą myślą było: kto mógł coś takiego wymyślić i zaakceptować. Po przejrzeniu komentarzy już wiem, kto - całkiem sporo ludzi, prawdopodobnie również z mojego otoczenia. Dla których żarty z przemocy są fajne, ba, są wręcz elementem gry z popkulturą.

Póki co nowa kampania Profi jest komentowana jedynie w mediach społecznościowych, ale pewnie za parę dni sprawa trafi do dziennikarskiego mainstreamu i za sprawą iluś tam osób bez dystansu do siebie te jakże zabawne billboardy zapewne znikną z ulic. By za jakiś czas powrócić, w trochę innej formie i za sprawą innej agencji. Przemoc domowa - w końcu to takie zabawne.



AKTUALIZACJA: Firma Profi postanowiła się wytłumaczyć. O tak (zachowałam oryginalną pisownię):
W związku z realizowaną przez firmą Profi kampanią informacyjną pn.: "Profi - prawdziwe zupy", w sieci pojawiło się kilka komentarzy, które w sposób chybiony interpretują podstawowe przesłanie akcji. Firma Profi szczyci się faktem ,że może dostarczać konsumentom zupy oraz inne produkty gotowe, których podstawową cechą jest naturalność, zastosowanie "prawdziwych" składników. To zdecydowanie wyróżnia produkty Profi i sprawia, że dania Profi przypominają te "prawdziwe", przygotowywane samodzielnie przez Konsumentów. I właśnie słowo "prawdziwy" najlepiej oddaje charakter posiłków dostarczanych przez Profi, dlatego stało się ono kanwą dwuczęściowej akcji informacyjnej pod nazwą " Profi - prawdziwe zupy". Jej pierwsza część miała dosłownie takie hasło( Profi - prawdziwe zupy ), a część druga jest jej kontynuacją, wykorzystującą również słowo "prawdziwe". W międzyczasie na Facebooku organizowany był konkurs pn.: "Naturalność (prawdziwość)- kontra sztuczność", mający na celu właśnie promowanie tej (naturalnej) cechy produktów.
Absolutnie zdecydowana część odbiorców reklam tak właśnie przyjęła jej przesłanie. Kilka komentarzy sugerujących jakiekolwiek podteksty jest nadinterpretacją, chybionym zestawieniem z inną kampanią.
Na wybranych nośnikach kampanii (tzw. cityscroll'ach) są kolejne odsłony layoutu - gdzie dominuje słowo " Dziękuję". Jednoznacznie oddaje to intencje autorów i jest przekonywującym dowodem co do przesłania zawartego w komunikatach kampanii. Poza tym firma Profi słynie ze swojej społecznej odpowiedzialności, a szacunek dla wszystkich grup społecznych jest priorytetem w zachowaniach i działaniach firmy.
W skrócie: czepiający się to idioci, którzy nie zrozumieli przesłania. To się nazywa "prawdziwy" kryzysowy PR.

KOLEJNA AKTUALIZACJA: Jeden z prezesów Profi wydał oświadczenie. Streszczenie: ubolewamy nad sytuacją, ale absolutnie nie o taki przekaz nam chodziło. Serio?

Reklamę znalazł: reklamofil.pl

piątek, 14 września 2012

Po awatarach ich poznacie

Pamiętacie "prowokację dziennikarską" Frondy, w efekcie której na jaw wyszła przerażająca i głęboko skrywana prawda, że tak, pary jednopłciowe chciałyby mieć możliwość adopcji dzieci? Niedawno dziennikarz owego słynącego z obiektywizmu i rzetelności medium pokusił się o kolejną dogłębną inwigilację naszego środowiska, w efekcie której obalił twierdzenie, jakoby nieprawdą było, że geje są tak naprawdę pedofilami. Jak to zrobił? Uwaga, proszę o maksymalne skupienie: podając się za 14-letniego Łukasza, założył sobie konta na Gaymateo.pl i Gejowo.pl. I nikt mu ich nie usunął. Co było do udowodnienia.

