piątek, 30 listopada 2012

Homofobia? Nie znam


Tematem numer jeden na naszych portalach jest dziś złożony przez PO projekt zmian w Kodeksie karnym, dotyczących mowy nienawiści i przestępstw motywowanych nienawiścią. Obecnie art. 256 Kodeksu brzmi tak: "Kto publicznie propaguje faszystowski lub inny totalitarny ustrój państwa lub nawołuje do nienawiści na tle różnic narodowościowych, etnicznych, rasowych, wyznaniowych albo ze względu na bezwyznaniowość, podlega grzywnie, karze ograniczenia wolności albo pozbawienia wolności do lat 2". Po zmianach ma wyglądać tak: "Kto publicznie propaguje faszystowski lub inny totalitarny ustrój państwa lub nawołuje do nienawiści wobec grupy osób lub osoby z powodu jej przynależności narodowej, etnicznej, rasowej, politycznej, społecznej, naturalnych lub nabytych cech osobistych lub przekonań podlega grzywnie, karze ograniczenia wolności albo pozbawienia wolności do lat 2".

O tym, dlaczego ten projekt jest absurdalny i czym mogą skutkować tak mętne sformułowania jak "naturalne lub nabyte cechy osobiste", obszernie napisały już m.in. Homiki i Inna Strona. Ja pozwolę sobie jedynie powtórzyć jedno stwierdzenie, które przewija się nie tylko na naszych stronach, ale też np. w tekstach Ewy Siedleckiej czy Wojciecha Sadurskiego - że prawo powinno mieć związek z rzeczywistą sytuacją społeczną. I że gdy nie tylko z subiektywnych odczuć wielu osób, ale też z badań, również tych przeprowadzonych we współpracy z Biurem Pełnomoczki Rządu ds. Równego Traktowania (tak, ten urząd sprawuje pani z PO), wynika, że najwyższą, bo ponad pięćdziesięcioprocentową niechęcią społeczną mogą się "poszczycić" geje, a tuż za nimi są osoby transseksualne (48,9 proc), biseksualne (47,7 proc), chorzy psychicznie i lesbijki, skandalem jest nieuwzględnienie tego faktu w projekcie ustawy, która ma chronić przed nienawiścią. Choć rzecz jasna gdy weźmie się pod uwagę, kto ów projekt przygotował, nie ma w tym nic dziwnego. Wszak Platforma już w trakcie prac nad swoim pseudoprojektem ustawy o związkach partnerskich zrobiła wszystko, aby nie zająknąć się w nim ani słowem o osobach nieheteroseksualnych, choć to przecież one mają być jego głównymi beneficjentkami.

Tymczasem opisana w poprzednim tekście historia z Łodzi ma dorobiła się ciągu dalszego. Otóż okazało się, że według policji atak na Adama, Olafa i ich kolegę nie miał podłoża homofobicznego, a w każdym razie nie wskazują na to zebrane materiały. Fakt, że nie mam pojęcia, na czym polega zbieranie materiałów w takich sprawach, ale skoro napastnicy najpierw upewnili się, z jakiego typu klubem mają do czynienia, potem wyzwali swoje ofiary od pedałów i takich tam, a potem je pobili, to chyba można domniemywać, że przypuszczalna orientacja pobitych miała coś wspólnego z tym, że pobicie zaistniało?

Żeby było jeszcze ciekawiej, mamy też opinię policji na temat również przywołanych w poprzednim wpisie ataków na warszawską UFĘ. Spróbujecie zgadnąć, jaka jest? Niespodzianka - powtarzające się od kilku tygodni wybijanie szyb w lokalu i wypisywanie na ścianach, oknach i drzwiach haseł w rodzaju "pedały" czy "cwele" zostały uznane za zwykłe chuligańskie wybryki, które zdarzają się każdego dnia. I nie ma co się w nich według policji odszukiwać drugiego dna. Tak na marginesie, to stróże prawa wykazali się też podczas zgłaszania kolejnych aktów wandalizmu, wypytując kobiety z UFY o ich orientację psychoseksualną czy o to, na którym marszu były 11 listopada.

Związek między tym, co się dzieje w UFIE, a tym, co się stało w Łodzi, jest oczywisty. W obu przypadkach mamy do czynienia z bardzo prawdopodobną homofobiczną motywacją sprawców i w obu policja tego nie widzi. Jak to się ma do projektu zmian w Kodeksie karnym? Ano tak, że jego twórcy też udają, że coś takiego jak przestępstwa z nienawiści w stosunku do osób nieheteronormatywnych nie istnieje. A skoro nie istnieją, to rzecz jasna nie trzeba nikogo przed nimi chronić. Logiczne, nieprawdaż?

poniedziałek, 26 listopada 2012

Jest gorzej?

Noc z soboty na niedzielę. Z jednego z łódzkich klubów dla osób nieheteronormatywnych wychodzi kilku mężczyzn. Czeka na nich pięciu lub sześciu dwudziestokilkuletnich wyrostków. Zaczynają bić. Najbardziej obrywa się Olafowi, który nie pierwszy raz padł ofiarą ataku. Olaf jest w naszym kraju mniejszością w mniejszości. Jest gejem. Ma polsko-arabskie korzenie. Często też, ze względu na semicką urodę, jest brany za Żyda. Trzy "powody", by pokazać mu, gdzie jest jego miejsce. Nie była to rzecz jasna pierwsza w Polsce napaść tego typu. Zabawa w "bij pedała" to dość popularna rozrywka w niektórych kręgach. Polega na celowej, zaplanowanej i niczym niesprowokowanej napaści na osoby nieheteronormatywne lub takie wyglądające. Przestępcy udają się w miejsce, gdzie mogą spotkać "pedałów", i na ślepo wybierają ofiarę lub ofiary. I biją.

Tym razem napastnicy mieli jednak pecha. Po pierwsze, dość szybko ich ujęto, choć niestety nie oznacza to jeszcze, że zostaną ukarani. Po drugie, dwóch z trzech poszkodowanych to działacze i politycy. Adam Jarecki i Olaf Zmit są członkami Ruchu Palikota. Olaf działa również w akcji Miłość Nie Wyklucza. Nie są anonimowi, nie boją się ujawnienia swojej tożsamości. Nagłośnili napaść. Na stronie łódzkiego okręgu RP opublikowali relację z wydarzenia. Ich partia zwołała też konferencję prasową w tej sprawie. Historia jest krwawa, więc jest szansa, że media ja podchwycą.

