niedziela, 29 grudnia 2013

Dostosuj się i milcz, katolożerczy inkwizytorze



Pamiętacie gazetę "Dziennik Polska-Europa-Świat"? Wychodziła od 2006 do 2009 roku, potem Axel Springer Polska sprzedał ją Inforowi, który połączył ją z "Gazetą Prawną" i zrobił z tego "Dziennik Gazetę Prawną". "Dziennik" do pewnego momentu był niezłą gazetą, daleko lepiej niż najbliższa mu światopoglądowo "Wyborcza" czującą młodszego czytelnika, niestroniącą od lekkich i lekko podanych tematów. Miał jednak problem, a tym problemem była właśnie "Wyborcza", z którą chciał konkurować. Na dwa sposoby - większym "obiektywizmem", co przejawiało się w oddawaniu łamów ówczesnym odpowiednikom braci Karnowskim, oraz atakowaniem okrętu flagowego Agory. Co jakiś czas więc pojawiały się w nim teksty spod znaku "tato, a Michnik powiedział". Ich ukoronowaniem było wywalenie w 2007 roku na czołówkę agitki Macieja Rybińskiego "Koniec Polski Kiszczaka i Michnika". Po którym to tekście na zawsze pożegnałam się z "Dziennikiem".

Daleka jestem od stwierdzenia, że przyczyną upadku "Dziennika" było ustawianie się w opozycji do "Wyborczej", stawiałabym raczej na niefortunny czas dla prasy papierowej w ogóle, ale fakt faktem, że ta taktyka czytelników i czytelniczek raczej nie przysporzyła. Miało być wszak obiektywnie, z różnych stron, a wyszło ni w pięć, ni w osiemnaście - wszak nie da się jednocześnie o czytelnika konkurencji zabiegać i go odstraszać.

Trudno jest porównywać internet z papierem, wszak za przeglądanie tego drugiego zazwyczaj nie płacimy (w każdym razie nie wprost, swoje grosiki, ale naprawdę grosiki, dodajemy, generując odsłony - i w porządku, z czegoś komercyjne media żyć muszą), nie musimy więc ograniczać się do dwóch czy trzech tytułów, nie czytamy też portali, jak kiedyś gazet, od deski do deski, a jedynie to, co nas zaciekawi, pewne prawidłowości jednak pozostały. Oto portal Na Temat (obiektywny mniej więcej na tej samej zasadzie co "Dziennik"), którego dziennikarki i blogerzy czasami trafiają na mój celownik, najwyraźniej za swoją główną konkurencję obrał internetowe media Agory, a szczególnie portale Gazeta.pl i Wyborcza.pl, których zresztą, podobnie jak większość czytelniczek i czytelników, zdaje się nie odróżniać. Obrał dość wybiórczo zresztą, bo kiedy wygodnie, to z ich doniesień niezbyt twórczo korzysta, a kiedy niewygodnie, to na nie równie twórczo psioczy.

Swój odpowiednik "Końca Polski Kiszczaka i Michnika" popełnił właśnie nie kto inny a naczelny Na Temat Tomasz Machała. W sprawie zdecydowanie bardziej błahej niż Rybiński (ten drugi pisał o lustracji i aferze z Wielgusem), ale miałkość i robienie afer z niczego to akurat znak firmowy większości portali głównego nurtu, więc tego się akurat czepiać nie będę, choć dodaje całej sytuacji dodatkowego smaczku. Otóż Machała w tekście o jakże obiecującym tytule "Klerykalizacja postępuje. Msza święta już nawet w autobusie" rozprawia się z króciutkim, opartym na liście czytelnika, artykułem opublikowanym na Gazeta.pl Lublin, a przy okazji z całą linią programową "Gazety Wyborczej".

O co poszło? Zachęcam do przeczytania obu tekstów (najlepiej zacząć od wynurzeń Machały, tym zabawniej czyta się to, co go tak oburzyło), ale jak komuś się nie chce, to poniżej małe omówienie. Tekst na Gazeta.pl liczy sobie sześć krótkich akapitów. Pierwsze trzy to streszczenie listu niejakiego pana Rafała. Pan Rafał jechał sobie w Boże Narodzenie autobusem miejskim. W pewnym momencie kierowca puścił z głośników transmisję z mszy. Pan Rafał przez parę minut nie reagował, bo myślał, że może kierowca włączył stację omyłkowo, w końcu jednak nie wytrzymał i poprosił o zmianę stacji lub wyłączenie radia. Kierowca odmówił. Zapytany o przyczynę, stwierdził, że nie, bo nie. Pan Rafał napisał skargę do MPK. Kolejne trzy akapity to wypowiedź jednego z dyrektorów MPK, który stwierdza, że kierowca może sobie słuchać, czego chce, byleby robił to cicho, i że zapozna się ze skargą oraz zapisami z monitoringu, by ustalić, co się wydarzyło, oraz Doroty Wójcik z Fundacji Wolność od Religii, która określa tę sytuację jako łamanie sumienia i dyskryminację pasażera. Koniec.

Tekst Tomasza Machały jest niewiele dłuższy, za to emocji w nim więcej niż w kazaniu biskupów o gender. Już lead jest cudny:
"Gazeta Wyborcza" (i gazeta.pl) wytropiły prawdziwy skandal, którym zajęły się z energią prawdziwych dziennikarzy śledczych (a podobno dziennikarstwo śledcze umiera). Otóż kierowca autobusu miejskiego w Lublinie słuchał w radiu mszy. "Gazeta" poruszyła niebo i ziemię, żeby dorwać sk... i pozbawić go pracy. Te wysiłki na razie okazały się daremne. Ale jest nadzieja, że po świątecznej przerwie, słuchający mszy w radiu talib skończy tam gdzie powinien. Na śmietniku historii. Tam jest miejsce dla wszystkich wstecznych, klerykalnych, moherowych Polaków.
A dalej jest jeszcze śmieszniej. Są stwierdzenia o inkwizytorskich zapędach "Gazety" i jej nieustannej walce z opresyjnym państwem wyznaniowym i niepohamowanej żądzy wyparcia z przestrzeni publicznej jakiegokolwiek śladu chrześcijaństwa. Jest pewność, że dziennikarze "Gazety" równie chętnie napiętnowaliby na pierwszej stronie "Gazety Wyborczej" sąsiadki pana Machały, które mają zwyczaj co niedziela słuchać nabożeństwa w radiu. Jest oburzenie, że o komentarz poproszono tylko jedną osobę (ja się doliczyłam dwóch, ale co ja się tam znam), i to o poglądach antyreligijnych. Jest przytyk, że tak samo "Gazeta" robi w przypadku tekstów o pedofilii, gdzie też wskazuje, że słuszna może być tylko jedna opinia (co jest strasznym grzechem, wszak o zdanie należy też pytać zwolenników wykorzystywania dzieci). Jest wytknięcie, że z tak błahej sprawy robi się aferę na cały kraj (tekst ukazał się na lokalnych stronach Gazeta.pl, tak tylko przypominam, potem za to historię nagłośnił na Na Temat jeden z dziennikarzy pana Machały). Nie zabrakło też mojej ulubionej definicji demokracji - jako rządów większości, którym mniejszość musi się podporządkować. Oraz obietnicy, że naczelny Na Temat nie będzie się pultał, jak jakiś kierowca puści przez głośniki transmisję nabożeństwa Kościoła Spaghetti (tak, tego, któremu odmówiono rejestracji w Polsce). A na zakończenie pan Machała pociesza wszystkich ogłupionych przez antyklerykalną "Wyborczą", że żadnego terroru biskupów w Polsce nie ma, skoro można drukować takie teksty jak ten o skardze pana Rafała.

Nie zajmuję się tekstem Machały dlatego, że stanowi doskonały materiał do hejterzenia czy że jest durny. Choć jest i stanowi. Nie zamierzam też oświadczać, że żegnam się z Na Temat, bo za bardzo lubię kilkoro blogerów piszących w tym portalu, choć dziwię się, że chce im się nabijać kabzę jego właścicielom i uwiarygadniać pojawiające się tam bzdury swoimi nazwiskami na liście autorów (bo nie płac). Tak naprawdę do tej notki mogłabym wybrać pewnie kilkanaście, jak nie kilkadziesiąt innych artykułów, które pojawiły się w ostatnich dniach, choćby dużo bardziej bolesny, bo popełniony przez Ewę Siedlecką, tekst o tym, że prawda zawsze leży pośrodku (poszło o Bratkowską i dlaczego, zdaniem Siedleckiej, jest jak Pięta) czy dowolne wynurzenia Dominiki Wielowieyskiej. Nie ze względu na ich poziom, ale zignorowanie szerszego kontekstu tego, o czym się pisze. Artykuł Machały jest jednak tak cudownie jaskrawym przykładem tegoż ignorowania, że nie mogłam się oprzeć, by się nim nie posłużyć.

Sprawa pana Rafała jest błaha. Tak jak błahych (w sensie: istotnych głównie dla nich) jest wiele problemów czytelniczek i czytelników, którymi zajmują się gazety czy portale. Niebłaha jest za to reakcja pana Machały - i na to, że jakaś gazeta (a właściwie ta konkretna) ośmieliła się ją opisać, i na to, że ktoś w ogóle śmiał zaprotestować w sytuacji, która nie była dla niego komfortowa (w domyśle) ze względu na wartości, które wyznaje. Zdążyłam się już przyzwyczaić, że z urojonym wrogiem walczy Fronda czy portal braci Karnowskich. Teraz do grona tych, co wszędzie widzą zabieranie im zabawek, dołączył naczelny ponoć centrowego (liberalnego, światowego, nowoczesnego...) portalu, przy okazji naznaczając konkurenta (teoretycznego, bo, umówmy się, jeśli chodzi o liczbę odsłon czy użytkowników, portalowi Machały do mediów internetowych Agory bardzo daleko) jako tak skrajnie antyklerykalnego, że za nim już tylko przepaść. I byłoby to nawet śmieszne, gdyby nie to, że nie jest. Bo tak właśnie wygląda nasza debata publiczna - o gender, o aborcji, o równouprawnieniu osób nieheteronormatywnych, o roli Kościoła, o ekologii, o prawach zwierząt itd., itp. Mnóstwo emocji, tony oburzonych i urażonych, brak proporcji, brak kontekstu, histeria, gdy ktoś mruknie coś nie po linii (która to linia nie jest już bynajmniej w centrum, a mocno na prawo), gdy zaprotestuje, gdy zażąda, by jego światopogląd, choć może i mniejszościowy, również uszanować. Fałszywa symetria - porównanie Kościoła katolickiego do nieistniejącego (przynajmniej formalnie) Kościoła Spaghetti jest pięknym przykładem - fałszywe rozumienie demokracji i w końcu bezdenna głupota oraz lenistwo większości mediów.

W tym roku na blogu nie będzie podsumowania roku, bo blog w tym roku, z powodów różnych, nie zawsze fajnych, słabował. Niech więc ten tekścik będzie swoistym podsumowaniem tego, co mnie najbardziej w ciągu ostatnich i wkurzało, i - jeśli chodzi o dyskusje internetowe i nie tylko - absorbowało. Poziom mediów (może dlatego, że w 2012 z pracą w nich się raczej na dobre pożegnałam). Poziom debaty. I wciąż powracające pytanie bez żadnej sensownej odpowiedzi, jak ją odzyskać. Jak przenieść ładne i mądre rozmowy, które tyle osób przecież prowadzi, z niszy do mainstreamu. Jak rozmawiać o tym, co rzeczywiście jest, a nie o tym, co się klika. Znalezienia odpowiedzi na nie to coś, czego sobie na następny rok życzę. Oraz więcej życia - blogowi i nam.

niedziela, 8 grudnia 2013

Głupi, pazerni czy hipokryci?

„Czy w Polsce mamy dyktaturę mniejszości seksualnych?” – zapytał parę dni temu „prowokacyjnie” Kuba Strzyczkowski w programie "Za a nawet przeciw" w radiowej Trójce. „Czy przeszkadzają mi homoseksualiści w życiu publicznym?” – pytał kilka miesięcy wcześniej. „Czy homoseksualizm sprzyja pedofilii?” – zastanawiano się dwa tygodnie temu w Polsacie. Każdemu z tych programów towarzyszyła sonda, za każdym razem widzowie i słuchacze zagłosowali na tak. W każdym też, w ramach dziennikarskiego „obiektywizmu”, posadzono osobę niehetero lub działającą na rzecz osób niehetero, aby tłumaczyła, że nie jest wielbłądem. Po drugiej stronie miała albo wielce uczone autorytety, w rodzaju księdza Oko, albo po prostu osoby dzwoniące do studia i wylewające pomyje na osoby LGBTQetcetera. Byli też rzecz jasna prowadzący, którzy ograniczyli się do udzielania głosu kolejnym osobom i, rzadko po rzadko, ale radość tym większa, komentarzy w rodzaju „No ale teraz to już pan trochę przesadził”.

