niedziela, 29 grudnia 2013

Dostosuj się i milcz, katolożerczy inkwizytorze



Pamiętacie gazetę "Dziennik Polska-Europa-Świat"? Wychodziła od 2006 do 2009 roku, potem Axel Springer Polska sprzedał ją Inforowi, który połączył ją z "Gazetą Prawną" i zrobił z tego "Dziennik Gazetę Prawną". "Dziennik" do pewnego momentu był niezłą gazetą, daleko lepiej niż najbliższa mu światopoglądowo "Wyborcza" czującą młodszego czytelnika, niestroniącą od lekkich i lekko podanych tematów. Miał jednak problem, a tym problemem była właśnie "Wyborcza", z którą chciał konkurować. Na dwa sposoby - większym "obiektywizmem", co przejawiało się w oddawaniu łamów ówczesnym odpowiednikom braci Karnowskim, oraz atakowaniem okrętu flagowego Agory. Co jakiś czas więc pojawiały się w nim teksty spod znaku "tato, a Michnik powiedział". Ich ukoronowaniem było wywalenie w 2007 roku na czołówkę agitki Macieja Rybińskiego "Koniec Polski Kiszczaka i Michnika". Po którym to tekście na zawsze pożegnałam się z "Dziennikiem".

Daleka jestem od stwierdzenia, że przyczyną upadku "Dziennika" było ustawianie się w opozycji do "Wyborczej", stawiałabym raczej na niefortunny czas dla prasy papierowej w ogóle, ale fakt faktem, że ta taktyka czytelników i czytelniczek raczej nie przysporzyła. Miało być wszak obiektywnie, z różnych stron, a wyszło ni w pięć, ni w osiemnaście - wszak nie da się jednocześnie o czytelnika konkurencji zabiegać i go odstraszać.

Trudno jest porównywać internet z papierem, wszak za przeglądanie tego drugiego zazwyczaj nie płacimy (w każdym razie nie wprost, swoje grosiki, ale naprawdę grosiki, dodajemy, generując odsłony - i w porządku, z czegoś komercyjne media żyć muszą), nie musimy więc ograniczać się do dwóch czy trzech tytułów, nie czytamy też portali, jak kiedyś gazet, od deski do deski, a jedynie to, co nas zaciekawi, pewne prawidłowości jednak pozostały. Oto portal Na Temat (obiektywny mniej więcej na tej samej zasadzie co "Dziennik"), którego dziennikarki i blogerzy czasami trafiają na mój celownik, najwyraźniej za swoją główną konkurencję obrał internetowe media Agory, a szczególnie portale Gazeta.pl i Wyborcza.pl, których zresztą, podobnie jak większość czytelniczek i czytelników, zdaje się nie odróżniać. Obrał dość wybiórczo zresztą, bo kiedy wygodnie, to z ich doniesień niezbyt twórczo korzysta, a kiedy niewygodnie, to na nie równie twórczo psioczy.

Swój odpowiednik "Końca Polski Kiszczaka i Michnika" popełnił właśnie nie kto inny a naczelny Na Temat Tomasz Machała. W sprawie zdecydowanie bardziej błahej niż Rybiński (ten drugi pisał o lustracji i aferze z Wielgusem), ale miałkość i robienie afer z niczego to akurat znak firmowy większości portali głównego nurtu, więc tego się akurat czepiać nie będę, choć dodaje całej sytuacji dodatkowego smaczku. Otóż Machała w tekście o jakże obiecującym tytule "Klerykalizacja postępuje. Msza święta już nawet w autobusie" rozprawia się z króciutkim, opartym na liście czytelnika, artykułem opublikowanym na Gazeta.pl Lublin, a przy okazji z całą linią programową "Gazety Wyborczej".