To niejedyne tego typu wydarzenie w ostatnim czasie. Od kilku miesięcy nieznani sprawcy ozdabiają wulgarnymi rysunkami drzwi i okna, i wybijają szyby w siedzibie kolektywu UFA. Przy okazji niedawnego Marszu Niepodległości szyby straciła warszawska Lambda. Nie twierdzę, że agresja wobec osób nieheteronormatywnych (i nie tylko) narasta, bo nie jestem w stanie tego ocenić. Jedyne, co mogę stwierdzić, to to, że coraz częściej dotyka osoby z kręgu moich znajomych. Oraz że nasi rządzący uparcie bagatelizują sprawę i odmawiają uznania, że ktoś może paść ofiarą agresji li i jedynie ze względu na swoją orientację psychoseksualną (domniemaną lub prawdziwą). Trudno mi się w tym kontekście nie zgodzić z apelem Adama i Olafa zamieszczonym na stronie RP, choć jednocześnie nie mogę nie mieć przeczucia, że zostanie on uznany za kolejny przejaw lewackiego ekstremizmu. Trudno. I tak warto poczytać (fragmenty poniżej, całość tu):
Nam wszystkim coś bardzo źle wyszło w ciągu ostatnich 23 lat wolnej Polski. Nie istnieją praktycznie żadne programy społeczne i pomocowe skierowane do młodych ludzi wywodzących się z ubogich rodzin. Wychowuje ich dojmujące poczucie beznadziei, uliczne grupy "samopomocowe" składające się z nastolatków tak samo pozbawionych szans na godne życie. Wszyscy mają poczucie, że życie przepływa im między palcami. Są łatwym obiektem manipulacji środowisk faszystowskich i nacjonalistycznych; początkowo nie rozumiejąc, że wspieranie wieców przeciwko ACTA organizowanych przez nacjonalistów nie jest apolitycznością lecz zbliżeniem się do grup ekstremistycznych. Gdy już to zrozumieją, widzą w nich coś atrakcyjnego, coś zmieniającego depresyjny plan każdego dnia. Z beznadziei rodzi się głupota, z głupoty nienawiść, z nienawiści agresja, przestępstwo, na końcu zbrodnia. Nawet jeśli drogę tę przebędzie zaledwie jeden procent z nich - jest to o ten jeden za dużo. Nie umniejsza to wagi czynu przestępczego, ale świat nie jest czarno-biały.
Coś bardzo złego dzieje się we współczesnej Polsce, zalanej falą ohydnej nienawiści wszystkich wobec wszystkich. Politycy Platformy Obywatelskiej od ponad półtora roku sabotują projekt ustawy o zmianie Kodeksu Karnego rozszerzający sankcje o przestępstwa popełniane ze względu na orientację seksualną, płeć, tożsamość płciową, wiek i niepełnosprawność. Skutki tzw. "cywilizowanej homofobii" czy też "homofobii w białych rękawiczkach", realizowanej przez środowiska nazywające się konserwatywno-liberalnymi, niczym nie różnią się od skutków otwartej homofobii polskiej "prawicy smoleńskiej" czy ekstremalnej homofobii neofaszystów. "Poznacie ich po ich owocach", jak mówi - podobno ważna dla większości Polaków - Ewangelia wg św. Mateusza. A owoce te są zgniłe i robaczywe.
Nie lubię martyrologii i zbytniego dramatyzowania rzeczywistości. Tyle że po niedzieli spędzonej na śledzeniu meldunków z frontu (dziewięć szwów i szrama na twarzy, obite żebra i noga, bo kopali mnie, jak leżałem...), po obejrzeniu iluś tam takich obrazków na stronie UFY:


po przeczytaniu wypowiedzi naszego ministra sprawiedliwości o tym, że prawdziwym zagrożeniem jest w Polsce lewicowy ekstremizm w wydaniu "Krytyki Politycznej", a nie buńczuczne zapowiedzi liderów Marszu Niepodległości, coraz bardziej jestem przekonana, że jest po prostu gorzej i że coraz mniej osób może czuć się w naszym kraju bezpiecznie. Ale może, dzięki nagłaśnianiu kolejnych ataków, do iluś tam osób w końcu coś dotrze i zamiast szumnych słów premiera w rodzaju:
Jestem dumny, że mogę być premierem rządu, który nigdy nie uległ pokusie napuszczania jednych na drugich. Dziś, kiedy słyszymy, że ktoś chce polować na mniejszości, na homoseksualistów, albo na Żydów, albo na nie-Polaków, albo wyzywa swoją ojczyznę od kondominium rosyjsko-niemieckiego, jeśli ktoś chce ścigać i wsadzać do więzienia kobiety za zabieg in vitro, jeżeli ktoś mówi, że kobieta zgwałcona ma obowiązek rodzenia dzieci i że do więzienie trafią ci, którzy nie wierzą w zamach smoleński, to ja dziś w pięciolecie naszych rządów, chcę powiedzieć, że jesteśmy po to, żeby te groźby nigdy nie stały się faktem.
doczekamy się prawdziwej walki z dyskryminacją i nienawiścią w stosunku do wszelkich innych.

środa, 21 listopada 2012

Złudna anonimowość

Gdy dowiedziałam się o wycieku danych z kilku naszych portali, moją pierwszą reakcją była złość. Na tych, którzy je wykradli i opublikowali w sieci, ale też na tych, którzy powinni byli zadbać o ich bezpieczeństwo. Gdy trochę ochłonęłam, prześledziłam doniesienia z ostatnich miesięcy o tym, komu jeszcze nie udało się ochronić swoich użytkowników i użytkowniczek. PayPal, Facebook, Sony Playstation, kilka banków... Słowem, ogromni gracze, którzy dysponują daleko większymi środkami i dużo lepszymi specjalistami od bezpieczeństwa. I przestałam się wściekać na naszych administratorów i administratorki - bo prawda jest taka, że każdy i każda może popełnić błąd. Problemem jest jedynie to, że nie wszyscy korzystający z internetu o tym wiedzą. Mówiąc wprost, najczęściej sami i same dzielimy się informacjami o sobie z wszystkim potencjalnymi zainteresowanymi. I zwykle zupełnie nie zdajemy sobie z tego sprawy.

Jeśli śledzicie uważnie dyskusje pod tekstami na tym blogu, być może udało się wam zauważyć, że mam dość niemiły sposób radzenia sobie z osobami, które przeginają z trollingiem czy nienawistnymi komentarzami. Otóż, zanim dam im bana na wieki, zwykle informuję, że wiem, kim są i skąd piszą. Po co? Żeby zdały sobie sprawę, że nawet anonimowe komentowanie nie zapewnia pełnej anonimowości, a tym samym - bezkarności. Pewnie, że nie będę biegać z każdym debilnym komentarzem na policję, ale fakt faktem, że zawsze sprawdzam, kim jest jego autor czy autorka. Jak? To jest w tym wszystkim najzabawniejsze. Używam bardzo trudno dostępnego i jeszcze trudniejszego w obsłudze narzędzia, jakim jest... Google. I niemal za każdym razem łapię się za głowę, czego to ludzie nie zostawiają o sobie w sieci. I to nie tam, gdzie taka lamerka jak ja nigdy nie dotrze, czyli na swoich prywatnych kontach w różnych serwisach. Po prostu - w sieci, widoczne dla wszystkich.

