poniedziałek, 29 października 2012

Wywiad z Winterson - kulisy


Rozmowy z osobami, które podziwiam, zawsze są dla mnie emocjonujące. Pamiętam swój pierwszy taki wywiad - z Sarą Waters. Niby byłam przygotowana, ale gdyby nie to, że Sarah jest bardzo ciepłą, przyjazną osobą, prawdopodobnie zakończyłby się on klęską. Nie dość bowiem, że byłam po prostu zdenerwowana, to jeszcze pisarka pojawiła się w umówionym miejscu, zanim przyszła tłumaczka i po tym, jak zamieniłyśmy trzy zdania, stwierdziła, że przecież świetnie sobie radzę z angielskim i nie potrzebuję pomocy. Nie wypadało zaprzeczyć, i tak wszystkie moje cudowne, skomplikowane pytania odpłynęły w słodki niebyt, bo wcale tak świetnie sobie nie radziłam. Ale udało się, choć głównie dzięki urokowi Waters.

W ostatnią sobotę spełniło się kolejne moje marzenie - udało mi się porozmawiać z Jeanette Winterson. Efekt możecie zobaczyć na Innej Stronie. Choć sam wywiad wyszedł, mam wrażenie, dobrze, to to, co się przed nim działo, zapamiętam na długo. Bo naprawdę niewiele brakowało, bym spanikowała i z realizacji tego marzenia po prostu zrezygnowała. Co się wydarzyło? Na początku może wyjaśnię, dlaczego o tym piszę. Nie po to, aby się wyżalić, bo nic złego mnie nie spotkało, przeciwnie - było to wspaniałe doświadczenie. Sęk w tym, że mogło takie nie być, gdyby nie to, że parę osób zadzwoniło do mnie w dniu wywiadu i ostrzegło, że niektórych pytań pisarce zadawać nie należy, bo może odmówić nie tylko udzielenia odpowiedzi na nie, ale w ogóle całej rozmowy (to nie przesada, naprawdę zdarzają się takie sytuacje). W efekcie na ostatnią chwilę zmieniałam koncepcję rozmowy, a i tak nie byłam pewna, czy trafnie odgadłam, co Winterson lubi, a czego nie, i czy mnie nie pogoni (co byłoby wystarczająco przykre nawet gdybym nie była jej wielbicielką). Tak że mam nadzieję, że ten wpis pomoże przyszłym potencjalnym rozmówcom i rozmówczyniom pisarki. Oraz organizatorom i organizatorkom spotkań z nią.

Jakich zatem pytań nie lubi Winterson? Niespodzianka - dotyczących jej twórczości. A konkretnie tego, co jest w książkach i co każdy i każda może sobie przeczytać. Nie ma więc opcji, by jeszcze raz opowiedziała to, co już napisała. Nie ma też co się zagłębiać w bolesne szczegóły z jej życia opisane chociażby w "Po co ci szczęście, jeśli możesz być normalna?" Choć to akurat chyba jest zrozumiałe - w końcu gdy ma się dziesięć półgodzinnych wywiadów w ciągu dnia, to niekoniecznie ma się ochotę opowiadać o tym, jak spędzało się za karę noce na progu własnego domu czy w komórce na węgiel. A na jakie pytania odpowie? Ja odniosłam wrażenie, że lubi sobie po prostu sobie z dziennikarzem czy dziennikarką porozmawiać. O życiu, wszechświecie i całej reszcie. Oraz że lubi, gdy jej się mówi, jak bardzo się ceni jej twórczość. Co akurat w moim przypadku trudne nie było.

Również organizując spotkanie z pisarką, można trafić na rafę, co świetnie było widać w czwartek w Krakowie, gdzie po prostu nie odpowiedziała na pytania zadawane przez prowadzącą spotkanie Bożenę Keff, i, trochę mniej, w piątek w Warszawie, gdzie też mówiła, co chciała, ale przynajmniej nie okazywała, że pytania Marty Konarzewskiej ją irytują. Winterson sama prowadzi spotkania z czytelnikami i czytelniczkami, a ewentualna dodatkowa osoba jest jej potrzebna jedynie do trzymania mikrofonu i powiedzenia kilku słów na początku. Co bynajmniej nie sprawia, że nie jest fajnie - jest. Pisarka jest cudowną mówczynią, świetnie łapie kontakt z ludźmi i nawet jeśli zdarzy jej się na kogoś nawarczeć, bo zada "złe" pytanie, to zazwyczaj większość osób i tak jest zachwycona. Tyle że po prostu nie warto dawać jej do pary osób, które mogłyby chcieć powiedzieć coś więcej poza tym, z kim właściwie jest dane spotkanie.

I w zasadzie tyle - mam nadzieję, że komuś się to przyda i pomoże uniknąć ewentualnych przykrości. Ja w każdym razie jestem bardzo wdzięczna tym osobom, które zadzwoniły do mnie w sobotę i dzięki którym, zamiast potencjalnego horroru (bo tak, oczywiście, że pierwotnie zamierzałam rozmawiać o jej nowej książce), przeżyłam naprawdę wspaniałe pół godziny.

Fot. miive

piątek, 26 października 2012

Po co ci szczęście...