Po co robić tego typu programy? Gdy jest się Frondą czy „Gościem Niedzielnym”, to jest to misja: zohydzić nielubianą grupę, dać podobnie myślącym osobom kolejne powody, by jej nienawidzić, karmić cudze lęki i wzmacniać nimi swoją władzę. Gdy jest się medium głównego nurtu, ponoć bardziej obiektywnym, a z pewnością docierającym do szerszej i bardziej różnorodnej publiczności, to jest to kasa. „Kontrowersje” się klikają, czytają, oglądają. A reklamodawcy nie dotują treści, oni dotują wyniki. I być może nie byłoby to aż tak straszne, gdyby nie to, że twórcy programów, które nawet nie leżały obok etyki, misji czy odpowiedzialności dziennikarskiej, nie mają odwagi lub samoświadomości, by przyznać, że chodzi po prostu o pieniądze. Inna, chyba mniej prawdopodobna, opcja jest taka, że są zwyczajnie głupi i wydaje im się, że robią media na poziomie, zajmują się realnymi problemami i inicjują poważne debaty, podczas gdy w rzeczywistości zmienili antenę w forum Gazeta.pl czy innego Onetu.

Po dyktatorskim programie Kuby Strzyczkowskiego Gosia, tradycyjnie już zresztą, wysłała do Ewy Lipowicz, wydawczyni „Za a nawet przeciw”, maila, w którym grzecznie (tak, tak) napisała, co było w tej audycji nie tak. Tradycyjnie też dostała odpowiedź, zapewne tę samą, która poszła do wszystkich osób mających głupią nadzieję, że ich głos do twórców audycji dotrze i może następnym razem nieco mądrzej będą dobierać tematy:
Cenimy sobie uwagi naszych słuchaczy – również za Pani dziękujemy. Temat wczorajszej (04.12) audycji „Za a nawet przeciw” pojawił się już po raz kolejny, a od zawsze budzi gorące emocje i, co zauważamy z przykrością, pobudza do formułowania zbyt radykalnych opinii, niewyszukanych również w formie. To część ryzyka, jakie ponosimy zajmując się sprawami trudnymi i udostępniając naszą antenę wszystkim słuchaczom, bez wyjątku. Na tym polega otwartość debaty publicznej i demokracja. Od lat na naszej drodze pojawiają się tematy kontrowersyjne, a wraz z nimi takie problemy, nie jest to jednak, naszym zdaniem, powód, dla którego można by wprowadzić selekcję, czy idąc dalej tym tropem – cenzurę i nie dopuszczać do głosu tych, z których opiniami się nie zgadzamy. Tak długo bowiem jak obok tych głosów pojawiają się również te mądre, wyważone i koncyliacyjne taka forma dyskusji ma sens. Niewiele rozgłośni poza Polskim Radiem stać na taką odwagę, pewnie dlatego nadal mamy wiernych słuchaczy ceniących możliwość rozmawiania z nami o wszystkim.
Jesteśmy zaskoczeni Pani oceną, tym bardziej, że na antenie wiele było głosów ze strony najogólniej mówiąc środowisk LGBT - nagranych przez nas, jak i głosy słuchaczy, wiele było uwag mądrych i zrównoważonych. Gość audycji, Pani Lalka Podobińska audycji słuchała - o czym rozmawialiśmy przed łączeniami - i - choć oczywiście nie była zachwycona niektórymi wypowiedziami , to jednak do samej audycji zastrzeżeń nie miała. Pytanie postawiliśmy celowo w ten sposób - bo, z czego nie wszyscy sobie zdają sprawę - są środowiska - wcale nie nieliczne, które myślą w ten sposób. Wydaje nam się słuszne uświadomić wszystkim, że takie - niebezpieczne w naszej ocenie - poglądy funkcjonują, w naszych audycjach zaś staramy się je zrównoważyć innymi. Jak dotąd nie zdarzyło się, żeby ktoś ze strony LGBT odmówił udziału w naszej audycji, co bierzemy za znak, że jednak rzetelnie je przygotowujemy.
Poanalizujmy tę odpowiedź – tak przez chwilę. Otóż dla redakcji Trójki zadanie wprawdzie nie z d…, a z homofobicznych mediów wziętego pytania, czy w Polsce mamy dyktaturę mniejszości seksualnych, jest zajmowaniem się sprawami trudnymi, a robienie na ten temat sondy i zostawianie bez komentarza głosów w rodzaju: "Czuję się dyskryminowany we własnym kraju przez mniejszość seksualną. To dyktatura. Czy muszę akceptować to, że ktoś chodzi po ulicy roznegliżowany?!", "Śmieszy mnie to, że musimy zakładać cenzurę w Polsce. Zboczenie jest zboczeniem. Po imieniu trzeba rzeczy nazywać.", "Porównam to jeszcze do takiego zjawiska: zamyka się kogoś w ustępie, w kiblu, każe mu się żywić gównem, mówiąc, że gówno to naturalne pożywienie” to uświadamianie, że takie poglądy funkcjonują. Miarą rzetelności audycji jest zaś fakt, że goście nadal do niej przychodzą. Cóż, do Jerry’ego Springera i Ewy Drzyzgi też przychodzą, i Springer, i Drzyzga poruszają podobnie trudne tematy, a na dodatek starają się je okrasić sensownym (jak na ich standardy) komentarzem – a to psychologa, a to widzów. Nikomu jednak nie przyszłoby do głowy określać ich mianem rzetelnych czy odważnych dziennikarzy, a ich programów elementami debaty publicznej. To rozrywka. Może niewyszukana, czasami dość dziwna, ale jednak rozrywka, w której prawdziwi ludzie dzielą się nie zawsze prawdziwymi opowieściami na swój temat.

Czym się różni Strzyczkowski od Springera, a jego wydawczyni Ewa Lipowicz od wydawców programu Drzyzgi? Tym, że im się wydaje, że zajmują się poważnym dziennikarstwem, i tym, że dorabiają do tego, co robią, ideologię. Oraz, i teraz będzie gorzej, tym, że ich działalność, ze względu na markę Trójki, ma znacznie większy potencjał opiniotwórczy i siłę oddziaływania. I jest większa szansa, że skoro tam się mówi o dyktaturze mniejszości, to całkiem spora rzesza słuchaczy wyłączy myślenie (oraz wyrzuci słownik) i w ową dyktaturę uwierzy. Jest jeszcze jedna różnica – otóż i Springerowi, i Drzyzdze dość łatwo przychodzi osiągnięcie celów ich programów – przyciągnięcie przed telewizory jak największej liczby spragnionych sensacji widzów. Strzyczkowski i Lipowicz o takiej skuteczności mogą jedynie pomarzyć – bo chyba tylko oni wierzą, że udało im się nie tylko zaprezentować pewne poglądy, ale też pokazać, że uważają je za niebezpieczne, czy zrównoważyć je z innymi. A taki był, jak piszą, cel tej audycji.

W odpowiedzi redakcji Trójki, obok wielkich słów jak „otwartość debaty publicznej” i „demokracja”, pojawiają się też zamykacze ust: „cenzura”, „selekcja”, „niedopuszczanie do głosu tych, z którymi się nie zgadzamy”. Nie ma niestety innych, które aż się proszą, by o nich pamiętać: „odpowiedzialności”, „etyki”, „rzetelności” „tłumaczenia rzeczywistości”. Zabrakło ich, obawiam się, nieprzypadkowo, bo gdyby pan Strzyczkowski i pani Lipowicz chcieli bronić swojej audycji, odwołując się do tych wartości, niewiele mogliby napisać. Wszak problem z ich programem nie leży w postawie słuchaczy, a prowadzącego i innych osób stojących za programem. To oni, stawiając takie a nie inne pytanie, sprowokowali dyskusję na takim a nie innym poziomie. To prowadzący, niemal nie kontrując i nie komentując wypowiedzi dzwoniących, nie zadbał o ich zrównoważenie i – szerzej – wytłumaczenie słuchaczom i słuchaczkom, co jest nie tak w stwierdzeniu, że mamy w Polsce dyktaturę mniejszości. To on był zbyt leniwy, zbyt nieprzygotowany lub zbyt uprzedzony, by postarać się nadać tym wypowiedziom szersze tło, poszukać ich przyczyny, rozwiać ewentualne lęki i obawy. Przerzucanie odpowiedzialności na osoby dzwoniące do "Za a nawet przeciw" za wydźwięk programu, a na jakieś, przez jego twórców bliżej nieokreślone, grupy za jego tematykę, jest bodaj najżałośniejszą częścią ich wyjaśnień.

Na koniec sonda (w prawej szpalcie, uprasza się o klikanie): czy Ewa Lipowicz i Kuba Strzyczkowski są głupi, pazerni, czy są hipokrytami? Wiem, że to trudne, ba, wręcz odważne stwierdzenie, ale jako że takie poglądy funkcjonują, być może nawet dość powszechnie, wydaje mi się słuszne zapytać o to czytelniczki i czytelników.

AKTUALIZACJA: Zbieranie głosów w ankiecie zakończone. Wyniki zaskakujące.

poniedziałek, 2 grudnia 2013

Twarze gender [WYNIKI KONKURSU]

Aktualizacja: I oto są! Dwie alegorie Gender, które przyniosą sławę i chwałę autorom i naszej wspólnej działalności.

Miejsce pierwsze: Ideologia Gender atakuje polską rodzinę. Olej na płótnie.
Miejsce drugie: Rozpracowany plan Genderterrorystów. Napisy na obrazkach.

Autorowi i autorce (jak ładnie parytetowo wyszło) gratulujemy. A wszystkim Wam dziękujemy za zapał, kreatywność, no i tak entuzjastyczny udział w zabawie.

Niech Gender będzie z Wami!
***

Gender opanował Polskę, pożerając niewinne dziatki, przebierając liderów ruchu narodowego w różowe spódniczki, wykupując mydło z drogerii i ziemniaki ze straganów, piekąc biszkopty z zakalcem i zastępując Freddiego w snach licealistów. Od kilku dni panoszy się też na naszym fanpejdżu, gdzie wspólnie z czytelniczkami i czytelnikami tropimy jego działalność i pokazujemy jego prawdziwą twarz. Udało się nam go znaleźć w sztuce, popkulturze, świecie owadów, a nawet w sympatycznej psiej mordce.

Teraz nadszedł czas na fazę drugą - wybór Miss Gender, tej najprawdziwszej z prawdziwych jego twarzy, którą dumnie poniesiemy na sztandarach w krucjacie, której celem jest zniszczenie cywilizacji i zaprowadzenie nowego porządku. Dwójka (lub trójka, jeśli nasz wybór będzie inny niż Wasz) autorów najczęściej wskazywanych prac może liczyć na coś do pooglądania - do podziału będą "Pokój Leo" i "Deszcz słodyczy - i poczytania - "Radość seksu lesbijskiego" lub "Poniedziałkowe dzieci". Może dorzucimy też parę "Replik". Oraz, dla chętnych, nasze zdjęcie z autografem i płytę Renaty Przemyk.;)

A zatem patrzcie (zachęcam do klikania prac, by je powiększyć i obejrzeć naprawdę dokładnie) i głosujcie (ankieta w prawej szpalcie, pod popularnymi tekstami). Czas macie tylko do wtorku 3 grudnia do godziny 23. Niech Gender będzie z Wami!
1. Ideologia Gender atakuje polską rodzinę
2. Straszyk diabelski. Twarz Gender w świecie robali
3. Gender Man - prawdziwe oblicze Slender-Mana
4. Gender-mem, czyli Gender ukryty pod popularną postacią z memów
5. Gender gorszy od Złego Mzimu
6. Gender czyhający w kreskówkach
7. Gender atakujący pod sercem matki 
8. Gender udający Pieseła
9. Rozpracowany plan Genderterrorystów
10. Prawdziwa twarz "równościowych" przedszkoli
11. Gender-dziura - Pacman zdemaskowany

12. Gender zaklęty w pony
13. Mhoczna twarz Genderu przyłapanego w sypialni
Na deser - i poza konkursem, bo przesłany po terminie (niestety) - apokaliptyczny Gender przyłapany wczoraj po zmroku podczas spaceru po łące:


poniedziałek, 25 listopada 2013

Gołe dupy Renaty Przemyk


Renata Przemyk dała głos, a ja zawyłam z bezsilnej złości i, co tu ukrywać, przykrości. Szansonistka, której gros fanów stanowią lesbijki (i geje też), piosenkarka, która przez wiele lat była w związku ze swoją tekściarką, poetką Anną Saraniecką (oczywiście związku przyjacielskim), osoba, która jednym zdaniem mogła zrobić wiele dobrego zarówno dla siebie, swojej kariery, jak i dla osób LGBTQetc., postanowiła się wypowiedzieć.

I jak zazwyczaj na wywiady z Renią spuszczałam litościwie (no, może oprócz tego tekstu tu) zasłonę milczenia, tak tego wywiadu bez komentarza zostawić nie sposób.

Już na wstępie jest ostro:
Przecież chrześcijanie byli zawsze pokojowo nastawionymi ludźmi. 
Chrześcijanie, zawsze, pokojowo. No fakt, bo sypialnianie nie za bardzo. Najczęściej raz do roku, i to w celu mienia dziatek. Poza tym artystka przespała lekcje historii, na których mówiono o wyprawach krzyżowych, chrystianizacji ogniem i mieczem, inkwizycji i takich tam różnych. Siadaj, Renata, pała.
Wszystkie nieporozumienia biorą się z niewłaściwej interpretacji Biblii, zresztą to samo dzieje się ze świętymi księgami innych religii, np. z Koranem. 
Siadaj, Przemykówna, dwója z religioznawstwa i znajomości „świętych” ksiąg. Stary Testament jest książką o treści łagodnej, w Nowym zaś nie mamy różnych radosnych świętych Pawłów, aż ociekających miłością do kobiet.