Przykłady? Proszę bardzo. Dysponując IP (to jedyne, do czego mam dostęp w przypadku komentarzy na blogu) pewnej "anonimowej" pani, co to postanowiła pobluzgać sobie u nas na lesbijki, najpierw znalazłam kilka wpisów, które zostawiła na jednym z kibicowskich forów. Komentowała tam jako niezalogowana, stąd jej IP było widoczne dla wszystkich, a więc i dla Google'a (oczywiście w przypadku niektórych stron nawet nieanonimowe komentowanie nie skutkuje ukryciem IP). Dzięki tym komentarzom poznałam dwie ksywki, którymi się posługuje. Po wpisaniu jednej z nich w wyszukiwarkę trafiłam na mały serwis społecznościowy, gdzie w jednej z dyskusji podała swojego maila. Po mailu dotarłam do jej ogłoszenia o sprzedaży samochodu. Podała tam swój numer telefonu. Wystarczyło zadzwonić i miałabym ją jak na talerzu. Rzecz jasna zdarza się, że ileś tam osób posługuje się tą samą ksywką (w ogóle wybór popularnej ksywki nie jest głupim pomysłem, bo utrudnia identyfikację). Tyle że w tym przypadku sympatie piłkarskie i miasto, w którym znajdował się ów samochód, zgadzały z lokalizacją IP. A krótka konfrontacja w komentarzach (nie, nie podałam jej numeru telefonu, podałam imię i miasto) potwierdziła, że dobrze trafiłam.

Drugi przykład nie dotyczy tego bloga, więc jest jeszcze ciekawszy. Otóż pewien znacznie młodszy niż pani z pierwszego przykładu człowiek (to ważne, bo nastolatki zazwyczaj są bardziej aktywne w sieci, więc i więcej można o nich znaleźć), zupełnie dla mnie anonimowy (bo nie miałam dostępu do jego IP), poinformował na pewnym forum, że dysponuje wiedzą w ważnym dla mnie, a dość śliskim dla niego temacie. Nieszczęsny nie zauważył jednak, że pochwalił się tym nie tylko na owym forum, ale też na jednej ze specjalistycznych stron na Facebooku, którą odwiedziłam, bo Google mi doniosło, że mogę tam znaleźć informacje na wspomniany ważny temat. W efekcie dostałam jego imię i nazwisko, i nagle sprawa stała się banalnie prosta. W kilkanaście sekund znalazłam dwa blogi, które prowadził. Na jednym z nich podał swój e-mail. Wpisanie go w Google otworzyło puszkę Pandory. Bo okazało się, że zdążył się narazić kilku pewnie równie młodym jak on osobom, które wpuściły w sieć pełen pakiet danych o nim, z nazwą szkoły, imionami rodziców, paczką ksywek i kontami we wszystkich serwisach, na których się kiedykolwiek udzielał. A wszystko to znaleźli, używając, jak napisali, wyłącznie legalnych narzędzi. Nie mam powodu, by im nie wierzyć.

Wniosek? Wiele osób, i to niezależnie od wieku czy stopnia internetowego zaawansowania, szasta swoim nazwiskiem, numerem telefonu czy IP na prawo i lewo. I nie mówię bynajmniej o tak jaskrawych przypadkach, jak podawanie nie tylko swojego numeru GG, ale też telefonu w ogólnodostępnych ogłoszeniach czy właściwie obcym osobom tylko dlatego, że nie wiedzieć czemu budzą nasze zaufanie. Mówię o sytuacjach, w których dzielimy się danymi niemal odruchowo, zupełnie nie zastanawiając się nad tym, kto i do czego będzie miał dzięki naszym działaniom dostęp. Zamieszczamy ogłoszenia, że mamy śliczne kotki do oddania, korzystając z tego samego e-maila, którego używamy, szkalując kogoś na "anonimowym" forum. Wrzucamy komentarze na stronki, nie widząc (choć wystarczy spojrzeć na inne wpisy), że oznacza to dzielenie się swoim IP. Nie czytamy regulaminów serwisów, w których się udzielamy, ba, nie sprawdzamy nawet, czy mają one regulamin, podają informacje o właścicielu i temu podobne. Nie przyglądamy się opcjom prywatności w serwisach społecznościowych. Logując się do kolejnej aplikacji na Facebooku, nie sprawdzamy, co to właściwie oznacza, że dana aplikacja prosi o dostęp do naszych danych. I tak dalej. A potem, gdy nagle zachce nam się wpisać swoje dane w Google, albo gdy ktoś nam wyłoży to, co o nas znalazł, bardzo się dziwimy i oburzamy.

Rzecz jasna to nie jest tak, że mam jakiegoś świra na punkcie bezpieczeństwa. Choć gdyby zależało mi na anonimowości czy gdybym miała zwyczaj maniakalnego odwiedzania stron, których nie lubię, celem obrażania ich użytkowniczek czy twórców, zapewne bym sobie takiego wyhodowała. Po prostu, niezależnie od tego, że jestem niemal pewna, że większość serwisów, z których korzystam, padła ofiarą niejednego włamania, uważam, że najczęściej krzywdę w internecie robimy sobie same i sami.

niedziela, 18 listopada 2012

Wyciek danych z portali LGBTQ

Masz konto na Kobiety Kobietom, Innej Stronie, Gay.pl? Zmień hasło. Nie tylko na tej stronie, ale też na wszystkich innych, na których używasz tego samego adresu e-mail i hasła. Powód? Twoje dane (login, hasło, e-mail, czasami też inne, jak data urodzenia czy adres IP) są w sieci. O sprawie poinformowały blogi zajmujące się bezpieczeństwem w internecie, między innymi Niebezpiecznik.pl i Zaufanatrzeciastrona.pl. Szczegóły tu, tu i tu.

Skąd ten atak na nasza portale? Jego autorzy pochwalili się swoimi "motywami" w mailu opublikowanym na stronie jednej z grup hakerskich:
W związku z odkryciem treści pedofilskich przez jednego z naszych użytkowników na forum o pedalskiej tematyce, postanowiliśmy kontynuować krucjatę przeciwko dewiantom aby oczyścić internet z tego plugastwa. Przykro nam, że administracja nie zdążyła się zabezpieczyć.
Trudno to skomentować, nie używając słów powszechnie uznawanych za wulgarne, tak że odpuszczę sobie. Mam nadzieję, że nie odpuszczą za to administratorzy i administratorki zaatakowanych portali i zgłoszą sprawę na policję. Oraz, tam, gdzie to konieczne, lepiej zadbają o bezpieczeństwo swoich użytkowników i użytkowniczek - i dotyczy to wszystkich "naszych" stron, bo mogą być kolejne ataki. W dotychczasowych przypadkach dane były słabo zabezpieczone - przestępcy bez problemu uzyskali dostęp do sporej części haseł do kont (również administracji!), które albo w ogóle nie były zaszyfrowane, albo zrobiono to w niewystarczający sposób. IS zapewnia, że poradziła sobie z problemem i że wyciek nastąpił trzy lata temu, więc dotyczył jedynie kont założonych przed lipcem 2009 roku. Na Gay.pl i na Kobiety Kobietom niestety nie znalazłam oficjalnego komunikatu na ten temat (na pierwszym z tych portali nigdy wcześniej nie byłam, więc możliwe, że jakiś komunikat był, ale nie potrafiłam go znaleźć).