No dobra, to nie wszystko, choć po tak dramatycznym wstępie myślałam, że skoro już miał profil, to jakoś go wykorzystał, pogadał z kimś, stał się obiektem jakichś szokujących wyznań i w ogóle. Ale nie, "Łukasz" okazał się nieśmiały. Założył owe konta tylko po to, aby sobie popatrzeć. I zobaczył. Że nastolatków na Gaymateo jest więcej (jej, to przecież niemożliwe, by nastolatki szukały podobnych sobie w sieci!). Jeden z nich nawet dodał swoje zdjęcie, a drugi, piętnastolatek, napisał, że lubi mężczyzn minimum koło trzydziestki (no tak, fantazje o "starszych doświadczonych" to coś absolutnie niezwykłego). Kolejne twarde dowody na potwierdzenie swojej tezy zdobył, pobieżnie przeglądając kilka wątków na forum Gejowa. Na tyle pobieżnie, że doszukał się "aluzyjnych" ("nie powiem, co lubię, bo mi znowu skasujecie") wypowiedzi użytkownika, który zakończył swoją aktywność w 2006 roku i słynął z zakładania wątków w rodzaju "seks z chomikiem". Przeczytawszy od deski do deski Na chwilkę zajrzawszy do działu "seks", dowiedział się też, że niektórzy lubią zabawy w tatusia i synka (no wiem, wiem, frondelki wolą w gęsiareczkę i pastuszka), i znalazł ankietę o tym, w jakim wieku faceci są najfajniejsi, w której dolną granicą było piętnaście lat. Prawdziwy szok jednak przeżył, gdy zauważył, że niektóre osoby na forum mają jako awatarki postaci z kreskówek dla dzieci. Z czym mu się to skojarzyło? Przytoczę, bo to jest tak odjechane, że nijak nie potrafię streścić, co mu z tego wyszło:
Znajomy podrzuca mi termin „furry me”. Zaglądam do niezawodnej przeglądarki Google. Moim oczom ukazuje się fotoblog 15-letniego chłopca. Mała chuda rączka trzyma obrazek słodkiego bajkowego królika z odciśniętym śladem innego zwierzaka... na udzie. Pozostałe obrazki, autorstwa chłopca i jego znajomych, również nie pozostawiają złudzeń. Bajkowe zwierzątka w dziwnych pozach, wydające się „wdzięczyć do widza” czy przytulające się postacie kreskówek (wszystkie płci męskiej). Dziwne, klikam dalej. W końcu Google uchodzi za niezawodną przeglądarkę. „Furry me” – wpisuję w okienko. Moim oczom ukazuje się rysunkowe porno, przedstawiające postacie z kreskówek w scenach seksu. Oczywiście na każdym obrazku są to przedstawiciele płci męskiej.
Do tego dodał dwa zagraniczne przykłady gejów, którzy okazali się być pedofilami oraz akapit o prostytuujących się chłopcach i tyle. Tezę gej = pedofil uznał za udowodnioną.

Nie chce mi się znęcać nad jakością owego "śledztwa" i wyciągniętych zeń "wniosków". Ale jedna rzecz jest w nim ciekawa - punkt wyjścia. Założenie, że osoby poniżej piętnastego roku życia absolutnie nie powinny mieć dostępu do gejowskich portali. Dlaczego? Proste - według autora najwyraźniej chodzi tam wyłącznie o seks (tak, tak, myślicie, że rozmawiacie o ciuchach, fryzurach, problemach z coming outem, najnowszej książce ulubionej autorki, ale to tylko złudzenie - tak naprawdę w tym wszystkim czai się seks), a z nim młodsze nastolatki nie powinny mieć styczności. Wszak wiadomo, że zainteresowanie tą tematyką, niezależnie od orientacji, rozwija się dokładnie w piętnaste urodziny (choć, szczególnie w przypadku osób niehetero, to nadal za wcześnie; właściwie to zawsze jest za wcześnie), a wcześniej ani poczytać, ani popatrzeć, ani poprzytulać się do kolegi czy koleżanki nie można i nikt a nikt tego nie robi. I że nastoletnie ciąże i opowiastki o gimnazjalnych zabawach w "słoneczko" to mit, galerianki nie istnieją, a na Frondzie wcale nie pojawił się niedawno tekst o "lokomotywie", "sextingu" i innych rozrywkach młodzieży, którego konkluzją, niespodzianka, nie było stwierdzenie, że heteroseksualista = pedofil. 