Generalnie nasza piosenkarka jest zdenerwowana wypowiedziami Michalika i innych, ale…
Kiedy mowa o arcybiskupie Michaliku, ponoszą mnie emocje, ale to jeszcze nie powód, żebym zwracała akt chrztu, wypisywała siebie i dziecko z Kościoła.
Jasne, lepiej żyć w zakłamaniu (ups, a to nie grzech?) i być hipokrytką. Ale o kim ja to piszę?

I sporo wie o homoseksualizmie:
Czytałam trochę na temat homoseksualizmu i wiem, że na skutek zmian hormonalnych zachodzących jeszcze w życiu płodowym, człowiek rodzi się z określoną orientacją seksualną, więc nie może być za to potępiony.
Nie no, serio? Łał.

O paradach:
Jeśli ktoś epatuje wulgarnym strojem i zachowaniem, to niezależnie od swojej orientacji, budzi we mnie niesmak. Jak ktoś pokazuje na Paradzie Równości gołą dupę, to przecież nie o równość tu chodzi, a o sensację. 
Nie wiem, na ilu paradach równości Renata była. Czekajcie, chyba na żadnej, bo gdyby była, to gazety by o tym pisały. Ja byłam na większości i jakoś gołych dup zero. A szkoda. Fajnie byłoby zobaczyć realną gołą dupę w mieście pełnym billboardowych gołych dup. Ale jaka nośna wypowiedź. To nic, że kłamliwa. Na Frondę w sam raz.

Nie mogło też zabraknąć klasyki:
Mam wielu przyjaciół z tego środowiska, którzy chcą żyć normalnie i bez rozgłosu. A przez takich pieniaczy muszą potem przekonywać zwykłych ludzi, że homoseksualizm nie jest agresywny, toksyczny ani zaraźliwy. 
Albo kłamie, albo należy współczuć znajomych oraz znajomych znajomych. Gołe dupy zaraźliwe? A jak się to niby przenosi?
Dlatego nie uważam, żeby słuszne było wywijanie komuś tęczową flagą przed nosem, żeby później walnąć go jeszcze tą flagą po głowie.
Przyznać się, kto wali tęczową flaga po głowie? Panie wiatr, do raportu! A swoją drogą, kto pójdzie ze mną na koncert Reni z tęczowymi flagami? Serio piszę.
Jestem za równymi prawami w pracy, w szkole, w życiu codziennym. Każdy reprezentuje sobą to, co ma w sercu i w głowie, czy jest porządnym człowiekiem. 
Naprawdę? Zdziwiłam się nieco, przeczytawszy wypowiedzi Reni. Ale nic to.
Podoba mi się piękny monogamiczny związek Tomasza Raczka. Dwoje ludzi po prostu się kocha i chce spędzić z sobą życie. 
Bo jak wiadomo walący flagami po łbach aktywiści pięknych monogamicznych związków nie tworzą. A może i zresztą nie tworzą, kto ich tam wie. W każdym razie jak się naszej pieśniarce takie związki podobają, to nic nie stoi na przeszkodzie, by takowy stworzyła. Lub o nim opowiedziała, jeżeli tworzy.
Nie przeszkadzałoby mi również gdyby nauczyciel mojego dziecka był gejem, jeśli poza tym byłby po prostu fajnym człowiekiem i specjalistą w swoim zawodzie.
A jakby był niefajnym człowiekiem i kiepskim specjalistą, to przeszkadzałoby to, że jest gejem, czy to, że jest słabym nauczycielem? I czy nie byłoby jeszcze fajniej, gdyby była to kompetentna nauczycielka? Nie tylko dziecko mogłoby mieć z tego korzyści...

O aktywistach LGBTQetc.:
I myśli pani, że przekonają społeczeństwo do swoich praw wychodząc na golasa i trzęsąc tym i owym?
Słuchajcie, mili moi znajomi i nieznajomi aktywiści. Może to jest myśl? Tego żeśmy nie próbowali. Potrząśnijmy tym i owym. Rany, ale ta kobieta ma fantazje erotyczne.
Ludzie przekonają się do homoseksualistów, kiedy poznają miłych, uśmiechniętych i uczynnych ludzi żyjących obok nich. Nie wszyscy może i nie od razu, ale więcej i szybciej niż agresją.
Agresywnie wzięłam podniebny ślub z moją ukochaną. Na paradach równości pojawiają się hasła typu: „Raz sierpem, raz młotem heteroseksualną hołotę”, „Hetero do gazu!”, a na czele niesiony jest różowy krzyż celtycki. Agresywny jest baner Miłości, co Nie Wyklucza, który rzuca się na ludzi swoją wielkością, różowatością i agresywnym hasłem! Kłania się też historia ruchów równościowych. Kobiety również kiedyś były miłe, uczynne i uśmiechnięte. I co, i o swoje prawa musiały walczyć, między innymi o prawo do niebycia miłymi, uczynnymi i uśmiechniętymi. Często dość agresywnie. Tak przy okazji, palenie staników to jednak mit. Szkoda.

A jak już przy feminizmie jesteśmy, to uwaga, niespodzianka, Renata (chyba) jest feministką, chociaż goli nogi. Niestety podaje również powód, dla którego uważa, że nazwa ta odbierana jest pejoratywnie:
Dlatego właśnie, że pod feminizm podpięły się radykalne osoby i środowiska. I utopiły w swojej agresji ideologię, która jest ważna i potrzebna. I potem feministki są postrzegane jako brzydkie baby z nieogolonymi nogami, które nienawidzą facetów.
Ręce, nogi (ogolone) i biust mi opadły.

A na koniec, no niemal, jest o tęczy:
To chore, z jakim strasznym przewrażliwieniem traktujemy ten temat. To po prostu ładna rzecz, która dodaje koloru szarej stolicy i zniszczenie jej było zwykłym wandalizmem. Podejrzewam, że ludzie, którzy to zrobili, chcieli się po prostu zabawić. Niektórym głupie zabawy przynoszą więcej radości niż inne.
Nie doczytała biedna, że spalili tę tęczę nie dlatego, że im się nie podobała, tylko dlatego, że dla nich nie jest symbolem przymierza z bogiem, ale symbolem homoseksualizmu. Ale cóż, młodość musi się wyszumieć. Wybaczmy, to tylko zabawa, głupia, ale zabawa. A niejaka Renata Przemyk jest ikoną osób LGBTQetc. Tak tylko przypominam.
Podoba mi się pomysł przemalowania jej na biało-czerwono.
Przemykówna, religioznawstwo i historię oblałaś koncertowo, teraz fizykę i zjawiska przyrodnicze. Cienko widzę maksimum punktów na maturze. No ale na trzydzieści procent może szansę masz. Może.

I w końcu nie może się obyć bez przypomnienia o symetrii:
Tolerancja nie oznacza jednak faworyzowania i powinna działać w obie strony.
Rozumiem. To znaczy nie rozumiem. Mamy pozwalać na nienawistne hasła, dać się pobić, zgodzić się na nierówne traktowanie? Reniu, przetłumacz, proszę.

A gdybyż tylko sama siebie posłuchała i zamilkła, nie miałabym ochoty jej outować (z jej braku przygotowania do matury, rzecz jasna):
(…) ale nie uważam się też za mędrca, który musi się wypowiadać na wszystkie możliwe tematy.
Na sam koniec zgodziłam się z Renatą. Ja też nie uważam jej za mędrca.

wtorek, 12 listopada 2013

Została satysfakcja, ale nawet jej brak


Ach, jak bardzo chce mi się od wczoraj powtarzać: a nie mówiłam? A nie pisałam - rok temu, dwa lata temu, trzy lata temu, jakie to fajne te Marsze Niepodległości są? I jak bardzo co poniektórzy dają się wkręcać w historyjki o lewackich prowokacjach, o Kolorowej Niepodległej, co to napadła na biednych narodowców maszerujących pół kilometra od niej i zdemolowała pl. Konstytucji? Jak bezsensowne są teorie o wszelkiej symetrii, bo tu nie ma symetrii, nie ma prowokujących i prowokowanych, tu jest bomba z wcale nieopóźnionym zapłonem, której wystarczy, że jest w ruchu, by wybuchła? I co? I teraz już chyba nikt, nawet wątpliwi bohaterzy wczorajszego popołudnia, nie wierzy w opowieści o tym, że to tęcza zaczęła, że skłotersi zaczęli, że ambasada zaczęła i samochody, drzewka i kostka brukowa zaczęły. Teraz mamy wielkie poruszenie, premiera, rząd, ministrów, którzy w końcu zauważyli, że tu nie starły się żadne dwa ekstremizmy, ale po raz kolejny pokazał, co potrafi, jeden tylko, również przez premiera i jego kumpli w ostatnich latach karmiony, teraz mamy masę spontanicznych akcji sprzeciwu (dobrych, potrzebnych), jak wtykanie kwiatów w spaloną tęczę, teraz nawet część dotychczas sprzyjających narodowcom mediów się od nich odwraca.

I pewnie powinnam czuć jakąś satysfakcję z tego "a nie mówiłam?", satysfakcję, że w końcu, po tylu latach, działania narodowców budzą jakieś szersze oburzenie i nie są zaliczane do kategorii bójek między kibicami przeciwnych drużyn. Tyle że ja na pierwszej blokadzie byłam w 2006 roku, czyli w czasach, kiedy nasi patrioci jeszcze nie nosili garniturów i nie ukrywali, co ich naprawdę kręci. Wtedy utkwiliśmy na parę godzin w policyjnym kordonie. Jak dziś pamiętam, jak moja (nie)ślubna oferowała się na wymianę za mnie, bo ja musiałam pędzić na zajęcia (nomen omen na podyplomowych genderach). Nie podziałało, ale było zabawnie. I wtedy, w tym 2006, można było spróbować jakoś przeciwdziałać, postawić tamę pewnym poglądom, powiedzieć "nie" na szczeblu innym niż "Gazeta Stołeczna" (z redaktorem Blumsztajnem na czele, z którym nie zawsze się zgadzam, ale jego niemal niezmienną sympatię do działań Antify w czasie świąt niepodległości podzielam). Ale nie. Trzeba było kolejnych marszy, coraz większych, kolejnych deklaracji, coraz butniejszych, by w końcu, po tylu latach, nasi rządzący uprzejmie spostrzegli, że to nie mityczna już niemiecka Antifa jest problemem. I że swoim zaniechaniem wyhodowali siłę, która jest po prostu niebezpieczna i z którą sobie prawdopodobnie już nie poradzą.

I proszę mi nie pisać, że to, co się wczoraj działo w Warszawie (i we Wrocławiu, i w Białymstoku, i...) to drobne incydenty, że przecież tysiące ludzi szły spokojnie. Proszę nie apelować o umiar. Napaści na skłoty i ambasadę, podpalenie tęczy, atakowanie strażaków (i, tradycyjnie już, policji), łamanie drzewek, wyrywanie kostki brukowej, demolowanie i palenie samochodów to nie są żadne drobne incydenty. To jest zwykłe bandyctwo. Zaaprobowane i od wczoraj usprawiedliwiane przez organizatorów marszu, większość wspierających go mediów (trąbiących teraz o rzekomej prowokacji skłotersów, którzy niby to dziwnym trafem byli przygotowani na atak; oczywiście, że byli, bo nie mieli złudzeń co do zamiarów części uczestników marszu) i prominentnych członków komitetu honorowego marszu w rodzaju Ziemkiewicza, Cejrowskiego i innych milasich panów.

Tak więc nie czuję satysfakcji. Nawet tego, cholera, nie mam. Nie cieszę się, że moje miasto po raz kolejny musiało zostać zdemolowane, by w końcu do kogoś więcej niż osób, które już wcześniej protestowały, coś dotarło. Bo to i tak pewnie nic to nie zmieni. A w każdym razie nie na długo. Dlatego też, w ramach odreagowania i przerwy od wściekania się, udałam się w przeszłość, do czasów, kiedy słowo "patriotyzm" nie wywoływało u mnie dreszczy. I napisałam o tym tekścik dla Queer.pl. Poczytać można tu. Zapraszam.

niedziela, 27 października 2013

Fuck you Mr Cameron!


W tym tygodniu Paul Cameron, znany homikożerca, dla niepoznaki określany mianem "kontrowersyjnego psychologa", odbył tradycyjne już tournée po Polsce. Odwiedził Rzeszów, Kraków, Warszawę, Białą Podlaskę, Opole i Białystok. Występował w salkach katechetycznych, klubach i, niestety, na dwóch uniwersytetach. Wszędzie opowiadał mniej więcej o tym samym: że winne niżowi demograficznemu są kobiety, którym zachciało się kształcić i pracować, i pigułki antykoncepcyjne, że program równościowe przedszkole to jak oddanie dzieci pod opiekę dra Mengele, że osoby nieheteroseksualne częściej powodują wypadki i wsiadają za kółko po pijanemu, że większość z nich ma doświadczenia seksualne z płcią przeciwną, co dowodzi, że są w rzeczywistości heteroseksualne, że żyją krócej, częściej popadają w nałogi, tworzą związki oparte na przemocy i molestują nieletnich. W związku z tym homoseksualność należy zdelegalizować, a osoby niehetero izolować od zdrowego społeczeństwa, a już szczególnie od dzieci.