Jeanette Winterson napisała kolejną książkę. Po roku od wydania brytyjskiego mamy polskie. Jest to autobiografia, a zarazem nadal jest to stara dobra, przez jedne kochana, przez innych znienawidzona Winterson. Trzy powody do radości. A nawet cztery, bo w końcu nikogo nie będzie kusić, by pytać, co z tego wydarzyło się naprawdę, a co nie. Bo, inaczej niż w przypadku "Nie tylko pomarańczy" (i pozostałych rzeczy też, ale to właśnie ta książka najczęściej dostaje łatkę "autobiograficzna"), nie otrzymujemy znośnej dla autorki wersji tego, jak było, ale coś, co rzeczywiście było i o czym nie była w stanie dotąd opowiedzieć. Nie znaczy to, że "Po co ci szczęście, jeśli możesz być normalna?" to zamknięta historia, wzorcowa autobiografia spod znaku "urodziłam się, przeszłam przez tyle a tyle etapów mojego życia, a teraz jestem tu i tu". Mamy Winterson dziecko, nastolatkę, a w końcu studentkę pierwszego roku na uniwersytecie w Oksfordzie. Oraz Winterson teraźniejszą, decydującą się na odnalezienie biologicznej matki. I dwadzieścia pięć lat przerwy między tymi historiami, w czasie których jej adopcyjna matka zmarła, a ona stała się tym, kim się stała, ale też nie poradziła sobie z tym, co przeszła do momentu, gdy w wieku szesnastu lat na zawsze opuściła dom. O ile w ogóle był to jej dom.

Pani Winterson (albo pani W.), jak nazywa swoją adopcyjną matkę autorka, była potworem. Jej metody wychowawcze ograniczały się do bicia, zamykania w komórce na węgiel, zostawiania Jeanette na całą noc na dworze, palenia jej książek, podrzucania do jej śniadania karteczek z sentencjami z Biblii i przypominania, że jest dzieckiem diabła, który podstępem zaprowadził ją i jej męża do złej kołyski. Pierwszą dziewczynę próbowała z córki wyegzorcyzmować. Przy drugiej postawiła ultimatum - albo już nigdy się z nią nie spotka, albo opuści dom. To wtedy padły słowa, które posłużyły za tytuł książki. Jeanette próbowała wytłumaczyć matce, że dzięki temu związkowi jest szczęśliwa. W odpowiedzi dostała pytanie, czemu nie może być po prostu normalna.

Historia opowiedziana w pierwszej części "Po co ci szczęście..." nie jest miła, a pozostałe są niewiele weselsze. Przetrwała, to już wiemy. Spała w samochodzie, pracowała na targu, w międzyczasie skończyła szkołę i dostała się, jako "klasowy eksperyment", na studia. Uratowały ją książki, miłość i chęć opowiedzenia swojej historii, zupełnie innej, niż ta, którą przez całe życie opowiadała jej pani Winterson. Uratowały, ale nie pozwoliły uporać się z tym, co jej zrobiła. Trzecia część, współczesna, zaczyna się śmiercią jej ojca, odejściem partnerki i próbą samobójczą. A kończy odnalezieniem biologicznej matki. Oraz przebaczeniem pani Winterson, która, jak stwierdzi pisarka, była potworem, ale jej potworem. Przebaczenie nie oznacza zapomnienia, ale oznacza, że można iść dalej.

"Po co ci szczęście, jeśli możesz być normalna" wbrew pozorom nie jest ponurą książką. Winterson nie straciła swojego poczucia humoru, umiejętności zabawnego opowiadania o rzeczach, które nie są zabawne. Historie o tym, jak jej matka postanowiła ugościć jej czarnoskórą przyjaciółkę, podając jej na śniadania, obiady i kolacje wyłącznie potrawy z ananasem w roli głównej (bo ktoś jej powiedział, że ONI lubią ananasy), czy o elektrycznym gorsecie noszonym przez panią W., są cudownie absurdalne. Nie brak tam też dygresji, bez których trudno sobie wyobrazić książki Winterson, tym ciekawszych, że stanowiących klucz i do jej charakterystycznego stylu pisania, i do powracających w jej książkach motywów, jak "dlaczego miarą miłości jest jej utrata" czy "opowiadam wam bajki, wierzcie mi", i do jej feminizmu. Słowem prawdziwa gratka dla miłośników i miłośniczek pisarki, bo nie tylko dostają jej kolejną książkę, ale też książkę, w której odpowiada na sporo pytań o to, dlaczego pisze tak, a nie inaczej, a na dodatek robi to tak osobiście, jak nigdy dotąd.

Choć nadal najważniejsza jest pani W.

niedziela, 21 października 2012

Daleka północ w bliskiej Polsce


W ramach fazy chcę obejrzeć film z Charlize Theron i nie chcę, by to była "Królewna Śnieżka i łowca" (brr) ani "Prometeusz" (mniejsze brr, ale nadal nie był to superfilm) sięgnęłam ostatnio po "Daleką północ". To klimatyczny i cudownie obsadzony (oprócz Charlize zagrali tam między innymi Frances McDormand, Sissy Spacek i Sean Bean) film Niki Caro z 2005 roku o tym, jak pracownice kopalni żelaza w Minnesocie złożyły pozew zbiorowy przeciw właścicielowi firmy o molestowanie seksualne w pracy. Co ciekawe, choć chyba nie dziwne, historia ta wydarzyła się naprawdę, a ów proces był wówczas (lata 80. i 90. ubiegłego wieku) wydarzeniem bez precedensu.