W porządku, wiem, że wymagać od redaktorów Frondy logicznego myślenia i wyciągnięcia, chociażby z porównania tych dwóch tekstów, wniosku, że ich podejście jest zupełnie inne, gdy piszą o seksie nastolatków hetero, niż gdy zajmują się seksem (a właściwie "seksem", wszak futrzaczkowy artykulik opiera się głównie na fantazjach autora) młodzieży homo, to jak podjąć się nauczenia ryby jazdy na rowerze. I że polemika z taką "logiką" nie ma sensu. Ale mimo wszystko, dzięki fragmentowi o awatarkach (swoją drogą w moim widniał kiedyś kaczor Daffy), który posłużył zresztą do zbudowania dramatycznej pointy o piętnastoletnim Michaelu, wielbicielu furry, do którego z pewnością niedługo się odezwie jakiś pan w stroju króliczka (do "Łukasza" się, jak mniemam, nie odezwał, no ale mógł, prawda, mógł!), owo "śledztwo" zasłużyło na upamiętnienie.

piątek, 7 września 2012

Będąc młodą skrytką

Pewnego środowego poranka, idąc pod górę i klnąc cicho pod nosem, przywalona plastikowymi płytami z hasłami w kolorze różowym, rzekłam do swojej ukochanej: "Wyobrażasz sobie, że robimy to parę lat temu?".

Ukochana, dzierżąca na ramieniu zrolowany ogromny różowy transparent, obracając się w moim kierunku i przy okazji omiatając banerem najbliższą okolicę, wysapała: "No coś ty?!".

Kilkadziesiąt minut później, próbując przybrać jak najbardziej wyuzdaną pozę na trawniku sejmowym i rozglądając się bacznie za ulubionym posłem Niesiołowskim, zaczęłam się zastanawiać, jakie wydarzenia mnie tu rzuciły. Co skłoniło akurat mnie, kobietę w średnim wieku, z jaką taką karierą, domowym zapleczem i dorastającym psem, do tego, żeby poprzedniego dnia wziąć urlop na żądanie i siedzieć w ten piękny poranek pod Sejmem. Co takiego stało się ze mną, że nie będąc żadną aktywistką, ani tym bardziej aktywistką LGBT, stałam pod tym samym Sejmem kilka tygodni wcześniej i darłam się w "szczekaczkę": "Głosuj na tak!", po czym grzecznie pomknęłam do pracy.

Im bardziej się zastanawiałam, tym mniej jasna była dla mnie odpowiedź. Musiałam wyjść z naprawdę wielu skrytek i szaf, żeby dorosnąć do tego, by się w końcu nie bać. Pierwszą, jaką pamiętam i chyba najgorszą, była skrytka chowająca mnie przed samą sobą. Pamiętam, że mając lat naście, obiecałam sobie, że nikt nie dowie się o "moim sekrecie". Z perspektywy czasu wydaje się to zabawne, ale naprawdę tak było. Siedziałam sobie w tej skrytce do 25 roku życia, kiedy to pojawiła się w moim życiu kobieta i wywaliła cały mój świat do góry nogami. Myślę teraz sobie, że musiała ze mną mieć niezłą orkę na ugorze, bo jako zodiakalny Baran jestem dość uparta. A wtedy i chciałam, i bałam się. Zawdzięczam temu czasowi i tej kobiecie otwarcie na siebie, jeszcze nieśmiałe, ale zawsze coś. Z rozpędu wyoutowałam się przed rodziną, która przez następne parę lat trwała w niemym szoko-podziwie. Prawdę mówiąc, zrobiłam sobie krzywdę. Gdybym nie zdecydowała się na życie w skrytce i kilkuletni związek z kimś, z kim dla zdrowia psychicznego obojga nie powinnam była być, to pewnie poszłoby łatwiej. A tak musiałam udowadniać, że nie, to nie kaprys, to jestem prawdziwa ja.

Po rozstaniu z moją pierwszą panią serca nastąpił etap bycia lesbijką, która odcina się od środowiska. Byłam sobie w związku, ale obie miałyśmy postawę "fajnie jest mieć koleżanki lesbijki, ale środowisko nas nie interesuje". Chodziłam na parady i tylko na nie. Poza tym zupełnie mnie "nie interesowało",  co się dzieje w świecie aktywistów, bo przecież byłam ta "normalna".  Piwko w starym Rasko i do domu.

