niedziela, 30 grudnia 2012

2012: rodzinny i rozczarowujący


Sporo rozczarowań, kilka dobrych akcji, tęczowe mamy, rodzice osób LGBT, manifestacje pod Sejmem, Jeanette Winterson i Maria Konopnicka. Co zapamiętamy z 2012 roku? Przeczytajcie.    

Prawo

Początek roku był niezły. Wprawdzie chyba nikt nie miał złudzeń co do tego, że ten rok będzie dla naszych praw w jakiś sposób przełomowy, ale przynajmniej była nadzieja, że da się o nich na poziomie dużej polityki w miarę rzetelnie debatować. Potem było już tylko gorzej - nie udało się nawet porozmawiać (na sensownym poziomie) o projektach ustaw o związkach partnerskich czy o przeciwdziałaniu przestępstwom motywowanym nienawiścią, kontrprojekty tychże ustaw zaproponowane przez partię rządzącą okazały się jedną wielką żenadą, na szczyty idiotyzmu wzniosła się dyskusja o (w końcu podpisanej) konwencji o przeciwdziałaniu i zwalczaniu przemocy wobec kobiet. W międzyczasie o mało co nie doszło do zaostrzenia i tak już restrykcyjnej ustawy antyaborcyjnej, pełnomocniczka ds. równego traktowania zupełnie na poważnie zastanawiała się nad tym, czy osób transseksualnych nie należałoby sterylizować, a "przyjazny" nam Ruch Palikota zaliczył kilka niezłych wpadek, z których chyba najgorsza była ta z "ciotą Palikota". Koniec końców największym - i jedynym niestety - sukcesem, jeśli chodzi o konkretne rozwiązania prawne, jest orzeczenie Sądu Najwyższego, zgodnie z którym osoby pozostające w związku jednopłciowym mają prawo do dziedziczenia umowy najmu lokalu komunalnego po zmarłym partnerze. Czemu jest to takie ważne? Bo teraz będzie można się na nie powoływać w przypadku wszystkich spraw, w których występuje pojęcie "wspólnego pożycia", i dowodzić, że dotyczy ono nie tylko nieformalnych związków różnopłciowych, ale i jednopłciowych.

Ludzie

Na początku roku coming out zrobiła Kasia Adamik, a niedawno dołączył do niej Radomir Szumełda - pierwszy otwarty gej w Platformie Obywatelskiej. Nie ma chyba jednak wątpliwości, że najgłośniejszym i najważniejszym wydarzeniem tego typu był lipcowy tekst o homorodzicielstwie w "Newsweeku", przy okazji którego poznaliśmy i poznałyśmy Kamilę Mańkowską, Beatę Lipską i ich synka Juliana. Wprawdzie Kamila i Beata nie są pierwszą w Polsce parą jednopłciową wychowującą dziecko, która opowiedziała o sobie publicznie, ale chyba nigdy dotąd nie było o nikim takim tak głośno. Trochę to pewnie zbieg okoliczności, bo panie trafiły na moment, w którym po prostu więcej się o naszych sprawach mówiło, ale głównie ich własna zasługa. Tego, że nie boją się głośno mówić o naszych prawach, że nie dają się wpędzić w dyskusje o "męskim pierwiastku" i potrafią zwrócić uwagę dziennikarzom na niestosowność niektórych pytań, że po wywiadzie nie zniknęły, a wręcz przeciwnie - pociągnęły temat, opowiedziały o reakcjach otoczenia, o swojej motywacji, o dochodzeniu do coming outu, o tym, dlaczego był on taki ważny. Oraz tego, jakie są - sympatyczne, otwarte, szczere, po prostu prawdziwe. Wspaniałe osobowości i świetne rzeczniczki praw homorodzin.

We wrześniu Polskę odwiedziły inne cudowne osoby - Judy i Dennis Shepardowie, rodzice bestialsko zamordowanego w 1998 roku Matthew, którzy po śmierci syna zaangażowali się w działalność na rzecz równości i którym udało się między innymi doprowadzić do uchwalenia w USA ustawy o zapobieganiu przestępstwom z nienawiści. W trakcie ich wizyty swój coming out zaliczyła polska grupa rodziców osób nieheteronormatywnych, której przedstawicielka w poruszającym wystąpieniu w trakcie sejmowej konferencji zaapelowała do rządu o ochronę ich dzieci przed nienawiścią.

W październiku zmarła Anna Laszuk. I nadal nie mogę w to uwierzyć.

Wydarzenia

Była Manifa, była warszawska Parada Równości, marsze w innych miastach, ale dla mnie najważniejsze było to, co się działo w czerwcu, lipcu i sierpniu wokół projektów ustaw o związkach partnerskich. Manifestacje i pikiety pod Sejmem, akcje mailingowe, petycje i spotkania z sejmowymi oficjelami. Wprawdzie póki co niestety wiele z tego nie wynikło, ale to pospolite ruszenie pokazało, że potrafimy się zmobilizować, zjednoczyć i naprawdę mocno zaistnieć w przestrzeni publicznej. Napisałabym, że brakuje mi trochę tego klimatu, ale jako że z pewnością czeka nas jeszcze niejedna powtórka z rozrywki, to nie mam co się martwić - jeszcze się napikietuję.

Z bardziej niszowych wydarzeń nie mogę nie wspomnieć o akcji W związku z miłością i o O'LESS Festiwalu, o którym już teraz wiadomo, że nie był jednorazowym wydarzeniem. Choć można się spierać, czy ma on wykluczający charakter, czy też jednak nie - po prostu skupia się na promowaniu konkretnego wycinka kultury - to sam pomysł wyszukiwania i promowania artystek zajmujących się szeroko pojętą kulturą lesbijską jest i dobry, i ważny, i potrzebny.

Internet

Nowych ciekawych blogów i portali nie namierzyłam (oprócz jednego, ale o nim za chwilę), trochę się za to zadziało z tym, co jest. W maju zadebiutowały nowe piękniejsze Homiki, a dosłownie kilka godzin temu skórkę i nazwę zmieniła Inna Strona, a właściwie już Queer.pl. Z blogowaniem pożegnał się Abiekt. Wygląda też na to, że jego nowe dziecko - Inna Historia, czyli wirtualne muzeum historii LGBT in spe - zakończyło działalność po kilku miesiącach istnienia. Szkoda, sporo sobie po tej stronie obiecywałam.

Furorę zrobiło kilka fejsowych tworów zwanych (ponoć niesłusznie) memami. I w ogóle za pomocą fejsa udało się nakręcić kilka niezłych afer. Najgłośniejsze historie, które zaczęły się od obrazków, to te z orientacją Marii Konopnickiej i z wykorzystaniem legendarnego plakatu "Solidarności" z Garym Cooperem do promowania idei związków partnerskich. Oba wywołały nielichą dyskusję w mainstreamie, i to wcale niegłupią. A że i czas antenowy, i papier, i co lepsze miejsca na portalach kosztują, to można się tylko cieszyć z bezpłatnej reklamy.

Bardziej osobiście

To był dla nas trudny rok - ale to już wiecie. Pierwsze miesiące kolejnego też się super nie zapowiadają, z tego samego powodu. Tak że jeżeli czegoś możemy sobie życzyć z okazji Nowego Roku, to by Gosia w końcu widziała normalnie. Póki co niestety ma świat razy dwa, co jest może i miłe, gdy patrzy się na coś pięknego, ale cholernie niefajne, gdy przychodzi do wykonywania codziennych czynności.

Ja spełniłam jedno ze swoich marzeń - przeprowadziłam wywiad z Jeanette Winterson. Bardzo miło wspominam też rozmowę z Judy i Dennisem Shepardami. Popełniłam pierwszą w życiu opowieść wigilijną. Oraz - genialne doświadczenie - uczyłam seniorki, jak zaistnieć w internecie. Z wiadomych przyczyn wyluzowałam z działalnością w Miłość Nie Wyklucza. I bardzo mi jej brakuje. Kilkadziesiąt razy wyszłam z nerw, a co najmniej kilka - bardziej niż wyszłam.

Tak że na Nowy Rok - Gosi zdrowia, mnie więcej luzu, a Wam... No wiecie, że Wam dobrze życzę.