Szukając informacji o "Dalekiej północy", trafiłam na sporo komentarzy w rodzaju "no tak, biedne uciskane kobiety i źli faceci, Kazia Szczuka będzie zachwycona". Nie wiem, czy którakolwiek z osób dzielących się tego typu opiniami obejrzała ten film, jeśli tak, to cóż - może warto zrobić to ponownie. Bo Niki Caro nie opowiada o złych facetach. Opowiada o mechanizmach przemocy seksualnej. Goście z kopalni poza pracą nie są potworami. Nie krzyczą "cipy!" za kobietami na ulicach, nie chwytają za tyłki żon i córek kolegów, nie próbują ich gwałcić, nie włamują się do ich domów i nie wypisują kałem na ścianach wulgaryzmów, nie podrzucają im sztucznych penisów do garnków. Może i nie są ideałami, ale doskonale wiedzą, że w takich zachowaniach jest coś mocno nie tak. Kłopot w tym, że o ile wszystkie inne miejsca należą ich zdaniem tyleż do kobiet, co do mężczyzn, to kopalnia jest ich i tam pozwalają sobie na to wszystko, czego poza nią by nie zrobili. A jeżeli kobiety chcą w niej pracować, to muszą dostosować się do panujących tam zasad i grać zgodnie z nimi, albo zaciskając zęby i ignorując zaczepki, albo stając się "facetami" i grając z prześladowcami w ich grę.

I tak jest, bo być "musi", dopóki w kopalni nie pojawi się grana przez Theron Josie. Która najpierw będzie próbowała przekonać kolegów do zmiany zachowania, później, gdy molestowanie nie ustanie, pójdzie na skargę do zarządu, który poradzi jej, by się zwolniła, a w końcu, gdy, oprócz dwójki jej przyjaciół, całe miasteczko z jej ojcem (pracującym w tej samej kopalni) i koleżankami z pracy włącznie zwróci się przeciw niej i próbom zmiany tego, czego według innych zmieniać nie należy, uda się do sądu. I, po długiej batalii, wygra - odszkodowanie dla siebie i innych kobiet, które do niej w końcu dołączą, i przepisy chroniące przed molestowaniem w pracy. W rzeczywistości ta historia wyglądała, niespodzianka, znacznie gorzej. Lois E. Jenson, na której wzorowana była postać Josie, walczyła o godne traktowanie w sumie przez 23 lata. A szykany objęły też włamania do jej domu i zastraszanie dzieci.

"Daleką północ" warto obejrzeć, bo jest i dobrze nakręcona, i świetnie zagrana, i ma znakomitą ścieżkę dźwiękową, i w niczym nie przypomina (też dobrej) "Erin Brokovich", i reżyserka nie uśmierca postaci granej przez Seana Beana. Ale nie tylko dlatego piszę o filmie Caro. W końcu "męski świat", do którego reguł wkraczające doń kobiety "muszą" się dostosować, to według niektórych nie tylko kopalnie, ale też np. piłka nożna czy polityka. Ot, parę dni temu rzecznik SLD błysnął wypowiedzią, że jeśli ministra Mucha jest w ciąży i nie ma przez to czasu zajmować się swoim resortem, to tym bardziej powinna złożyć rezygnację. Wprawdzie szybko poszedł po rozum do głowy i przeprosił samą zainteresowaną, ale w międzyczasie wsparł go określający się jako "feminista" Krzysztof Mróź z tej samej partii, dzieląc się między innymi takimi przemyśleniami: "Jezeli kobiety chca uczestniczyc w polityce na rownych prawach to taki polityczny klaps nie powinien ani Pania minister Muche czy genderowe feministki interesowac" czy "Jezeli kobiety chca grac w pierwszej lidze polittycznej to nie moga byc mimozami" (zachowałam oryginalną pisownię). Inaczej mówiąc, według pana Mrozia kobiety, wchodząc do polityki, muszą się uodpornić na seksizm. Bo to nie jest ich świat, a jedynie miejsce, do którego mogą aspirować, o ile dostosują się do panujących tam reguł. A jeśli chcą je zmienić? To się im powie, że są przewrażliwione, i przypomni, że nie grają w pierwszej lidze. Albo oskarży o brak poczucia humoru.

Poglądy pana Mrozia nie skutkują zapewne podrzucaniem koleżanek sztucznych penisów do szafek, ale mają dokładnie to samo źródło co molestowanie w wykonaniu współpracowników Lois E. Jenson. Przekonanie, że to on i jego koledzy dyktują w ich pracy warunki, a jeśli jakiejś kobiecie się to nie podoba, to najwyraźniej się do wybranego zawodu nie nadaje. A to tylko jedna historia z dalekiej północy w bliskiej Polsce. Choć o tyle znacząca, że głównymi bohaterami są politycy partii uważającej się za lewicową i prokobiecą.

wtorek, 16 października 2012

Kolory jesieni


Kolory jesieni są cudowne, nie sądzicie? Wielobarwność tej pory roku zawsze mnie zachwycała, ale nigdy nie tak jak teraz. Powód? Mogę tę feerię barw zobaczyć. Mogę siedzieć z podwiniętymi nogami, laptopem na kolanach i pisać tę notkę. Mogę, bo widzę. I mojemu wzrokowi raczej już nic nie zagraża.

Kiedy czasem zaczynam marudzić, że moje leczenie jeszcze tyle potrwa, myślę o tym, co napisałam powyżej, i jakoś tak od razu przestaję kwękać.

Choroba, która mnie dotknęła, jest chorobą z cyklu upierdliwych, przewlekłych i, jak to ze mną bywa, zaleczalnych, lecz nieuleczalnych. Dopadło mnie bowiem dwóch kolesi o wdzięcznych nazwiskach Graves i Basedow. Choroba Gravesa-Basedewa to autoimmunologiczna choroba tarczycy. Jednym z jej mniej fajnych objawów jest orbitopatia, która charakteryzuje się między innymi wytrzeszczem oczu. Leczona jest sterydami, a tych z kolei efektem ubocznym jest zbieranie się wody w organizmie, co powoduje ogólne opuchnięcie. Ja przez dłuższy czas wyglądałam jak bardzo, bardzo wkurzony chomiczek.

