środa, 17 kwietnia 2013

Inna rozkosz

Ta książka wyjęła mi kilka tygodni z życia. Teraz nie jestem już pewna, czy, redagując ją, czytałam ją trzy, czy cztery razy - choć wydaje mi się, że cztery - ale sam fakt, że nadal jestem w stanie powiedzieć o niej dużo dobrych rzeczy, świadczy jak dla mnie o tym, że jest po prostu świetna.

Wydana przez Czarną Owcę "Inna rozkosz" Glorii i Williama G. Brame'ów i Jona Jacobsa, bo o niej mowa, to pierwsza na polskim rynku książka wprowadzająca w świat BDSM (B&D, dominacji i uległości, sadyzmu i masochizmu) i jego historię. Liczy sobie blisko 600 stron i zawiera opisy niemal wszystkich praktyk (od odgrywania ról i zabaw mentalnych, przez kary cielesne, modyfikacje ciała czy fetyszyzm, po gry z różnicą płciową i sporty wodne) kojarzonych z dominacją i uległością (D/s). Ale jakie opisy! Nie, nie chodzi mi bynajmniej o momenty, pikantne szczegóły czy jak je zwał (choć są, a jakże), a o benedyktyńską pracę, jaką wykonała trójka autorów, zbierając materiały. Otóż na każdy rozdział składa się nie tylko czasami bardziej, czasami mniej obszerny rys historyczny i wypowiedzi specjalistów (antropologów, psychologów, seksuologów), ale też obszerne wywiady z entuzjastami i entuzjastkami danych praktyk (w sumie jest ich ponad sto). I to głównie one, moim zdaniem, stanowią o wartości tej książki, bo dzięki nim mamy szansę spojrzeć na świat BDSM oczami jego mieszkańców i mieszkanek. Zrozumieć, co i dlaczego sprawia im przyjemność. Polubić ich. Naprawdę polubić.

Niby to nic dziwnego - wszak często zdarza się nam sympatyzować z bohaterami książek czy filmów, czy to fikcyjnymi, czy prawdziwymi. Jeśli jednak weźmiemy pod uwagę, jak potężnym tabu nadal obłożone jest wszystko, co ma cokolwiek wspólnego z seksem (a co dopiero, gdy na dodatek nie jest to konwencjonalny seks!) oraz jak znakomitą prasą cieszą się (nie tylko) u nas entuzjaści dominacji i uległości (śmieszni, dziwni, chorzy, niebezpieczni...), trudno nie docenić tego akurat aspektu "Innej rozkoszy". Bo jak fascynująca by nie była historia BDSM - te cudowne wiktoriańskie maszyny mające uniemożliwić czerpanie jakiejkolwiek przyjemności ze swojej seksualności, ci średniowieczni mnisi czerpiący rozkosze z samobiczowania i biczowania grzesznic... - to nawet jej znajomość nic nie zmienia w tym, jak postrzegamy sąsiadów, którzy lubią klapsy czy grę w tatusia i córeczkę. Rozmowa z nimi może za to zmienić sporo. I "Inna rozkosz" jest właśnie taką rozmową, spod znaku "wszystko, co chcielibyście wiedzieć o tych od biczów i łańcuchów, ale boicie się zapytać". Rozmową, w wyniku której nagle okazuje się, że nie dość, że z nimi jest wszystko w porządku, nikt nikomu krzywdy nie robi, doskonale wiedzą, co robią, i sprawia im to niesamowitą przyjemność, to na dodatek są po prostu świetnymi ludźmi. Nie przesadzam - naprawdę są. Nie wszyscy, rzecz jasna, bo znalazło się tam trochę bohaterów, którzy byli dla mnie średnio sympatyczni czy nawet przerażający (jak Fakir Musafar, zwolennik naprawdę ekstremalnych modyfikacji ciała - jak chcecie, to poszukajcie go w sieci - czy pewna kobieta, która nosząc non-stop coraz to mniejsze gorsety, wykształciła sobie talię osy, bo to kręci jej męża). Za to pewien fetyszysta, który poderwał kierowcę samochodu dostawczego na kawę i masaż stóp był naprawdę ujmujący. To moja ulubiona postać i historia z tej książki (w ogóle rozdziały o fetyszyzmie są moimi ulubionymi) i choćby dla niego warto było ją przeczytać.

Na to, jak postrzegam bohaterów i bohaterki "Innej rozkoszy", ma pewnie po trosze wpływ moja tożsamość. To, że widzę bardzo wiele podobieństw w tym, jak postrzegani są oni i społeczność LGBTQetcetera. Jak muszą się mierzyć z masą krzywdzących stereotypów na swój temat, jak trudno jest im w okresie dorastania, gdy odkrywają, co ich tak naprawdę interesuje, jak wielu i wiele z nich wypiera swoje skłonności i ląduje w nieszczęśliwych konwencjonalnych związkach. Oraz jak wiele jest wśród nich wykluczeń wewnętrznych. Na zasadzie "ja lubię zadbane i pachnące stopy, ci od brudnych i śmierdzących to zboczeńcy!" czy "tylko klapsy i lekki bondage, żadnych biczów, knebli czy rzemieni - to jest dopiero perwersja!". Wygląda znajomo? Powinno.

Nieheteronormatywność pojawia się zresztą w "Innej rozkoszy" nie tylko w paralelach. Wielu bohaterów książki to lesbijki, geje, osoby biseksualne i transpłciowe. Również historia amerykańskiego ruchu BDSM nami stoi, bo nie dość że podwaliny dali mu geje-skórzacy (co widać również w zamiłowaniu entuzjastów dominacji i uległości do skórzanych strojów; choć współcześnie chyba jednak rządzi lateks), to jeszcze nasza zdolność do samoorganizacji była inspiracją dla osób praktykujących BDSM do wyjścia z szaf, tworzenia grup wsparcia i sieci kontaktów. Nie znaczy to, że osoby nieheteronormatywne są bez wyjątku mile widziane w społeczności D/s, ale można zaryzykować tezę, że jest ona znacznie bardziej otwarta niż seksualny mainstream. Choć nie zawsze miłość ta jest obopólna. Jak łatwo się domyśleć, osobom z ruchu LGBT zdarzało się (i nadal zdarza) odżegnywać od miłośników dominacji i uległości w swoich szeregach. Jako "psujących wizerunek" rzecz jasna.

O tym, co wyczytałam z "Innej rozkoszy" mogę opowiadać długo i namiętnie, o czym najlepiej wiedzą moja osobista żona oraz przyjaciele i przyjaciółki. Ale jako że będę miała jeszcze przynajmniej raz taką okazję (podrzucę linka, bez obaw), to póki co nie będę przedłużać tego tekstu, choć liczę, że dacie mi jeszcze szansę dorzucić parę słów w komentarzach. Tak że już na zakończenie kilka słów o jeszcze jednej, bardzo istotnej, wartości tej książki. Ważnej między innymi w kontekście robiących niesamowitą i zupełnie dla mnie niezrozumiałą karierę "50 twarzy Greya" i im podobnych paskudztw. I autorzy, i bohaterowie "Innej rozkoszy" dużo miejsca poświęcają etyce kontaktów i relacji opartych na dominacji i uległości, którą najlepiej streszcza żelazna dewiza "bezpiecznie, świadomie i za obopólną zgodą (konsensualnie)". Potępiają nawet przypadkowe akty wyrządzania krzywdy czy zadawania niepożądanego bólu, podkreślają wagę szczerości i zaufania, tego, jak ważne jest poznanie partnerów i ich potrzeb oraz rozmowa o nich. Informują też o możliwych niebezpieczeństwach, na które narażają się entuzjaści poszczególnych praktyk. Słowem robią to, o czym zazwyczaj nie pamiętają autorzy pornograficznych czytadeł, którzy myślą, że jak wrzucą do nich kontrakt i bezpieczne słowo, to nikt im nie zarzuci, że ich bohaterowie nadużywają władzy czy wykorzystują kogoś seksualnie.

14 komentarze :

"Nie znaczy to, że osoby nieheteronormatywne są bez wyjątku mile widziane w społeczności D/s, ale można zaryzykować tezę, że jest ona znacznie bardziej otwarta niż seksualny mainstream."

Niestety nic bardziej mylnego. Lektura wątków w polskich zakątkach BDSMowej sieci dotyczących spraw LGBT przynosi smutną konstatację, że to taka sama Polska jak wszędzie dookoła i własna inność bynajmniej nie przekłada się na akceptację innych inności.

"Inna rozkosz" dotyczy amerykańskich realiów, a na dodatek wypowiadają się w niej w większości osoby zaangażowane w ruch BDSM. Stąd może brać się różnica. Nie wiem, na ile aktywne są w Polsce grupy podobne do tych na zachodzie (oferujące wsparcie, naukę poszczególnych praktyk itp.), jak się ma sprawa z klubami, imprezami, zjazdami (ale chyba tak sobie, co?). Wpadły mi parę razy w oko ogłoszenia o jakichś warsztatach, ale wydaje mi się, że to była raczej inicjatywa zewnętrzna.

"Nie wiem, na ile aktywne są w Polsce grupy podobne do tych na zachodzie (oferujące wsparcie, naukę poszczególnych praktyk itp.), jak się ma sprawa z klubami, imprezami, zjazdami (ale chyba tak sobie, co?). Wpadły mi parę razy w oko ogłoszenia o jakichś warsztatach, ale wydaje mi się, że to była raczej inicjatywa zewnętrzna."

No więc po kolei.
Życie polskiej społeczności widoczne w internecie skupia się wokół kilku for i polskiego fetlife, są też pojedyncze blogi mające jakąś tam publiczość. Poza internetem to jest raczej przeniesienie znajomości, ale zawiązała się jedna inicjatywa, wokół której budowane są imprezy ale i warsztaty. O tym za chwilę.
Na samych forach i na fetlife znajdują się tematy "poradnikowe", ale najczęściej toną w zalewie normalnej postozy, zresztą jakość udzielanych tam rad nieraz pozostawia wiele do życzenia. Na szczęście jest trochę osób, które mają poważanie w środowisku (i idącą za tym rozpoznawalność), które nieraz muszą prostować różne głupoty i głupotki.
Kluby dedykowane BDSM nie istnieją, ale odbywają się imprezy i zloty. Imprezy drgnęły odkąd powstał SinClub, który organizuje albo otwarte "zapoznawcze" sinprezy w różnych częściach Polski, albo zamknięte, płatne imprezy, najczęściej w Warszawie i Poznaniu. Te pierwsze obywają się w ogólnodostępnych lokalach, te drugie w zamkniętych, np. w Warszawie w klubie swingerskim. Te drugie czasem przyjmują formę play parties.
Wcześniej było trochę płatnych imprez, ale dominowały zloty (forumowe, czatowe), teraz istnieje raczej nastawienie na kanalizowanie tego poprzez brand sinprez.
Co do warsztatów - znam głównie te przeprowadzane przez ekipę nawado.pl, które są przede wszystkim warsztatami wiązania, były też kiedyś wspólne warsztaty fotograficzne pod Łodzią.

Generalnie grono osób przewijających się przez środowisko jest dość niewielkie, ale w ostatnich latach doszło wiele nowych, młodych osób, które mają mniejszy problem z mówieniem o swojej seksualności. Dużą grupą są też kobiety po trzydziestce i czterdziestce, które weszły w środowisko całkiem niedawno, choć to była tendencja widoczna na długo przed Greyem, który zresztą jak na razie nie przyniósł jakiegoś szczególnego wysypu nowych osób, stając się za to synonimem "nieprawdziwego" BDSM.

@Gothmucha
"własna inność bynajmniej nie przekłada się na akceptację innych inności"

Wiesz, nie wiem jak to jest, gdyż mój krąg znajomych jest bardzo ograniczony i dość nietypowy, ale obserwując mieszkańców tego kraju z mojego socjopatycznego dystansu dochodzę do wniosku, że aby zaakceptować "inność innych", Polacy musieliby zacząć od akceptowania "inności własnej". Innymi słowy nie robić halo ze swoich zainteresowań, jakie by nie były (co nie oznacza chwalenia się 70-letniej ciotce swoimi przygodami seksualnymi bynajmniej), nie zastanawiać się nad pochodzeniem, czystością rasową, a nawet przynależnością polityczną (pojadę może copypastą, ale znam kilku PiS-fanów i są to mili ludzie). Nie wiem jak inni, ale odkąd uświadomiłom sobie, że jestem "dziwne" (a w kolejnych latach poziom owej "dziwności" wzrósł), kompletnie przestała mi przeszkadzać jakakolwiek dziwność innych, ba, wolę takie osoby, gdyż naiwnie sądzę, że będzie im mniej przeszkadzać taki freak jak ja. Nie zawsze jest to prawda, niestety.

Literatura oświeceniowa bądź literatura oświecająca, takie hasło powinno zaistnieć w katalogach bibliotecznych - a może, odczarowywanie stereotypów?
Czasem się nam wydaje, że już wszystko wiemy, że nasza tolerancja i akceptacja radzi sobie ze wszystkimi przejawami życia, a tu masz... taki klops z tymi "skórzastymi zboczeńcami"

Nie umniejszajac zaslug, ale na pewno nie pierwsza.. sam czytalem jakies 20 lat temu ksiazki markiza de sade :P wprwoadzajace w swiat BDSM i jego historie :)

ps lub Starowicz, "Sex nietypowy" :) 1988

Oj, to zupełnie co innego. De Sade dał jedynie nazwę jednej z praktyk BDSM, ale jego filozofia była zupełnie inna. Przypuszczam, że brzydziłby się współczesną Sceną. Pokrótce: pisarstwo Sade'a powstało w obronie ostatecznej filozoficznej suwerenności - wolności zadawania gwałtu i niszczenia. Seksualność w jego rozumieniu opierała się na zanegowaniu partnerów - inne osoby mogły być dla niego jedynie ofiarami, a ich pragnienia nie miały znaczenia. Dzisiejsza praktyka oraz podejście do seksualnej dominacji i podległości kontrastują ze stanowiskiem Sade'a. Opierają się przede wszystkim na haśle „bezpiecznie, świadomie i za obopólną zgodą”. Partnerzy kładą nacisk na równe i szczere porozumienie, na negocjacje i osiągnięcie zgody; podstawą jest wzajemne zaufanie i szacunek do ograniczeń i preferencji partnera.

Co do Starowicza - on pisze z punktu widzenia seksuologa. "Inna rozkosz" jest napisana przede wszystkim z punktu widzenia praktyków BDSM. Plus daje potężny rys historyczny. To zupełnie inne książki.

Nie chcac wchodzic w pikantne szczegoly, nie wszystkie dzisiejsze praktyki opieraja sie na hasle "bezpiecznie, swiadomie i za obopolna zgoda" :) Moze takie niewinne, o ktorych sie opowiada przy herbatce albo wspomina za biurkiem w pracy tak, ale jest bardzo szeroka grupa wiernych fanow podstawowej mysli Markiza de Sade...

Wiem, że są. Ale to nie są ludzie praktykujący BDSM. To są ludzie wykorzystujący seksualnie i krzywdzący innych. BTW, nie uważam, by osoby grające zgodnie z etyką BDSM robiły wyłącznie coś niewinnego. Bezpiecznie, świadomie i za obopólną zgodą nie wyklucza robienia rzeczy, które przerażają konwencjonalnych śmiertelników.:)

Są rzeczy które robimy świadomie z pełną akceptacją i co najważniejsze bez przemocowego aspektu, jest to pewien rodzaj kultury oparty na etyce, nie wychodzący poza prawo jednostki. SDSM jest subkulturą do której społeczeństwo nie wyrobiło sobie pozytywnego zdania, gdyż społeczeństwo owo posługuje się stereotypem w ocenie.
Tak literatura jak "Inna rozkosz" może odczarowywać mit i dlatego dobrze, że jest, i nie należny porównywać jej ze Starowiczem czy De Sade, bo to całkiem inny rodzaj myślenia i przekazu.

Maciej co chcesz przez to powiedziec? Uwazasz, ze fajnie jest tylko bez zgody wszystkich stron? Jestes jedna z tych osob dla ktorych gwalt to po poprostu seks a na dziewczyny, ktore padly jego ofiara krzycza "na pewno sie prosila o to idac ulica..."?

Z innej beczki - naprawde warto obejrzec:

http://www.youtube.com/watch?feature=player_embedded&v=3ROXTFfkcfo

Książka ciekawa, też się zaczytałem :)
--
http://powiekszaniepenisa.biz

Prześlij komentarz