Zdjęcia: demonstracje - Wiktor Sidoruk, Kamila, Beata i Julian - Grzegorz Banaszak, Anna Laszuk - kampania "Nie czytasz? Nie idę z tobą do łóżka"

czwartek, 27 grudnia 2012

Radykalnie prawicowe księżniczki


Pięć kobiet identyfikujących się z ruchem narodowym opowiedziało o sobie dziennikarzowi "Wysokich Obcasów". Zanim przejdę do subiektywnego wyboru najlepszych fragmentów, nie mogę bohaterkom tekstu nie oddać sprawiedliwości - czego jak czego, ale odwagi to im nie brakuje. Wypowiedzieć się dla tego feministycznego szmatławca wydawanego przez największego wroga prawdziwych Polaków? I to mając w pamięci, jak prawdziwi Polacy grozili ogoleniem głowy dziennikarce Frondy Marcie Brzezińskiej po tym, jak ta śmiała skrytykować osoby protestujące przeciw marszom równości - i to nie za ich poglądy, a wyłącznie za wygląd i agresję? Nie chcę być złą prorokinią, ale coś czuję, że panie przeczytają o sobie kilka niemiłych słów w "swoich" mediach. Na rozgrzewkę zatem - kilka niemiłych słów ode mnie.

Joanna, lat 22:
Przeszkadza mi, że wykształcony lekarz ma dokładnie takie samo prawo głosu jak człowiek, który w życiu nie pracował, tylko siedzi i piwo pije. (...) O tym, czym jest dobro ojczyzny, powinni decydować młodzi ludzie, którzy są przyszłością. Jeśli się ktoś nie zgadza? W nacjonalizmie trzeba poświęcić jednostki, które są przeciwne. Nie odbieram nikomu prawa do życia, ale jestem przeciwna niektórym grupom i liczę, że sprowadzimy je do marginesu. Wiem, że mam radykalne poglądy. A jeśli się mylę? Nie, jestem pewna, że się nie mylę.
Radykalne poglądy to jak dla mnie bardzo delikatne określenie tego, co ta pani ma. Kult młodości, pogarda dla starszych i tych, którym się w życiu nie powiodło, odmawianie prawa głosu i decydowania o swoim państwie grupom, z których poglądami pani Joanna się nie utożsamia, zapowiedź, że protestujące jednostki trzeba będzie poświęcić... I do tego jakże szlachetne zapewnienie, że prawa do życia nikomu nie odbiera. Cóż, a mogła zabić, jak głosi przysłowie.
Ważny jest dla mnie honor. Ważne są nienaganne maniery. Choćby ktoś był na meczu kibolem i krzyczał obraźliwe słowa na przeciwnika, to w ciągu dnia musi potrafić włożyć garnitur i iść do pracy. 
Zawsze miałam wrażenie, że nienaganne maniery to nie jest coś, co się włącza i wyłącza. Ale jak widać, pani Joanna ma mniejsze wymagania - honorowe chłopaki z nienagannymi manierami mogą sobie przez dwie godziny krzyczeć "Legia kur..." czy "Je... PZPN", byleby tylko garnitur potrafili włożyć. Z tego, co kojarzę, to z samodzielnym ubieraniem się radzą sobie już starsze przedszkolaki, więc nie wygląda mi to na duże wyzwanie. Chociaż nie wiem, w garniturach wbrew pozorom nie chodzę.
Pracowitość jest ważna. Od 18. roku życia pracuję dla siebie i dla ojczyzny, na promocjach w sklepie. Możemy być w końcu wielcy. Wielki naród w każdym możliwym aspekcie. W końcu, nareszcie, wielkimi się stać.
Wydaje mi się, że jednak dla siebie na tych promocjach pracuje, nie dla ojczyzny. I dla wroga. Bo te promocje to pewnie w sklepach wielkopowierzchniowych, a w tych polskiego kapitału za wiele nie ma, jeśli w ogóle jakiś jest. No chyba że zarobione pieniążki na jakiś szczytny patriotyczny cel przeznacza, to wtedy przepraszam.
Mam ogromny szacunek wśród chłopaków w ruchu. Nas, dziewczyny, traktują jak rodzynki. Drzwi otwierają, są kulturalni, grzeczni. Ostatnio miałam urodziny i ci chłopcy, którzy nazwani byliby bojówkarzami i kibolami, wyszli z tortem.
Wzruszyłam się normalnie. Naprawdę drzwi otwierają? Są kulturalni? Tort na urodziny przynieśli? Niezwykłe, naprawdę niezwykłe. Normalnie takich mężczyzn już się nie spotyka. Tak swoją drogą ciekawa jestem, jak w takim razie traktują chłopaków z ruchu. Jak ciasto drożdżowe?
Prawica to jest najlepsze wyjście dla kobiety. Jeśli dziewczyna ma takie poglądy, to będzie w siódmym niebie. Chcę działać na równi z chłopakami. Ale to nie jest feminizm, proszę tak nie pisać. One skupiają się nie na tym, co trzeba. Feministka w ogóle kojarzy mi się tylko z legalizacją aborcji, nic więcej.
Kurczę, a ja myślałam, że feminizm to jest właśnie równość. Z tym że chodzi o równość w ogóle, a nie o równość dla tych, którzy wyznają te same poglądy co pani Joanna. Tak że tak - nie jest feministką. Niezależnie od tego, z czym jej się feminizm kojarzy, a z czym mógłby się kojarzyć, gdyby zdecydowała się dowiedzieć o nim czegoś więcej.
Na Marsz Niepodległości czekam przez cały rok. Kiedy ruszamy, to jest podniecające uczucie. Morze flag. Bardzo to przeżywam. Wszyscy mają takie same poglądy jak ja, to jest fantastyczne. Jestem przeciwna wszelkim formom przemocy czy dewastacji, jednak jeśli ktoś jest na tyle odważny, że staje naprzeciwko nas, to musi się liczyć, że nie pozostaniemy bierni. Ponieważ w to, co robimy, wierzymy głęboko. Ale bez przesady, lubię i podyskutować. Nawet z lesbijką podyskutowałabym przy piwie, chociaż pewnie nie zaufałabym takiej osobie.
Czyli tak tłumacząc z prawdziwie polskiego na nasze: jestem przeciw przemocy, ale jak mi się ktoś sprzeciwi, to przywalę? Hm. No tak, ja niewierząca jestem, tak że trochę inaczej rozumiem sprzeciw wobec przemocy. Nawet po siódmym piwie, kiedy to zdecydowanie ufać mi nie należy, bo jedyne, o czym myślę, to sprowadzenie duchowej córy Dmowskiego na bardzo złą drogę.

Sandra Skibniewska, lat 23:
Kiedyś było fajnie, honorowo: jak ktoś coś złego powiedział o kobiecie, to zaraz szli do bitki. (...) Chętnie zaczerpnęłabym pewne elementy z XXI wieku - telefony, komputery - i cofnęła się z tym w czasie do średniowiecza, które mnie intryguje. Chciałabym pojechać na białym koniu w towarzystwie średniowiecznego rycerza. Na zamek w Ogrodzieńcu. W grupie rekonstrukcji historycznej chciałam czynnie walczyć na miecze, ale koledzy, którzy walczą, powiedzieli, że to bezzasadne, bo jestem niewiastą. W średniowieczu również nie miałabym pewnie szans walczyć. Byłabym księżniczką, która czekałaby na rycerza. I to też by mi odpowiadało.
Kiedyś to było fajnie - kobieta była własnością mężczyzny i mogła robić tylko to, na co on jej pozwolił. Choć oczywiście były takie, co się buntowały i na koniach jeździły, ba, nawet w wojnach udział brały, ale to taka radykalna zbuntowana mniejszość - zdecydowanie coś nie dla księżniczki Sandry, co to się za dużo Disneya naoglądała w dzieciństwie. I nie wie, że nawet jakby jakimś cudem rzeczywiście była księżniczką, a nie zgwałconą przez zmierzającego do jej wieży rycerza chłopką, mieszczką czy zamkową posługaczką, to i tak nie czekałby jej pocałunek prawdziwej miłości, a aranżowane małżeństwo. Lub klasztor. Bez dostępu do internetu.