Przy orbitopatii może pojawić się również neuropatia, czyli nacisk na nerw wzrokowy. Nieleczona prowadzi do utraty wzroku. Leczenie jest długotrwałe. U mnie to serie tzw. pulsów sterydowych dożylnie, potem naświetlania oczodołów, a w trakcie jeszcze ich operacyjna dekompresja. Takich sytuacji jak ponowna dekompresja, czy też wycięcie tarczycy, nie planuję. Wyraźnie bowiem powiedziałam swojej tarczycy, że ja bez niej przeżyję, ale ona beze mnie stanie się zwykłym odpadem medycznym. Tak więc ma przestać się wygłupiać i zacząć pracować normalnie.

Piszę o tym z dwóch względów. Po pierwsze, żeby się nieco wyżalić, a co. Po drugie i ważniejsze dlatego, że nie wiem, czy to nie przez własną głupotę i zaniedbanie zafundowałam sobie całą powyższą przygodę. Rok temu bowiem pewna lekarka zasugerowała mi, żebym zrobiła sobie badania krwi w kierunku hormonów tarczycy. Nawet chciałam, ale zawsze coś mi wypadało, a głównie oczywiście praca. Brak czasu, a jak już trafiałam do lekarza, to zapominałam poprosić o odpowiednie skierowanie. Kto wie, czy gdybym wtedy zaczęła leczyć nadczynność tarczycy, teraz też bym miała tak wątpliwej jakości przeżycia.

Na moje poczucie własnego debilizmu zbawienny wpływ mają lekarze, którzy twierdzą, że wcześniejsze rozpoznanie choroby i kuracja nie miałyby wpływu na to, co się teraz dzieje. Bardzo chciałabym im wierzyć, ale moją wątpliwość budzi to, że być może chcą kryć swoich kolegów (i koleżanki też) po fachu, którzy i które przez miesiąc (14 lekarzy, 3 wizyty na ostrym dyżurze w 3 szpitalach) nie potrafili zdiagnozować przełomu tarczycowego. Więcej, nikt z nich nie zlecił kobiecie w średnim wieku odpowiednich badań. Dopiero Ewa i dr Google podpowiedzieli, co mi jest. Swoją drogą to cudowny widok, kiedy Ewa dyktuje lekarce, jakie badania ma mi zlecić (ja byłam już tak słaba, że bez mojej żony ruszać się nie byłam w stanie, a w gabinecie natychmiast zajmowałam kozetkę). W związku z tym nadal nie czuję się rozgrzeszona. Cieszę się tylko, że moja głupota i zaniedbanie nie skończyły się czymś gorszym.

Jak się okazało, nie jestem w tym wszystkim sama - ostatnio również kilka moich przyjaciółek miało więcej szczęścia niż rozumu i w ostatniej chwili udało się lekarzom co nieco w ich organizmach naprawić, dzięki czemu dzisiaj mogą wieść spokojny i w miarę, jak nie całkiem, zdrowy żywot.

Do czego zmierzam? Ano do tego, że jasne, że w wielu przypadkach winę za złą diagnozę ponoszą lekarze (patrz wyżej), ale w jeszcze większej liczbie winni jesteśmy sami. Nasza bezmyślność, zaniedbanie, odkładanie na jutro może być dla nas wręcz zabójcze.

Ilu z was, czytających te słowa, zrobiło sobie w ostatnim roku rzetelne badania, takie od A do Z? Kiedy, drogie czytelniczki, ostatni raz zrobiłyście sobie cytologię? A badanie piersi? Uwierzcie, nieważny jest wiek, w szpitalu nie spotykam tylko osób w moim wieku i starszych. Zdaję sobie sprawę, że nieco (?) moralizuję, ale ktoś kiedyś powiedział „uczcie się na cudzych błędach, wszystkich nie zdążycie popełnić”. I jakkolwiek miło by mi było przeczytać w komentarzach, jaka to jestem dzielna, że życzycie mi powrotu do zdrowia i że wszystko będzie dobrze, wolałabym, abyście napisali i napisały, że dzięki temu tekstowi umówiłyście się na wizytę u ginekologa, poszliście po skierowania na badania. Albo też że jesteście mądrzejsi i mądrzejsze niż ja i po prostu robicie to regularnie.

PS Podaję namiary na sprawdzonych lekarzy:
Ginekolożka: Anna Wiczyńska-Zając, przyjmuje w Dantex Medzie w Warszawie, tel. 22 636 81 71
Endokrylonolog: Piotr Miśkiewicz, http://www.endokrynolog.org/kontakt.
Okulistka: Alina Szajkowska, przyjmuje między innymi u optyka przy ul. Duracza 6, Warszawa, w poniedziałki, tel. 22 633 28 02

Fot. Wingchi, Wikimedia Commons

sobota, 13 października 2012

Ania Laszuk nie żyje


Miałyśmy z Gosią taką głupią zabawę - ilekroć spotykałyśmy Anię Laszuk na jakiejś imprezie, pokazywałyśmy ją palcami i piszczałyśmy: "Ojej, zobacz, to Anna Laszuk, ta słynna dziennikarka. Zobacz, pomachała nam, uśmiecha się do nas!". Anka zawsze reagowała tak samo: "No byście już przestały!". Przestawałyśmy i witałyśmy się, jak należy. A następnym razem robiłyśmy dokładnie to samo.