O co poszło? Zachęcam do przeczytania obu tekstów (najlepiej zacząć od wynurzeń Machały, tym zabawniej czyta się to, co go tak oburzyło), ale jak komuś się nie chce, to poniżej małe omówienie. Tekst na Gazeta.pl liczy sobie sześć krótkich akapitów. Pierwsze trzy to streszczenie listu niejakiego pana Rafała. Pan Rafał jechał sobie w Boże Narodzenie autobusem miejskim. W pewnym momencie kierowca puścił z głośników transmisję z mszy. Pan Rafał przez parę minut nie reagował, bo myślał, że może kierowca włączył stację omyłkowo, w końcu jednak nie wytrzymał i poprosił o zmianę stacji lub wyłączenie radia. Kierowca odmówił. Zapytany o przyczynę, stwierdził, że nie, bo nie. Pan Rafał napisał skargę do MPK. Kolejne trzy akapity to wypowiedź jednego z dyrektorów MPK, który stwierdza, że kierowca może sobie słuchać, czego chce, byleby robił to cicho, i że zapozna się ze skargą oraz zapisami z monitoringu, by ustalić, co się wydarzyło, oraz Doroty Wójcik z Fundacji Wolność od Religii, która określa tę sytuację jako łamanie sumienia i dyskryminację pasażera. Koniec.

Tekst Tomasza Machały jest niewiele dłuższy, za to emocji w nim więcej niż w kazaniu biskupów o gender. Już lead jest cudny:
"Gazeta Wyborcza" (i gazeta.pl) wytropiły prawdziwy skandal, którym zajęły się z energią prawdziwych dziennikarzy śledczych (a podobno dziennikarstwo śledcze umiera). Otóż kierowca autobusu miejskiego w Lublinie słuchał w radiu mszy. "Gazeta" poruszyła niebo i ziemię, żeby dorwać sk... i pozbawić go pracy. Te wysiłki na razie okazały się daremne. Ale jest nadzieja, że po świątecznej przerwie, słuchający mszy w radiu talib skończy tam gdzie powinien. Na śmietniku historii. Tam jest miejsce dla wszystkich wstecznych, klerykalnych, moherowych Polaków.
A dalej jest jeszcze śmieszniej. Są stwierdzenia o inkwizytorskich zapędach "Gazety" i jej nieustannej walce z opresyjnym państwem wyznaniowym i niepohamowanej żądzy wyparcia z przestrzeni publicznej jakiegokolwiek śladu chrześcijaństwa. Jest pewność, że dziennikarze "Gazety" równie chętnie napiętnowaliby na pierwszej stronie "Gazety Wyborczej" sąsiadki pana Machały, które mają zwyczaj co niedziela słuchać nabożeństwa w radiu. Jest oburzenie, że o komentarz poproszono tylko jedną osobę (ja się doliczyłam dwóch, ale co ja się tam znam), i to o poglądach antyreligijnych. Jest przytyk, że tak samo "Gazeta" robi w przypadku tekstów o pedofilii, gdzie też wskazuje, że słuszna może być tylko jedna opinia (co jest strasznym grzechem, wszak o zdanie należy też pytać zwolenników wykorzystywania dzieci). Jest wytknięcie, że z tak błahej sprawy robi się aferę na cały kraj (tekst ukazał się na lokalnych stronach Gazeta.pl, tak tylko przypominam, potem za to historię nagłośnił na Na Temat jeden z dziennikarzy pana Machały). Nie zabrakło też mojej ulubionej definicji demokracji - jako rządów większości, którym mniejszość musi się podporządkować. Oraz obietnicy, że naczelny Na Temat nie będzie się pultał, jak jakiś kierowca puści przez głośniki transmisję nabożeństwa Kościoła Spaghetti (tak, tego, któremu odmówiono rejestracji w Polsce). A na zakończenie pan Machała pociesza wszystkich ogłupionych przez antyklerykalną "Wyborczą", że żadnego terroru biskupów w Polsce nie ma, skoro można drukować takie teksty jak ten o skardze pana Rafała.

Nie zajmuję się tekstem Machały dlatego, że stanowi doskonały materiał do hejterzenia czy że jest durny. Choć jest i stanowi. Nie zamierzam też oświadczać, że żegnam się z Na Temat, bo za bardzo lubię kilkoro blogerów piszących w tym portalu, choć dziwię się, że chce im się nabijać kabzę jego właścicielom i uwiarygadniać pojawiające się tam bzdury swoimi nazwiskami na liście autorów (bo nie płac). Tak naprawdę do tej notki mogłabym wybrać pewnie kilkanaście, jak nie kilkadziesiąt innych artykułów, które pojawiły się w ostatnich dniach, choćby dużo bardziej bolesny, bo popełniony przez Ewę Siedlecką, tekst o tym, że prawda zawsze leży pośrodku (poszło o Bratkowską i dlaczego, zdaniem Siedleckiej, jest jak Pięta) czy dowolne wynurzenia Dominiki Wielowieyskiej. Nie ze względu na ich poziom, ale zignorowanie szerszego kontekstu tego, o czym się pisze. Artykuł Machały jest jednak tak cudownie jaskrawym przykładem tegoż ignorowania, że nie mogłam się oprzeć, by się nim nie posłużyć.