Jak sobie o tym wszystkim myślałam, leżąc na sejmowym trawniku, powoli zaczął mnie trafiać szlag na samą siebie. Machałam do  roześmianych staruszek w przejeżdżających autokarach, a wkurzenie na siebie rosło. Zapaliłam papierosa i zaczęłam dumać nad tym, kiedy w końcu postanowiłam żyć w miarę normalnie, tzn. jak każdy świadomy i raczej inteligentny człowiek. I wyszło mi, że dopiero jakieś trzy lata temu! Cóż za marnotrawstwo. Cóż za cholerny bierny stosunek do własnego życia. Wokół mnie siedzieli ludzie młodsi o dobrych kilka lat i pewne etapy mieli już za sobą. A ja, jak ta Ziuta Roztkaczewska, przespałam ładnych parę lat życia.

Teraz jest tak, że mogę z ojcem normalnie pogadać o moim życiu. Teraz jest tak, że idę na obiad z moją ukochaną do rodziców i siedzimy normalnie przy stole, rozmawiamy. Ale wciąż jest tak, że muszę dumać, jak to zrobić, żeby kobieta, z którą jestem od trzech lat, mogła normalnie ze mną żyć. Żeby nie zastanawiać się, czy nie wybulimy do Urzędu Skarbowego za przelewy między kontami. Żeby jak Pan Joanna pójdzie do szpitala za kilka dni, normalnie dowiedzieć się o jej stan zdrowia.

Nie doczekawszy się posła Niesiołowskiego, zmieniłam pozycję na bardziej cywilizowaną. Myśli stały się jaśniejsze.

Wychodzi na to, że po kilku mozolnych latach ja zrobiłam swoje. Jestem wzorową obywatelką, w stałym związku. Nie puszczam się, nie kradnę babciom torebek, nie wywołuję burd ulicznych. Płacę podatki, oddaję składki do ZUS (choć doprawdy nie wiem, po co), płacę regularnie czynsz i kredyt. Przechodzę na zielonym świetle i zawsze mam ważny bilet. Sprzątam kupy po swoim psie. Zawsze spłacam długi. Do pracy przychodzę punktualnie. Jestem miła dla sąsiadów. Cholera! Teraz czas na moje państwo.