Nic oczywiście nie usprawiedliwia ludzi, którzy wykradli i opublikowali w sieci dane wrażliwe (do takich należy informacja o czyjejś orientacji seksualnej), ale fakt faktem, że poziom zabezpieczeń wielu naszych stron jest po prostu tragiczny. Nawet taka laiczka jak ja wie, że żaden szanujący się portal nie przechowuje niezaszyfrowanych haseł, ba, powinno być tak, że jedyną osobą, która zna hasło do danego konta, jest jego posiadacz lub posiadaczka. Jasne, że większość portali dla osób nieheteronormatywnych ma charakter niekomercyjny lub co najwyżej półkomercyjny i jest tworzona przez pasjonatki i pasjonatów. Tyle że są one skierowane do osób, które zwykle mają więcej powodów, by dbać o swoją anonimowość, niż przeciętny użytkownik czy użytkowniczka internetu, więc bezpieczeństwo powinno być priorytetem dla ich twórców i twórczyń.

A póki tak nie jest, wyjście jest jedno: jeśli nie wiemy, czy dana strona jest bezpieczna, i nie marzymy o sieciowym coming oucie, a koniecznie chcemy mieć na niej swój profil, nie posługujmy się tam hasłem, którego używamy gdziekolwiek indziej, oraz e-mailem zawierającym imię i nazwisko czy takim, po którym można nas znaleźć w popularnych serwisach społecznościowych. Wówczas, nawet jeśli nasze dane wyciekną do sieci, nie spotka nas większa przykrość niż ewentualne włamanie na nienależycie zabezpieczone konto.

Aktualizacja 1 (niedziela, godz. 22): Właśnie dostałam informację od adminki Kobiety Kobietom, że wiedzą o włamaniu i pracują nad poprawą bezpieczeństwa portalu.

Aktualizacja 2 (poniedziałek): Na stronie głównej KK ukazała się informacja o ataku. Gay.pl zawiadomiło użytkowników wewnętrzną pocztą portalową.

środa, 14 listopada 2012

Maria Konopnicka była lesbijką


Tytuł jest oczywiście nadużyciem. Nie wiadomo, czy Maria Konopnicka była lesbijką, czy osobą biseksualną, czy jeszcze kimś innym. Nie wiadomo, jak myślała o sobie ani tym bardziej, jak by się określiła i jak potoczyłoby się jej życie, gdyby urodziła się nie sto siedemdziesiąt, ale na przykład trzydzieści lat temu. Wiadomo za to, że przez ostatnie dwadzieścia lat życia mieszkała i podróżowała z noszącą się po męsku miłośniczką polowań, malarką i działaczką na rzecz praw kobiet Manią Dulębianką, którą nazywała czasami "Pietrkiem z powycieranymi łokciami". Wiadomo, że z chwilą, gdy się poznały, poetka gładko przeszła w listach do dzieci z formy "ja" na "my" (mamy, myślimy, wyjeżdżamy), że były praktycznie nierozłączne, że miały różne nieprzyjemności z powodu krążących pogłosek o ich związku, że Dulębianka zrezygnowała dla Konopnickiej z kariery malarskiej i że zostały pochowane w tym samym grobowcu. Wiadomo też, że "niewiasta mocno kochliwa", jak mawiał o Konopnickiej Ludwik Krzywicki, nie nawiązała już (czy też nie przypisywano jej) żadnego romansu z mężczyzną po tym, jak związała się z Dulębianką. Czy to wystarczy, by określić relację między dwiema Mariami jako coś więcej niż bliską przyjaźń? Zapewne nie, ale wystarczy, by stwierdzić, że ich związek był wysoce prawdopodobny. Zresztą gdyby Mania była mężczyzną, chyba nikt nie miałby wątpliwości, że był to najważniejszy mężczyzna w życiu Konopnickiej, i nikt nie wołałby o zdjęcia z sypialni czy cudem odnalezione zaznania świadka, który przypadkiem się przy ich łożu zaplątał.

Dlaczego o tym wszystkim piszę? Ano dlatego, że od kilku dni karierę w mediach (dziś był między innymi w "Panoramie") robi ten oto mem:


w związku z czym i nasz blogasek odnotował przyrost ruchu z Google'a na hasła w rodzaju "Konopnicka lesbijka" czy "Maria konopnicka była lesbijką" (stąd taki, a nie inny tytuł notki - aby szukający trafili od razu tam, gdzie trzeba, a nie na ten wpis, który o Konopnicką jedynie zahacza). Mem doczekał się też odpowiedzi m.in. ze strony nowej gwiazdy polskich mediów i jednego z szefów Marszu Niepodległości Artura Zawiszy, który nazwał tezę o "lesbiźmie" Marii Konopnickiej "kłamstwem konopnickim" i stwierdził, że powinno być ono karalne podobnie jak kłamstwo oświęcimskie.

Trudno się dziwić zauroczeniu narodowców "Rotą", wszak Konopnicka dość konsekwentnie budowała w swojej twórczości i listach wizerunek siebie jako bogobojnej patriotki, a po jej śmierci jej czci strzegły córki pisarki Laura i Zofia, starannie niszcząc te pozostałości jej spuścizny, które mogłyby ją postawić w "niewłaściwym" świetle. Nie zmienia to jednak faktu, że trudno się w jej życiorysie doszukać jakichkolwiek, poza patriotyzmem, wzorców bliskich panu Zawiszy i spółce. Biografia Konopnickiej była już rzecz jasna po wielokroć wałkowana, dlatego, zupełnie wybiórczo, przypomnę tylko kilka "skandalicznych" faktów.

Po pierwsze, rzecz w tamtych czasach absolutnie niezwykła, Konopnicka odeszła od męża. Po drugie, opuściwszy go, przeniosła się z szóstką dzieci do Warszawy, gdzie sama zarabiała na utrzymanie rodziny. A gdy tylko jej najmłodsza córka poszła do szkoły, zostawiła i dzieci, odtąd jedynie łożąc na ich utrzymanie, odwiedzając je, ale już się nimi nie zajmując. Po trzecie, przypisywano jej sporo romansów z często młodszymi od niej mężczyznami, w tym nawiązany jeszcze w trakcie małżeństwa z Konopnickim z guwernerem swoich synów. Po czwarte, napisała książkę "Z przeszłości. Fragmenty dramatyczne", w której ukazała prześladowanych przez Kościół wielkich uczonych, co spotkało się z bardzo ostrą reakcją środowisk narodowo-katolickich. W "Przeglądzie Katolickim" pojawiła się wówczas recenzja, której autor m.in. tak pisał o "Z przeszłości":
Myśl jej jest bezbożna i bluźniercza. Na kruchej podstawie kilku faktów, odpowiednio przeinaczonych w rymach swoich, rzuciła ona w twarz Kościołowi raz jeszcze nędzną zniewagę, jaką tylokrotnie już rzucali nań jego wrogowie. Nowością w tej zniewadze jest nie myśl sama, lecz nowa tylko złość.
Nie był to zresztą jej jedyny zatarg z tym środowiskiem. Jej dokonania jako redaktorki naczelnej kobiecego pisma "Świt" tak oceniła katolicka "Rola":
W "Świcie" uprawiał się postępowy, czyli pogański liberalizm, z przymieszką żydowszczyzny. 
Również podczas pogrzebu Konopnickiej odezwały się echa jej konfliktu z Kościołem katolickim. Arcybiskup lwowski Józef Bilczewski wydał duchowieństwu zakaz uczestnictwa w uroczystościach, motywując to tym, że Konopnicka (podobnie jak, niespodzianka, Orzeszkowa) nie była prawowierną katoliczką.