W Opolu jedna osoba próbowała z nim dyskutować i przypomniała, że badania, na podstawie których doszedł to tych i innych głoszonych przezeń wniosków, były wielokrotnie kwestionowane, a on sam został usunięty ze wszystkich znaczących towarzystw psychologicznych i psychiatrycznych (ciekawym biografii Camerona polecam ten tekst, już kilkakrotnie na blogu przywoływany). W Warszawie zamiast dyskusji był happening. Sześć osób (w sumie w spotkaniu brało udział bodaj dwadzieścia) wyciągnęło tęczową flagę i kartki z napisem "Gay is ok. Fuck you Mr Cameron". Zaczęło się całować, a potem rzuciło na kolana przed Cameronem i prosiło, by je uzdrowił. Ciąg dalszy był do przewidzenia - wywiązała się ostra dyskusja, protestujących wyprowadzono z sali (nie zawsze bez używania siły), przytrzymano na zewnątrz do momentu przybycia policji, a następnie każde z nich dostało po mandacie za zakłócenie wykładu. Relacja z happeningu pojawiła się na Facebooku, kilku homofobicznych portalach, a w końcu też na TokFM.pl. Tonu tekstów domyślić się łatwo. Za to komentarze na profilach protestujących nieco mnie zaskoczyły. Że takie happeningi to powielanie metod przeciwników. Że w ten sposób psuje się wizerunek osób nieheteronormatywnych. Że była to niepotrzebna burda, bo trzeba było dyskutować, a nie przerywać wykład. Z żadnym z nich się nie zgadzam, ale zanim napiszę, dlaczego, mam kilka pytań:

1. Czy w ramach wolności słowa powinno się pozwalać na głoszenie każdych poglądów? Jeżeli nie, to których nie?
2. Czy z każdym opłaca się dyskutować?
3. Jakie są granice pokojowego protestu?
4. Czy przynależność do grupy stygmatyzowanej powinna ograniczać stosowane metody walki o równe prawa?

Z pierwszym pytaniem mam problem. Na chwilę obecną powiedziałabym, że to zależy m.in. od tego, gdzie są głoszone. W tym przypadku był to wykład otwarty, czyli teoretycznie każdy mógł się nań wybrać. Jest pewna grupa poglądów, których podczas takich imprez propagować nie wolno. Stwierdzenia, że osoby homoseksualne należy izolować, a za bycie homoseksualnym karać, do nich nie należą. Tak samo jak nawoływanie do nienawiści w stosunku do nas. Z drugiej strony Cameron przedstawia swoje poglądy jako naukowe, podczas gdy w rzeczywistości wynikają one wyłącznie z nienawiści i chęci stygmatyzowania osób, których z jakiegoś powodu nie lubi. Nie jest więc w tym wypadku naukowcem, a ideologiem. Co jak dla mnie oznacza, że przynajmniej uczelnie nie powinny legitymizować jego "badań". Jestem za to przekonana, że niezależnie od tego, czy Cameron, głosząc swoje idee, postępuje zgodnie z prawem, czy nie, osoby przez niego pokrzywdzone mają prawo przeciw nim protestować.

Na drugie pytanie moja odpowiedź jest prosta: nie. Nie opłaca się dyskutować z Terlikowskim, księdzem Oko, Cameronem i osiłkami dzierżącymi zakazy pedałowania. Nie dlatego, że głoszą wyjątkowo paskudne idee, a dlatego, że nie są zainteresowani poznaniem argumentów tych, których dyskryminują. Oni chcą, by osoby niehetero w najlepszym wypadku udały się na przymusowe "leczenie", a jeśli ono się nie powiedzie, zaszyły się w czterech ścianach swoich domostw i udawały, że ich nie ma. W najgorszym... Wiadomo, pedały do gazu, te sprawy. Koniec kropka, inne rozwiązanie ich nie satysfakcjonuje. Tu nie ma pola do dyskusji, przekonywania, tłumaczenia. Nie ma co się zresztą tym specjalnie martwić - każdy ma swoje sympatie i antypatie. Grunt, by nie pozwolić, by czyjeś uprzedzenia zatruwały komuś życie. Ci panowie niestety w zatruwaniu się specjalizują.

Trzecie pytanie jest chyba łatwe. Granicą jest przemoc. Obśmiewanie, wyklaskiwanie, wygłupy czy siadanie na ulicy w granicach pokojowego protestu się mieszczą. Obrzucanie czymkolwiek, zastraszanie, bicie rzecz jasna już nie. To, co ktoś rozumie przez "zastraszanie", to odrębna kwestia (pamiętam, jak zeznawałyśmy w sprawie umieszczenia naszych danych na pewnej faszystowskiej stronie - zapytano nas, czy czujemy się zastraszone tym faktem, a my zgodnie z prawdą stwierdziłyśmy, że nie, choć pewnie część osób, których nazwiska się tam pojawiły, nie była tak wyluzowana), ale tęczowe flagi czy całowanie się trudno, tak zdroworozsądkowo, uznać za przerażające. Z pewnością za to granicą nie jest to, kto pierwszy na świecie daną metodę protestu zastosował. Jasne, że milej jest się porównywać do Gandhiego czy Pomarańczowej Alternatywy niż do narodowców, tyle że to nie narodowcy wymyślili przerywanie wykładów.

Na ostatnie pytanie mogę jedynie odpowiedzieć: nie. Bo - i tu wrócę do odpowiedzi numer dwa - naprawdę nie ma znaczenia, co zrobimy. Problemem dla panów homofobów (i pań, bo choć ich tu nie przywołałam, też głoszące takowe poglądy istnieją) nie jest to, co robimy, a sam fakt naszego istnienia. I czego nie zrobimy, będzie to złe i zostanie takoż zinterpretowane. To nie jest grupa, którą można do czegoś przekonać. I takie protesty nie są po to, by ich (czy kogokolwiek innego) przekonać, a po to, by powiedzieć "nie". Nie ma zgody na poglądy, które głoszą. Nie ma zgody na propagowanie nienawiści. Nie ma siedzenia cicho, gdy jest się opluwanym.

Znam argumenty zwolenników teorii wizerunkowej. Najważniejsze to dać się poznać jako sąsiedzi, współpracowniczki, przyjaciółki, usługodawcy. Pracować u podstaw, edukować i tak dalej. I absolutnie się z nimi zgadzam - tak, to są bardzo ważne kwestie. Ale nie zgadzam się z samoograniczaniem w trosce o wizerunek. Bo równe prawa nie mogą zależeć od tego, jaki ktoś jest lub nie jest. A my nie jesteśmy monolitem i może czas najwyższy uświadomić to sobie i innym - że każdy żyje i postępuje tak, jak uważa za stosowne. Że nie ma jakiegoś kodeksu ludzi niehetero, klepniętego przez wszystkie zainteresowane osoby, którego się mamy trzymać, by uzyskać równe prawa. Nie ma i dlatego, że to, co dla jednych jest zwyczajne i niekontrowersyjne, dla innych jest kompletnym przegięciem i niepotrzebnym zwracaniem na siebie uwagi. A przede wszystkim dlatego, że większość osób niehetero żadną formą aktywizmu się nie zajmuje i nie interesuje. Są za to dwie inne rzeczy. Doświadczenia innych krajów, pokazujące, że dopiero solidne wkurzenie się na to, jak jest, pozwoliło coś osiągnąć. I ludzkie emocje, które pchają do działań może nie zawsze wielkich, mądrych i efektownych, ale za to pozwalających żyć w zgodzie ze sobą, a nie z jakimś mitycznym (i dla każdego innym) wizerunkiem modelowej osoby niehetero.

Fot. https://www.facebook.com/Archiwum.LGBT

czwartek, 3 października 2013

Walczę z wiatrakami


Tak naprawdę nie pamiętam już chyba tekstu na temat osób nieheteronormatywnych w mainstreamowych mediach, który by mnie w jakimś stopniu nie zirytował. Niemal zawsze jest coś nie tak. A to dziennikarz się upiera, że pierwotny projekt ustawy o związkach partnerskich autorstwa Dunina dawał możliwość dziedziczenia na tych samych zasadach co małżonkowie, a to pisząc o stygmatyzującym osoby LGBTQ prawie w Rosji, uparcie określa je jako "zakazujące homoseksualnej propagandy", a to miesza transpłciowość z interseksualizmem i w efekcie mu wychodzi, że autorzy projektu ustawy o uzgodnieniu płci chcą, by operacja korekty płci mogła być możliwa od 13 roku życia... Co gorsza, te błędy zazwyczaj nie wynikają ze złej woli, a z braku wiedzy i staranności przy przygotowywaniu materiału. Oczywiście te niedostatki (delikatnie mówiąc) warsztatowe objawiają się nie tylko w tekstach o nas. Zaryzykowałabym jednak stwierdzenie, że inne są skutki braku rzetelności, gdy pisze się o grupach stygmatyzowanych, a inne - gdy sprawa dotyczy osób, które nie mierzą się z brakiem akceptacji. Te pierwsze mają zdecydowanie bardziej przechlapane - bo takie niby drobiażdżki dokładają się do puli mitów i uprzedzeń, z którymi i tak już muszą się mierzyć.

Wydawać by się mogło, że znacznie większą krzywdę osobom nieheteronormatywnym robią te media, które uparły się pisać o nich wyłącznie w negatywnym kontekście. Tu rządzi manipulacja i oszustwo, a za jedyne źródła służą miejsca, w których można potwierdzić swoje tezy. Tyle że ich czytelnicy to albo osoby równie negatywnie nastawione do wszystkiego, co inne, albo te, co wpadają tam, by zażyć (wątpliwej, przyznaję), rozrywki i trochę pohejterzyć. Z pozornie przyjaznymi mediami jest gorzej. Bo im się wierzy, a przynajmniej wierzy się, że nie zrobią nam krzywdy. Efekt? Skoro się wierzy, to się bezmyślnie powtarza. I tak rodzą się mity. Odkręcanie ich to syzyfowa praca, ale mimo wszystko dzielne armie orków próbują. Czasami dokładam swoją cegiełkę - czy to w komentarzach, czy to korespondując z dziennikarzami, czy wreszcie pisząc własne teksty.

Dziś z kilkoma takimi mitami rozprawiam się na Queer.pl. Zapraszam do lektury.

niedziela, 4 sierpnia 2013

"Po stronie duchów, na lewym brzegu"

To nie tak miało być.

To nie był mój pierwszy blog. Schemat "blog-blog-blog-block!" mam już przećwiczony gdzie indziej. Ale to nie tak miało być.

Alek miał zostać felietonistą Wysokich Obcasów i czarować Was swoją niepokojącą osobowością w "męskiej końcówce". Rachunki z tytułu umowy o dzieło wystawiałby na fikcyjne nazwisko. Miał za trzecim razem dać się namówić na wystąpienie w Mieście Kobiet. Zapewne pokazałby się jako przyciemniona sylwetka, mówiąca sztucznym głosem z puszki. Przede wszystkim zaś miał stać się stałym elementem trzyczęściowego garnituru, kto wie, może z czasem nawet krawatem? Przecież chyłkiem, skoczkiem, boczkiem mógłby się nawet kiedyś spotkać w realu z pozostałym autorkami czy kilkoma uroczymi dyskutant(k)ami. Może by się nie wydało. Na pewno udawałoby się balansować na granicy zwierzenia osobistego i bezosobowego ogólnika. Że kto jak kto, ale ja umiem sobie z takimi rzeczami radzić. Śpiewająco.


Co zamiast tego? Miesiące przymusowej ciszy podczas której trwała skupiona praca nad tym, by się nie pogrążyć. By nie dać się pogrążyć, mówiąc ściślej. "Wszystko będzie dobrze, trzeba tylko wszystko zmienić", powiedział mi dziś obrazek na ryjbuku. Uśmiecham się, bo, patrząc po łebkach, "zmienianie wszystkiego" mam już za sobą, ale to się też dzieje cały czas, każda minuta jest pełna zmian. Mam nowy adres, nowe nazwisko, nowy stan cywilny. Nie wiem, czemu to musiało być takie trudne, ale wiem, że przeważnie bywa. Wejdźcie na Kobiety Kobietom, na dział "Kobieta z mężczyzną w tle". Mojej pełnej zakrętasów i niuansów, historii tam nie ma, ale wątki w pewnej mierze się powielają, zwłaszcza te sensacyjne.


Jestem w nowym związku. Nie mam pojęcia, jak to możliwe, żeby coś tak sensownego i pięknego zakwitło sobie na zgliszczach. Może wy wiecie, bo takie cuda ponoć się zdarzają, nie tylko mnie. Nie dowierzam, boję się, krzycząc "chwilo trwaj".

Parę szufladek z trzaskiem wskoczyło w mojej głowie na z góry upatrzone pozycje. Poziomuję i dokręcam.


Tytuł tego postu pochodzi z biografii Tove Jansson, która w roku 1952 roku pisała do jednej z przyjaciółek:
Wydaje mi się, że wreszcie wiem, czego chcę, a ponieważ przyjaźń z tobą tak wiele dla mnie znaczy i w dużej mierze zasadza się na szczerości, chcę ci się z tego zwierzyć. Jeszcze nie zdecydowałam, ale jestem przekonana, że najprawdziwszym i najszczęśliwszym dla mnie posunięciem będzie przejście na stronę Duchów. Byłoby niedorzeczne, żebyś smuciła się z tego powodu. Czuję radość oraz mam silne wrażenie uwolnienia się i spokoju.