Gosia poznała Anię jakieś dwadzieścia lat temu, w czasach, gdy do zaprzyjaźnionych klubów przychodziło już tak dużo dziewczyn, że zaczęły się tworzyć grupki. Tę, w której była Ania, Gosia i jej przyjaciółki nazywały kołem gospodyń wiejskich. Po latach dowiedziałyśmy się od Ani, że jej grupa mówiła dokładnie to samo o ekipie Gosi.

Ja znałam Anię głównie z pracy. Mijałyśmy się na korytarzach, czasem znalazłyśmy chwilę, by pogadać. Ostatni raz w marcu tego roku, gdy radziła mi, jak negocjować z wydawcami. Rozmawiałyśmy wtedy o jej książkach, o tym, jak fantastycznym doświadczeniem jest dla niej pisanie i że niemal mi zazdrości, że też dostałam taką propozycję i będę mogła przeżyć ten pisarski rausz. Pozostawiła dwie książki - "Dziewczyny, wyjdźcie z szafy!" i "Małą książkę o homofobii". Obie świetne, obie przełomowe - pierwsza też dla niej, bo przecież wtedy i ona wyszła z szafy. I dała się sfotografować nago, owinięta tylko w folię, na potrzeby comingoutowego wywiadu. Pisała felietony do "Repliki", które czasem mnie wkurzały, i była naczelną magazynu lesbijsko-feministycznego "Furia". Ponoć prowadziła go żelazną ręką. Może i tak, nie wiem. Napisałam dla niej tylko jeden tekst. Ostatnio chciałam się zgłosić z pomysłem na kolejny.

Uwielbiałam przychodzić do niej do studia. Z nikim w radiu mi się tak dobrze nie gadało, nikt też chyba nie potrafił tak ciepło i na luzie, a z drugiej strony tak mądrze prowadzić audycji. Nadal nie wierzę, że już nigdy więcej nie zobaczę jej w słuchawkach, po drugiej stronie stołu. Że, przechodząc obok, nie pomacham jej przez szybkę.

Aktywistka, pisarka, dziennikarka... Robiła tak wiele, że niemal każdy o niej słyszał, a mnóstwo ludzi miało okazję poznać ją osobiście. Trudno zliczyć, ilu osobom jej będzie brakować. Już brakuje.

Żyła 43 lata. Dziś przegrała z chorobą nowotworową.

Fot. kampania "Nie czytasz? Nie idę z Tobą do łóżka".

czwartek, 11 października 2012

Historia pewnego ogłoszenia

Takie oto ogłoszenie zawisło wczoraj w domu studenckim Żwirek należącym do Uniwersytetu Warszawskiego:
Kilka godzin po tym, jak powiesiłam jego zdjęcie na naszym profilu na Facebooku, sprawę opisały Inna Strona i Gazeta.pl. Co im się udało ustalić? Że karteczka znikła tak szybko, jak się pojawiła. Że według anonimowej pracownicy akademika, z którą rozmawiała dziennikarka IS, nie ma w tym ogłoszeniu nic dziwnego, wszak takie związki są nienormalne, więc po co je uwzględniać. Oraz - tu będzie dla odmiany coś miłego - że zupełnie inaczej myśli kierowniczka akademika Olga Skonecka (to ona zerwała kartkę), która wyjaśniła, że ogłoszenie jest inicjatywą rady mieszkańców, a ona nie ma nic przeciw temu, by nocowały również osoby będące w związkach jednopłciowych. Wieczorem sprawa wyjaśniła się do końca - wyszło na to, że w samozwańczego obrońcę moralności zabawił się jeden z członków rady, który woli pozostać anonimowy. I miał to być według niego żart, tyle że zapomniał dodać na końcu uśmiechniętą buźkę.

I wydawać by się mogło, że wszystko jest już w porządku, tak że jedyne, co pozostaje, to pogratulować sobie nagłośnienia sprawy. Tyle że to nieprawda. Bo takie ogłoszenia nie biorą się znikąd. Po tym, jak wrzuciłam tę fotkę na Facebooka, odezwało się do mnie kilka osób. I wszystkie napisały mniej więcej to samo - że atmosfera w tym akademiku zawsze była homofobiczna, tyle że jak dotąd nic tak ewidentnego nie wypłynęło. Nie sądzę też, by dotyczyło to jedynie tego konkretnego domu studenckiego, za to symptomatyczne jest, że dotyczy właśnie tego - należącego do uczelni uznawanej raczej za liberalną, położonej ponoć w jednym z najbardziej otwartych miast w Polsce. Bo to oznacza, że gdzie indziej może być jeszcze gorzej.

Sporo się ostatnio pisze o homofobii w szkołach - i bardzo dobrze. Tyle że, jak widać, również później nie zawsze jest lepiej, a rówieśnicy i równieśniczki, mimo że niby już dorośli i dorosłe, potrafią dopiec równie mocno. I okazuje się, że nie wystarczy wyrwać się z domu i z dawnego otoczenia, by w końcu móc odetchnąć pełną piersią i żyć choć w miarę otwarcie. Bo jakoś nie sądzę, by po tym numerze osoby niehetero ustawiły się w kolejce do rady mieszkańców, aby podać nazwiska swoich partnerów i partnerek. Niby to nic wielkiego - ot, wybór między noclegiem w mieście i ukrywaniem się a noclegiem w akademiku. Tyle że to nie jest normalne, by bać się skorzystać z praw, które się ma.