Po piąte wreszcie, wspierała Manię w jej walce o prawa kobiet do głosowania i studiowania oraz towarzyszyła jej w niesamowitej jak na tamtej czasy akcji wysunięcia kandydatury Dulębianki w wyborach do Sejmu Galicyjskiego.

Słowem, autorka "Roty" nie tylko niemal na pewno była wieloletnim w związku z kobietą. Opuściła też męża, a później dzieci i zajęła się własną karierą. Miała (prawdopodobnie) liczne romanse, spierała się z Kościołem i walczyła o prawa kobiet. Jakby nie patrzeć, na ikonę ruchu narodowego nieszczególnie się nadaje. No chyba że im to pasuje, to ja im nie wróg. Wszak to wszystko nie wyklucza bycia patriotką.

Na koniec nie mogę nie przypomnieć tego (kolejne części na YT):

wtorek, 13 listopada 2012

Po 11 listopada

Wbrew zapowiedziom z ubiegłego roku nie wybrałam się w niedzielę na demonstrację Porozumienia 11 Listopada. Nie dlatego, że, jak sporo osób, doznałam nagłego "oświecenia", że robienie czegoś w kontrze do Marszu Niepodległości jest przyłączaniem się do zadymiarzy, niepotrzebną prowokacją, szukaniem guza itd., itp., a dlatego, że się rozchorowałam. I bardzo żałuję, że mnie nie było. Z kilku powodów. Po pierwsze, gdybym była, to, inaczej niż w ubiegłym roku, pod blogową relacją z manifestacji nie pojawiłoby się kilkadziesiąt komentarzy, z których dowiedziałabym się, że pobiłam, a przynajmniej nawoływałam do bicia biednych narodowców, ciskałam kostką brukową w policję, a tak w ogóle to uprawiałam działalność antydemokratyczną, bo śmiałam protestować przeciw demonstracji, z której hasłami się nie zgadzam. Bo tym razem nie było blokady, była po prostu demonstracja w innym miejscu i czasie niż marsz narodowców, tak że nie da się już tak prosto oskarżyć Antify o to, że narodowcy starli się z policją. Choć rzecz jasna niektórzy próbują, wszak wersja o lewackich prowokatorach, którzy przeniknęli do marszu narodowców, by ich skompromitować, jest lepsza niż przyznanie, że, podobnie jak rok temu, w policję naparzali jego uczestnicy.

Po drugie i ważniejsze - żałuję, że mnie (i wielu innych osób, które pojawiały się w ubiegłych latach) nie było, bo manifestacja Porozumienia była niezbyt liczna, przez co jej przesłanie nie miało szansy szerzej się przebić i zainteresować kogokolwiek poza już zainteresowanymi. Frekwencja była słaba po części zapewne dlatego, że, jak już napisałam na wstępie, po wydarzeniach z zeszłego roku ileś tam osób, które wzięły udział w Kolorowej Niepodległej, uwierzyło, że brało udział w rozróbach, które miały miejsce pięćset metrów od nich (wszak taka wersja poszła do mediów, co automatycznie unieważniło doświadczenia uczestników i uczestniczek). A po części pewnie też i z tego powodu, że pojawiła się alternatywa w postaci marszu organizowanego przez prezydenta Komorowskiego, który można było wybrać bez obaw, że ktoś kogoś o coś posądzi. A na dodatek być dzięki takiemu wyborowi "za", a nie "przeciw", choćby owo "za" oznaczało między innymi czczenie Romana Dmowskiego.

W efekcie w czasie, gdy pan prezydent czcił Dmowskiego, zaledwie kilkaset osób protestowało przeciw słowom i zachowaniom duchowych spadkobierców pana endeka, których trudno nie uznać za skrajne. I bynajmniej nie mam na myśli ataków na demonstrację Porozumienia czy rozrób na początku Marszu Niepodległości (bo, jakbym nie była uprzedzona, nie zamierzam twierdzić, że były one udziałem większości jego uczestników), co jego zakończenie, kiedy to organizatorzy marszu - szefowie Młodzieży Wszechpolskiej i ONR - ogłosili na Agrykoli powstanie Ruchu Narodowego i Straży Niepodległości, nawoływali do obalenia republiki i zapowiadali, że obaleni, w tym lewaki i pedały, odpowiedzą za swoje czyny. I incydenty, do których doszło w trakcie zbierania się i przemarszu narodowców, jak wybicie szyb w siedzibach Lambdy i UFY (ta druga zresztą od kilku tygodni pada ofiarą ataków na tle homofobicznym). Oraz późniejsze medialne wypowiedzi przywódców Marszu, jak choćby Artura Zawiszy, który u Moniki Olejnik stwierdził, że sytuacja z pedałami jest zła, bo się w Polsce szarogęszą, co on i jego koledzy zamierzają oczywiście ukrócić.

Rzecz jasna olewanie sprawy przez Platformę i prezydenta wcale mnie nie dziwi. W końcu czymkolwiek ów Ruch Narodowy nie będzie, to w sensie politycznym stanowi zagrożenie nie dla nich, lecz dla Prawa i Sprawiedliwości. Im głosów nie odbierze, a może przyczynić się do osłabienia konkurenta - tylko się cieszyć. Mogą więc spokojnie robić to, co im najlepiej wychodzi - uśmiechać się troszkę na prawo i troszkę do centrum, składać kwiaty pod Dmowskim i Piłsudskim, i dbać, by było miło i medialnie. I zupełnie niekontrowersyjnie, wszak za sprawą Obozu Narodowo-Radykalnego i spółki dyskurs publiczny przesunął się jeszcze bardziej na prawo, dzięki czemu PO stało się jeszcze bardziej światłe i liberalne, a socjaldemokratyczni zwolennicy praw człowieka obowiązujących w większości państw europejskich, w Polsce zwani lewakami, jeszcze bardziej skrajni. Słowem same plusy, a że jakieś pedały czy inne mniejszości z tego powodu ucierpią, to już rządzących nie obchodzi. Wszak to żadni ich wyborcy, a ekstremistyczny margines.