Partnerka życiowa Tove – Tuulliki – ma uśmiech całkiem podobny do uśmiechu mojej M.

Bujam się w hamaku, pijąc, a jakże, whisky i paląc cygaretkę, spełniwszy pierwszy etap misji wyprowadzenia się na ludzi, znaczony, jak kamieniami milowymi, wpisami na trzyczęściowym. Usiłuję odpocząć, ale też jest tyle wyzwań i przygód.

grafika: moomin.npx.org.pl, www.na-pulpit.com, intheinsanityhouse.blogspot.com

środa, 31 lipca 2013

To nigdy nie jest tylko serial



"Orange Is the New Black", "The Fosters" i "Orphan Black"* to trzy seriale, które zaczęłam oglądać w ostatnich tygodniach. Co je łączy? Nieheteronormatywne bohaterki i bohaterowie. Co dzieli? Praktyczne wszystko. Pierwszy to tragikomiczna obyczajówka oparta na wspomnieniach pewnej kobiety, która wprost z wygodnego mieszkanka i życia w Nowym Jorku trafiła do więzienia. Drugi - naprawdę dobry i mądry serial rodzinny o dwóch paniach, które prowadzą rodzinę zastępczą, i perypetiach ich dzieci. Trzeci - będąca na bakier z logiką, ale za to fantastycznie zagrana produkcja science-fiction. Wszystkie trzy można określić jako skierowane do szerokiej publiczności. W promocji żadnego nie podkreśla się, że mają swojego geja, lesbijkę, osobę biseksualną czy transpłciową (a właściwie to mają ich znacznie więcej), bo te postacie nie robią w nich za politpoprawne dodatki do fabuły. Po prostu są, tak jak nie brakuje ich w innych produkcjach, jak chociażby w "Grze o tron", "Czystej krwi" czy "Lost Girl". I choć musi jeszcze minąć sporo lat, zanim ucichną pytania w stylu "Czy teraz w każdym filmie musi być gej?" czy stwierdzenia typu "Nigdy nie pozwolę oglądać swojemu dziecku filmu, gdzie są lesbijki", to chyba spokojnie można stwierdzić, że czasy, kiedy za jedyny nieheteronormatywny wątek w nieniszowej produkcji robiła opowiedziana subtekstem (znakomicie zresztą) relacja Xeny i Gabrieli, a romanse dwóch pań czy panów z tego czy innego filmu kwitły głównie w twórczości fanowskiej, mamy już za sobą. I jest to naprawdę dobra wiadomość. Choć do ideału rzecz jasna jeszcze sporo brakuje. Bo nadal w większości filmów albo postaci nieheteronormatywnych nie ma, albo są tak jednowymiarowe i stereotypowe, że widać, że zostały dodane po prostu na siłę. I chyba lepiej by wyszło, gdyby ich w ogóle nie było.

I właśnie wokół tego, czego nie ma, a co wiele osób chciałoby widzieć, rozegrał się niedawno mały dramat w jednym z fandomów, które obserwuję. Oto twórcy pewnego serialu podczas panelu odbywającego się w ramach konwentu Comic-Con w San Diego stwierdzili, że osoby, które dostrzegają chemię między głównymi bohaterkami, widzą coś, czego oni nie planowali. Niby nic, kłopot w tym, że był to bodaj jedyny panel, podczas którego pytanie o potencjalną nieheteronormatywność postaci wzbudziło w najlepszym razie zakłopotanie, a w najgorszym - panikę - i spotkało się z tak stanowczą i pozbawioną humoru odpowiedzią na "nie". Na dodatek inne pary spoza kanonu (ale tylko te damsko-męskie) nie wzbudziły na tymże panelu takich emocji. A jak dodać do tego jeszcze, że przez dwa sezony twórcy odpowiadali na pytania o ów potencjalny romans wymijająco - oglądajcie, nie chcemy wam zepsuć przyjemności (czyli stosowali klasyczny już zabieg kuszenia fanów LGBTQ, znany też choćby z "Rizzoli & Isles"), a samemu fandomowi co chwila dostawało się od innych widzów, wolących porządne kanoniczne pary, od nabuzowanych hormonami histeryczek wszędzie widzących homofobię  - to można sobie łatwo wyobrazić, jak bardzo parę (setek? tysięcy?) osób się wkurzyło.

I rzeczywiście - wkurzyło się. Bardzo. Przez kilka kolejnych dni twórcy serialu (i część grających w nim aktorek) byli zasypywani wiadomościami na Twitterze i Facebooku, czasem niezbyt uprzejmymi, powstało też co najmniej kilka setek tekstów, których autorki (i może nieliczni autorzy) tłumaczyły, jak istotne jest dla nich niekoniecznie to, by ich bohaterki były ze sobą (choć byłaby to wspaniała rzecz), ale to, by ten fandom był traktowany na równi z innymi, a nie jako coś, co może sobie istnieć, ale lepiej o tym głośno nie mówić. Jak można się domyśleć, owa zmasowana krytyka nie spotkała się jedynie z sympatią i zrozumieniem. Przeciwnie - jej autorki musiały się zmierzyć z oskarżeniami o agresję i wymuszanie, a krytyczne głosy płynęły nie tylko z zewnątrz, ale i z samego fandomu. Skupiono się oczywiście na nielicznych nienawistnych wypowiedziach, zupełnie pomijając rzeczową krytykę. Czyli, co by tu nie mówić, standard - w końcu zawsze tak się dzieje, gdy osoby niehetero protestują przeciw nierównemu traktowaniu czy homofobicznym wypowiedziom. Przedstawia się je jako agresorki (ach to słynne lobby i jego plany zniszczenia wszystkiego, co znamy i kochamy), a nie jako grupę dyskryminowaną.

Co ciekawe, mimo potężnego backlashu historia ta ma dość szczęśliwe zakończenie. Nie, bohaterki nie będą razem (choć kto wie, może w ósmym sezonie, o ile serial kiedykolwiek wyjdzie poza zakontraktowany trzeci). Ale twórcy serialu i grający w nim aktorzy w dość krótkim czasie przeszli od standardowego: "Nie mamy nic przeciw osobom LGBT, a nawet zamierzamy mieć taką w serialu" (łaskawcy), przez "Wspieramy wszystkie pary, więc nie oskarżajcie nas o homofobię", po rzeczową dyskusję o tym, dlaczego nie chodzi o wrzuconą na odczepne postać niehetero, a o szacunek do widzów i o postaci, które są istotne dla fabuły. Zaczęli bawić się subtekstem i przyznawać, że autorki fanowskich opowiadań mogą liczyć na sceny, które napędzą ich wyobraźnię. Pisać, że podziwiają pasję wszystkich swoich fanów, również tych, którzy wolą pary spoza kanonu. Słowem od paniki (Ale jak ktoś może coś takiego dostrzegać? Przecież my tego tak nie piszemy!) przeszli do całkiem poważnych prób traktowania tego fandomu dokładnie tak jak wszystkich innych - jako czegoś zwyczajnego.

Ci, którym nieszczególnie się spodobał ów najazd na twórców serialu, często posługiwali się argumentami spod znaku "przecież to tylko serial, nie traktujcie go tak poważnie". Sęk w tym, że dla osób, które czują się dyskryminowane (piszę "czują", a nie "są" bynajmniej nie dlatego, że uważam, że nie są, ale dlatego, że można należeć do opresjonowanej grupy, ale się z nią nie identyfikować), serial czy film nigdy nie jest po prostu serialem czy filmem. Jest odzwierciedleniem rzeczywistości, w której żyją. W której siebie widzą lub nie. I równie istotne jest dla nich to, co w nim jest, jak i to, czego nie ma. Spójrzmy chociażby na "Grę o tron", która na pozór może się poszczycić całkiem sporą różnorodnością i niezłym przedstawieniem np. sytuacji kobiet w czasach, w których toczy się jej fabuła. Niestety ów serial ma inny problem - żaden niebiały bohater nie jest w nim jest sportretowany inaczej niż "dzikus" czy niewolnik czekający na białych wyzwolicieli. Co ma dokładnie tyle samo wspólnego z rzeczywistością (tu również, potencjalnie, realiami średniowiecza, bo spotkałam się też z tłumaczeniem takiego podejścia historią) co nienawidząca mężczyzn feministka-lesbijka z wczesnej twórczości Łepkowskiej czy złowrogi gej-dystrybutor pornografii z nieco późniejszego "dzieła" tej pani. Czyli tak: bywają geje-dystrybutorzy pornografii, nienawidzące mężczyzn lesbijki, a niewolnictwo i biali wyzwoliciele z pewnością istnieli. Kłopot w tym, że gdy w jednym filmie dostaje się całe spektrum białych heteroseksualnych bohaterów, a tylko jeden typ osób należących do innej grupy, to dość łatwo stwierdzić, że ktoś tu jest stereotypizowany, a ktoś nie.

Czyli co - uważam, że każda produkcja powinna zadbać o jak największą różnorodność bohaterów? Że, hi hi, ha ha, parytety, pięć procent tego, dziesięć tamtego, zgodnie z kształtem społeczeństwa, a może i niezgodnie, by wynagrodzić niektórym lata milczenia w ich temacie? I tak, i nie. Wróćmy jeszcze na chwilę do stwierdzenia, że istnieje ileś tam osób (pewnie całkiem sporo), dla których serial nigdy nie jest po prostu serialem. Pamiętacie, co się działo, gdy te chyba już naście lat temu w "Klanie" pojawiła się Majka (tak, to ta wspomniana parę linijek wyżej nienawidząca mężczyzn feministka-lesbijka)? Mnóstwo, ale to mnóstwo kobiet rzuciło się, by to obejrzeć. Również te, które uważały, że "Klan" to wybitnie głupia produkcja. Postać Majki była boleśnie stereotypowa i gdyby ktoś taki pojawił się w którymkolwiek ze współczesnych seriali, dla bardzo wielu osób byłby to powód, by przestać go oglądać. Ale wtedy? Kiedy postaci nieheteronormatywnych na dużych i małych ekranach było jak na lekarstwo? Wtedy to było coś. Na tyle duże coś, że niektórym nawet udało się znaleźć w tej bohaterce jakieś plusy (prym wiodła bodaj uroda). Dlaczego? Z tego samego powodu, dla którego coraz większa reprezentacja osób LGBTQ w serialach jest dobrą wiadomością i z tego samego, dla którego nadal się o nią walczy. Bo widoczność ma znaczenie. I dla grup opresjonowanych, które mają szansę identyfikować się z bohaterami i zobaczyć dla siebie inne możliwości niż niewolnica czy słodki przyjaciel gej, i dla wszystkich innych, którzy mogą zobaczyć to samo, a za to przestać myśleć stereotypami.

Już o tym jakiś czas temu pisałam, ale powtórzę: widoczność ma takie samo znaczenie jak równe prawa. I nie ma tak naprawdę równych praw bez widoczności. Bo co z tego, że młody gej będzie kiedyś tam kiedyś wziąć ślub ze swoim partnerem, gdy przez cały okres dorastania będzie bombardowany sygnałami, że jednak jest inny, że należy mu się mniej miejsca, że o takich jak on to tylko w HBO, że może sobie być, ale powinien jednak znać swoje miejsce. Co z tego, że miłe dwie panie będą mogły spokojnie wychowywać dzieci jednej z nich, gdy te dzieci nie będą widzieć takich rodzin jak ich w telewizji familijnej. Co z tego, że równe prawa nie zależą już szczęśliwie od koloru skóry, kiedy wymazuje się te części historii, kiedy to bynajmniej nie biali byli bohaterami czy przyczyniali się do rozwoju cywilizacji.

Jasne, że walka o widoczność w mediach i równe traktowanie wszystkich fanów seriali nie wydaje się szczególnie istotna w świetle tego, co się dzieje w Polsce, nie mówiąc już o Rosji i innych, jeszcze mniej sympatycznych krajach. Tyle że bez tego nie powstałaby żadna z wymienionych na początku tego tekstu produkcji, Xena i Gabriela pozostałyby wyłącznie przyjaciółkami, a pisząca ten tekst nie miałaby okazji poczuć się trochę mniejszym dziwadłem te ponad dwadzieścia lat temu, kiedy to jedna ze stacji (bodaj PTK2) puściła serial "Ellen", a MTV bez problemów włączało postacie nieheteronormatywne do swoich reality shows.