Swoją drogą, nie rozumiem, po co w ogóle musieć się tłumaczyć z tego, kogo się nocuje. Limity (trzy razy w miesiącu) jeszcze jestem w stanie pojąć, choć z trudem, ale to, kto, z kim i dlaczego nie powinno nikogo poza samymi zainteresowanymi obchodzić. 

środa, 10 października 2012

Niehigieniczny PRL


"Jak mam o siebie dbać w PRL-u? Jak sobie poradzić bez odżywki najnowszej generacji, bez depilatora i mikrodermabrazji? Te pytania nie dają mi spokoju, od kiedy na nocnych pogaduchach z przyjaciółmi zobaczyłam rząd ogolonych kobiecych nóg. Ja swoich nie golę od paru tygodni." Oto początek artykułu, który przeczytacie tu. Jest to fragment książki napisanej przez dwójkę młodych ludzi, którzy przeprowadzili "niesamowity" eksperyment i przenieśli się w czasie do lat 80. ubiegłego stulecia. Gdyby chociaż użyli wehikułu czasu, ale nie. Zamieszkali w M-3 (dla nieuświadomionych - dwa pokoje z kuchnią), on zapuścił wąsy, a ona przestała golić nogi i zrobiła sobie trwałą. O swoich przeżyciach napisali książkę "Mój mały PRL".

Już po przeczytaniu tego wstępu powinnam rozsądnie i z dbałością o swoje zdrowie (stres mi wyjątkowo szkodzi) zarzucić czytanie. Ale nie. I mam za swoje. Otóż dowiedziałam się z lektury, że kobiety w latach 80. wszystkie bez wyjątku miały trwałą, chodziły w bistorowych sukienkach, nie goliły nóg i pach, podczas okresu używały tylko waty, bo nie było podpasek ani tamponów, nie używały dezodorantów, bo ponoć też ich nie było, używały za to jakichś tragicznych śmierdzących szamponów. Generalnie wszyscy śmierdzieli.

Przeczytałam raz, przeczytałam drugi raz i się przeraziłam, że moja choroba i związane z nią problemy z pamięcią są poważniejsze niż myślałam. Skonsultowałam się więc nie tylko z Ewą (chociaż gówniara – czułe określenie mojego brata – ale co nieco z lat 80. pamięta), ale także z moją rodziną. Oto jak według rodu Rawińskich wyglądała sytuacja:

Oprócz braku towarów związanego z zawirowaniami na początku lat 80. XX wieku (strajki, stan wojenny), później nie było tak źle. Tampony (OB) i podpaski (bodajże Bella i o zgrozo bez skrzydełek; tak na marginesie, „fruwające” podpaski pojawiły się na świecie w 1994 roku) były dostępne zarówno w aptekach, jak i w kioskach Ruchu. Nie wiem, jak tampony, ale podpaski, chociaż miały klej, i tak się przesuwały. Fakt, było to dość niewygodne i nierzadko krępujące, kiedy podpaska próbowała wydostać się ze spodni od strony czterech liter.

Szampony pamiętam firmy Pollena – brzozowy i rumiankowy. Później pojawiły się jakieś zagraniczne, ale po początkowym zachwycie wróciłam do naszych rodzimych. Nie dostawałam po nich łupieżu.

Dezodoranty. Fakt, chyba był z nimi jakiś problem, ale do dzisiaj pamiętam jeden z nich, polskiej produkcji, w atomizerze, którego zapach mnie zniewolił. Niestety nazwy nie pamiętam, jedynie to, że żadne 8x4 czy mityczne już fawkulce nie było go w stanie pobić. A skoro przy pachnidłach już jesteśmy, to właśnie w tych czasach dostałam swoje pierwsze perfumy marki Opium, a moja rodzicielka wzdychała do niedostępnych dla niej finansowo, a stojących na sklepowych półkach perfum Channel 5. Oczywiście były też słynne perfumy Biały bez – wyjątkowe paskudztwo.

Proszki do prania z tamtych czasów to IXI, OMO i E. U nas używany był ten pierwszy. Celem zmiękczania tkanin rodzice dosypywali wiórków szarego mydła. Jakoś nie pamiętam, abym drapała się po nich jak po obecnych proszkach. A co do ich możliwości, napiszę tylko, że talenty pralnicze mojej matki można zobrazować dowcipem: "Kochanie, zobacz, twoja koszula jest śnieżnobiała po praniu. – Dziękuję najdroższa, ale wolałem, jak była w paski".

Mydło najbardziej lubiłam dziecięce i na szczęście było ono dostępne. Inne też, ale pachniało zielonym jabłuszkiem, fuj.

Nogi i pachy goliłam maszynką ojca, który, zaciąwszy się po raz kolejny, kazał mi albo używać zużytych żyletek, albo kupić swoje własne. Dla świętego spokoju i całej twarzy mojego taty tak też uczyniłam - udało mi się z trudem zdobyć własne. Coś szybko znikały, ponieważ tatuś mi je podkradał.

Fakt, ludzie śmierdzieli potem. Co ciekawe, mając teraz dużo, dużo i jeszcze raz dużo większą różnorodność środków do higieny osobistej, również śmierdzą.

Co do strojów i sukienek z bistoru. Osobiście byłam abnegatką, ale jako że uczulały mnie wszystkie sztuczne tkaniny, musiałam nosić bawełnianą bieliznę i ją nosiłam. Za to moje znajome z liceum chodziły naprawdę fajnie i gustownie ubrane. A fryzury były różnorakie. Trwałe jakoś mi się po oczach specjalnie nie rzuciły, a uwierzcie, zwracałam na to uwagę.