Marta Brzezińska, lat 24:
Wychowawczynie [prywatnego liceum dla dziewcząt z internatem - przyp. E.T.] uczyły nas, jak być damami. Współczesna dama powinna znać swoją wartość. Nie wyjdzie na ulicę w czymś, co ją bardziej odkrywa, niż zakrywa. Nie pozwoli sobie na kompromitujące zachowania, jakich dopuszcza się wiele dziewcząt w moim wieku - nie będzie się zataczać pijana na ulicy, nie pójdzie do łóżka z ledwo poznanym facetem. 
No i super, tylko czy aby na pewno ma to coś wspólnego z ruchem narodowym czy nacjonalistycznym? Oraz - z wartością, czyjąkolwiek? Jedne chodzą ubrane tak, inne tak, jedne mają wielu partnerów (lub partnerek), inne nie, ale mam wrażenie, że tylko nieliczne dorabiają do tego ideologię - że to dla ojczyzny, Jezusa czy jeszcze kogoś. Większości się to po prostu podoba.
W liceum byłyśmy na wycieczce w Krakowie. Byłyśmy ubrane w nasze tradycyjne mundurki. Jechałyśmy z wychowawczynią, siostrą zakonną, tramwajem. Na tyle stały dwie laski i gadały między sobą, ale tak, że wszystko słyszałyśmy: ''Na pewno mają nieogolone nogi. Wiemy, gdzie wysiądą!''. Faktycznie, wysiadłyśmy w Łagiewnikach. Ale co do owłosienia naszych nóg, a raczej jego braku, nikogo nie będę przekonywać.
Szkoda, mogłaby poprzekonywać. W końcu nieogolone nogi to domena nie tylko narodowych dziewcząt, ale też feministek, byłaby szansa na podzielenie się argumentami. No chyba że pani Marta chciała powiedzieć "to nie my nie golimy nóg, to feministki!".
Jest taka bzdura, że tylko feminizm przynosi kobiecie wyzwolenie. Ale to wyzwolenie, które zniewala. Feministki mówią: ''Możesz współżyć, z kim chcesz i jak chcesz, używać wszelkich zabezpieczeń, a jak wpadniesz, to zawsze jest aborcja''. Wolność! Ale nie walczą już na przykład z ''50 twarzami Greya''. Totalne sado-maso. Kobieta jest tam traktowana gorzej niż przedmiot. I nikt nie protestuje. Albo z antykoncepcją, która czyni kobietę łatwą i zawsze dostępną. Że mężczyzna może ją mieć zawsze, kiedy zechce i jak zechce. Ma pamiętać o łykaniu tabletek, tyć przez faszerowanie hormonami, naklejać sobie plasterki. A facet przyjdzie i weźmie. Ja dziękuję.
Ojejku, jak wolność, to wolność i z "50 twarzami Greya" się nie walczy, bo BDSM to też wolność. Ja wiem, że trudno w to uwierzyć, ale nikt tam nikogo do niczego nie zmusza. I jak wolność, to też wolność odmówienia temu strasznemu facetowi, co to przyjdzie i weźmie, nawet uprzednio nie zapytawszy, czy aby wolno. Wolność to możliwość. Nie przymus. Choć oczywiście rozumiem, że Marta woli możliwości nie mieć, bo jeszcze by ją zły skusił (albo jakaś niegodna zaufania lesbijka, z którą poszłaby na piwo). Tyle że niestety to, że nie uznaje antykoncepcji i wolności nie sprawi, że pewnego dnia ów straszny facet nie przyjdzie i do niej, i jej sobie nie weźmie. Czego rzecz jasna pani Marcie nie życzę.

Natalia Julia Nowak, lat 21:
Radia Maryja zaczęłam słuchać w wieku 17 lat. Chciałam się przekonać, co to jest. Odpowiadało mi światopoglądowo. Za dużo było jednak o Bogu, a ja zupełnie nie tego szukałam. Interesowałam się nacjonalizmem: Narodowym Odrodzeniem Polski, ONR-em. Pisałam teksty publicystyczne, wiersze. O Aleksandrze Łukaszence tak: ''Szanuję go bardzo i lubię,/ Choć nie jest on z mojej Ojczyzny./ Niech żyje i stoi przy swoim/ Nasz Sąsiad, cud - Syn Słowiańszczyzny!''.
Przyznam, że nawet nie wiem, jak to skomentować. Ale było na tyle smaczne, że nie mogłam nie przytoczyć. Cieszę się jedynie, że ani mając lat 17, ani 21 nie pisałam wierszy. Ostatni napisałam, gdy miałam lat 7 i szło to jakoś tak: "Już wiosna nadeszła / i cieszą się dzieci, / że dużo ptaków / po niebie leci".
Trzy lata temu związałam się bliżej z Polską Partią Narodową Leszka Bubla i zaczęłam pisywać do tygodnika ''Tylko Polska''. Wcale nie uważam, że pan Leszek Bubel jest antysemitą. Przyjaźni się przecież z Bolesławem Szenicerem, a on jest Żydem.  
Wcale nie uważam, że Donald Tusk jest homofobem. Przyjaźni się przecież z Radomirem Szumełdą, a on jest gejem.

Ewa Lisiecka, wiek nieznany:
Uważam, że każda kobieta jest feministką. Natomiast niektóre zbłądziły i robią ''dni cipki''. OK, miejcie swoje dni, a my pozostaniemy kobietami, które dbają o swoje dobro. Nikt mi nigdy nie mówił: nie dasz rady, jesteś kobietą, idź do garów. Ja nawet nie umiem gotować. Nie czuję się dyskryminowana. (...) Uwielbiam natomiast, kiedy mężczyźni powstrzymują się przy mnie, żeby nie przekląć. A jeśli już - mówią ''przepraszam''. Czuję się dobrze, kiedy otwierają mi drzwi. Podchodzą do mnie z szacunkiem, tak ma być.
Ach, ta seksofobia. W rozmowach o kobiecej seksualności naprawdę nie ma nic złego. I nawet takie feministki, co to nie zbłądziły i lubią, jak mężczyźni podchodzą do nich z szacunkiem (a nie szpetnie klną i zatrzaskują drzwi przed nosem), czasami mają coś takiego jak seks i coś takiego jak orgazm, i to niekoniecznie "waginalny". No ale rozumiem, że to takie dobro, do którego w pewnych kręgach lepiej się nie przyznawać.
Jestem przeciwniczką aborcji. Ostatnio usłyszałam argument na temat aborcji po gwałcie. Mężczyzna nie uczy się w taki sposób odpowiedzialności. Niech płaci za dziecko.
Serio? A ja głupia myślałam, że efektem nieodpowiedzialności może być na przykład spłacanie kart kredytowych kolejnymi kartami kredytowymi czy "zgubienie" dziecka powierzonego czyjejś opiece, a nie gwałt. I że gwałciciele są generalnie bydlakami, którym przydałoby się coś znacznie mocniejszego niż lekcja odpowiedzialności. Dobrze chociaż, że pani Ewa nie postuluje przymusowego wyjścia za mąż za gwałciciela. Choć w sumie nie wiem, czemu. Alimenty alimentami, ale wychowanie dziecka - to jest dopiero odpowiedzialność!
Wszystko powinno być naturalne. Tak jest najlepiej. Tak jak naturalnym systemem wydaje mi się kapitalizm, tak nie akceptuję homoseksualizmu, bo jest nienaturalny. Mam homoseksualnych znajomych, nie potępiam. Jednak dla dobra ojczyzny lepiej, żeby małżeństw homoseksualnych nie było. Czytam Pismo Święte. Dla mnie kobieta to uzupełnienie mężczyzny, a mężczyzna - kobiety.
Zaryzykowałabym stwierdzenie, że żaden system polityczny nie jest naturalny, ale co ja się tam znam. I nie będę z tego wyciągać wniosku, że dla dobra ojczyzny lepiej by było, gdyby żadnych systemów nie było, a dla dobra pani Ewy - żeby nie było innych niż naturalne gazet, w których mogłaby się wypowiadać, czy innego niż naturalny internetu, w którym mogłabym jej wypowiedzi znaleźć. Oraz innego niż naturalne Pisma Świętego, które mogłaby przeczytać. No ale ja dla odmiany z naturalnych rzeczy lubię miód, mleko, kawę i góry, więc nie uważam się za specjalną ekspertkę w temacie.

Podsumowując - narodowe księżniczki są różne. Łączy je zamiłowanie do dobrze wychowanych mężczyzn, co to nawet jak przeklną, to przeproszą, no chyba że zdarzy się to na stadionie, wtedy następnego dnia wbiją się w gajerek i sprawa załatwiona. Nie lubią feministek, a w każdym razie tych feministek, co to zbłądziły i tylko o cipkach potrafią gadać i do aborcji zachęcać. Używają dużych słów, takich jak naród, ojczyzna, honor. I skrycie marzą o księciu z bajki, co to będzie bronił ich czci, po rękach całował i do stópek padał. To co, prawicowe dziewczyny - kiedy umawiamy się na to piwo?

Fot. Bryan Gosline, Wikimedia Commons

piątek, 21 grudnia 2012

Bawią mnie memy z Chytrą Babą z Radomia


Bawią mnie memy z Chytrą Babą z Radomia. Dokładnie tak samo, jak bawi mnie zachłyśnięcie się przez portale takie jak naTemat.pl czy Gazeta.pl tymi memami i szybciutkie odżegnanie od tego, że owo zachłyśnięcie zaistniało. Dokładnie tak samo, jak bawią mnie analizy mądrych głów, dlaczego owa Chytra Baba zaistniała i co to o nas wszystkich mówi.