* O "Orange Is the New Black" i "The Fosters" postaram się (o ile uda mi się w końcu przewalczyć pisarską blokadę) niedługo napisać coś więcej. Bo są tego warte. "Orphan Black" już mniej, ale i tak nań zerknijcie. Dla Tatiany Maslany.

wtorek, 25 czerwca 2013

Wszędzie widzę homofobię

"Nie jesteśmy homofobami" - zgodnie mówią o sobie Jarosław Gowin, Lech Wałęsa, Robert Węgrzyn, Antoni Mężydło, Grzegorz Pellowski, Michał Kamiński. "Nie jestem homofobką" - twierdzi Krystyna Pawłowicz. Codziennie dzielnie wtóruje im rzesza internautów i internautek na blogach, forach i innych takich. Nie są homofobami, bo mają przyjaciół gejów, nic nie mają do lesbijek, w ogóle nic nie mają do osób nieheteronormatywnych, tylko nie bardzo chcą je oglądać, mają inne poglądy dotyczące równych praw, nigdy się nie zgodzą, by dwóch mężczyzn mogło wychowywać dziecko, bo się nie boją gejów, tylko czują do nich obrzydzenie... Takich niehomofobów jest jak na moje oko już znacznie więcej niż osób, które z dumą przyznają, że tak, homofobami są. I z jednej strony całkiem to radosna wieść, bo świadczy o tym, że gdzieś tam w pierwszym dziesięcioleciu XXI wieku udało się sprawić, że bycie homofobką czy homofobem to na tyle wstydliwa sprawa, że mało kto z grona niby-oświeconych i niby-liberalnych już się do tego przyznaje. Z drugiej - i cóż po takich deklaracjach, skoro zazwyczaj towarzyszy im coś, co jasno pokazuje, że dana osoba jednak homofobiczna jest.

Rzecz jasna nie wszystkie przypadki są tak ewidentne. Na przykład taka Joanna Szczepkowska - jest homofobką czy nie? Wprawdzie głupoty straszliwe o lobby homoseksualnym w teatrze wygaduje, uogólnia te kilka przykrości, które ją spotkały, na całą populację, marudzi coś o świętych krowach i zmowie milczenia, ale z drugiej strony za równymi prawami jest. Albo Abelard Giza, któremu się marzy zrobienie skeczu o obnoszących się ze swoją seksualnością pedałach, bo to, ach, och, taki nietypowy temat, ale jednocześnie potrafi błysnąć wrażliwością w takim "Michale". Są homofobami czy nie? Ja będę uparcie twierdzić, że są. Choć wiem, że wiele osób się ze mną nie zgodzi.

Dlaczego tak uważam? Wyobraźmy sobie, że do tego wszystkiego, co wygaduje, pani Pawłowicz dokłada zdanie, że jest za związkami partnerskimi. Czy to unieważnia inne rzeczy, które mówi? Czy sprawia, że stają się mniej homofobiczne? Ano nie. A jednak w niektórych przypadkach już sam fakt wsparcia idei związków partnerskich sprawia, że reszta słów danej osoby przestaje mieć znaczenie. Że to, co w ustach powiedzmy Jacka Żalka jest czystą homofobią, pani Szczepkowskiej uchodzi na sucho. Bo co? Bo zna? Bo się przyjaźni? Bo jest za równością? No skoro tak, to jak dla mnie tym bardziej pewnych rzeczy mówić nie powinna. Bo wie, czym jest homofobia, wie, jak działają takie słowa, i wie, ile krzywdy mogą wyrządzić. A przynajmniej powinna wiedzieć. Na takiej samej zasadzie, na jakiej każda grupa dyskryminowana powinna  lepiej niż inni wiedzieć, czym jest dyskryminacja, i w związku z tym nie wykluczać. Powinna, ale czasem nie wie lepiej. Albo nawet zazwyczaj nie wie (tak, piję tu między innymi do odwiecznych sporów między męskimi i niemęskimi, lesbijkami a kobietami biseksualnymi itd., itp.).

Czy to znaczy, że widzę homofobię bardzo, ale to bardzo często? Tak. Zanim jednak ktoś mnie pożałuje (ktoś zresztą już to kiedyś zrobił, na zasadzie "Jakiż smutny musi być w takim razie twój świat"), śpieszę wyjaśnić, że nie uważam tego za szczególnie dołujące. Ot, w takiej kulturze wzrastamy, takie schematy przejmujemy. I jeśli ktoś uważa, że z chwilą wprowadzenia równości małżeńskiej, porządnego ustawodawstwa antydyskryminacyjnego i innych ważnych rozwiązań prawnych homofobia zniknie, to jak dla mnie grubo się myli. Nie zniknie. Nie zniknie do momentu, w którym obecność osób nieheteronormatywnych we wszystkich dziedzinach życia nie będzie czymś tak oczywistym, że aż niezauważalnym. I to nie dlatego, że będziemy się ukrywać, ale dlatego, że nikt nie będzie na naszą orientację, tożsamość itd. zwracać uwagi. A coś takiego jak szafa w ogóle przestanie istnieć.

Przykład z zupełnie innej bajki, bez żadnego lobby w teatrze, bez obnoszenia się ze swoją seksualnością i temu podobnych. Jak część z was wie, ostatnio dość silnie się udzielam w społecznościach fanów i fanek seriali. Co jakiś czas mam więc okazję czytać dyskusje o tym, co by było, gdyby ta czy inna postać z telewizora była niehetero. I od razu pojawiają się głosy, że no bez przesady, nie w każdym serialu muszą być lesbijki. A w niektórych, na przykład tzw. familijnych, w ogóle nie powinno ich być. I nie chodzi o to, że osoby, które piszą takie rzeczy, są przeciw równości. Po prostu nie rozumieją, że równość to nie tylko równe prawa. To też widoczność. To, jak dana grupa jest pokazywana, i czy w ogóle jest pokazywana. Wiedzą to osoby, które na brak równych praw narzekać nie mogą, ale na stereotypizację swojego wizerunku w mainstreamie już tak. Te, które twórcom "Gry o tron" wytykają rasizm i bynajmniej nie kochają Denerys od smoków, która jest przecież taka dobra i niesie wyzwolenie kolejnym rzeszom niewolników.

No dobrze, ale kto w takim razie nie jest według mnie homofobem? Cóż, jakkolwiek dziwnie by to nie zabrzmiało, modelowy niehomofob to ktoś taki jak B. z mojego wpisu sprzed paru lat o dziesięcioprocentowym homofobie. Gość, który mówi "jestem homofobem", bo dostrzega w sobie śladowe ilości uprzedzeń. Jest ich świadomy, wie, że są nieracjonalne, i wiedza ta nie pozwala mu stwierdzić, że homofobem nie jest. Odpierając zarzuty, które jeszcze nie padły: nie, nie uważam, że każdy i każda ma teraz zrobić rachunek sumienia, sprawdzić, czy aby nie znajduje się w grupie opresorów, i złożyć samokrytykę. Uważam za to, że warunkiem koniecznym, by pozbyć się uprzedzeń, jest uświadomienie sobie, że się je ma. I że nie mają one żadnych racjonalnych podstaw. Czy oznacza to też, że moim zdaniem posiadanie uprzedzeń to jakiś straszny grzech? Nie. Nie znam osoby, która nie byłaby do kogoś uprzedzona. Ale skoro już się takowe ma, to wypadałoby o tym wiedzieć. I się do tego, jakkolwiek niepolityczne czy wstydliwe by to nie było, przyznawać.

Niniejszym więc przyznaję: nie lubię klaunów. Nie mam koulrofobii, żaden mi nigdy nic nie zrobił, po prostu drani nie lubię.

środa, 19 czerwca 2013

"Bezdomna" Katarzyny Michalak, czyli jak nie pisać o problemach społecznych

Złych, powielających wyjątkowo szkodliwe stereotypy książek jest wiele. Rzadko jednak matronują im instytucje kojarzone raczej z walką z uprzedzeniami niż z ich wspieraniem. Zaszczyt ten spotkał niestety „Bezdomną” Katarzyny Michalak. Dlaczego książka ta nie powinna być wspierana przez organizacje kobiece czy, szerzej, walczące z wykluczeniami? O komentarz poprosiłam Elwen, twórczynię bloga poświęconego zaburzeniu afektywnemu-dwubiegunowemu.

Fundacja Centrum Praw Kobiet wraz z Kongresem Kobiet objęły ostatnio patronatem (czy, jak chce tego CPK, matronatem) książkę pani Katarzyny Michalak o wdzięcznym tytule „Bezdomna”. Książka, zgodnie z zapewnieniami autorki i wydawnictwa, należeć ma do nurtu zaangażowanej literatury kobiecej, poruszającej trudne problemy kobiet wykluczonych poza nawias społeczeństwa. Brzmi zupełnie w porządku, prawda?

Problem zaczyna się w chwili, gdy skuszeni poważnymi rekomendacjami sięgniemy po tę pozycję. Książka opisuje historię Kingi Król, bezdomnej kobiety z zaburzeniami psychicznymi, która na skutek psychozy poporodowej i knowań złego męża traci wszystko: dom, dziecko, rodzinę i szacunek do samej siebie. Przed samobójstwem ratuje ją kot, który okazuje się później być zwierzakiem jej ukochanego jeszcze z czasów szkolnych, oraz Ta Zła, Joanna Reszka, „hiena dziennikarska”.

Joanna znajduje Bezdomną we własnym śmietniku, gdzie ta, po dużej dawce leków i taniej wódki, tuli zbłąkanego kota. Dziennikarka, oczywiście żądna taniej sensacji, zaprasza Kingę do siebie na Wigilię, mając nadzieję na materiał na reportaż. Sam fakt, że zaproszenie nie wypłynęło tylko i jedynie z dobroci serca, przedstawiany jest już w najgorszym świetle – jednak naprawdę interesujące treści pojawiają się później.

Pierwszy fragment, skutkujący nie tylko uniesieniem brwi, ale i zgrzytaniem zębów, pojawia się w następujących po pierwszym rozdziale wynurzeniach Aśki Reszki. Otóż:
Już wystarczy, że ze słodyczy musiałam zrezygnować, bo widzisz, jak wyglądam. Ze szczupłej laski, za którą faceci na ulicy strzelali oczami, zmieniłam się w niewidzialnego wieloryba. Niewidzialnego dla facetów, bo przez wredne społeczeństwo jestem zauważana, a jakże. Ale wyobraź sobie, że moja „puszystość” – okej, jestem już na tyle pijana, by walić prosto z mostu – moja gruba dupa w pracy mi pomaga! Wprawdzie celebryci już mniej chętnie zapraszają mnie na party – i pierdolę te ich zaproszenia, gdzie jedynym żarciem są chipsy i krakersy z niejadalną breją – za to ofiary losu, te wszystkie maltretowane i gwałcone przez mężusiów i konkubentów sieroty, z którymi wywiady przynoszą mi krocie, zwierzą się ze swoich porażek raczej grubej i brzydkiej niż szczupłej i pięknej. Rozumiesz: w ich oczach jestem tak samo przegrana. I coś w tym, kurwa, jest. Mam niby apartament ze szkła i światła w najdroższej dzielnicy Warszawy, w garażu parkuje zacna audica, czasem jeszcze bywam na salonach, ale... ale taka Kinga-Bezdomna jest bogatsza ode mnie. Przynajmniej ma ciebie, przyjacielu.
To tylko mała próbka jadu sączącego się z ust bohaterki książki. Pogarda dla osób otyłych, ofiar przemocy, pogarda dla ludzi chorych (w innym fragmencie Joanna jako przykład swojej bezwzględności i paskudnego charakteru podaje np. że „mogłaby leczyć psychopatów”). Można by to było uznać za sposób na kreację czarnego charakteru, gdyby nie to, że z ust Aśki wypływają też regularnie przemowy, które uznać można tylko za manifestacje poglądów autorki (podane do tego niewybrednym językiem). Mało tego, mimo że Aśka na koniec przechodzi katharsis i zmienia się w Tę Dobrą, nie ma tu żadnej refleksji na temat wygłaszanych wcześniej poglądów. Biorąc pod uwagę moralizatorski ton książki, brak tu jakiejkolwiek przeciwwagi.

Idąc dalej, dowiadujemy się z kart powieści, że główna bohaterka ma zaburzenie afektywne-dwubiegunowe, przez samą postać nazywaną też wdzięcznie „psychozą maniakalno-depresyjną”. Osobom niezaznajomionym z tematem śpieszę wyjaśnić: zaburzenie afektywne-dwubiegunowe, zwane niegdyś chorobą maniakalno-depresyjną (nigdy psychozą!), jest zaburzeniem charakteryzującym się nawracającymi okresami manii lub hipomanii (szczególne pobudzenie, problemy z koncentracją, niezdolność do podejmowania racjonalnych decyzji, często zwiększona irytacja, czasem zachowania agresywne i urojenia  – choć to ostatnie bardzo rzadko) i depresyjnymi. Dokładna etiologia tego zaburzenia nie jest do końca wyjaśniona, uważa się jednak, że istotne są w niej zarówno czynniki genetyczne, jak i środowiskowe. Choć pierwszy epizod maniakalny może być spowodowany stresującym wydarzeniem życiowym, nie jest to jednak choroba, którą takie wydarzenie może „wywołać” – zdecydowanie mówimy tu o problemie bardziej złożonym. Poza bardzo szczególnymi wypadkami osoba chora nie stwarza też specjalnego zagrożenia dla otoczenia.