czwartek, 6 września 2012

Rodzice


Ostatnie dni należały do rodziców osób nieheteronormatywnych. Na początku tygodnia Polskę odwiedzili Judy i Dennis Shepardowie, których syn Matthew został brutalnie zamordowany w 1998 roku z powodu swojej orientacji seksualnej. Spotkali się z grupą mam osób LGBTQ działającą przy Kampanii Przeciw Homofobii, wzięli też udział w spotkaniu otwartym w Fundacji Batorego oraz w konferencji poświęconej przestępstwom z nienawiści w Sejmie. Judy i Dennis to, jak powiedziała jedna z osób obecnych na spotkaniu otwartym, a pomyślało pewnie znacznie więcej, wymarzeni rodzice każdego geja czy lesbijki. Cudownie otwarci, ciepli, troskliwi, mądrzy, świadomi, zaangażowani w działanie na rzecz tego, by już nigdy nikogo nie spotkało to, co spotkało ich syna. Wyjątkowi. We wtorek miałam okazję z nimi porozmawiać. Wywiad znajdziecie na Innej Stronie, tu wrzucam tylko kilka fragmentów:
Matt był dla nas najważniejszą osobą na świecie, liczyła się więc nie jego seksualność, ale on jako osoba. Był naszym synem, kochaliśmy go. Gdy powiedział nam o sobie, nic się nie zmieniło. Nie stał się nagle gejem – naszym synem, nadal był naszym synem, który tak się złożyło, że był gejem. (...)
Rozmawiałam z tysiącami osób, które również bały się reakcji swoich rodziców czy przyjaciół. (...) Ale nikt nigdy mi nie powiedział: żałuję, że zrobiłem coming out. Wszyscy mówią: żałuję, że nie zrobiłem go wcześniej. To wyzwala. Jeżeli żyjesz w kłamstwie, to cię zabija od środka. Moim zdaniem lepiej jest otwarcie być tym, kim się jest. Sekrety nigdy się nie sprawdzają. To samo dotyczy zresztą rodziców – oni również powinni mówić o swoim życiu, dzielić się z innymi tym, że akceptują swoje dzieci, opowiadać o nich, aby zmienić to nastawienie, które jest. (...)
Rozmawiając z młodymi ludźmi z Polski, odniosłam wrażenie, że czują się w jakichś sposób winni wobec swoich rodzin, że postawili je w takiej sytuacji, myślą, że to ich wina, że zostali odrzuceni. Uważają, że na to zasłużyli, bo są tacy, jacy są. W Stanach osoby LGBT miały takie podejście do siebie 50 lat temu. Dopiero po Stonewall ludzie zaczęli walczyć przeciw dyskryminacji i wszystko zaczęło się zmieniać. Jesteście obywatelami i powinniście mieć takie same prawa, jak wszyscy inni. Ale aby to osiągnąć, musicie się wkurzyć na to, co was spotyka. Na chwilę obecną nie macie nic do powiedzenia. Kiedy Bush był prezydentem, byliśmy w podobnej sytuacji, pozwalaliśmy na ustanawianie praw, które były przeciw nam. Nigdy więcej. Powinniście być wściekli za to, jak was traktują, że odmawiają wam rzeczy, które inni ludzie mają. W pewnym momencie ta frustracja i złość się pojawią i wtedy wszystko zacznie się zmieniać. 
Nie tylko Judy i Dennis dostarczyli mi (i chyba nie tylko mi) w ostatnich dniach wielu wzruszeń. Podczas sejmowej konferencji poświęconej zapobieganiu przestępstwom z nienawiści mamy osób LGBTQ odczytały apel, którego fragmenty wydrukowała między innymi "Gazeta Wyborcza".
(...) Przykazanie mówi - nie zabijaj. I nie ma wyjątków. Powiedziane jest - miłuj bliźniego swego i nie ma wyjątków. Pytam społeczeństwo - zginął, bo kochał inaczej? Bo kochał miłością niewinną? A kim jest społeczeństwo? To my wszyscy! Apeluję do społeczeństwa, a w Polsce to jest 90 procent katolików. Zacznijmy od siebie. Powiedziane - nie zabijaj, więc nie zabijaj. Powiedziane jest: miłuj, więc miłuj. Nie proszę o prawa dla naszych dzieci, bo te są im dane od zarania dziejów i ich poczęcia. Apeluję! Nie ustanawiajcie praw, które dyskryminują i pozwalają zabijać choćby słowem. Nie respektujcie ślepo ustanawianych praw wcześniej przez ludzi, których wśród nas nie ma. Już nie żyją. Zweryfikujcie je. Apeluję o przestrzeganie naturalnych praw do życia, miłości i równości. A od siebie powiem, że ja matka syna geja oświadczam, że nie będę przestrzegać i respektować praw, które godzą w życie i godność mojego syna. (...) Kochamy nasze dzieci miłością bezwarunkową. Jestem katoliczką i słyszę, jak społeczeństwo i władze Kościoła krzyczą: Bóg nie kocha naszych dzieci. A ja pytam, kiedy im to powiedział i czekam na odpowiedź. Bo mnie każdego dnia mówi: nie zostawiaj swojego dziecka. Bądź z nim. Kiedy mi to mówi, to modlę się o to, żeby mój syn był bezpieczny. Katolicy - czy wasz Bóg jest inny od naszego? (...) My, matki mówimy społeczeństwu świata: możecie nas zamykać w gettach mentalnych. Możecie zabijać w imię naszych praw. Możecie ustanowić nowe prawa dyskryminujące. To możecie! Jednak nigdy nie uda się wam uwięzić i zniszczyć miłości. To prawa ustanowione przez społeczeństwo świata zabiło syna państwa Shepard. Ale ich miłości do niego nie! Wciąż ona trwa i dzięki niej tutaj z nami są.  
Takich głosów, jak głosy tych mam, jak głos państwa Shepardów, dotąd nie było w naszym kraju słychać. A w każdym razie nie miały takiej mocy i zasięgu. Po emocjach, jakie budzą, widać, jak bardzo były potrzebne, ale też - jaką mają siłę. I jakimi sojusznikami i rzecznikami naszych spraw mogą być nasi bliscy. Jak dla mnie to ta grupa mam właśnie tworzy historię.