Bawią mnie memy z Chytrą Babą z Radomia, bo jestem Chytrą Babą z Radomia, a właściwie z Gdańska, czy może z Warszawy, na jedno wychodzi. Przez siedem lat z rzędu, dwa razy do roku, byłam jedną z kilku tysięcy osób, które gromadziły się wokół wigilijnego/wielkanocnego stołu w Agorze. Nigdy nie pojawiłam się na poczęstunku na tyle wcześnie, by zająć miejsce w pierwszym rzędzie wokół uginających się pod jedzeniem stołów, i zawsze tego żałowałam. Stawałam więc w drugim rzędzie, trzymając w jednym ręku plastikowy talerzyk, w drugim plastikowy nóż i widelec. Nie słuchałam przemówień prezesów, patrzyłam na stół. Gdy tylko słyszałam sygnał, że można już jeść, niecierpliwie popatrywałam na osoby przede mną i mruczałam pod nosem, że może by się pospieszyły, bo ja też chcę sobie nałożyć wszystkiego po trochu, choć nie wszystko zjem teraz, trochę zjem później.

Pamiętam, jak przyszła pierwsza fala kryzysu. Osoby, które stwierdziły, że nie będą się pchać do stołu, że poczekają, aż wszyscy sobie nałożą, i potem wezmą coś dla siebie, załapały się jedynie na nędzne resztki. Nawet żonkile, które zdobiły stół, ktoś zgarnął. I serwetki. I natkę pietruszki. I inne ozdoby.

Pamiętam śniadania prasowe, konferencje i szkolenia, w których brałam udział. Zawsze prędzej czy później w centrum uwagi był stół z poczęstunkiem. Nie tylko mojej uwagi, choć możliwe, że tylko ja uważałam ów darmowy posiłek za aż tak pociągający i tylko ja walczyłam z chęcią nałożenia sobie wszystkiego po trochu. Bo jestem Chytrą Babą. Z Gdańska lub z Warszawy, na jedno wychodzi.

Przykro mi tylko, że to właśnie owa kanoniczna Chytra Baba nieświadomie stała się przedstawicielką nas wszystkich - Chytrych Bab z Polski, a może i nawet z Europy. Pewnie wybrano ją ze względu na to, jak była ubrana i w jakim jest wieku. Ot, stereotypowy wredny moher, taki, co to nie tylko napoje pod siebie zagarnie, ale i w autobusie będzie się przepychać, i do kolejki przed ciebie wejdzie. Z kogoś takiego łatwo się śmiać, w kimś takim łatwo zobaczyć wszystkie cechy, których nie lubimy u innych i których z pewnością nie mamy.

Też się śmieję. Bo paradoksalnie my, wszystkie Chytre Baby Świata, nie mogłyśmy sobie wyobrazić lepszej przedstawicielki. Lepszej lekcji pokory. Od teraz, ilekroć dostanę z łokcia w drzwiach autobusu, obiecuję nie sykać i nie oddawać (nawet dyskretnie). Bo przecież ja też chcę zająć to najlepsze albo jedyne miejsce, też uważam, że mi się należy. Tyle że się tych odczuć wstydzę. A zamiast po 3 cytryny sięgam po colę. I mam ciuchy z lepszymi metkami, i przez siedem lat z rzędu, dwa razy do roku, byłam jedną z kilku tysięcy osób zgromadzonych wokół ładniejszego stołu w ekskluzywnym budynku. Ale od teraz już się nie będę wstydzić. Swojego polactwa, swoich kompleksów, swojej zachłanności. Jestem Chytrą Babą z Radomia i jestem z tego dumna.

czwartek, 20 grudnia 2012

Jestem gejem i jestem normalny


"Jestem gejem i moje życie jest tysiąc razy trudniejsze" - napisał parę tygodni temu na Facebooku trójmiejski działacz Platformy Obywatelskiej Radomir Szumełda. Jego wypowiedź wywołała spory odzew - skomentowało ją ponad sto pięćdziesiąt osób, a niemal tyle samo polubiło. Krótko potem "Dziennik Bałtycki" opublikował obszerny wywiad z Szumełdą, w którym opowiedział o swojej drodze do samoakceptacji. Temat szybko podchwyciły inne media. I tak dorobiliśmy się pierwszego publicznie wyoutowanego geja w PO. Nic, tylko się cieszyć. Dlaczego się więc nie cieszę?

Kilka cytatów z owego wywiadu:
Stojąc przy barze w swoim klubie, zżyma się na doktrynerstwo kontrkandydatów. Prawa kobiet, prawa zwierząt, prawa gejów... Radek jest na listach Platformy, w tym samym okręgu co Robert Biedroń z Ruchu Palikota. Nie chce publicznie ujawniać orientacji. - Jeden gej w okręgu wystarczy - stwierdza żartobliwie. A na poważnie dodaje:
- To, że jestem gejem, nie ma tu żadnego znaczenia. Nie chcę z tego faktu robić argumentu politycznego. Znasz polityka, który chwali się swoją heteroseksualnością?
Dziś o takich jak Biedroń mówi:
- Afiszują się ze swoją manierą. Biorą udział w paradach równości. Choć to kompletnie nie moja bajka, to jednak dobrze, że te parady są, bo dzięki nim w ogóle mówi się o potrzebach środowiska LGBT (...). Ale przecież nie wszyscy geje są zmanierowani. Tymczasem patrząc na Biedronia i wielu innych aktywistów, można odnieść wrażenie, że wszyscy tacy jesteśmy. A to nie jest prawda. Myślę, że większość gejów to "zwyczajni faceci". Tak jak powiedziałem: "faceci". Nie obnosimy się ze swoją orientacją seksualną. Nie widać po mnie homoseksualizmu. Gdybym ci nie powiedział, to byś nie wiedział, prawda?
I jeszcze fragmenty wypowiedzi dla Innej Strony:
Społeczeństwo polskie jest na znacznie szybszej ścieżce do akceptowania różnorodności niż były społeczeństwa zachodnie. Mimo to potrzeba nam czasu. To, co innym zajmowało 50 lat, nam zajmuje dopiero dwadzieścia lat z hakiem. 
(...) zdecydowanie nie zamierzam zmieniać barw partyjnych, nawet jeśli PO nie jest partią idealną i w niektórych obszarach może rozczarowywać. Mnie zresztą również. Uważam, że pozostając w jej strukturach, mogę pracować od wewnątrz, by stawała się partią lepszą, bardziej otwartą na potrzeby społeczne, np. na potrzebę legalizacji związków partnerskich. Jestem dobrej myśli w tym zakresie. Nie interesują mnie ugrupowania polityczne, których główną domeną jest populizm.
Moje relacje z premierem mają wymiar wyłącznie towarzysko-rodzinny, więc zbyt wiele nie mogę i nie chcę odkrywać, szanując jego i moją prywatność. (...) Zawsze czułem akceptację i sympatię z jego strony. Rozmawiałem z nim o konieczności legalizacji związków partnerskich i odnoszę wrażenie, że w tej sprawie mamy podobny pogląd.
Czyli tak: pan Szumełda się wyoutował i chwała mu za to, pewnie jego gest dodał otuchy paru osobom, a i jemu jest teraz trochę lżej. A przy okazji zrobił też bardzo dobrze swojej partii, która, czego on oczywiście nigdy nie powie, a może nawet tego nie dostrzega, jest współodpowiedzialna za to, że jemu, jako gejowi, zgodnie z jego własnymi słowami żyje się trudniej. Oto Platforma zyskała właśnie kolejny argument za tym, jaka to jest nowoczesna i liberalna - wszak ma własnego geja, którego nie bije i z partii nie wyrzuca, ba, nawet go ceni i szanuje. I słusznie, bo taki gej to skarb. Jak będzie trzeba, to wytłumaczy wszystkim, że pan premier jest za (choć oczywiście powiedział mu to prywatnie, coby nikt go za takowe deklaracje do odpowiedzialności nie chciał pociągnąć), tyle że w Polsce na związki partnerskie jest jeszcze za wcześnie, bo przecież innym krajom ich wprowadzenie zajęło ponad pięćdziesiąt lat. I nieważne, że to bzdura, bo w części z tych krajów jeszcze trzydzieści-czterdzieści lat temu za stosunki homoseksualne szło się do więzienia (dla przypomnienia - Polska skończyła z tym procederem w 1932 roku, jako jedno z pierwszych państw w Europie!). Oraz - że to żaden argument, bo nie jesteśmy samotną wyspą i przyjęcie innych "nowinek" jakoś nie idzie nam tak opornie.