Tymczasem w powieści mamy do czynienia z przedstawieniami osoby chorej takimi jak to:
Kinga uniosła ze zdumieniem brwi i pokręciła głową.
– Psychoza maniakalno-depresyjna.
Aśka opadła na oparcie krzesła, właściwie się po nim osunęła, oniemiała i wstrząśnięta.
„Aleś se gościa na wigilię sprosiła – przemknęło jej przez myśl. – Dziw, że jeszcze żyjesz, bo mogła ci gardło we śnie poderżnąć”.
Kinga czytała w jej twarzy jak w otwartej książce. Wszyscy, absolutnie wszyscy tak reagowali na te trzy słowa: strachem, strachem i jeszcze raz strachem.
By pacjent z takim rozpoznaniem nie był od razu skreślany przez potencjalnych pracodawców, wymyślono inną nazwę, niewiele mówiącą: choroba afektywna dwubiegunowa – lepiej brzmi, prawda? – ale Kinga nie oszczędzała ani swoich rozmówców, ani przede wszystkim siebie, waląc prosto z mostu: „Jestem niebezpieczną wariatką, mam psychozę maniakalno-depresyjną, nie wiadomo, kiedy wróci, nie wiem, kiedy zaatakuję”.
Owszem, zdarza się, że osoba chora myśli o sobie jak najgorzej – sama, cierpiąc na zaburzenie afektywne-dwubiegunowe mogę o tym zaświadczyć pierwsza. Jednak osoba, która została już zdiagnozowana i ma choćby pobieżną wiedzę na temat swojego schorzenia (a z tego, co się orientuję, większość chorych stara się douczyć w tej kwestii, zwłaszcza że jest to jeden z podstawowych sposobów na opanowanie nawracających epizodów), wie doskonale, że nie jest „niebezpiecznym wariatem, który atakuje bez ostrzeżenia”. Osoby chore bywają trudne dla otoczenia, często mogą mieć problemy z dotrzymywaniem zobowiązań, są w stanie zagadać na śmierć, mają tendencje samobójcze, a ciężkie wahania nastrojów sprawiają poważne kłopoty w prowadzeniu normalnego życia… Ale osoba z ChADem nie będzie goniła przypadkowych ludzi z siekierą!

Sam ten cytat wystarczyłby, żeby skreślić tę książkę jako promującą tolerancję i zrozumienie. Jak taki fragment ma odebrać czytelnik niemający pojęcia o problemie? Jestem skłonna podejrzewać, że osoba nieznająca tematu raczej nie zaczęłaby postrzegać po takim przedstawieniu osób chorych pozytywnie.

Dalej wątek chorób psychicznych robi się jeszcze ciekawszy. Z grubsza w połowie książki dowiadujemy się, że ChAD, na który cierpieć ma Kinga, tak naprawdę jest psychozą poporodową (i nie, nie jest to poprawiona diagnoza – autorka wyraźnie stawia znak równości pomiędzy tymi schorzeniami, nagle zamieniając jedną nazwę na drugą, bez żadnego pokrycia w fabule). Do części, w której autorka opisuje psychozę zastrzeżeń mam najmniej – głównie dlatego, że temat ten nie jest mi tak bliski, więc dużo trudniej wyłapać mi błędy merytoryczne. Nie zmienia to faktu, że według autorki psychoza poporodowa, która pojawia się i ustępuje zwykle w ciągu trzech miesięcy, wiąże się jednocześnie z ciągnącymi się latami atakami psychotycznymi występującymi co miesiąc w dniu, gdy bohaterka zamordowała swoją maleńką córeczkę.

Pomijając już nieścisłości medyczne, którymi ta książka jest wręcz przeładowana, warto zadać sobie pytanie: jak według pani Michalak wygląda pomoc, którą może w Polsce otrzymać osoba z poważnym schorzeniem psychiatrycznym? Nie chcę być tutaj zrozumiana źle: uważam, że polska służba zdrowia nie radzi sobie ze stawianymi przed nią wyzwaniami. Kolejki do lekarzy są skandalicznie długie, przepisy absurdalne, a wielu lekarzy nie poświęca wystarczającej uwagi swoim pacjentom; przy czym sądzę, że jest to bezpośredni skutek beznadziejnego systemu. Niemniej jednak, z powodu trudności z postawieniem diagnozy, miałam okazję spędzić trochę czasu na oddziale psychiatrycznym i dzięki temu wiem, że takie sytuacje miejsca najzwyczajniej w świecie nie mają:
Mogłam za to do woli ryczeć, kląć i ciskać tym, co miałam pod ręką – do momentu gdy mnie obezwładniono i przypięto pasami do łóżka. Gdy stawałam się bardzo uciążliwa, na przykład wyłam jak potępieniec, zamykano mnie w izolatce, nagą, przywiązaną do metalowego stołu, i polewano wodą, nie powiem, wcale zimną, dotąd, aż umilkłam. Milkłam dosyć szybko, bo na przemian z napadami manii miałam napady depresji tak głębokiej, że potrafiłam jedynie spać i gapić się w sufit. Całymi tygodniami.
Co ty tu robisz, kobieto?! – pytałam sama siebie. I natychmiast dostawałam odpowiedź... Zrywałam się wtedy z łóżka, doskakiwałam do okratowanych drzwi, zaczynałam walić w nie pięściami, aż krew tryskała na białe ściany, i wyłam: – Wypuśćcie mnie! Muszę je odnaleźć! Muszę odnaleźć moje maleństwo! Wypuśćcie mnie!!!
Ryk alarmu, wykręcone ręce, zastrzyk w ramię i... było po maleństwie, a ja – znów cicha i spokojna – mogłam dalej kontemplować szpitalny sufit.
Byłam strzeżona w dzień i w nocy, niczym jakaś cholerna Szeherezada, bo śmierć za to, co zrobiłam, to łagodna kara. Pilnowano mnie więc, bym odpokutowała jak trzeba. Sześć długich, cholernie długich miesięcy za kratkami... Przy czym w więzieniu przysługiwałoby mi prawo do odwiedzin, dostawałabym paczki, wychodziła na spacer, do biblioteki, może nawet na przepustki. Tam, w psychiatryku, byłam pozbawiona wszelkich przywilejów.
Co do pierwszego cytatu: gdyby opisana sytuacja miała miejsce w jakimkolwiek szpitalu, zrobiłaby się z tego natychmiast afera na cały kraj. Takich przestarzałych, żeby nie powiedzieć: średniowiecznych metod, nie stosuje się już nigdzie (przynajmniej w Europie i Ameryce – nie mogę mówić na pewno o krajach spoza naszego kręgu kulturowego). Gdy pacjent zaczyna stwarzać zagrożenie dla siebie lub otoczenia, owszem, często ląduje w tzw. pasach – to znaczy na łóżku, przypięty skórzanymi pasami, podszytymi miękką wyściółką, żeby się nie poranił. W żadnym wypadku nikt takiego pacjenta nie rozbiera ani nie polewa zimną wodą! Tego rodzaju odzierające z godności działania nie tylko są niezgodne z prawem i zwyczajną empatią, ale też nie mają żadnego zastosowania w procesie leczniczym, mogąc nawet pogorszyć stan pacjenta. W czasie ataku może zostać podany środek uspokajający, ale po pierwsze: nie wynika to z „uciążliwości” pacjenta, po drugie: nikogo nie trzyma się w „pasach” dłużej, niż jest to absolutnie konieczne.

Idąc dalej: pacjent w czasie ataku psychotycznego może zostać unieruchomiony siłą i faktycznie, może zostać zaaplikowany lek uspokajający. Takie przeżycie, choć bez wątpienia może być traumatyczne, nie jest oznaką znieczulicy personelu, jak najwyraźniej próbuje przedstawiać to pani Michalak, a działaniem podyktowanym względami medycznymi. Co więcej, takie działania poddane są bardzo rygorystycznym procedurom.

Po trzecie: pacjent w szpitalu psychiatrycznym ma prawa. Bez wyroku sądu lub ubezwłasnowolnienia może nawet wypisać się na własne życzenie, jeśli tylko jest w stanie podpisać dokumenty. Jeśli względy medyczne tego nie zabraniają, ma też prawo do spacerów i przepustek – szczegółowe procedury różnią się w zależności od szpitala, ale nie zmienia to faktu, że twierdzenie, że pacjent psychiatryczny jest zniewolony bardziej niż osadzony w zakładzie karnym, jest poważnym nadużyciem. Nie ma również najmniejszych problemów z odwiedzinami – oczywiście w godzinach przeznaczonych na odwiedziny, ale przecież nie różni się to od jakiegokolwiek innego oddziału. Paczki również nie stanowią problemu: ze względów bezpieczeństwa rzeczy przyniesione pacjentom muszą być zatwierdzone przez personel, ale też każdy pacjent przy wpisie do szpitala dowiaduje się ze szczegółami, jakie przedmioty są na oddziale zabronione, a jakie mogą być używane jedynie pod nadzorem.

Co więcej, przy wypisie pacjent nie jest pozostawiany sam sobie, jak dalej opisuje pani Michalak, ale otrzymuje szczegółowe zalecenia odnośnie dalszej terapii, namiary na lekarzy, czasem nawet leki. W niektórych szpitalach bywa też zachęcany do pojawiania się na kontroli u lekarzy prowadzących przy szpitalu działalność ambulatoryjną. Tak więc: pomoc można otrzymać, nawet jeśli ze względów prawnych bywa to bardziej skomplikowane, niż powinno. Jeśli natomiast autorka, która, jak często podkreśla, swoją twórczość opiera na własnych doświadczeniach, miała okazję zetknąć się z podobnymi przypadkami w rzeczywistości, to zamiast opisywać je jako normalne praktyki, odstraszając tym samym osoby, które mogłyby skorzystać z pomocy psychiatrycznej, powinna zgłosić takie wydarzenia do odpowiednich władz. Bez wątpienia przyniosłoby to dużo więcej pozytywnych skutków.

Z przyjemnością porozwodziłabym się nieco nad kwestią, czym może poskutkować takie przedstawianie lecznictwa w powieści, która, było nie było, ma być realistyczna i zaangażowana – jednak wydaje mi się, że te cytaty mówią same za siebie. A przecież szkodliwość „Bezdomnej” nie kończy się na problemach związanych ze schorzeniami psychicznymi.

Tytułowy problem bezdomności na przykład rozwiązuje się w niej, wrzucając bezdomnego do wanny i wręczając koronkową bieliznę. Jeśli bezdomny po kąpieli i włożeniu czystych ubrań okazuje się być ładny, zdrowy i estetyczny, to znaczy, że jest godny szacunku i można mu również zafundować wynajem mieszkania, który ostatecznie ma rozwiązać wszystkie problemy: bo bezdomny, mając mieszkanie, bez problemu wróci przecież do swojego starego życia. (Główna bohaterka książki zaraz po znalezieniu mieszkania bez problemu odzyskuje pracę, którą miała, nim zaczęły się jej problemy.) Autorka zupełnie pomija przy tym kwestię ponownego przystosowania do życia w społeczeństwie po dłuższym okresie spędzonym na ulicy, podsumowując ten problem prostym zdaniem, które rozbawiło mnie do łez: „Pchnęła przyjaciółkę – bo tak zaczęła o Kindze myśleć – tak silnie, że ta wpadła na środek pokoju i czy tego chciała czy nie, znalazła się na łonie społeczeństwa.”

Oczywiście, problem utraconych dokumentów rozwiązuje się sam, a Kinga jest przytłoczona formalnościami przez cały akapit. Nie ma ani słowa o upośledzeniu społecznym i psychicznym osoby bezdomnej, wręcz przeciwnie – Kinga, żyjąc na ulicy, po wyciągnięciu „najlepszych ciuchów z pomocy społecznej” jest w stanie całkiem skutecznie udawać osobę biedną, ale mającą gdzie mieszkać. Temat został potraktowany tak bardzo po macoszemu, że w zasadzie gdyby nie to, że Kinga często nazywana jest po prostu „Bezdomną”, można by było w ogóle zapomnieć, że w ogóle został poruszony. Tak naiwne podejście nie do końca przystoi wykształconej pisarce po czterdziestce próbującej poruszać „trudne tematy”.

Osobną kwestią wartą poruszenia i nieco bulwersującą w książce promowanej przez dwie organizacje kobiece jest sposób przedstawienia płci. Za całe zło, które przydarzyło się głównej bohaterce, odpowiadają mężczyźni: ukochany z lat szkolnych, którego tchórzliwe podejście do życia wpędziło ją w ramiona złego męża, który zdradzał, pił i bił, ponownie pierwszy ukochany, który dowiedziawszy się o jej strasznym losie, znów ją odrzucił, a wreszcie zły redaktor brukowca, który przeinaczając artykuł o Kindze i publikując jej zdjęcia, naraził ją na lincz, kierując się podłą chęcią zysku. Jedynym przedstawicielem płci męskiej, który nie jest przedstawiony w jednoznacznie negatywnym świetle, jest były szef Kingi, który jako ojciec czwórki dzieci jest dobry i empatyczny – jednak nawet on w ostatecznym rozrachunku odmówił jej prawa do wyjaśnień, wyrzucając z pracy z powodu artykuliku w tabloidzie. Przy lekturze odnosi się przykre wrażenie, że pani Michalak rozumie feminizm jako wieszanie psów na mężczyznach. Z drugiej strony mamy kobiety: wredne flądry, które jak Aśka są pazerne na kasę i cudzych mężów, oraz święte skrzywdzone męczennice, niczym Kinga, które bez wsparcia męskiego ramienia nie potrafią odnaleźć się w życiu. Jakby tego było mało, można znaleźć w książce fragmenty w rodzaju: „A jeszcze ciekawsze, jakim cudem taka śliczna kobieta jak ona trafiła pod most. Każdy facet chętnie by się taką laską zaopiekował. Nawet bezinteresownie. Gdyby tylko zechciała.”

Jak rozumiem, Kongres Kobiet i CPK zgadzają się z twierdzeniem, że ładnych kobiet nie spotykają nieszczęścia, a męska opieka jest skutecznym sposobem na wszystkie bolączki życia?