Na zdjęciu: Judy i Dennis Shepardowie oraz polskie mamy (i jeden ojciec) osób nieheteronormatywnych na przyjęciu u ambasadora Stanów Zjednoczonych (Dennis stoi za ambasadorem, widać fragment jego twarzy).

poniedziałek, 3 września 2012

Z pamiętnika (nie)młodej działaczki

Dawno nie było lekcji historii. Co jakiś czas namawiam Gosię, by do nich wróciła. Póki co mi się to nie udaje, tak że tym razem coś, co planowałam dopiero wtedy, gdy ona skończy swój cykl. Historia nowsza, czyli moja.

Gdańsk, rok 2003. Jestem dobrych parę lat po coming oucie i pierwszej nieszczęśliwej miłości, której reperkusje posłużyły mi za temat jednego z późniejszych kabaretowych monologów. Mam za sobą ileś tam wyjazdów i imprez organizowanych przez dziewczyny z pierwszej listy Polles (ruja, poróbstwo, lesbodramy i kawał świetnej zabawy), udane próby usportowienia trójmiejskiego środowiska (w opozycji do szlajania się po klubach, które nigdy mnie jakoś nie wciągnęło) i pierwszy "publiczny" występ w mediach, a konkretnie w amerykańskiej edycji "Super Expressu", bo tylko na taki coming out było mnie wówczas stać. Oraz niewielki staż redaktorski w portalu Kobiety Kobietom, rzecz jasna jako abs_ik, nie jako ja. Kilka lat wcześniej zaczęłam też kolekcjonować wycinki z gazet z tekstami poświęconymi osobom niehetero. Nadal je mam - zmieściły się w pudełku po butach. Dziś takie pudełko można by pewnie zapełnić w miesiąc, ale wtedy każdy artykuł o nas w mainstreamowych mediach robił wrażenie. W końcu pierwsza debata, która wywołała prawdziwą dyskusję społeczną na temat naszych praw - cykl tekstów w nieszczególnie wówczas nam przyjaznej "Gazecie Wyborczej" zapoczątkowany artykułem Jacka Kochanowskiego "Geje nie będą udawać małżeństw" - miała miejsce dopiero w sierpniu 2002 roku. Miesiąc wcześniej ukazał się specjalny numer "Więzi", w całości poświęcony homoseksualności widzianej z perspektywy Kościoła. Co ciekawe i o czym często się nie pamięta, jednym z motorów owych gazetowych dyskusji był projekt ustawy o konkubinatach, zarówno jedno-, jak i różnopłciowych, autorstwa Joanny Sosnowskiej z SLD, powstały w lutym 2002 roku.

No dobrze. Jest rok 2003 i za chwilę wydarzy się coś, czym przez kilka miesięcy będzie się ekscytować większość polskich mediów i co obnaży pokłady polskiej homofobii. A ze mnie zrobi pełnowymiarową aktywistkę. W marcu rozpocznie się zorganizowana przez KPH kampania "Niech nas zobaczą" - trzydzieści zdjęć par trzymających się grzecznie za łapki zagości na wystawach w Warszawie, Gdańsku, Krakowie, Sosnowcu i we Wrocławiu. Kilka z nich pojawi się również na billboardach, choć już tylko w Warszawie, Krakowie i Gdańsku - w pozostałych miastach firmy zajmujące się reklamą zewnętrzną wycofają się z kontraktów. Kilka tygodni przed inauguracją wystawy w gdańskiej Łaźni na forum Gazeta.pl poznam Damiana, który zaprosi mnie do grupy pracującej nad stworzeniem trójmiejskiego oddziału KPH. Po raz pierwszy spotkamy właśnie w Łaźni. I tak się to wszystko zacznie.