Dodatkowo taki gej dyskretnie i zgodnie z linią partii odetnie się od parad, aktywistów i aktywistek, co to może i robią coś dobrego, ale przy okazji troszeczkę za bardzo się ze swoją homoseksualnością obnoszą - no po prostu na pierwszy rzut oka po nich widać, co to za jedni. A przecież to takie niestosowne, chwalić się swoją orientacją - czy którykolwiek heteroseksualny polityk to robi? Czy Donald Tusk pokazuje swoją żonę i dzieci? Nie? No właśnie.

Nie, nie przeszkadza mi, że pan Szumełda jest w PO. Ta partia mu odpowiada, czuje się z nią związany i fajnie. Przeszkadza mi, że, choć deklaruje chęć zmiany swojej partii od wewnątrz, tak naprawdę wyznaje i uwiarygadnia praktykowaną przez nią miękką homofobię. Widzi i podkreśla różnice między orientacją heteroseksualną a homoseksualną i wie, że tą drugą się chwalić nie należy. Wygląda "normalnie" i na pierwszy rzut oka z gejem się go pomylić nie da. Wierzy, że zmiany zachodzą u nas szybciej niż na Zachodzie i że jesteśmy dużo bardziej otwarci i tolerancyjni. A że mimo wszystko jego życie jest tysiąc razy trudniejsze niż innych? Cóż, taka malutka sprzeczność, na którą z pewnością ma jakieś ładne wytłumaczenie.

poniedziałek, 17 grudnia 2012

Ego jest najważniejsze

"Jestem za równouprawnieniem! Kobiety do kopalni, kopania rowów i śmieciarek! I koniec dawania kwiatków, otwierania drzwi, ustępowania miejsca w tramwaju i noszenia zakupów! Chcecie równości? To ją macie!" - znacie te argumenty? Pewnie, że znacie, wszak to antyfeministyczna klasyka gatunku. Można by do tego jeszcze dodać coś o różnicach płci, które to naturalnie predysponują kobiety do wykonywania jednych czynności, a mężczyzn do innych, komplementarności płci, bożym planie, ideologii gender, mentalnej kastracji, przemocy psychicznej kobiet wobec mężczyzn i brzydkich lesbach, których nikt nie chciał, i pakiet małego antyfeministy byłby niemal gotowy.

Jak może kojarzycie, ze wszystkich antycośtam zazwyczaj najbardziej mnie interesują nie te w wersji hard ("zabijemy, połamiemy, do gazu!") czy w wersji "jestem idiotą" ("brzydkie, głupie, niespełnione, boście chłopa dawno nie miały"), a te pozornie przyjazne, z rodzaju "jestem za, ale". Czyli te, gdzie dana osoba jest święcie przekonana, że wcale nie jest anty, i zupełnie nie widzi, jak bardzo sama sobie zaprzecza. Ostatnio (może zresztą i nie ostatnio, ale fakt faktem, że dopiero go zauważyłam) w portalu naTemat.pl objawił się właśnie taki ktoś - niejaki pan Wojciech Łazarowicz, samozwańczy feminista, którego ambicją jest tłumaczenie feministkom i feministom (choć tej drugiej grupy zdaje się nie dostrzegać), jakie są ich cele, na czym NAPRAWDĘ polega równouprawnienie i co robią źle.

Małe the best off:

Feminista - pożyteczny idiota! Gorzkie żale na fujarce o tym, jak to seksizm wobec kobiet jest z automatu piętnowany (serio?!), a seksizm wobec mężczyzn uznawany przez feministki za narzędzie w walce o równouprawnienie. Dowody? Otóż autor przeczytał w "Wysokich Obcasach" wywiad z anonimową prawniczką (przynajmniej dla mnie anonimową, bo nie pokusił się ani o wymienienie jej nazwiska, ani o podanie linka do tekstu), w którym z ust owej pani padło sformułowanie, że chamstwo i prostactwo to cechy mężczyzn. Oczywiście owo stwierdzenie było wyjątkowo słabe i seksistowskie, tyle że nie ma nic wspólnego z feminizmem. No ale dla pana Wojciecha "Wysokie Obcasy" są najwyraźniej pismem feministycznym, a każda wypowiadająca się w nich kobieta feministką. Albo też nawet każda kobieta, która ma porządną pracę i mówi coś krytycznego na temat mężczyzn, jest dla niego feministką, kto wie. W dalszej części tekstu pojawia się dowód numer dwa. Na fejsbukowym profilu Anny Dryjańskiej (zadeklarowanej feministki, a jakże) autor znalazł okładkę nowego kalendarza Feminoteki z grafiką przedstawiającą kobietę dźwigającą na swoich barkach mężczyznę i dziecko, która to grafika ilustrowała raport o tym, ile czasu na nieodpłatną pracę w domu poświęcają kobiety, a ile mężczyźni. Według autora było to rzecz jasna przejawem potwornego seksizmu - wszak obrazek ten podtrzymuje stereotyp "kobiety dźwigającej na swoich barkach trutnia mężczyznę". Nic to, że takiego stereotypu nie ma (za to niewątpliwie stereotyp o tym, jak to kobiety są naturalnie predysponowane do sprzątania, gotowania i opieki nad dziećmi ma się świetnie) i że z badań wynika to, co wynika. Równość to równość, więc jeśli coś wskazuje na to, że gdzieś jej nie ma, to należy szybciutko znaleźć jakiś kompensujący ową nierówność przykład, żeby pan "feminista" nie poczuł się urażony. Na przykład napisać, że no tak, kobiety więcej pracują w domu, ale za to mężczyźni więcej pracują w pracy, więc jest po równo. I nieważne, że to nieprawda (bo badania pokazują, że nawet jak mężczyźni nie pracują zawodowo, to nadal mniej robią w domu), ważne, że nie będzie "seksistowsko".

Psia natura mężczyzn - mój zdecydowanie ulubiony tekst pana blogera. Oto wyczytał on z tekstu Anny Dryjańskiej "Żeby Wszystkim Było Lepiej" (świetnego, swoją drogą), że przemoc leży w naturze mężczyzn, i rzecz jasna potwornie się tym oburzył. Na wypadek, gdyby ktoś się zastanawiał - nie, Anna Dryjańska tego nie napisała. Przeciwnie, jakby przewidując, że komuś się zachce z nią polemizować, kilkakrotnie podkreśliła, że to, że większość sprawców przemocy domowej i gwałcicieli to mężczyźni, nie oznacza, że większość mężczyzn to sprawcy przemocy domowej i gwałciciele. Dodała też zdanie o innych niż naturalne przyczynach przemocy - znaczeniu norm, wartości społecznych i dominujących wzorców męskości. Skąd się więc panu Wojciechowi przeświadczenie, że Dryjańska tak podle pisze o naturze mężczyzn, wzięło? Z fragmentu jednego zdania: "Człowiek gryzie psa tak samo często, jak pies gryzie człowieka", z którego wywnioskował, że ów pies to mężczyzna, a sam fakt gryzienia wynika z jego natury (co jest bzdurą, nawet jeśli się przyjmie, że rzeczywiście o porównanie mężczyzny do psa chodziło, a nie o anegdotyczne "człowiek pogryzł psa"). I na tymże fragmencie jednego zdania zbudował swój kolejny tekścik "dowodzący", jak to potworne feministki dyskryminują mężczyzn i lżą ich najgorszymi epitetami. Oraz że statystyki to zło i że nie należy pisać, że przytłaczająca większość sprawców przemocy domowej i gwałtów to mężczyźni, bo to głupie i haniebne. I zapewne również seksistowskie.

Haters gonna hate - najnowsza produkcja pana antyfeministy, co to nie wie, że jest antyfeministą. O czym? Ano o tym, jak to przeciwnicy przemocy (a konkretnie feministki walczące z przemocą wobec kobiet), w przeciwieństwie do endeków, grożą mu pobiciem. No serio, serio, o tym. Pan Wojciech swojego czasu zanegował istnienie nowoczesnej myśli narodowej i nikt na niego z tego powodu nie nakrzyczał. A potem popełnił opisany powyżej tekścik o psiej naturze mężczyzn, pod którym, oprócz kilkudziesięciu merytorycznych komentarzy, znalazło się też kilka hejterskich. Merytoryczne rzecz jasna pominął, zacytował za to hejterskie i wysnuł z tego tezę, że feministki, zarzucając innym seksizm, czasami się do niego posuwają, a zwalczając przemoc, nie mogą się oprzeć, by komuś nie przywalić. I nieważne, że było to zaledwie parę komentarzy, tak naprawdę nie wiadomo, przez kogo napisanych (feministki? feministów? osoby zwalczające przemoc? kogoś innego?), a na dodatek wyjętych przez autora (który sam od takich komentarzy zresztą nie stroni) z kontekstu. Ważne, że pan bloger znalazł kolejny powód, by przywalić grupie, którą ponoć wspiera.