Mogłabym jeszcze tak długo – pani Michalak wzbudziła we mnie pewien perwersyjny rodzaj podziwu, jako że nie byłam świadoma, że na jakichś 140 stronach da się upakować taką masę treści szkodliwych, obraźliwych i po prostu głupich. W życiu też nie wpadłabym na to, że taką książkę wydawać mogą wydawnictwa mieniące się poważnymi i, co gorsza, że promować ją mogą instytucje w rodzaju CPK i Kongresu Kobiet. Zwłaszcza że Pani Michalak w kontaktach osobistych nie jest osobą szczególnie kulturalną i przekonywującą. Miałam okazję się o tym przekonać osobiście, odwiedzając autorkę na spotkaniu z czytelnikami, które miało miejsce 13 czerwca w Krakowie. Pani Katarzyna, świadoma tego, że rozmawia z osobą cierpiącą na jedną z opisanych w książce przypadłości – chociaż najpierw zachwycona pojawieniem się czytelniczki głęboko zainteresowanej problemem – po pierwszych pytaniach dotyczących poruszonych wyżej kwestii zrobiła się napastliwa, by w końcu oznajmić mi w twarz, że najwyraźniej, jako osoba chora, mam zaburzone postrzeganie rzeczywistości (co objawiać się miało tym, że nie jestem zachwycona jej twórczością).

Ciekawa też była reakcja CPK na wątpliwości związane z promocją tego wątpliwej jakości „dzieła”. Na zarzuty dotyczące treści książki objętej matronatem pytające uzyskały następującą odpowiedź, którą pozostawię już bez komentarza:
Nasza Fundacja zajmuje się kobietami, które doświadczają przemocy i są dyskryminowane w różnych aspektach swojego życia. Dla nas ważne są tematy, które książka porusza: przemoc ekonomiczna i emocjonalna, wątek psychozy poporodowej i odrzucenia spowodowanego stereotypowym myśleniem, brakiem wiedzy o problemie czy zrozumienia, również wśród najbliższych. Natomiast ocenę literacką zostawiamy subiektywnym odczuciom Czytelników.
Moderatorki facebooka Kongresu Kobiet za to kompletnie nabrały wody w usta.

W tej sytuacji nie mogę nie zacząć zadawać sobie pytania: jak duże dotacje otrzymały Kongres Kobiet i Centrum Praw Kobiet za promowanie tak szkodliwej literatury i tak agresywnej osoby?

Wszystkie osoby pragnące dowiedzieć się więcej o zaburzeniu afektywnym-dwubiegunowym serdecznie zapraszam na bloga autorki tekstu Człowiek na Biegunach.

niedziela, 16 czerwca 2013

Parada 2013: z warunkowym patronatem


Plan był taki, że w czasie Parady Równości miałyśmy być gdzie indziej. Wylegiwać się na pomoście nad jakimś jeziorem, rzucać psu piłeczkę do wody, odpocząć i odstresować się na tyle, na ile da się to zrobić w dwa dni. Szyki pokrzyżowała nam Agnieszka Kozłowska-Rajewicz, a konkretnie jej "warunkowy patronat" nad największą polską imprezą LGBTQ:
Jestem pierwszym politykiem, który dał patronat tej imprezie, ale za cel postawiłam sobie, że marsz równości będzie marszem nie tylko jednej grupy narażonej na wykluczenie. Chcę uświadomić jego organizatorom, że będzie on zgodny z nazwą, tylko wtedy, gdy pojawią się na nim również przedstawiciele m.in. osób z niepełnosprawnością, osoby starsze, czujące się wykluczone z różnych względów, mniejszości etniczne i narodowe, ludzie chorzy... Jeśli jednak nie uda się tak zorganizować tegorocznego marszu, jeśli kolejny raz będzie on monotematyczny, to nie zdecyduję się na kolejne patronaty.
Te słowa bardzo ładnie obrazują problem, jaki mam z panią pełnomocniczką, czemu zresztą co jakiś czas daję tutaj wyraz. Bo z jednej strony ma rację - tak, Parada Równości nigdy nie była marszem wszystkich czy nawet wielu grup narażonych na wykluczenie, choć pewnie za taką chciałaby uchodzić. Jest imprezą skupioną wokół praw osób nieheteronormatywnych, a dokooptowywanie innych grup wykluczonych i ich postulatów nie ma szans zmienić tego jej odbioru. Nie znaczy to, że organizatorzy tego nie chcą. Pewnie chcą, w końcu od paru lat wśród postulatów Parady pojawiają się takie kwestie jak zniesienie barier architektonicznych czy zaprzestanie przerzucania kosztów kryzysu na barki najuboższych. Kłopot w tym, że się nie da. Nie: tak łatwo się nie da, po prostu się nie da. Impreza ma określoną markę. I zaklinaniem rzeczywistości byłoby udawanie, że jest czymś innym. Nie mówiąc już o żądaniu tego. I tu dochodzimy do drugiego dna wypowiedzi pani Rajewicz. A konkretnie do tego, że jej przecież nie chodzi o niezgodność nazwy z charakterem Parady, a o to, że dotyczy ona bardzo konkretnej mniejszości. Wyobrażacie sobie, że stawia podobne ultimatum marszowi osób z niepełnosprawnościami, starszych czy mniejszości etnicznych? Ja nie bardzo. Chodzi więc po prostu o to, by nie wspierać wprost imprezy LGBTQ. A właściwie zrobić to tak, by dać patronat, udając, że się go jednocześnie nie daje. Pokrętne? Cóż, partia rządząca zdążyła nas już do tego przyzwyczaić.

Jest też trzeci aspekt owego ultimatum. I to on sprawił, że koniec końców pojawiłyśmy się z Gosią na Paradzie. Nie jest tak, że osoby nieheteronormatywne są wyłącznie piękne, młode, zdrowe i bogate. Gdyby tak było, ale to już na marginesie, prawdopodobnie nie miałyby zbyt wielkiej potrzeby walki o równe prawa, bo niespecjalnie odczuwałyby ich brak. Kłopot w tym, że nazbyt często jest wręcz przeciwnie, bo przynależność do jednej grupy wykluczonej sprzyja znalezieniu się w kolejnej - otwartej lesbijce trudniej jest znaleźć i utrzymać pracę, w związku z czym łatwiej może trafić do grupy ubogich i bezrobotnych, i, w konsekwencji, chorych, bo nie stać ją na taki standard życia i opiekę lekarską, jaką ma jej pracująca heteroseksualna koleżanka (to rzecz jasna uproszczenie, ale pokazujące, jak łatwo można znaleźć się wśród wielokrotnie wykluczonych). Niestety, pani pełnomocniczka zdaje się hołdować stereotypowemu postrzeganiu osób nieheteronormatywnych jako narażonych wyłącznie na jeden typ dyskryminacji (ze względu na orientację i/lub tożsamość płciową). I nie przychodzi jej do głowy, że w społeczności LGBTQ jest prawdopodobnie większy odsetek osób z różnych względów wykluczonych niż w całej populacji.

I właśnie jako należące do więcej niż jednej grupy wykluczonych wybrałyśmy się w sobotnie popołudnie nie nad jezioro, a na Paradę. Symbolicznie, bo nie miałyśmy złudzeń, że obecność nasza czy wielu innych osób będących w podobnej sytuacji coś zmieni, ale, jak może wiecie, lubię symbole. Czy było warto? Sama nie wiem. Ze wszystkich znaczeń przypisywanych tej imprezie zawsze najbardziej przemawiało do mnie to, że Parada ma na celu po prostu świętowanie, afirmację różnorodności. Problem w tym, że nadal nie bardzo mamy co świętować i że lista spraw niezałatwionych i niemających szans na załatwienie w najbliższym czasie nie robi się krótsza. To oczywiście trochę kwestia punktu widzenia. Dla kogoś powodem do świętowania (i to całkiem słusznym) może być coming out czy fakt, że odważył się pojawić na Paradzie. Że już się nie wstydzi i nie boi. Ktoś inny (a chociażby i my) może mieć za sobą kiepski rok i nawet najbardziej różowe okulary nie pozwolą mu wczuć się w klimat tego wydarzenia. Klimat, który, sądząc z relacji części znajomych, jednak chyba był. Tak że może przeczytajcie to, co dalej, jednak trochę przez palce.

Zacznę, żeby nie było, od plusów. Sporo ludzi (w podawane przez organizatorów osiem tysięcy wprawdzie nie wierzę, bo jeszcze pamiętam Europride w Polsce, ale źle nie było), niezła organizacja - tu brawa należą się przede wszystkim sporej grupie wolontariuszy, którzy krążyli w tłumie, odpowiadali na pytania, rozdawali informatory i ogólnie pilnowali porządku. Wybranie trasy tak, by prowadziła obok tablicy upamiętniającej Izabelę Jarugę-Nowacką i Pałacu Kultury, gdzie właśnie kończył się Kongres Kobiet, którego uczestniczki mogły (i spora część się skusiła) do nas dołączyć. Co jeszcze? Media podają, że była to najspokojniejsza Parada z dotychczasowych. Może i była, choć jakoś mi się wydaje, że te imprezy nigdy do niespokojnych nie należały. Ale może ja mam widzenie spaczone tym, jak wyglądają marsze w innych miastach. A poza tym różnorodność, której, obawiam się, pani Rajewicz nie zauważy, bo się na wydarzenie nie pofatygowała, a w mediach niewiele widać (poza ortografem na transparencie grupki kontrdemonstrantów, co to chcieli "męszczyzn, a nie cioty", a na który rzecz jasna rzuciły się media). Obecność wśród przemawiających Barbary Nowackiej, Moniki Płatek i, chyba największa niespodzianka, pana Andrzeja "obrońcy krzyża", co się do naszych spraw dał przekonać.

Minusy? Gigantyczne opóźnienie na starcie - platforma organizatorów (pozostałe zresztą też, oprócz bodaj platformy Glamu, która jako niesprawna w ogóle nie została dopuszczona do przejazdu) pojawiła się pod Sejmem czterdzieści pięć minut po godzinie zbiórki. Poświęcenie kolejnych kilkudziesięciu minut na przemówienia (jestem pewna, że spóźnienie było niezawinione, ale skoro już się zadziało, to jednak lepiej było część przemówień przełożyć na później). Niewykorzystanie, kolejny rok z rzędu zresztą, wcześniej ustalonej kolejności platform i banerów. Wolontariusze uparcie poganiali niosących banery tak, aby nie było przerw między zgromadzonymi za nimi grupami, gdy tymczasem aż się prosiło o odwrotne rozwiązanie - zorganizowanie parady na wzór większych marszy z innych krajów, gdzie mamy nie jednolitą kolumnę maszerujących, ale właśnie ileś tam podążających za sobą grup skupionych wokół określonych postulatów czy reprezentujących konkretne instytucje. Kolejny też raz - w ubiegłym roku taki los spotkał Młodych Socjalistów, którzy tym razem chyba odpuścili sobie to wydarzenie - z Parady wyleciał jeden baner. Tym razem niechciane okazało się hasło "Kapitalizm? Róż głową". Powód? Ten sam co poprzednio - transparent nie został zgłoszony wcześniej. Choć rozumiem zamiłowanie organizatorów do porządku (mimo że go nie podzielam), to nie podoba mi się tak kategoryczne traktowanie tych, którzy z różnych powodów swoich haseł nie zgłosili. Zawsze można było im wskazać miejsce z tyłu pochodu, jeśli ktoś się obawiał, że niosący inne banery uznają, że ktoś zabiera im miejsce (absurdalne to trochę, no ale załóżmy, że ktoś mógłby tak uznać). Za długa trasa - półtorej godziny jest w porządku, trzy, szczególnie gdy się nie jedzie na platformie, a niesie czy prowadzi baner, to stanowczo za długo. I w końcu nijakie zakończenie na placyku za Smykiem, gdzie miało być małe miasteczko paradowe, a były śpiewy z platformy, będące stałą częścią scenerii ogródki piwne i zdecydowanie za mało miejsca, by zmieścili się wszyscy uczestnicy i uczestniczki, przez co spora część idących przez dłuższy czas nie mogła się zorientować, czy to już koniec, czy może przestój.

A poza tym znowu nie było piór w tyłkach, o których zawsze tyle czytam. I może mi się wydawało, ale było znacznie mniej drag queens niż zwykle. Była za to - i, uwaga, dla mnie to plus - ta pani (znacie ją, nieprawdaż?):


Dlaczego plus? Bo miło mi się z nią rozmawia. Od zawsze. A konkretnie od pierwszego Kongresu Kobiet, przed którym ją poznałam. Tym razem pogadałyśmy o coming oucie Marii Janion (była ciekawa, czemu tak późno) i o błędzie, który znalazła w broszurze o antykoncepcji. Oraz o tym, czemu nie byłam w tym roku na Kongresie. A poza tym zgodziłyśmy się, że można mieć różne poglądy, ważne, by wyrażać je bez agresji. Pamiętam, że kiedyś spytałam ją, czy zgodziłaby się udzielić mi wywiadu. Odpowiedziała wtedy, że nie rozmawia z mediami. Ale liczę, że kiedyś się jednak zgodzi, bo nadal bardzo mnie ciekawi, co pcha ją do tak wytrwałego działania.