Sprawa pana Rafała jest błaha. Tak jak błahych (w sensie: istotnych głównie dla nich) jest wiele problemów czytelniczek i czytelników, którymi zajmują się gazety czy portale. Niebłaha jest za to reakcja pana Machały - i na to, że jakaś gazeta (a właściwie ta konkretna) ośmieliła się ją opisać, i na to, że ktoś w ogóle śmiał zaprotestować w sytuacji, która nie była dla niego komfortowa (w domyśle) ze względu na wartości, które wyznaje. Zdążyłam się już przyzwyczaić, że z urojonym wrogiem walczy Fronda czy portal braci Karnowskich. Teraz do grona tych, co wszędzie widzą zabieranie im zabawek, dołączył naczelny ponoć centrowego (liberalnego, światowego, nowoczesnego...) portalu, przy okazji naznaczając konkurenta (teoretycznego, bo, umówmy się, jeśli chodzi o liczbę odsłon czy użytkowników, portalowi Machały do mediów internetowych Agory bardzo daleko) jako tak skrajnie antyklerykalnego, że za nim już tylko przepaść. I byłoby to nawet śmieszne, gdyby nie to, że nie jest. Bo tak właśnie wygląda nasza debata publiczna - o gender, o aborcji, o równouprawnieniu osób nieheteronormatywnych, o roli Kościoła, o ekologii, o prawach zwierząt itd., itp. Mnóstwo emocji, tony oburzonych i urażonych, brak proporcji, brak kontekstu, histeria, gdy ktoś mruknie coś nie po linii (która to linia nie jest już bynajmniej w centrum, a mocno na prawo), gdy zaprotestuje, gdy zażąda, by jego światopogląd, choć może i mniejszościowy, również uszanować. Fałszywa symetria - porównanie Kościoła katolickiego do nieistniejącego (przynajmniej formalnie) Kościoła Spaghetti jest pięknym przykładem - fałszywe rozumienie demokracji i w końcu bezdenna głupota oraz lenistwo większości mediów.

W tym roku na blogu nie będzie podsumowania roku, bo blog w tym roku, z powodów różnych, nie zawsze fajnych, słabował. Niech więc ten tekścik będzie swoistym podsumowaniem tego, co mnie najbardziej w ciągu ostatnich i wkurzało, i - jeśli chodzi o dyskusje internetowe i nie tylko - absorbowało. Poziom mediów (może dlatego, że w 2012 z pracą w nich się raczej na dobre pożegnałam). Poziom debaty. I wciąż powracające pytanie bez żadnej sensownej odpowiedzi, jak ją odzyskać. Jak przenieść ładne i mądre rozmowy, które tyle osób przecież prowadzi, z niszy do mainstreamu. Jak rozmawiać o tym, co rzeczywiście jest, a nie o tym, co się klika. Znalezienia odpowiedzi na nie to coś, czego sobie na następny rok życzę. Oraz więcej życia - blogowi i nam.

6 komentarze :

No bo o co chodzi? Że kierowca słuchał mszy? Bez przesady. Trzeba tolerować, zwłaszcza że Boże Narodzenie. A gdyby pasażer poleciał na skargę, że kierowcy na przerwie jakiś facet przyniósł kanapki i jeszcze go pocałował w szoferce? Msza puszczona za głośno niczym się nie różni od disco polo puszczanego za głośno. Kiedy byłam mała, mama mi zawsze mówiła, że lepiej niech pan kierowca słucha czego i jak głośno chce, byleby nie zasnął i bezpiecznie dowiózł nas na miejsce. Trochę poszanowania dla szefa pokładu, na którym się podróżuje. Ale wg niektórych tolerancja powinna działać tylko w jedną stronę.

O, jaki ładny anonimowy przyczynek do tego, co piszę. Bo mamy i fałszywą symetrię (tak jak i u Machały), i brak kontekstu, i - tak, to również częsty argument - tolerancję, co to powinna działać w dwie strony.