Nie pamiętam zbyt wielu akcji w naszym wydaniu. Na pewno w listopadzie tego samego roku współorganizowaliśmy konferencję i przegląd filmów "Homofobia. Spojrzenie z bliska", a w grudniu przygotowaliśmy spotkanie w ramach kolejnej ogólnopolskiej akcji KPH - "Jestem gejem, jestem lesbijką. Poznaj nas", na którym za geja robił Adaś, odważnej lesbijki znaleźć się nie udało, za to pojawili się nieproszeni i dość niebezpieczni goście. Było też kilka dyskusji otwartych ze specjalist(k)ami i akcja rozdawania kartek walentynkowych. Oraz zrealizowany grant na pomoc psychologiczną dla osób niehetero. Mieliśmy także ambitny plan przeprowadzenia szkoleń dla osób pracujących w ochronie zdrowia, ale polegliśmy na etapie rozpowszechniania ankiet, które miały ustalić potrzeby tego środowiska.

Pamiętam za to ludzi. Marcina, który był jednym z bohaterów kampanii "Niech nas zobaczą" i który kompletnie zburzył moje wyobrażenia o tym, jaka powinna być osoba, która nie obawia się publicznie opowiedzieć o swojej orientacji. Ot, zwykły chłopak, chyba ciut młodszy ode mnie, bezrobotny, a na dodatek były mnich, któremu ojciec przełożony pewnego dnia powiedział, aby, zamiast męczyć się w klasztorze, poszukał szczęścia na zewnątrz. Artura, który tak skutecznie próbował "wyleczyć się" z homoseksualizmu, że, za sprawą pseudodoktora, faszerował się metanabolem i mieszkanką hormonów do momentu, aż zaczął mieć poważne problemy ze zdrowiem. Dopiero wtedy poszukał pomocy u prawdziwego lekarza, w efekcie czego udało mu się nie wykończyć siebie i zyskać samoakceptację. Joannę, która po bodaj pół roku działalności zaszokowała nas heteroseksualnym coming outem - wyglądała jak typowa lesba i nikomu nie przyszło do głowy, że może nią nie być. Zbyszka od często tu wracającej "Homofobii po polsku" i Damiana, którzy krótko potem (tak jak i Adaś) wylądowali na Wyspach, i Anitę, która załatwiła pracę mojemu bratu. Kasię Bojarską, robiącą wówczas doktorat z homofobii i dzielnie promującą homoseksualizm wśród swoich studentów i studentek. Oraz moje pierwsze spotkanie z Izabelą Jarugą-Nowacką, która miała wykład podczas akcji "Homofobia. Tak to wygląda". Nie pamiętam, co mówiła, pamiętam za to, że gdzieś tam między panelami, filmami i wykładami siedziała Damianowi na kolanach.

To był niezły czas. Choć z jednej strony przerażał nas poziom polskiej homofobii, uwidocznionej kampanią "Niech nas zobaczą", a przejawiającej się między innymi częstymi wizytami smutnych panów na naszych spotkaniach, to z drugiej wszystko wydawało się układać po naszej myśli. W 2003 zakazano dyskryminacji w pracy ze względu na m.in. orientację seksualną. W 2004 pojawił się projekt senator Marii Szyszkowskiej. Przeszedł przez Senat i zatrzymał się dopiero na ówczesnym marszałku Sejmu, który nie poddał go pod obrady. Mimo że był to cios, to wydawało się, że wprowadzenie jakichś regulacji tego typu to kwestia co najwyżej kilku lat.

Po bodaj roku działalności w trójmiejskiej KPH, w trakcie której przez krótki okres byłam nawet wiceprezeską (to pierwsza i ostatnia funkcja w organizacji, jaką kiedykolwiek sprawowałam, tak samo jak zresztą KPH była pierwszą i ostatnią grupą formalną, w której się udzielałam), odpłynęłam w stronę genderów, queerów i takich tam. Zaowocowało to uczestnictwem w paru konferencjach naukowych i drugiej edycji "Girlz get united", działalnością w kole naukowym gender studies przy Uniwersytecie Gdańskim, wybraniem się na spęd kobiet, podczas którego narodziło się Porozumienie Lesbijek LBT, a w końcu zapisaniem się na warszawskie gendery. Matką tej decyzji była Bożena Keff, do dziś moja ulubiona felietonistka, która tamże wykładała, a którą bardzo chciałam poznać. Decyzja ta okazała się brzemienna w skutki. Podczas jednego ze zjazdów, a konkretnie na urodzinach Kobiety Kobietom, szczęśliwie mających miejsce w ten sam weekend, w którym odbywały się zajęcia, spotkałam Gosię. I wszystko się zmieniło. Pół roku później zamieszkałam w Warszawie.