Nie twierdzę bynajmniej, że feministki i feminiści to samo piękno i dobro, i że nie zdarza im się strzelić jakiejś piramidalnej głupoty czy (raczej werbalnie niż fizycznie) przywalić komuś z liścia albo i z piąchy. Tyle że nie jest to żaden argument za czymś czy przeciw czemuś, tak samo jak żadnym argumentem za czy przeciw równouprawnieniu osób nieheteronormatywnych nie jest to, że ktoś tam żyje w otwartym związku, a ktoś inny jest zwolennikiem poliamorii. Nikt nie ma obowiązku bycia miłym, grzecznym i przykładnym, i dotyczy to w takim samym stopniu osób, które są reprezentantkami jakiejś idei, jak i wszystkich innych. Na tym też polega równość - że każdy ma prawo być wredny i niemiły, i nie powinno mieć to żadnego wpływu na jego sytuację prawną. Nie w tym rzecz jednak, przynajmniej nie do końca. 

W czym zatem? Ano w tym, że pan Wojciech, mimo deklarowanego feminizmu, tak naprawdę należy do grupy osób, które uważają, że równouprawnienie będzie wtedy, jak w kopalniach będzie tyle samo kobiet co mężczyzn. Nie można jego zdaniem mówić, że któraś płeć jest gdzieś nadreprezentowana (np. w gronie sprawców przemocy czy osób zajmujących się domem), bo jest to seksizm. Nie można twierdzić, że ktoś jest bucem, ma spadać i generalnie ma mu się ochotę przywalić (a choćby i pisał piramidalne głupoty, nadal nie wolno), bo jest to hipokryzja i zaprzeczanie swoim ideałom. Feministki powinny zwalczać wszelkie przejawy seksizmu wobec mężczyzn, bo inaczej pokazują, że tak naprawdę nie chodzi im o równość, a o własne interesy. Jednocześnie, zwalczając przemoc czy seksizm wobec kobiet, powinny to robić tak, aby uniknąć wskazywania na płeć sprawców, i na wszelki wypadek co chwila podkreślać, że oczywiście kobiety też bywają agresywne i seksistowskie. I wtedy będzie równość i wszyscy będą zadowoleni. A że owa równość nie będzie miała nic wspólnego z rzeczywistością, a za to sporo z dogadzaniem ego i graniem według reguł tego czy innego antyfeministy, co to nie wie, że jest antyfeministą? Drobiazg, ważne, aby nikt nie poczuł się urażony.

Fot. Perfilbtl, Wikimedia Commons

piątek, 14 grudnia 2012

Za wszystkim stoją żydzi

Kiedy miałam piętnaście lat, pewien ksiądz powiedział, że mój ateizm wziął się z tego, że nasłuchałam się opowieści o bogactwie kleru, wypasionych furach, którymi jeździ, i innych takich. Usiłowałam mu wytłumaczyć, że nie, po prostu w pewnym momencie zwyczajnie przestałam wierzyć, ale on wiedział swoje. To był chyba pierwszy raz, kiedy zetknęłam się z poglądem, że za moimi decyzjami stoi jeszcze ktoś poza mną. Że z pewnością nie mogłam samodzielnie dojść do wniosków, do których doszłam. Oraz że moje działania muszą mieć drugie, najlepiej nieszczególnie skomplikowane i obraźliwe dla mnie, dno. Obraźliwe - bo uznanie, że można przestać wierzyć z tak przyziemnego powodu, zwyczajnie umniejszyło rangę tego przeżycia. Bo gdy ma się piętnaście lat i nagle zdaje sobie sprawę, że bardzo ważny dotąd element życia przestał istnieć, to jest to poważna sprawa.

Nie mam pojęcia, czy również wtedy tak powszechne jak teraz było bezrefleksyjne wskazywanie odpowiedzialnych za wszelkie głośniejsze wydarzenia czy tragedie, przypisywanie wszystkiemu motywacji religijnej, politycznej czy ideologicznej. Być może tak, choć mam wrażenie, że brak wiary w to, że ludzie podejmują decyzje samodzielnie, ze swoich powodów, a nie pod wpływem "autorytetów", to coś, co ostatnio narasta. Przykłady? Najbardziej bawią mnie te, gdzie odpowiedzialnych szukają wszyscy i wszędzie. Matka mordowała swoje nowo narodzone dzieci? Winne feministki, wszak ta kobieta z pewnością była wyznawczynią idei "późnej aborcji". Albo winny Kościół i jego podejście do ludzkiej seksualności i praw kobiet. Prawdopodobnie niezrównoważony gość próbował zniszczyć obiekt kultu religijnego? Winni Palikot i Biedroń (i oczywiście Tusk), wszak to oni głoszą (przyzwalają na głoszenie) nienawiści do Kościoła. Albo winien Kościół i jego sprzeniewierzanie się zasadom wiary, tak frustrujące dla jego owieczek. I tak dalej. Coby się nie wydarzyło, w trzy sekundy odpowiedzialni za to zostają odnalezieni, osądzeni i skazani. Ot, przed chwilą przeczytałam komentarz, że za dzisiejszą tragedią w USA (dwudziestolatek zabił w szkole blisko trzydzieści osób, w tym co najmniej osiemnaścioro dzieci) stoi liberalne wychowanie, bez normalnej rodziny i wiary.

Teoria, że za każdym działaniem musi stać jakaś siła, najlepiej polityczna, ma rzecz jasna zastosowanie nie tylko wtedy, gdy dochodzi do tragedii czy przestępstwa. Z naszej bajki - wszak "wiadomo", że osoby nieheteronormatywne w rzeczywistości wcale nie chcą równych praw, nie interesują ich takie drobiazgi jak ochrona przed nienawiścią czy możliwość dziedziczenia bez podatku. To lewica (ewentualnie "zawodowi geje") wykorzystuje je do swoich celów i wmawia im, że potrzebują jakichś specjalnych uregulowań. W końcu jest nam dobrze tak, jak jest, i bez inspiracji ze strony polityków z pewnością nikomu z nas nigdy nie przyszłoby do głowy, że chce zabezpieczyć siebie i najbliższą sobie osobę.

Oczywiście nie jestem na tyle naiwna, by twierdzić, że wszyscy zawsze myślą samodzielnie, czy że nie zdarza się właśnie tak, że ktoś coś robi, bo tak mu mówią jego "autorytety". Z drugiej strony, ów brak wiary w to, że tak bywa, owo automatyczne ocenianie i znajdowanie osób odpowiedzialnych za to czy inne wydarzenie, owo pogrywanie niemal wszystkim, co się dzieje - nieważne, czy jest to jednostkowa tragedia, czy coś o większej skali oddziaływania - jest czymś, co mnie coraz bardziej irytuje, i to niezależnie od tego, kto to robi. Nie, bynajmniej nie twierdzę, że prawda zawsze leży pośrodku, i nie głoszę pochwały umiaru. Prawda bardzo często leży po prostu gdzie indziej, tyle że nikomu nie chce się jej szukać, bo dopatrywanie się wszędzie czyjejś inspiracji, obwinianie tych, z którymi się nie zgadzamy, jest i prostsze, i atrakcyjniejsze, niż sięgnięcie do źródła i sprawdzenie, co się tak naprawdę stało. Tyle że takie zero-jedynkowe myślenie, poza tym, że nieźle brzmi w TV czy z sejmowej mównicy, skutkuje jedynie pogłębieniem podziałów i ugruntowywaniem paranoicznego postrzegania rzeczywistości. Nie ma za to nic wspólnego z choćby próbą znalezienia rozwiązania problemu czy z rzeczywistym przejęciem się wydarzeniem, które się tak zawzięcie komentuje. W przypadku księdza z początku tego tekstu nie miało to specjalnego znaczenia - przynajmniej dla mnie. Tyle że owa niechęć do szukania głębiej dotyczy też niestety spraw znacznie większego kalibru niż to, że jakaś małolata przestała chodzić do kościoła.

sobota, 8 grudnia 2012

Dawno, dawno temu...

Niemal rok temu Gosia pisała o pierwszym sezonie serialu "Once Upon a Time". Wtedy byłam na etapie raczej zerkania nań niż oglądania, nie mówiąc już o myśleniu o tym, co będzie dalej, chwilę po tym, jak skończyłam oglądać kolejny odcinek. Teraz, po obejrzeniu małego finału (bo co najmniej połowa historii jeszcze przed nami) drugiego sezonu spokojnie mogę się zaliczyć do grona wielbicielek i wielbicieli serialu. Z rodzaju tych fanatycznych, bo to, że na kolejne części muszę poczekać aż do stycznia, jest dla mnie niemal nie do zniesienia.