Jasne. Czasy PRL to nie był raj. To czas w najlepszym wypadku gorzkiej czekolady i wyrobów czekoladopodobnych. Ale irytuje mnie fakt, że ktoś, a dokładniej dwoje ktosiów (nazwisk nie wymieniam celowo, bo litościwa jestem) opisuje swój durny eksperyment bez przeprowadzenia rzetelnego rozeznania i na podstawie opinii jednej sąsiadki. Wyobraźcie sobie, że podobne im osobniki na początku XXII wieku, opierając się na podobnych przesłankach, będą chciały opisać nasze czasy. I wyjdzie im na przykład, że kobiety były spalone na solarium, pachniały konglomeratem podrobionych perfum znanych marek i ostrych dezodorantów z antyperspirantem, zaopatrzone były w zestaw tipsów, ubrane w minispódniczki zrobione ze skóry z węża strażackiego, bluzeczki odsłaniające pępek i kurtki ze sztucznym futerkiem, i wymalowane jak ściana z graffiti. Mężczyźni zaś chodzili w dresach, a na szyi nosili złote łańcuchy. Tylko smród przebijający spod perfum i wody kolońskiej pozostanie ten sam.

Ech.

PS A produkty firmy o wdzięcznej nazwie Biały Jeleń dotąd niepodzielnie królują w naszej łazience.

poniedziałek, 8 października 2012

Tak wygląda normalny gej

W odpowiedzi na historię w gimnazjum w Wiązownicy na Facebooku powstał profil "Homoseksualizm to nie choroba". Niestety słabiutki, choć temat aż się prosi o mądrą dyskusję (o co nietrudno, wystarczy pokazać takie zjawisko jak ruch eks-eks-gejów czy historię doktora Roberta Spitzera, która nie wiedzieć czemu nadal służy za argument piewcom teorii o "uleczalności" homoseksualizmu), tak że i wielu lubiących, mimo sporej akcji spamowania "pokrewnych" stron, uzbierać się nie udało. Nie żebym miała do twórczyń tej stronki specjalne pretensje - w końcu początki bywają trudne. Polubiłam zatem i czekałam, aż się rozkręcą, bo lubię, jak ludziom się chce. Dziś jednak przestałam lubić. Bo po paru dniach wrzucania dość miałkiego kontentu pokazało się na niej takie coś:

Idea? Chyba oczywista, zresztą jedna z administratorek potwierdziła ją w komentarzach:

Rzecz jasna takie poglądy to nic dziwnego, nadal całkiem sporo osób uważa, że fajnie, cool i jakże oryginalnie jest nadawać na ludzi, którzy są mniej normatywni niż hipotetyczna większość. Choć nie da się ukryć, że jeśli się tworzy stronę, której celem jest pokazanie, że homoseksualizm to nie choroba, to wybitnie słabo wygląda na niej szukanie winnych przeświadczenia, że z osobami niehetero jest coś nie tak, we własnych szeregach. Szczególnie że, tu mam kiepską wiadomość dla twórczyń tego fanpage'a, osoby wierzące w konieczność "leczenia" z homoseksualności nie rozróżniają gejów i pedałów - są za tym, by "terapii" poddać wszystkich bez wyjątku.

Parę godzin później, w odpowiedzi na protesty jednego z użytkowników, pokazało się coś takiego:

A w końcu obrazek zniknął z profilu, pojawiło się za to, hm, tłumaczenie:

W moim prywatnym rankingu przeprosin te zasługują co najmniej na miejsce w pierwszej dziesiątce. Tak, niewątpliwie, zamieszczenie obrazka nie miało na celu tego, co miało. Po prostu wrzucająca dostała pomroczności jasnej i tak jej się wstawiło a potem skomentowało (nawet kilka razy) zupełnie inaczej, niż chciała. Niesamowite, swoją drogą, że czy "przeprasza" artysta, czy producent zupek, czy twórczynie "funpage'a" (skąd się tylu osobom ten "funpage" bierze, tak na marginesie?), zawsze brzmi to tak samo: to nie był nasz cel, ludzie źle nas zrozumieli.

Podsumowując, mamy trzy razy "źle". Słabą stronę. Wykluczające treści. I robienie z ludzi idiotów. Słowem idealny przepis, jak skopać sprawę, która, jakby nie patrzeć, jest po prostu ważna. Dobre jest jedynie to, że to tak naprawdę burza w szklance wody, bo stronka zasięg ma mikry i większego raczej nie zdobędzie. A może przy okazji ktoś się czegoś nauczy, czego twórczyniom serdecznie życzę.

Dziękuję Markowi za udostępnienie zrzutów ekranu.

piątek, 5 października 2012

Można go leczyć. A nawet trzeba


Kilka miesięcy temu prowadziłam warsztaty dziennikarskie dla kobiet powyżej pięćdziesiątego roku życia. Tematyka niby mało kontrowersyjna, w końcu jakie spory ideologiczne miałyby niby wyniknąć z tego, że w internecie lepiej sprawdzają się tytuły informacyjne niż literackie, krótkie akapity, a nie ściana tekstu, czy że warto zadbać nie tylko o sam tekst, ale też o stronę wizualną - zdjęcia, filmy i temu podobne. A jednak - wynikły. Bo, przygotowując materiały ilustrujące dobre i złe praktyki, wybrałam między innymi kilka artykułów, w których pojawiły się takie nazwiska jak Lis czy Kaczyński. A że uczestniczki warsztatów miały poglądy przeróżne, od prawa do lewa, to, zamiast dyskutować o tym, czy pokazywane przeze mnie teksty są dobre czy złe pod względem warsztatowym, spierały się o ocenę ich bohaterów. A ja dokładałam starań, aby, mimo pytań, nie zająć stanowiska i wrócić do tego, co dla nich zaplanowałam. Jakoś się udało. Ale na kolejne warsztaty wybrałam już wyłącznie teksty o mniej dzielącej ludzi tematyce, jak pogoda, sport, parabanki czy koty.