Oczywiście to nie jest tak, że właśnie wpadłam w jakąś paranoję i zanim wyjdę z domu, trzy razy sprawdzam, czy za bramą nie czają się smutni chłopcy ze Straży Niepodległości. Wiem, że narodowcy póki co głównie prężą muskuły i upajają się swoimi marzeniami o wielkiej Polsce. Widzę też, że ich niedzielne przemowy zrobiły duże wrażenie na sporej części moich znajomych, którzy dotąd oceniali to, co się od kilku lat dzieje 11 listopada, raczej w kategorii starć między dwiema skrajnymi grupami. To daje nadzieję, że może i my kiedyś doczekamy się partii rządzącej, którą, zamiast jej wizerunku, będzie obchodzić to, że w jej państwie otwarcie wzywa się do przemocy wobec mniejszości i obalenia ustroju, a protestować przeciw temu będzie nie kilkaset, lecz kilka milionów osób.

Fot. 11listopada.org

piątek, 9 listopada 2012

Dowód na rozwiązłość lesbijek


"Dlaczego kobiety często nie znają swoich pasji i zainteresowań i określają siebie przez pryzmat męża lub dziecka?", "Jak Twoim zdaniem Internet wpłynął na środowisko lesbijskie? Czy nie jest to dowodem na rozwiązłość osób homoseksualnych?", "Czy wolałabyś być osobą heteroseksualną, z jakich względów?" - takie oto pytania znalazłam... Na zapytaj.onet.pl? Nie, w skierowanym do lesbijek badaniu, którego wyniki zostaną niedługo zaprezentowane na poważnej konferencji feministycznej. Serio, serio. Sporo świetnych nazwisk, uznane badaczki, ciekawa tematyka paneli. I w tym wszystkim... to coś. Co ma ponoć posłużyć wyciągnięciu wniosków na temat potrójnego wykluczenia, które dotyka kobiety będące zarazem feministkami i lesbijkami.

Swojego czasu zdarzyło mi się wyzłośliwić na temat ankiety "badawczej" skonstruowanej przez pewną studentkę psychologii. Była, cóż, naiwna i nieprofesjonalna, ale jako że jej jedynym (mam nadzieję) celem było zdobycie zaliczenia, to mogłam to jakoś przeboleć. Tu mamy coś poważniejszego, bo w końcu wystąpienie na konferencji naukowej i pokazanie się w publikacji pokonferencyjnej to sprawa innego kalibru niż ptaszek czy cyferka w indeksie. Tak że pewne standardy powinny obowiązywać. Po prostu. Poza tym - po co robić badanie, którego wyniki, niezależnie od tego, jak szczytne są jego cele, będą one nie do obronienia? A na dodatek mogą komuś posłużyć jako argument, że wykluczenie jest mitem - na zasadzie, że skoro trzeba robić tak naciągane badania, żeby coś udowodnić, to być może nie ma czego udowadniać.

Do rzeczy. Co jest nie tak z tą ankietą? Przedsmak macie na początku tekstu, a poza tym... Cóż, wszystko. Ale zacznijmy od metodologii. Mamy w sumie sześćdziesiąt pytań, w większości otwartych. W pierwszych czterech nowo poznany kolega bloger-hejter-socjolog znalazł siedem błędów metodologicznych. We wszystkich sześćdziesięciu - dziewięćdziesiąt dziewięć. W tylko pięciu, a przy dużej dozie dobrej woli sześciu pytaniach nie ma błędów w ogóle. Przykłady:
1. Dlaczego Twoim zdaniem kobiety zarabiają mniej od mężczyzn?. 
Po pierwsze - w pytaniu jest ukryte założenie, że respondentka zna na nie odpowiedź (nie ma opcji "nie wiem"), więc potrafi jej udzielić (błąd znawstwa). Po drugie - pytanie sugeruje, a właściwie podaje jako pewnik nie tylko, że kobiety zarabiają mniej niż mężczyźni, ale też, że zdaniem respondentki tak jest (pytanie sugerujące).
6. Czy prawdą jest, że w potocznej świadomości polskiej człowiek to mężczyzna, a kobieta jest niżej postawiona w hierarchii społecznej? 
• Tak (dlaczego?)

• Nie (dlaczego ?) 
Tu znowuż mamy błąd znawstwa - wypełniająca ankietę ma pełne prawo nie wiedzieć, "czy to prawda", a nawet nigdy nie zatknąć się z tego typu stwierdzeniem. Do tego dochodzi podwójna treść, bo nie mamy jednego pytania, a dwa. Odpowiadająca może tego nie zrozumieć lub nie zauważyć i udzielić tylko częściowej odpowiedzi. Pomijając już fakt, że jedna część pytania może być dla niej prawdziwa, a druga już nie. Kolejne pytanie tego typu:
9. Czy Twoim zdaniem każda kobieta chce i powinna mieć dziecko?. A jeśli nie jest matką, to czy nie jest tym samym kobietą w 100 %?. Proszę o uzasadnienie swojej odpowiedzi.  
A tu mamy wszystkie trzy - pytanie sugerujące, błąd znawstwa i podwójną treść:
23. Dlaczego kobiety nie wspierają się i nie wybierają kobiet w wyborach, czy może to być przejaw kobiecej zawiści?. 
28. Dlaczego kobiety często nie znają swoich pasji i zainteresowań i określają siebie przez pryzmat męża lub dziecka?.
Na osłodę - jedno z sześciu poprawnie skonstruowanych pytań:
34. Co sądzisz  o święcie 8 Marca?. 
Czym skutkują tego typu błędy? Po pierwsze tę ankietę da się wypełnić jedynie wtedy, gdy się ktosia naprawdę uprze. Bo nagromadzenie pytań, które nie dość, że są otwarte, ale też dotyczą spraw, na których nie każda się zna, sprawia, że już po kilku minutach wypełniająca albo ma ochotę pisać jedynie "nie wiem", "nie mam pojęcia", "spadaj, co za głupie pytanie", albo przerywa wypełnianie, bo czuje się jak idiotka - w końcu rzeczy, które dla układającej ankietę są najwyraźniej oczywiste, dla niej takie nie są. Po drugie, jak zauważyła jedyna osoba, która broniła autorki w dyskusji na naszym fejsowym profilu, aby wziąć udział w tym badaniu, należało się "wczuć w intencje pytającej". Ano właśnie - wczuć w intencje. Zgadnąć, jaki jest jej cel i odpowiadać zgodnie z nim. Bo dokładnie temu służą pytania, które nie są skonstruowane neutralnie, a w sposób sugerujący odpowiedź (czyli zamiast "Twoim zdaniem sytuacja feministek jest... a) dobra, b) zła, c) nie wiem" dostajemy "Czy uważasz, że sytuacja feministek jest zła?"). Upraszczając, to badanie nie sprawdza, czy kobiety je wypełniające czują się wykluczone, nie bada też ich poglądów na temat kobiet heteroseksualnych, macierzyństwa czy swojej tożsamości. Autorka po prostu pyta: "Kto jest twoim idolem i dlaczego Lenin?".