W czym tkwi urok tej historii? Co sprawia, że mimo drewnianego aktorstwa Jennifer Morrison, której przypadła jedna z głównych ról (Emmy Swan, czyli tamtejszego Harry'ego Pottera - wybawicielki, która pod koniec pierwszego sezonu zdejmuje ciążącą nad miastem klątwę), oraz kilku innych równie nieciekawych kreacji, mimo wprowadzenia w drugim sezonie tak plastikowych postaci jak Mulan, Aurora, Lancelot czy książę Philip, nadal jest to jedna z najciekawszych i najbardziej wciągających produkcji ostatnich lat? Poza oczywistym powodem, że jest to po prostu świetna historia dla wszystkich, którzy i które kochają baśnie i lubią zabawę z kanonem, wymienię jeszcze kilka.

Scenariusz. Po tym, jak klątwa rzucona przez Złą Królową przestała działać (osoby nieznające fabuły odsyłam do notki o pierwszym sezonie), wyglądało na to, że właściwie niewiele jest już do opowiedzenia. Dobro zwyciężyło, a w każdym razie wygrało bardzo ważną bitwę, pozostało więc jedynie zjednoczyć się i zmiażdżyć tych kilkoro złych bohaterów, którzy stali jeszcze na drodze do odzyskania szczęśliwych zakończeń (bo na tym polegała owa klątwa - pozbawieniu baśniowych postaci kluczowego "i żyli długo i szczęśliwie"), dobre uczynki nagrodzić, złe ukarać i sprawa załatwiona. Tymczasem twórcy serialu postarali się trochę bardziej. Bo, choć prawdopodobnie finał będzie właśnie taki - że każdy dostanie to, na co zasłużył - to i droga do niego jest znacznie bardziej skomplikowana, i zło i dobro wcale nie są takie oczywiste. Na dodatek zdjęcie klątwy otworzyło przejście między światem baśni a miasteczkiem Storybrook, w którym przez 28 lat uwięzieni byli nasi bohaterowie. Przenikanie się tych dwóch światów oznacza nowe przygody, nowe problemy i nowe postacie, z matką Złej Królowej włącznie, która nadaje zupełnie nowe znaczenie słowu "zło".

Lana Parrilla, czyli Zła Królowa i burmistrzyni Stroybrook Regina w jednym. Aktorka znana dotąd z nieszczególnie ambitnych produkcji takich jak "Pająki" i "Replikant" oraz z kilkunastu, często gościnnych, występów w serialach (czasem niezłych, jak "Zagubieni" czy "24 godziny"), dla której rola w "Once Upon a Time" zdecydowanie powinna być przepustką do znacznie bardziej spektakularnej kariery. A nawet jeśli nie, pozwoliła jej zyskać przynajmniej kilkusettysięczną rzeszę fanów i fanek. Nowo narodzona gejowska ikona (te stroje, te fryzury!) i obiekt fantazji sporej rzeszy kobiet specjalizujących się w pisaniu femslashy (jeszcze wrócę do tego tematu). Choć mam sporą słabość do czarnych charakterów, szczególnie tak atrakcyjnych i dobrze zagranych, to muszę przyznać, że to, co wymyślili dla niej scenarzyści w drugim sezonie jest całkiem fajne. Otóż Regina próbuje nie być zła i nie korzystać ze swoich supermocy, co nie przychodzi jej łatwo chociażby dlatego, że po zdjęciu klątwy wszyscy w miasteczku wiedzą, kim jest, i najchętniej powiesiliby ją na jej ukochanej jabłoni. Jej walka z samą sobą to zdecydowanie jeden z najciekawszych wątków nowego sezonu. Póki co jasna strona mocy wygrywa, choć nie tracę nadziei, że jeszcze jej się odwidzi i jednym ruchem ręki zetrze uśmieszki wyższości i samozadowolenia z ust wszystkich szlachetnych i prawych mieszkańców Storybrook.

Robert Carlyle, czyli Rumpelstiltskin i zarazem Pan Gold, właściciel lombardu i szara eminencja Storybrook. Aktor, który nie musi udowadniać, że ma talent (najlepiej pamiętam go z "Księdza" i "Drapieżców" skandalistki Antonii Bird oraz oczywiście z "Goło i wesoło") i druga, obok Złej Królowej, postać, bez której tego serialu nie dałoby się oglądać. Jego bohater, podobnie jak Regina, ewoluuje, choć niekoniecznie w kierunku dobra. To gość, którego trudno nie kochać i któremu bardzo się kibicuje, niezależnie od tego, jak podłą i uzależnioną od manipulowania innymi jest kreaturą - w końcu jedyne, co robi, to pokazuje, że nic nie jest wyłącznie czarne czy białe i że w każdym tkwi potencjał zarówno do czynienia dobra, jak i zła.

Feminizm. Szczęśliwie nic nowego w opartych na baśniach produkcjach, wszak już chociażby "Shrek" był niezłą kpiną z klasycznych księżniczek w wydaniu Disneya, ale tak czy siak jest to mocny punkt serialu. Śnieżka załatwiająca trolla jednym celnym strzałem z łuku, Mulan jako strażniczka Aurory (znacznie lepiej sprawdzająca się w tej roli niż jej ukochany książę Philip), irytująco drewniana, ale mimo wszystko waleczna Emma w roli wybawicielki to naprawdę niestereotypowe (choć nadal baśniowe) postacie. Nie znaczy to, że panowie nie mają swojej roli w walce o szczęśliwe zakończenia, ale zdarza im się również np. ukłuć wrzecionem i zapaść w sen, z którego może ich obudzić dopiero pocałunek prawdziwej miłości.

Humor. Czarny, jak wtedy, gdy Rumpelstiltskin przedstawia Pięknej (tak, tej od "Pięknej i Bestii", on robi rzecz jasna za bestię) Reginę prostym "kochanie, poznaj kobietę, która trzymała cię w ciemnicy przez 28 lat". Wynikający z zawirowań czasowych, które sprawiły m.in., że główna bohaterka (aka wybawicielka aka Emma Swan) jest w wieku swoich rodziców, a jej matką Śnieżką okazuje się być jej przyjaciółka Mary Margaret (której, jak to przyjaciółce, zwierzała się z dosłownie wszystkiego), co dodatkowo komplikuje wzajemne relacje. Będący pochodną przenikania się zupełnie różnych światów, w których nie zawsze wypada i nie zawsze działa to samo. Czy sytuacyjny, jak wtedy, gdy Regina idzie do terapeuty swojego syna na odwyk od używania magii, bo jest na bardzo dosłownym głodzie.

Podsumowując - warto. Szczególnie jeśli lubi się baśnie i ma się ochotę nieco odpocząć od rzeczywistości.

Na koniec obiecane słówko o femslashach. Bez wstydu przyznaję, że brak wpisów na blogu w ostatnich dniach (w tym brak wpisu rocznicowego - bo 6 grudnia minęły dwa lata od naszego ślubu) wynika nie z braku weny, a z tego, że postanowiłam zobaczyć, co z postaciami i historiami z "Once Upon a Time" robią twórcy i twórczynie fanfików (pisanych głównie przez fanów i fanki opowiadań nawiązujących do konkretnych filmów, seriali, książek itp.). I, cóż, wciągnęło mnie, na tyle, że poważnie przemyśliwam nad napisaniem własnego lub przetłumaczeniem któregoś z tych, które znalazłam. Choć póki co w serialu mamy jedynie relacje heteroseksualne, to wśród opartych na "Once Upon a Time" historii fanowskich jest, mam wrażenie, wręcz przeciwnie, a znalezienie opowieści o Złej Królowej, w której NIE jest ona sparowana z kobietą, graniczy niemal z cudem (i to jest właśnie femslash - opowiadanie, w którym bohaterki łączy relacja lesbijska). Na dodatek wśród ponad sześciu tysięcy opowiadań (a czasami całych powieści) na fanfiction.net opartych na tym konkretnym serialu można znaleźć całkiem sporo rzeczy, które są po prostu dobrze wymyślone i dobrze napisane (choć niestety zazwyczaj po angielsku). Tak że jak ktoś ma za dużo wolnego czasu, to z czystym sumieniem mogę polecić  i autorkę oraz to opowiadanie (jest obowiązkowy humor i trochę wzruszeń). A "trochę" więcej jest tu.

poniedziałek, 3 grudnia 2012

Naprawdę jest lepiej? [LIST]


Po ostatnich dość ponurych postach planowałam napisać coś weselszego. W międzyczasie dostałam jednak maila od A. i postanowiłam go opublikować. A. pisze o polskiej odpowiedzi na kampanię "It Gets Better" - emitowanych od niedawna w MTV spotach z cyklu "Będzie lepiej". A konkretnie o tym, jak to "lepiej" wygląda w jej przypadku. To tekst napisany z zupełnie innej perspektywy niż te, które zwykle możecie tutaj przeczytać. Macie podobne doświadczenia? A może przeciwnie - bliżej wam do bohaterów "Będzie lepiej", u których z czasem naprawdę było lepiej albo w ogóle nie było źle? Zapraszam do przeczytania listu od A. i dzielenia się swoimi historiami w komentarzach.