Ucząc, trudno jest tak do końca schować swoje poglądy do szuflady. Gdy wynikła dyskusja, bardzo łatwo mi było autorytatywnie stwierdzić, że Kaczyński i Lis to coś tam, a poza tym, hola, hola, moje panie, wszak nieważne nazwisko, ważny warsztat. W końcu ja tak myślałam, więc tak było, czyż nie? Ano nie. I nie po to prowadziłam te zajęcia, żeby mówić, co ja myślę, a po to, żeby wyposażyć uczestniczki w konkretną wiedzę. A swoimi przemyśleniami mogłam się podzielić jedynie wówczas, gdy dotyczyły doboru zdjęć, dopuszczalnej długości śródtytułów czy kwestii praw autorskich. Po to tam byłam. Nie po to, by mówić paniom, co mają myśleć o tym czy innym polityku lub dziennikarzu. Albo że w ogóle mają o nim nic nie myśleć, przynajmniej nie w trakcie zajęć. Podobnie w przypadku innych warsztatów, wykładów czy kursów, które zdarza mi się prowadzić. Płacą mi za realizację programu, a nie za głoszenie prywatnych poglądów.

Pod koniec września Elżbieta Haśko, pedagożka i nauczycielka wychowania do życia w rodzinie w gimnazjum w Wiązownicy, napisała na swojej stronie na Facebooku:
"W homoseksualizmie biorą udział częściowo czynniki genetyczne, ale największe znaczenie odgrywa odpowiednie wychowanie psychoseksualne w domu. Z całą pewnością można go leczyć, a nawet trzeba, bo nikt z tych ludzi nie czuje się prawdziwie szczęśliwym wewnętrznie (wiem, bo znam takie osoby)!!! To dla moich uczniów... bo dziś wywiązała się dyskusja na ten temat..."
Wrzuciła też linki do tekstów i filmów poświęconych "leczeniu" z homoseksualizmu. Co się działo na lekcji, która sprowokowała nauczycielkę do tych wynurzeń? Poza tym, że była mowa o skutkach pornografii, w tym, między innymi, o homoseksualizmie, nie wiadomo.

O sprawie zrobiło się głośno, gdy opisała ją rzeszowska "Gazeta Wyborcza", w efekcie czego panią Haśko zainteresowało się kuratorium. I, jak się łatwo domyśleć, od razu znalazło się sporo osób, które uznały, że mamy do czynienia z nagonką na nauczycielkę, tłumieniem wolności słowa i tak dalej.

Oczywiście trudno jest porównywać jakąkolwiek lekcję w szkole do moich warsztatów dziennikarskich (czy jakichkolwiek innych, które prowadziłam). Inny cel, inni odbiorcy, inne relacje w grupie. A na dodatek, w tym konkretnym przypadku, przedmiot, który w szkołach wygląda bardzo różnie i w dużej mierze zależy to od poglądów osoby, która go prowadzi. Mimo wszystko jednak pokuszę się o przepuszczenie tego, co się wydarzyło w Wiązownicy, przez własne doświadczenia.

Tak jak ja miałam do zrealizowania konkretny program, tak istnieje podstawa programowa do wychowania do życia w rodzinie i kilka podręczników, które dostały pieczątkę, ją realizują. I choć temat homoseksualności podejmują czasem w skrajnie odmienny (i nie zawsze zgodny ze współczesną wiedzą) sposób, to w żadnym z nich nie ma już mowy o konieczności "leczenia", a jeżeli zdarzają się stwierdzenia, że orientacja psychoseksualna jest uwarunkowana wychowaniem, to tylko jako jedna z teorii, a nie jedyna obowiązująca. Co z tego wynika dla pani pedagożki? Że mówiąc swoim uczniom, że homoseksualizm trzeba leczyć i że wynika on przede wszystkim z wychowania, nie realizuje podstawy programowej, tylko wyraża swoje prywatne poglądy. Czy ma do tego prawo? Jako osoba prywatna - tak. Jako nauczycielka - nie. I nie ma to nic wspólnego z wolnością słowa, a wszystko z rzetelnym wykonywaniem swoich obowiązków.

Zachowanie nauczycielki z Wiązowic jest naganne nie tylko dlatego, że przekłada głoszenie swoich poglądów nad wykonywanie pracy, za którą pobiera wynagrodzenie. Pani pedagożka ma coś, czego ja absolutnie nie mam, bo uczę głównie dorosłych - władzę. Może mówić, co chce, nie obawiając się sprzeciwu uczniów, może też, gdyby jakimś cudem w jej klasie znalazł się uczeń, który nie bałby się powiedzieć, że nie jest hetero, mieć wpływ na to, jak będzie traktowany i jak sobie ze swoją nieheteronormatywnością poradzi. W tej chwili Elżbieta Haśko chodzi w glorii i chwale męczennicy za wiarę i wolność słowa, na którą te wstrętne lewackie media urządziły paskudną nagonkę. Ciekawa jestem, czy zdarza jej się, w przerwach między pracą a udzielaniem wywiadów, zastanawiać, jak się czuje zaszczuty przez rówieśników piętnastolatek, który ma nadzieję, że jego nauczyciele uchronią go przed prześladowcami, a zamiast tego dowiaduje się od nich, że jest chory i trzeba go leczyć.