sobota, 1 września 2012

Co on by bez nas zrobił


"Co on by bez nas zrobił?" - pomyślałam sobie, oglądając konferencję prasową zorganizowaną w piątek przez Roberta Biedronia, w której wzięły udział również osoby z akcji Miłość Nie Wyklucza i Partnerstwa dla Związków. Skąd ta myśl? Widzicie, co jest na ekranie za panią tłumaczką? Tak, to nasza tabelka pokazująca, czym się różnią od siebie poszczególne projekty ustaw o związkach partnerskich. Z której pan poseł w trakcie swojej prezentacji często gęsto korzystał. Wiem, że lekuchno się wyzłośliwiam, bo po to ona jest, by się nią posługiwać. A pomysł, by pokazać ją właśnie tam, był bardzo dobry, bo może w końcu media przestaną jak mantrę powtarzać, że jedyna różnica między projektem PO a naszymi to brak w tym pierwszym możliwości wspólnego rozliczania i zmiany nazwiska.

Na tejże konferencji pojawiła się zapowiedź skierowania do ponownego rozpatrzenia przez Sejm naszych projektów ustaw oraz zorganizowania okrągłego stołu w sprawie związków partnerskich, z udziałem przedstawicieli i przedstawicielek organizacji pozarządowych i partii politycznych. Padło też ultimatum: SLD i RP poprą projekt PO, o ile znajdą się w nim zapisy o zwolnieniu z podatku od spadków i darowizn, prawo do zasiłku opiekuńczego oraz regulacja związków z cudzoziemcami. Wszystkie pomysły moim zdaniem w porządku. Jasne, że ryzykowne, bo skoro już teraz koalicja rządząca sceptycznie patrzy na projekt PO, to nie ma powodu, by spojrzała nań życzliwiej, gdy dojdzie do niego tych kilka punktów. Tyle że naprawdę nie ma sensu wspierać czegoś, co daje to, co już teraz, dzięki pełnomocnictwom i testamentowi, możemy mieć, i liczyć, że kiedyś tam, w nieokreślonej przyszłości, się to zmieni. Tzw. kompromis aborcyjny pokazał, jak się kończą takie zabawy.

Najbardziej rozwalający moment tej konferencji to pytanie dziennikarza TVN24, czy stawiając sprawę w ten sposób, nie dajemy argumentów przeciwnikom ustawy o związkach partnerskich, że jak dadzą nam palec, to weźmiemy całą rękę. Widać w nim to, o czym już kilkakrotnie pisałam, że osoby, które powinny mieć choć podstawową orientację w temacie, tak naprawdę nie mają pojęcia, co już teraz mogą osoby pozostające w związkach niesformalizowanych, a czego nie. Że tak rozumiany palec to my mamy, a jedyna różnica jest taka, że dzięki tworowi związkopodobnemu autorstwa PO zamiast dwóch czy trzech papierków załatwimy wszystko jednym. Bo i bez owej ustawy, która przy okazji nakłada na nas obowiązki większe, niż mają małżonkowie, nie dając w zamian praktycznie nic ponad to, co już mamy, możemy brać kredyty, dziedziczyć po sobie, wspólnie mieszkać i dzielić się tym, co mamy. A uświadomienie tego mediom i politykom oraz polityczkom to niestety kolejna rzecz, która leży po naszej stronie.

Nie mam pojęcia, co z tego wszystkiego wyniknie, ale wydaje mi się, że przyjęcie projektu PO w obecnym kształcie jest gorsze niż jego nieprzyjęcie. I że nie warto dla samego faktu, że coś takiego jak związki partnerskie pojawi się w polskim prawie, ryzykować wprowadzenia rozwiązania, które na lata zamknie dyskusję w tym temacie i z którego niemal nikt nie skorzysta, dając tym samym kolejny argument osobom, które twierdzą, że związki są po prostu niepotrzebne.

Dla ciekawych - zapis konferencji: