piątek, 3 maja 2013

Eksperyment

Tak jak zapowiedziałam w poprzedniej notce, popełniłam jeszcze jeden tekścik o BDSM. Tym razem bardziej edukacyjny, bo skierowany do czytelniczek i czytelników Queer.pl. Poczytać i skomentować można tu.

Już na etapie myślenia nad nim zastanawiałam się, jakie wywoła reakcje. Z dwóch powodów - po pierwsze dlatego, że dotyczy zagadnienia, wokół którego narosło mnóstwo stereotypów, a po drugie, bo ostatnio coraz bardziej fascynuje mnie, jak skrajnie odmienne mogą być interpretacje nawet niespecjalnie kontrowersyjnych wypowiedzi, a co dopiero, gdy dotyczą czegoś, co potrafi budzić bardzo gwałtowne emocje. Nie jest to rzecz jasna jakieś szczególnie odkrywcze spostrzeżenie (i dałam mu już raz wyraz tu). Wystarczy raz w życiu odwiedzić jakieś forum internetowe czy poczytać komentarze na którymś portalu, by się przekonać, jak z jednego tekstu różne osoby wyciągają zupełnie inne wnioski. I z jednej strony jest to zupełnie naturalne - wszak każdy i każda czyta ze swojej perspektywy, przez pryzmat swoich przeżyć, przemyśleń i wcześniej przeczytanych rzeczy - z drugiej praktycznie uniemożliwia napisanie czegoś tak, by wszyscy odebrali to mniej więcej tak samo. Co raczej nie jest problemem, gdy mowa o fikcji, a nawet przeciwnie - to, co czytelniczki czy widzowie dopowiadają do historii swoich ulubionych bohaterów jest równie ciekawe (a czasami nawet ciekawsze) niż to, co jest opowiedziane wprost. Może być jednak co najmniej kłopotliwe, gdy ktoś próbuje trzymać się faktów.

Ilekroć coś piszę, w tyle głowy mam potencjalne komentarze, które pojawią się pod tekstem. Jak zostanie odczytany? Który fragment wzbudzi emocje, co zostanie pominięte, czego nowego się o sobie dowiem itd. Czasami wydaje mi się, że wiem, co to będzie. Czasami też mam rację. Ale pewnie równie często zdarza się, że dyskusja idzie w kierunku, którego zupełnie nie przewidziałam, a który ktoś zobaczył w tym, co napisałam. Oczywiście wiem, dlaczego tak jest, zastanawiam się za to, jak wyglądałyby nasze rozmowy tutaj, gdyby każdy (w tym wyżej podpisana), zanim coś napisze, zastanowił się, dlaczego czyta coś tak, a nie inaczej. Zapytał, czy aby na pewno o to autorce tekstu czy autorowi komentarza, na który odpowiada, chodziło. Wziął pod uwagę, że to, jak rozumie daną informację, jest obarczone masą czynników, których nie ma w tym, co czyta, a są w nim czy w niej.

Wiem, że to, co piszę, może się wydać dość skomplikowane, dlatego pokażę, o co mi chodzi, na przykładzie komentarzy spod mojego tekstu na Queer.pl. Z grubsza można je podzielić na cztery rodzaje:
- część osób uważa, że uprawiam promocję zła, sympatycy BDSM to seryjni mordercy, a pisanie o nich to jak zajmowanie się pedofilami czy nekrofilami; rzecz jasna żaden z takich komentarzy nie odnosi się do tekstu (co najwyżej do jednego czy dwóch zdań z niego), wszystkie - do samej idei pisania o BDSM,
- jeden komentarz odnosi się do fragmentu jednego zdania i generalnie chodzi w nim o tym, że nie mam racji co do tego, że entuzjaści BDSM są uważani za dewiantów i osoby niebezpieczne dla siebie i otoczenia, bo jego autorka ma inne doświadczenia,
- autorzy kolejnych kilku przyznali, że z zaciekawieniem przeczytali tekst, ale sama idea ich przeraża, głównie ze względu na to, że D/s kojarzy im się z cierpieniem i przemocą; w toku dyskusji nieco zmienili zdanie,
- i wreszcie były opinie kilku osób, które siedzą w temacie i postanowiły albo nieco pogłębić zawarte w nim informacje, albo wyjaśnić wątpliwości innych komentujących.

I teraz tak: prawdopodobnie większość osób komentujących ten tekst jest nieheteronormatywna. I prawdopodobnie większość z nich zetknęła się z dyskryminacją jako taką. Mimo to jednak czasem skrajnie odmiennie odebrały tekst o innej dyskryminowanej i nienormatywnej społeczności. Dlaczego? Bo każda z nich przeczytała go ze swojej perspektywy oraz przez pryzmat swojej wiedzy i doświadczeń. Dodatkowo część z nich była zainteresowana tematem, część jedynie wyrażeniem swojej opinii. Część miała dobry dzień, a część szukała miejsca, w którym może się wyładować. Jak wyglądałaby dyskusja pod tekstem, gdyby wszystkie te osoby po prostu chciały porozmawiać? I gdyby przede wszystkim skupiły się na tym, by zrozumieć czyiś punkt widzenia i by jak najlepiej przedstawić swój? Tego właśnie jestem ciekawa.

Słowem, interesuje mnie, jak głęboko można wejść w czyiś świat i na ile można go zrozumieć. I nie jest to wyłącznie ciekawość teoretyczki, która wie, że nie chodzi o to, co autor miał na myśli, a o to, co potrafimy z tego wyczytać. Przywołane komentarze to przecież jedynie przykład czegoś, co, jak już napisałam, jest powszechne. Jest prawdą i w przypadku wypowiedzi polityków czy publicystów, które tak bardzo nas dotykają, i każdej innej formy komunikacji. A ta jest ważna. Również dla osób nieheteronormatywnych, które niejednokroć mocno się zastanawiają, jak przekazać to, co mają do powiedzenia, by zostać zrozumianymi. I jak rozmawiać, by ewentualnie nieporozumienia wyjaśnić.

Konkluzja? Spróbujmy. Tu, na tym blogu. Porozmawiajmy (a choćby i o tym tekście o rozmawianiu), próbując nie tylko wyrazić swoje zdanie, ale też zrozumieć, o czym piszą inni, i wytłumaczyć, o czym właściwie my piszemy i skąd się nam to wzięło. Pytajmy, upewniajmy się, dopowiadajmy. Nie bójmy się przyznać do niewiedzy i nie zakładajmy, że wszystko rozumiemy i że wiemy, o co chodzi drugiej osobie. Sprawdźmy, czy taka rozmowa jest w ogóle możliwa. Spróbujecie?

19 komentarze :

Jak eksperyment, to chyba trzeba jakieś kryteria określić, żeby było potem porównać dane i wyciągnąć wnioski? ;]

To może tak:
1) orientacja: nieheteroseksualna;
2) nastrój: od kilku tygodni, permanentnie podły;
3) nastawienie do BDSM: raczej obojętne (jakieś relacje dominacji/uległości w łóżku: czemu nie. Może to jakieś light BDSM? Nie wiem, nie znam się);
4) odbiór tekstów (tu i na Queer.pl): ze względu na nastrój w ogóle nie miałam ochoty czytać o żadnym seksie, ale się przymusiłam i stwierdzam, że nie ucierpiałam. ;)

Zachęcają do przeczytania książki, w żadnym wypadku nie są dla mnie kontrowersyjne. Wręcz zaciekawił mnie ten aspekt komunikacyjny. W praktyce pewnie różnie bywa, ale idea tak dokładnego omawiania każdego kontaktu i próba uzyskania pełnej jasności co do tego, czym on ma być - bardzo dobra. Nie wydaje mi się, żeby ludzie hetero czy nie, aż tak skrupulatnie podchodzili do seksu. Według mnie, to ten aspekt różnych oczekiwań, braku rozmowy, a w konsekwencji często nieliczenia się z potrzebami drugiej strony może prowadzić do wykorzystania/nadużycia.

Że jakieś bicze, pejcze, wiązania? A na zdrowie! Jeśli tylko obie (czy ileśtam) strony wiedzą, co robią. To nie takie czy inne praktyki same przez się degradują, upadlają czy jakie ma tam ktoś problem z seksem. Niezależnie od orientacji. Przykładowo moja mama, powiedziała mi kiedyś, że miała "szczęście", bo mój ojciec nigdy nie był nachalny seksualnie, ale jej siostry już takiego "szczęścia" do mężów nie miały. Może i gwałt to nie był (nie wchodząc na temat gwałtu małżeńskiego), ale pewna posłanka uświęciłaby każdy kontakt, byle w małżeństwie.

To traktowanie drugiego człowieka, jako instrumentu do zaspokajania własnych potrzeb rani, szkodzi, sprawia ból.

Niestety mam wrażenie, że występuje coraz częściej (tu rozgoryczenie płynące z własnego doświadczenia, może faktycznie zbyt mocno subiektywizować rzeczywistość).

Ha, ha, no pewnie jakieś obiektywne kryteria by się przydały. Dzięki za propozycję.;)

1) orientacja: niehetero;
2) nastrój: boli mnie głowa, nie mogę się do niczego zabrać, więc taki sobie;
3) nastawienie do BDSM: ciekawość;
4) odbiór (własnych) tekstów: kurczę, to wszystko jest strasznie skomplikowane, na dodatek nie bardzo się na tym znam, więc nie wiem, czy uda mi się przekazać to, co chcę przekazać.

Super, że zwróciłaś uwagę na aspekt komunikacyjny. To jest to, co mi się najbardziej spodobało i najsilniej mnie zafrapowało - że, jeśli mamy model bliski wszystkim założeniom, to mamy do czynienia z naprawdę dobrymi związkami. Nie wiedziałam, czy poświęciłam temu wystarczająco dużo uwagi w tekstach, ale z tego, co piszesz, wychodzi mi, że tak.

I druga kwestia, którą zauważyłaś - różnica między przemocą seksualną a (znowuż: modelowymi) kontaktami BDSM. Też bardzo mi zależało na jej pokazaniu.

Ale: my w sumie dość podobnie odbieramy rzeczywistość, więc też nic dziwnego, że podobne rzeczy wyciągamy z książek, filmów itd.

Tak myślałam, że do badań nie bardzo się nadam. ;) Trzeba by eksperymentować z tymi, którzy się tak "rzeczowo" na Q.pl wypowiadali.
Choć obawiam się, że mogą nie być skłonni do podporządkowania jakiejkolwiek strukturze i logice wypowiedzi. Obym się myliła.

Nie, dlaczego? Można i eksperymentować na własnym podwórku. Z tego, co widzę w komentarzach na FB, wcale nie jest to takie proste.:)

Właśnie przeczytałam te komentarze i sama trochę zgłupiałam. ;] A nie chodziło Ci po prostu o to, żeby się zastanowić nad własnymi motywacjami przy odbiorze tekstu? Dlatego wrzuciłam do własnej wypowiedzi pewne kryteria, żeby ułatwić autorefleksję (zwłaszcza z tym "nastawieniem do BDSM"). Bo to zmusza do zastanowienia nad tym czy komentując widzę w tekście to, co tam zostało napisane, czy powielam moje wyobrażenie o BDSM bez względu na treść.

Również, ale nie tylko. Jakie są nasze motywacje, jakie są motywacje osób, z którymi rozmawiamy, jakie są motywacje osoby, której tekst komentujemy... Ogólnie, żeby poszukać wszystkich możliwych czynników zewnętrznych, które wpływają na to, że dana rozmowa, tekst, komentarz wygląda tak, jak wygląda. Ale chyba rzeczywiście nasze motywacje (kontekst, wiedza...) to punkt wyjścia.

Zastanowić się można, ale obawiam się, że z braku danych mogę mówić tylko własnych motywacjach (no, ewentualnie na podstawie zebranej przez lata wiedzy, autorki ;)). Mówienie o tym, co kieruje innymi raczej w argumenty ad personam przejdzie.

Dla mnie takie eksperymenty są o tyle ciekawe, żeby popatrzeć na własną postawę z dystansu i popracować nad empatią. Co prawda tu akurat nie mam jakiejś specjalnej trudności, ale kiedy brałam udział w warsztatach o homofobii i przyszło mi grać rolę homofoba, doświadczenie było oświecające.

A nie, nie - chodzi mi o to, by, zamiast z miejsca zakładać, że ktoś nie zrozumiał, nie doczytał albo robi coś ze złej woli, zapytać o czyjąś motywację, zamiast z góry wnioskować o niej. W przeciwnym wypadku będą to na bank argumenty ad personam.

Takie warsztaty otwierają oczy, fakt. Grałam kiedyś agresorkę w warsztatach o przemocy i było to bardzo pouczające doświadczenie. Choć również dość przerażające.

1) orientacja: niehetero;
2) nastrój: wino, kobiety i śpiew plus Gwiezdne Wojny IV z okazji 4 maja:) - wyśmienity;
3) nastawienie do BDSM: zaciekawienie;
4) odbiór tekstów: MYŚLĘ, że załapałam intencje Autorki:) a teksty mi się podobają
Dla mnie w nocie pt. "eksperyment" najciekawszym jest pytanie o to, czy jesteśmy w stanie się porozumieć. I myślę, że ogólna odpowiedź brzmi: tak. Jednak obwarowana musi być ona podstawowym zastrzeżeniem - musimy znać interlokutora. I to znać go bardzo dobrze, nawet jeśli jako przeciwnika. Bo obserwowana przeze mnie rozbieżność definicji pojęć dotyczących jakiegokolwiek tematu jest ogromna. Oznacza to, że musimy znać szereg różnych słowników, co nie jest łatwe.
Hmm. Ale jeśli naprawdę znamy rozmówczynię(cę) to czy musimy z nią rozmawiać? Już znamy większość jej poglądów. Oczywiście możemy uznać, że potrafimy wpłynąć na jej poglądy i wtedy angażujemy się w dyskurs by przekonać rozmówczynię do naszego poglądu (bo w moim słowniku porozumienie oznacza zgodę na coś- np. na naszą „słuszną” definicję czegokolwiek(imaginuję, że ja też powinnam wchodzić do dyskusji z otwartym umysłem)).
Iiii… w tym momencie zdaję sobie sprawę, że po pierwsze primo nie jestem kształcona w sztuce prowadzenia dyskusji, a po drugie primo należę do gatunku, który nie nauczył się jeszcze pisać szybko na komputerze i w związku z tym nie wyobraża sobie udanej rozmowy w formie krótkich wypowiedzi za pośrednictwem Internetu.
Każdy dyskurs prowadzi do mnóstwa dygresji, które moim zdaniem możliwe są do opanowania jedynie oko w oko (w mowie) lub w formie dłuższych tekstów pisanych.
Ergo, komunikacja (porozumienie?) brana na poważnie jest bardzo trudna. Serwery chyba nie podołałyby RZECZOWEJ rozmowie na głębsze i/lub kontrowersyjne tematy, prowadzonej w formie komentarzy na blogu czy Facebooku

Witam

1)orientacja: niehetero
2)nastrój: depresja niestety i to taka prawdziwa :-/ Ale ostatnio lepiej, czego świadectwem jest fakt, że dałam radę przeczytać i zrozumieć dwa Twoje wpisy, ale głowy nie dam, że zrobiłam to na 100%, więc mogłam coś źle zrozumieć.
3)nastawienie do BDSM: w zasadzie z każdym Twoim wpisem coraz lepsze, gratuluję :) Obydwa wpisy świetne, a ten na górze porusza temat, który już dawno powinien być poruszony.
Ostatnio zauważyłam, że ludzie lubią przyjmować pewne uproszczenia. Od wypowiedzi w stylu "znam kogoś, komu X pomogło na Y, to mnie też pomoże", po "nie znam ludzi uprawiającym BDSM, więc to pewnie wymysł jakiś dziwaków albo TVN-u ;)" (albo wina Tuska :D). Swój mały świat projektują na resztę globu.
Żeby być człowiekiem tolerancyjnym, trzeba wyjść poza swój mały świat i przyjąć czasem pewne niezbyt dla nas wygodne prawdy.
Co do temperatur w necie: nie ma tematu, który nie wzbudzałby emocji. Kiedyś była kłótnia pod tytułem: "Co do schabowego: kasza czy ziemniaki". Ludzie podobno darli się nieziemsko...
Z jednej strony żal.pl, ale z drugiej fajnie jest poznać parę perspektyw, nawet podlanych sosem zawiści i trollowania. Mądry człowiek wyniesie coś nawet z pozornie durnej i zbędnej dyskusji. Tak samo jak może wynieść wiele z edukacji szkolnej, chociaż jej poziom jest mocno dyskusyjny.

P.S. Mój komentarz trąci banałem, ale właśnie wychodzę z czegoś w stylu afazji, więc to cud, że zdania składam :D

Pozdrawiam

1) orientacja 100% homo
2) nastrój: a chwilowo niezły, dziękować
3) nastawienie do BDSM: właśnie jestem w trakcie umawiania się na współpracę z dwoma brodatymi panami w skórzanych uniformach, tak więc nastawienie jest pozytywne i pełne nadziei
4) odbiór tekstów: ważne, ciekawe i pomocne
5) odbiór komentarzy: to jednak prawda, że komentarze w internecie pisane są przez te słynne małpy, co waląc w maszyny do pisania napiszą Szekspira. Po drodze piszą komentarze w internecie.

Wg mnie teksty są bardzo różne: recenzja książki oraz staranie o przybliżenie zjawiska, "egzotycznego", "niezrozumiałego". Zaskoczyła mnie konieczność obrony BDSM w 2013 - Gayle Rubin opublikowała "The Leather Menace" 31 lat temu, czyli przypuszczalnie przed przyjściem na świat znacznej liczby komentatorek i komentatorów. Z jednej strony wrażenie wyważania otwartych drzwi, z drugiej - przykra konstatacja, że to jednak było potrzebne. No tak, bo ja czytam "wszystko". Na pewne wątpliwości nie znalazłam dotąd odpowiedzi.

Podnosi się kwestię, że w SM ze względu na umowę dot. safeword "realną" władzę dominacji ma osoba formalnie mająca rolę bottom. [1] Jestem ciekawa, jak to może być praktycznie, np. gdy w momencie największego podniecenia, kulminacji, top słyszy safeword nie znajdując swego spełnienia, tylko - bo ja wiem - odskakując na odległość metra, wygaszając się. Możliwość doprowadzenia do czegoś takiego daje bottomowi czy bottomce narzędzie sadystyczne - szczególnie gdyby go użyć rozmyślnie, z przekory, na złość. [2] I co, jeśli top np. nie usłyszy, nie odskakuje, kontynuuje w sposób realnie już niepożądany?

Mój problem polega też na tym, że nierzadko wielce drobiazgowe ustalenia poprzedzające wejście w relację, odbycie aktu, budzą we mnie skojarzenia z "typowo amerykańską" skłonnością do regulacji prawnych, i odpowiedzi na drugie pytanie: no jak to "co wtedy"? Pozew! W Europie i Polsce nie ma chyba porównywalnej kultury prawnej w zbliżony sposób wpływającej na myślenie o przyjęciu warunków wstępnych jako czegoś oczywistego.

Ostatnia rzecz: teatralizacja. Często mówi się o "scenie" BDSM, a safeword jest jak okrzyk "cięcie". Oczywiście w tym momencie wszystko pięknie pasuje do teorii performatywności - ale to by chyba było za łatwe, prawda?

@roussefolle, Firenzo, Ray,
Dzięki za głosy w dyskusji. Zdaję sobie sprawę, że to, o czym piszę, jest przynajmniej częściowo utopią, ale chyba jestem po prostu zmęczona poziomem dyskusji w naszych mediach (naszych - w sensie na portalach dla osób niehetero, ale też szerzej, w polskich). I tym, że czasami przenosi się to też na tego bloga (jest też w tym trochę mojej winy, nie przeczę). Dlatego bardzo chcę rozmawiać choć trochę inaczej. Nie wiem, na ile mi się to uda i na ile mi starczy zapału, ale będę próbować.:)

@Paulina
Z tą realną władzą uległego jest chyba trochę inaczej. Bezpieczne słowo to po prostu bezpieczne słowo i nie znaczy nic więcej niż "stop" czy "pauza". Siła uległego moim zdaniem leży w czymś innym - w tym, że to on jest stroną, która ma odczuwać przyjemność, podczas gdy dominujący ma jej dostarczyć. Tak że do pewnego stopnia wszystko, co się dzieje, jest robione pod dyktando uległego. To oczywiście generalizacja, bo relacje BDSM są bardzo różne i bardzo różnie jest z tym, kto ustala menu, ale fakt faktem że na wszystko, co się dzieje, uległy musi wyrazić zgodę (chyba że mamy do czynienia z RASK, ale to zupełnie inna bajka).

Co, jeśli top nie słyszy? Ha, myślę, że jest to wpisane w ryzyko. I pewnie jest jednym z powodów, dla których takie relacje nigdy nie są do końca bezpieczne.

Natomiast bardzo, bardzo mi się podoba teoria bottoma jako rzeczywistego sadysty. Nie wiem, czy jest prawdziwa, ale - no, podoba mi się.

Co do uleglosci i komu ma byc dobrze ;)

http://oglaf.com/submission/

(NSFW)

@Ewa:

Dziękuję!

Zatem jako poddana eksperymentowi na wzór wcześniejszych komentatorów i komentatorek napiszę:

Jestem niehetero, monogamiczna i waniliowa.

Nastrój nie do określenia, bo tekstów nie czytałam jednego po drugim, poza tym wracałam do nich, gdy były dość już liczne komentarze… ale ogólnie cieszę się wiosną.

Nastawienie do tematu – naiwna wiara w wolność i niewiara w kantowski imperatyw moralny. Nikt nie jest mną, ja nie jestem nikim innym, aniżeli tylko sobą. Krytykowanie czy pouczanie kogoś, kto – jak respondenci i respondentki Brame'ów oraz Jacobsa – pokazuje nam część swej intymności uważam za niestosowne. Z uwagi na wątpliwości, jakie wyraziłam wyżej (wczoraj) i po przeczytaniu odpowiedzi na nie, opowiem się – teoretycznie – raczej po stronie RASK, aniżeli SSC. Poza tym wypatruję okazji do przeczytania książki! Gdy zaś czytałam G. Rubin, pomyślałam, że jej outing jako uległej jest bezpieczniejszy (choć i tak niebywale trudny!, to ewidentne), niż gdyby autorka była – albo zadeklarowała się – jako dominująca. BTW „część osób uważa, że […] pisanie o nich [sympaty/cz/kach BDSM] to jak zajmowanie się pedofilami czy nekrofilami” – Rubin broniła pedofilii w każdym razie w kształcie seksualnych relacji międzypokoleniowych (chyba w „Thinking Sex”), właśnie przy użyciu argumentu konsensusu, przy czym oczywiście to różnica, czy pedofilia jest definiowana etymologicznie, czy w myśl kodeksów karnych (z jasnym wyznaczaniem barier wiekowych). Zatem „skąd mi się wzięło” to, co myślę – i co piszę w komentarzach? Z lektur. I ze sprzeciwu wobec supozycji, że skoro żyję tak, jak żyję, i się cieszę, z pewnością uważam, że jest to dobre, słuszne, prawidłowe i godne propagowania. Otóż nie. Dobre dla mnie, ale naprawdę niezachęcające mnie do moralizatorstwa i nawracania, cenzurowania, etc. W komentarzach szczególnie pod Bezpiecznie, świadomie i perwersyjnie szokuje mnie ton, w odniesieniu do strony S: „przemoc jest czymś złym, jak może podniecać”, i w odniesieniu do strony M: „jak ktoś lubi ból (czy tam bycie ofiarą innej krzywdy), niech sobie zrobi…” – coś. Zasmucające. Ton nieadekwatny wobec tematu, a raczej – nie na temat. Forma moralizowania, zamiast próby spojrzenia z jakiejkolwiek innej strony, choćby estetycznej (by szukać już niemal na granicy mainstreamu, powiem tylko - Nobuyoshi Araki). Często czuję się jak Y U No meme: czemu osoby czytające i komentujące zdają się dążyć do samoograniczenia, zamknięcia?

Orientacja: bi
Nastrój: wkutwienie i stres (uroki nowej pracy)
Podejście do BDSM: obojętne (niech każdy sobie dogadza, jak mu pasuje)
Odbiór tekstu (jeden, ostatni tylko, czytałam): przydatna informacja o rzeczowej książce poszerzającej horyzonty

Orientacja: niehetero;
Nastrój: senny (patrz godzina wpisu);
Podejście do BDSM: entuzjastyczny.
Odbiór tekstu: szczerze? Najpierw delikatny szok. Ewa i "takie" tematy (; Tu nawet nie chodzi o sam BDSM, a o to że na ogół poruszasz się w tematyce społecznej. Jeśli chodzi o komentarze to cóż... W każdym środowisku znajda się cnotki tfu fani waniliowego seksu. Wydaje mi się, że orientacja homoseksualna wcale nie musi oznaczać większego otwarcia na nazwijmy to eksperymenty. Ludzie są tylko ludźmi. Fakt, LGBT powinno być bardziej tolerancyjne i uwrażliwione na różnorodność. Niestety doskonale wiemy jak jest. Zwłaszcza w PL.

P.S. Do samego tekstu postaram się odnieść w innym komentarzu. O jakiejś ludzkiej porze.

Nastroj taki sobie, ale nie chce sie na nikim wyzywac, orientacja - chyba bi, podejscie do BDSM - mnie nie jara, ale moj stosunek do seksu z grubsza da sie strescic "cokolwiek robia zywe, dorosle, swiadome i wyrazajace zgode osoby, jest ich sprawa", aczkolwiek mimo wszystko dodalabym, ze po fakcie osoby nadal powinny byc zdrowe i zywe.
Jesli komus sprawia frajde BDSM i jego partnerowi/om takze - to prosze bardzo.
Odbior Tekst wazny, IMO warto pogadac.

Generalnie - sama nie jestem zainteresowana czescia praktyk, ale nie czuje sie wyrocznia moralna, psychiatra etc. .

Jedyny problem jaki widze to fakt ze niestety istnieje kwestia manipulacji i przemocy, szantazowania partnera, ktory tak naprawde nie chce takiej formy pozycia, ale jest ona na nim wymuszana.

Mam wrazenie ze mozna tez obudzic cos, co skonczy sie tragedia, bo w poszukiwaniu silniejszych bodzcow zostanie przekroczona granica bezpieczenstwa.

Zli mordercy sa oczywiscie wywolywani chyba przy kazdym tekscie, ale w kilku programach o seryjnych mordercach padala informacja, ze zaczynali od ostrego seksu, a konczyli jak konczyli. Tyle tylko ze nie wiem czy w stosunku do nich nalezy uzywac terminu BDSM, zakladajacego wspolprace i zgode

Nie, w tym kontekście nie ma co mówić o BDSM. Jasne, że zdarza się przekraczanie granic, ale wśród osób postępujących zgodnie z etyką "bezpiecznie, świadomie, za obopólną zgodną" takie zachowania są silnie potępiane.

Poza tym - nie znam statystyk, ale po lekturze książki odniosłam wrażenie, że poszukiwacze coraz mocniejszych wrażeń (a konkretnie - wrażeń kojarzonych z bolesnymi czynnościami) to niezbyt liczna grupa, a i oni mają swoje granice. No i owe wrażenia niekoniecznie muszą oznaczać silniejsze wiązanie czy chłostę. Równie dobrze mogą się wiązać ze scenerią, odgrywaniem ról, choreografią itd. BDSM to nie tylko bicze i łańcuchy.:)

Ostry seks to niekoniecznie BDSM. I nie wszyscy sympatycy BDSM lubią ostry seks. Tak że pisanie o lubiących ostry seks mordercach jako o zwolennikach BDSM jest po prostu pisaniem nieprawdy.

Prześlij komentarz