Zła metodologia to niestety niejedyny problem tego badania. I kolejnym bynajmniej nie jest przedziwna interpunkcja i ileś tam błędów ortograficznych, bo to akurat łatwy do poprawienia drobiazg. W ankiecie, której celem (uwaga, zgaduję intencje autorki) było prawdopodobnie uzyskanie opinii na temat stereotypowych stwierdzeń, by posłużyć się nimi w opisie owego potrójnego wykluczenia dotykającego kobiety-lesbijki-feministki, znalazło się ileś tam przedziwnych konstrukcji myślowych, które dodatkowo utrudniają jej wypełnienie. A przy okazji czasami też tworzą nowe stereotypy. Przykłady:
35. Jak Twoim zdaniem Internet wpłynął na środowisko lesbijskie?. Czy nie jest to dowodem na rozwiązłość osób homoseksualnych?. 
To jest w ogóle moje ulubione pytanie z całej stawki. Głównie dlatego, że nie mam pojęcia, co ma być owym dowodem na rozwiązłość osób homoseksualnych, a podpowiedzi na naszym fejsie, że chodzi o cyberseks czy większą łatwość nawiązywania znajomości, jakoś mnie nie przekonały. Można łatwiej nawiązywać znajomości i to jest dowodem na rozwiązłość? No nie, po prostu nie. A jak do tego jeszcze dodać, że stereotypowe postrzeganie lesbijek jest takie, że albo ich nie ma i istnieją tylko w pornosach, albo żaden facet ich nie chciał, i dlatego są ze sobą, to wychodzi na to, że ów stereotyp o rozwiązłości narodził się w głowie autorki badania. Nie zrozumcie mnie źle - nie twierdzę, że lesbijki nie są czy nie bywają rozwiązłe. Twierdzę za to, że w ową rozwiązłość lesbijek wierzą co najwyżej chłopcy i dziewczęta z Frondy, powszechna opinia może co najwyżej uwierzyć w samo istnienie lesbijek.
12. Kobieta powinna siedzieć w domu, aż dziecko pójdzie do szkoły?. Jak Twoim zdaniem zakaz aborcji wpływa na pojmowanie wolności osobistej na życie kobiety?. 
No tak. Gdybym była wredną prawaczką, napisałabym, że autorka sugeruje, że aborcja powinna być obowiązkowa, bo kobiety, które decydują się urodzić, jak jedna żona tracą wolność osobistą. Przynajmniej do czasu, aż dziecko pójdzie do szkoły. Ale jako że nie jestem (jeszcze), to napiszę tylko, że zestawienie dziecka w wieku szkolnym z zakazem aborcji nie wygląda najlepiej.
18. Czy zgadzasz się z opinią, że feminizm potrzebny jest warszawskim elitom, a na prowincji nigdy nie znajdzie on posłuchu?.
• Tak (dlaczego?)

• Nie (dlaczego ?) 
Warszawskie elity, prowincja, Polska A, Polska B... I na dodatek pytanie, na które nie da się odpowiedzieć ani tak, ani nie, bo między "potrzebny" a "znajdzie posłuch" jest ogromna różnica. Szczególnie gdy tego posłuchu ma nie być "nigdy".

Dobrze, wystarczy. Pytań jest, jak już napisałam, sześćdziesiąt, i jeżeli ktosia ma ochotę się z nimi zmierzyć, to znajdzie je tu. A mnie pozostaje mieć nadzieję, że ta ankieta to tylko żart, a sam referat jest już dawno napisany i bazuje na jakichś świetnych metodologicznie i koncepcyjnie badaniach. W porządku, sama w to nie wierzę.

Dziękuję autorowi bloga Piknik na skraju głupoty za przeanalizowanie ankiety pod kątem socjologicznym i wyjaśnienie zawiłości nazewniczych.

wtorek, 6 listopada 2012

Jak randkują kobiety

Jak randkują kobiety? - zapytał mnie już jakiś czas temu mój blogowy kolega Teresa. Pytanie to wzięło się stąd, że we wrześniu wziął on pod lupę gejowskie czaty erotyczne na Interii i wyszedł mu z tego bardzo zabawny i pouczający (przynajmniej dla mnie) cykl o tym, jak panowie umawiają się na seks (tu część pierwsza, w sumie jest ich sześć). I właśnie z tej okazji zapytał, jak to jest z nieheteroseksualnymi kobietami - jak się spotykają, co je do siebie przyciąga, jak się dogadują itd. Zanim spróbuję w końcu na nie odpowiedzieć, mały disclaimer: ostatni raz zdarzyło mi się umówić na randkę z kimś innym niż moja (nie)ślubna dawno, dawno temu, kiedy byłam jeszcze piękna i młoda, co oznacza, że moje doświadczenia mogą nie przystawać do teraźniejszych. Choć z rozmów z kilkoma bardziej dzisiejszymi osobami wyszło mi, że owo nieprzystawanie nie jest aż tak wielkie. A jak się okaże, że jednak jest, to zawsze możecie mnie naprostować w komentarzach.

Jak się zatem spotykają kobiety nieheteronormatywne? Między innymi z absolutnie uroczego (bez ironii) wątku na forum KK wyszło mi, że w każdy możliwy sposób. Poznają się w szkole, na studiach, w sklepie, na grupie wsparcia, w organizacjach, w klubach i tak dalej. Ponoć również w trakcie naszych dyżurów pod Sejmem zawiązała się przynajmniej jedna para. Najpopularniejszym miejscem spotkań pozostaje jednak sieć. Tu królują Inna Strona i, rzadziej, Kobiety Kobietom. Co konkretnie? Inaczej niż w czasach, kiedy zdarzało mi się umawiać przez internet, już nie ogłoszenia i czaty, a profile. Powód? Jak napisała mi jedna z przepytywanych kobiet, "gdzie indziej można znaleźć skatalogowane zdjęcia dziewcząt, która chcą cię poznać?". Niby wygląd to nie wszystko, ale co racja, to racja. Do dziś pamiętam jedną z moich randek z ogłoszenia, która miała być wysoką blondynką, a okazała się być niską co najwyżej szatynką. Nie żeby miało to dla mnie specjalne znaczenie, ale jak się nie daje fotki, to wypadałoby się jako tako opisać.

Popularność profili nie sprawiła rzecz jasna, że ogłoszenia są już zupełnie nie na czasie. Skąd! Jest ich mnóstwo (i zasługują na osobną analizę, ale to może nie dziś), a ich autorki zadają kłam dość popularnemu stwierdzeniu, że kobiety są przede wszystkim zainteresowane stworzeniem stałego związku. Mamy więc i zaproszenia do niezobowiązującego romansu, i poszukiwania kumpeli "na piffko", a może czasami i na coś więcej, i wezwania do "tej jedynej", i "właściwie nie wiem, kogo szukam, ale może to ty". Mamy też, choć to tylko moje przypuszczenie, wsparte jedynie opowieściami o lesbijskich czatach, które czasami bywają raczej "lesbijskie", ileś tam ogłoszeń pań, które w rzeczywistości są panami żądnymi popisania z wirtualnymi lesbijkami (które też mogą się okazać panami i tak to się kręci). I to jest chyba główna różnica, jeśli chodzi o wirtualne światy pań i panów - na gejowskich czatach czy w serwisach randkowych przypuszczalnie nie uświadczysz podszywających się pod mężczyzn kobiet. Przypuszczalnie - bo pewnie jakiś tam niewielki odsetek pań (oraz dziennikarzy Frondy) zainteresowanych takimi wrażeniami istnieje.