No to po kolei:

1. Fałszywa symetria. Po pierwsze to, co kierowca robi podczas przerwy, to jego prywatna sprawa. Po drugie, symetryczna do mitycznego chłopaka, co przynosi kanapki, mogłaby być co najwyżej muzułmańska czy romska żona, która zrobiłaby to samo - bo te mniejszości cieszą się mniej więcej taką samą tolerancją w Polsce co osoby niehetero. Chłopak z kanapkami nie jest w żaden sposób symetryczny do mszy świętej w autobusie - to różne porządki. Tak jak przerwa w pracy nie jest symetryczna do pracy.

2. Brak kontekstu. Kierowca był w pracy, nie w swoim prywatnym autobusie, a w autobusie przedsiębiorstwa, które go zatrudnia. I jako takiego obowiązuje go regulamin owego przedsiębiorstwa, tak jak mnie, gdy jestem w pracy, obowiązuje regulamin mojej firmy. A ten jest tu jednoznaczny - w kabinie kierowca może sobie słuchać, czego chce. Nie może natomiast zmuszać pasażerów, by słuchali tego wspólnie z nim. Tak więc, nawet na tym najniższym poziomie, pan Rafał, zwracając kierowcy uwagę, prosił jedynie, by respektować jego - pasażera - prawa.

Ale można pójść poziom wyżej i zastanowić się, komu owa transmisja na cały autobus mogłaby przeszkadzać. Osobom wierzącym, bo mszy należy słuchać w skupieniu i odpowiednich warunkach, a nie między kontrolą biletów a wynurzeniami współpasażera, który właśnie w tej chwili postanowił zadzwonić do cioci. Osobom niewierzącym, bo w ten sposób uczestniczą w rytuale, w którym nie chcą uczestniczyć. Osobom, które chcą odbyć podróż we względnej ciszy.

Ma prawo im przeszkadzać? Ma. Mają prawo poprosić o ściszenie radia lub zmianę stacji? Mają. Kierowca, z drugiej strony, miał prawo o tym wszystkim nie pomyśleć, gdy włączał tę konkretną stację. Ale skoro już ktoś mu zwrócił uwagę, to - i zgodnie z regulaminem (poziom niższy), i z szacunku dla odczuć innych osób (poziom wyższy), mógł przenieść transmisję do swojej kabiny. Uznał jednak, że on ma prawo przeszkadzać innym.

3. Tolerancja, co to ma działać w dwie strony. Jeszcze szerszy kontekst to rzecz jasna wszechobecność religii katolickiej w przestrzeni publicznej, jej wpływ na nasze prawodawstwo i piętnowanie tych, którzy protestują przeciw ograniczaniu ich wolności. Oraz niedostrzeganie tego przez coraz większą grupę osób, uznawanie za oczywiste, że ci, których wolność się ogranicza, powinni się na to godzić w imię "tolerancji". Tyle że to żadna tolerancja, to ustępowanie miejsca, którego i tak się już niemal nie ma.

Ewa, czy jeszcze nie rozumiesz, że tolerancja katotalibanu wobec ateistów polega na tym, że tym ostatnim pozwala się łaskawie uczestniczyć w obrzędach religijnych?

Celnie zauważyła Agnieszka Holland, że Burakolandia to kraj opresyjnego katolicyzmu. Wystarczy wyjechać z tego szamba na tydzień, żeby to zauważyć. Każda prośba o odrobinę szacunku dla inności kończy się tu natychmiast obcięciem łba, a do szyi rzygają dobrotliwe idiotki pokroju Wielowieyskiej ("nie jestem skrajną prawicą, ale milcz pedale!").

Ja tam się dołączam do anonimowego komentarza. Nie chodzę do kościoła, flaki za przeproszeniem mi wywraca, gdy słucham wypowiedzi sporej części księży, ale nie wyobrażam sobie zakazywania komuś słuchania mszy, w tym pracującemu w autobusie kierowcy. Tak samo jak nie poszłam do kierowcy ostatnio, żeby wyłączył prof. Środę, której sposób dyskutowania stoi, jak dla mnie, na niewiele wyższym poziomie, niż części księży i tak samo mi flaki wywraca, gdy ją słyszę.

Joanno, nikt nie pisze o zakazie słuchania mszy. Chodzi o niezmuszanie innych do jej słuchania.

Trochę słabo, że wypowiedziała się Fundacja Wolność od Religii, lepiej byłoby to rozegrać ze strony ortodoksyjnego katolika, który nie życzy sobie, żeby sacrum przelewało się do autobusów.

Prześlij komentarz