JAK TO TAK NAPRAWDĘ PÓŹNIEJ WYGLĄDA?

Po wielu podejściach zdecydowałam się coś napisać. Swego czasu oglądałam chyba prawie wszystkie programy i projekty poświęcone tematyce LGBT. Najlepiej do tego nadawał się internet i, co tu ukrywać, zagraniczne strony, głównie angielskie albo amerykańskie. Jakby jakiś psycholog robił mi wtedy analizę, pewnie stwierdziłby, że jestem zagubiona i szukam swojej tożsamości, nie jestem pewna, co czuję, kim jestem... i tego typu pierdoły. Wtedy pewnie bardzo bym się obruszyła, a teraz... w zasadzie przyznałabym mu rację. Skoro nie mogłam porozmawiać o tym z rodzicami, koleżankami, znalazłam internet. Nie chodzi mi tu jednak o wylewanie żali, jaka to byłam nieszczęśliwa i zagubiona w swoich nastoletnich rozterkach.

Ostatnio, przerzucając kanały, natrafiłam na MTV. Nie żebym spodziewała się tam muzyki, raczej jakiegoś programu randkowego w autobusie z napalonymi młodymi ludźmi, ale ku mojemu zdziwieniu na ekranie pojawił się wszystkim znany, nie do końca lubiany pan Michał Piróg, który opowiadał o swoich doświadczeniach dotyczących jego orientacji. I co ja na to? "Polska wersja It Gets Better?" No cóż, pomysł jak najbardziej popieram, nie będę się odnosić, co można by zrobić lepiej, gorzej, dlaczego tak, a nie w inny sposób itd., bo to już osobny temat. Okazało się, że oprócz wspomnianego już pana w podobnych spotach występuje jeszcze kilka osób i wszystkie opowiadają o tym, jak było, jak jest i że będzie jeszcze lepiej, podpierając się swoimi historiami.

Przypomniałam sobie te wszystkie gadki, że "po liceum będzie lepiej", "pójdziesz na studia, poznasz innych, otwartych ludzi", "w większym mieście jest lepiej, tam jest inne życie". I tu pojawia się moje pytanie do tych wszystkich ludzi: CZYŻBY?! Otóż mam te wszystkie etapy za sobą i muszę wam powiedzieć, że wcale nie jest lepiej! Jakiś czas temu skończyłam liceum, jestem na ostatniej prostej na studiach i teraz najlepsze: w miejscu, w którym pokładałam największe nadzieje (czytaj: uniwersytet), poznałam bardziej zamkniętych, homofobicznych i niewyrozumiałych ludzi niż w liceum. Tyczy się to zarówno studentów, jak i nauczycieli akademickich, choć muszę przyznać, że w większym stopniu tej pierwszej grupy. Po pierwszej dyskusji, która wywiązała się przypadkowo, nie pozostało mi nic innego jak skulić się w sobie i nigdy więcej nie zabierać głosu w tej sprawie. Tak, wiem, powinnam wstać i głośno zaprotestować, ale przyznaję, nie miałam i, co jest najgorsze, nadal nie mam tyle odwagi, żeby się przeciwstawić i obronić.

I tak sobie myślę: może i jest lepiej, ale gdy siedzę w domu, przed komputerem. A jak już naładuję baterie i wydaje mi się, że przecież teraz jest ok, nie ma co narzekać ani się poddawać, wychodzę z domu i bam! Dostaję od życia w twarz. Zdaję sobie sprawę, że aby mogło być lepiej, najlepszym wyjściem jest coming out, ale pomimo to nie potrafię. Chcę, ale nie potrafię. [A.]

niedziela, 2 grudnia 2012

Mnie to nie dotyczy

"Połowa nosicieli HIV, którzy zarazili się w ubiegłym roku, to homoseksualiści" - obwieściła Fronda z okazji Światowego Dnia AIDS. Akapit później wyszło, że nie chodzi o zakażonych w ogóle, a o mieszkańców Wielkiej Brytanii. Trzy akapity później - że nie chodzi o zakażenie, a o diagnozę, i nie o gejów, a o mężczyzn, którzy zakazili się poprzez kontakt seksualny z mężczyznami. Znalazł się tam za to inny błąd - jako synonim HIV pojawiło się AIDS. Oraz kolejne nadużycie - autor (autorka?) tekstu stwierdził, że z raportu wynika, że jeden na dwudziestu gejów jest nosicielem HIV. Raport można znaleźć tu. I naocznie się przekonać, że nie ma w nim słowa na ten temat. Tak jak i nie ma słowa na temat orientacji zakażonych.

Nie piszę o tym, by znęcać się nad poziomem frondowego dziennikarstwa - byłoby to zbyt łatwe zadanie. Piszę o tym, bo między innymi dzięki takiemu podejściu, jakie prezentuje autor tego tekstu, zakażeń jest tyle, ile jest. Ilekroć słyszę, jak ten czy inny mądrala radośnie oświadcza, że jego to nie dotyczy, przypomina mi się przeczytany kilka lat temu reportaż o mężczyźnie, który kilka miesięcy po tym, jak na jakiejś służbowej imprezie zdradził żonę, zrobił test i dowiedział się, że jest seropozytywny. Poinformował o tym kobietę, z którą przespał się na owej imprezie. Zbadała się - wynik wyszedł ujemny. Poinformował więc drugą (i pierwszą w swoim życiu) partnerkę seksualną, czyli swoją żonę. Zrobiła test - wyszedł dodatni. Gość był w szoku, bo był przekonany, że oboje zachowali czystość do ślubu. Co się okazało? Jego żona jako nastolatka zdecydowała się na seks analny ze swoim ówczesnym chłopakiem. Oczywiście bez prezerwatywy, wszak ciąża jej nie groziła, a kto by się przejmował takimi drobiazgami jak możliwość zakażenia HIV czy HCV.

Ta historia świetnie pokazuje to, o czym się mówi i pisze od lat - że nie ma grup ryzyka, są ryzykowne zachowania. Jej bohaterowie teoretycznie stanowili modelową parę, która zapewne w mniemaniu takich osób jak autor wspomnianego tekstu nie miała szans się zakazić. I gdyby nie zdrada mężczyzny, to pewnie długo jeszcze by się nie dowiedzieli, że są seropozytywni. Żeby było jeszcze mniej zabawnie, również szefowi Pozytywnych w Tęczy, a więc osobie, która siedzi w temacie nie od dziś, wyrwało się w Dzień Dobry TVN, że jedną z przyczyn zakażeń może być "moda na biseksualizm".

Gdy dołożyć do tego wyniki raportu "Seksualność Polaków 2011", z którego wynika, że połowa badanych uważa, że wirusa przenoszą komary i że można się zakazić w publicznej toalecie, aż 80 procent, że przez dotyk, a tyle samo - że wystarczy lepiej się odżywiać, by uniknąć HIV, to wychodzi na to, że wiedza Polek i Polaków o HIV/AIDS jest po prostu żadna. Mimo rozlicznych kampanii społecznych i mimo tego, że tym tematem zajmujemy się w Polsce już od trzydziestu lat.

Daleka jestem od stwierdzenia, że nadreprezentacja mężczyzn mających seks z mężczyznami w przywołanym przez Frondę raporcie wynika jedynie z tego, że mają oni większą świadomość, że mogą się zakazić, więc po prostu częściej się badają. Z drugiej strony jestem przekonana, że większości z tych ponad dziewięćdziesięciu procent Polaków, którzy nigdy w życiu nie zbadali się w kierunku HIV, w ogóle nie przyszło do głowy, że powinni to zrobić. A dzieje się tak również dzięki takim mądrym tekstom jak ten z Frondy, obliczonym na stygmatyzację pewnej grupy, a tak naprawdę robiącym dużo większą krzywdę tym wszystkim, którzy i które w efekcie pomyślą, że ich to nie dotyczy.

Fot. Wikimedia Commons