No dobrze. Załóżmy, że wybrałyśmy już potencjalny obiekt naszych westchnień. Załóżmy też, aby zbyt szybko nie skończyć tego tekstu, że zadziało się to przez internet. Teraz musimy tylko doprowadzić do tego, co teoretycznie nieuniknione, czyli spotkania. Teoretycznie, bo zdarzają się panie pisarki, którym bynajmniej na takowym nie zależy lub też są tak nieśmiałe i w związku z tym odwlekają ten piękny moment tak długo, że zależeć przestaje drugiej stronie. Oczywiście generalizuję. Znam przynajmniej jedną parę, która korespondowała ze sobą przez kilka lat, nim się w końcu spotkały, i wynikł z tego związek, który trwa długo i trwa do dziś. Wprawdzie gdy tak do siebie pisały, jedna mieszkała w Australii, a druga w USA, no ale fakt, że znam.

Wracając do pisarstwa, czyli wymiany maili czy komentarzy na profilu, ewentualnie czatowania przez GG i inne takie, to ponoć ma ono służyć lepszemu wzajemnemu poznaniu i ustaleniu, czy cel, dla którego owo poznawanie się następuje, ma szansę realizacji. Piszę "ponoć", bo w moim przypadku rzeczywistość zawsze, ale to zawsze weryfikowała nawet najciekawszą korespondencję. Niekoniecznie na minus, ale zawsze na "spodziewałam się kogoś innego. Zupełnie innego". Być może wynikało to ze zbyt wysokich oczekiwań, nawet gdy miałam czysto kumpelskie zamiary. Albo z tego, że panie, z którymi wymieniałam maile, po prostu potrafiły pisać, co akurat w tym przypadku nie zawsze wychodzi na dobre. A może po prostu nie nabrałam takiej wprawy w internetowym podrywie, jak pewna zapoznana przeze mnie przez ogłoszenie kobieta, która synchronicznie wyznawała miłość wszystkim piszącym do niej paniom - na zasadzie "jak z tą nie wyjdzie, to lecę się spotkać z kolejną". Żeby nie było - czasami owo pisarstwo trwa tyle, co anegdotyczna lesbijska szybka randka. Raz nawet mi, urodzonej pisarce, coś takiego się przydarzyło. A zaprzyjaźniona para spotkała się po dosłownie jednym poście na forum.

Co dalej? Przy odrobinie szczęścia udaje nam się spotkać i mamy szansę weryfikacji wzajemnych wyobrażeń o sobie. Czasami następuje ona bardzo szybko - już na etapie podpatrywania zza winkla, kto też na owej randce się pojawił i błyskawicznej decyzji o wystawieniu potencjalnej kandydatki na żonę, kochankę czy koleżankę do wiatru. Czasami po dwóch lub trzech spotkaniach, kiedy to gada się nieźle, ale chemii (przynajmniej obustronnej) zdecydowanie nie ma, lub też w efekcie wspólnego wyjścia na przykład do klubu, gdzie nagle widzimy kogoś, kto wydaje nam się znacznie bardziej obiecujący niż nasza obecna randka. Przyznaję (raczej bez wstydu), że ostatnia sytuacja przydarzyła mi się co najmniej kilkakrotnie. I bardzo ładnie pokazała, że obecna znajomość raczej nie rokuje.

W porządku, stan nierokowania jest prawdopodobnie łatwiejszy i do opisania, i do zdiagnozowania. Jak jednak rozpoznać, że coś z tego będzie? Do stereotypu, że kobiety nieheteroseksualne zawsze szukają stałego związku, mogę dodać jeszcze jeden - że bardzo szybko w związki wchodzą, co zazwyczaj skutkuje większymi lub mniejszymi tragediami (zwanymi czule lesbodramami). I być może coś w tym jest, choć moim zdaniem nie dlatego, że są kobietami, a dlatego, że są kobietami w specyficznej sytuacji społecznej i idealnym lekarstwem na wszelkie bolączki wynikające z homofobii czy z siedzenia w szafie może im się wydawać znalezienie osoby, która sprawi, że nie będą z nimi same. Co znaczy, że sam fakt bycia z kobietą może być dla jakiegoś odsetka lesbijek wystarczający, nawet jeśli nie będzie to "ta jedyna", a zaledwie "jedyna akceptowalna". Jedna z osób, z którymi rozmawiałam przed napisaniem tego tekstu, podrzuciła mi jeszcze jedno ciekawe rozwiązanie zagadki szybkiego parowania się kobiet - że, inaczej niż w przypadku panów, panie, nawet jeśli umawiają się na seks, to chcą się później kumplować. A że stereotypowo wiąże się związki kobiet z czymś stałym, to i takowe kumplowanie może do rangi jakiejś trwalszej relacji urosnąć.

To wszystko nie znaczy, że prawdziwego przyciągania, czy to erotycznego, czy to związkowego, między kobietami nie ma. Choć na pytanie Teresy, co nas właściwie do siebie przyciąga, odpowiedzieć nie potrafię. To coś. I tyle. To coś, co często ma niewiele wspólnego z wcześniejszymi oczekiwaniami - swoją drogą, uwielbiam, jak dziewczyny opowiadają o swoich ideałach (wysoka ruda, drobna blondynka, "męska", "kobieca"), i o tym, jak ślicznie rzeczywistość je zweryfikowała - sporo za to po prostu z chemią. To coś, dla każdej z nas chyba inne (oczy, usta, głos, dłonie, inteligencja, poczucie humoru, gesty itd.), co sprawia, że z jednonocnej przygody robi się związek na całe życie, albo też powoduje, że decydujemy się pójść z kimś do łóżka po piętnastu minutach rozmowy i nigdy więcej już tej osoby nie zobaczyć, choć jeszcze przed chwilą zarzekałyśmy się, że "nie jesteśmy takie". Tak na marginesie, to wszystko sprawia, że dość sceptycznie podchodzę do ogłoszeń, w których jest litania oczekiwań co do przyszłej partnerki i przyszłego związku. Choć pewnie zdarzają się i osoby, dla których to magiczne coś równa się odhaczeniu iluś tam "tak" i "nie" na liście, i jeśli akurat na siebie trafią, to mamy małżeństwo zrodzone w niebie.

Na koniec, choć uparcie będę twierdzić, że kobiety nieheteroseksualne nie zawsze i nie od razu (a czasami i w ogóle nie) szukają tej jedynej, muszę przyznać, że w luźniejszych relacjach specjalnego doświadczenia nie mam, stąd trudno mi stwierdzić, czy nie są one przypadkiem bardziej skodyfikowane i uporządkowane niż te nastawione na zostanie z kimś na dłużej. Choć mimo wszystko zakładam, że jednak nie.

Fot.: skecz "Lesbian speed dating" grupy Big Gay Sketch Show