czwartek, 31 stycznia 2013

Gościnnie o Gowinie i Konstytucji


Kiedy latem dyżurowaliśmy pod Sejmem, w pewnym momencie obok naszej zebranej wokół słynnego już różowego banera grupy przeszedł Jarosław Gowin. Zaczęliśmy się do niego uśmiechać i machać w jego kierunku. On się uśmiechnął do nas i odmachał. Wcześniej i później mijało nas wielu posłów i posłanek – w drodze z i do Sejmu. Część – z przyjaznych nam partii – zatrzymywała się, żeby porozmawiać. Część udawała, że nas nie widzi. Zdarzyło się kilku, którzy pokazali wulgarny gest. Zdarzył się też poseł Niesiołowski, który uciekł bocznym wyjściem, by potem wygłosić w mediach mowę o tym, że on do nas nie wyjdzie, bo się boi, że go pobijemy...

Całość na Queer.pl. Zapraszam do lektury!

Szczególnie zadowolona jestem z fragmentu, w którym piszę o konstytucyjności projektów ustaw o związkach partnerskich. A konkretnie z zestawienia różnych podejść konstytucjonalistów i teorii, że skoro nie ma sposobu, by jednoznacznie i raz na zawsze stwierdzić, która interpretacja art. 18 jest właściwa, to powoływanie się przez posłów na Konstytucję nie ma nic wspólnego ze staniem na straży prawa. Po prostu pozwala powiedzieć "nie" i grzecznie udawać, że wcale nie chodzi o uprzedzenia. A jak posłowie będą chcieli ten czy inny projekt uchwalić, to po prostu nagle wezmą inną opinię i stwierdzą, że wszystko jest w porządku. Zgadzacie się? Czy przeszarżowałam?

sobota, 26 stycznia 2013

Strach się bać

Ewa napisała wczoraj, co myśli na temat nagłego zrywu „oburzonych”. Jak to Ewa - dość spokojnie i rozsądnie. Ja już nie muszę tak pisać.

Cieszą mnie te inicjatywy. Serio.

I śmieszą, bo podobno „oburzonych”, „liberalnych” itd. jest dużo dużo więcej niż klikniętych „wezmę udział” na FB pod wydarzeniem „Occupy Wiejska” czy kilka tysięcy, które wysłały 220000 mejli do konserwatywnych posłów i posłanek PO z gotowej formatki. Mniej więcej 2 sekundy zajmuje kliknięcie „lubię to” czy „wezmę udział”, od 30 do 60 - wpisanie imienia, nazwiska i adresu e-mail oraz kliknięcie „wyślij”. Mając to na uwadze, nadal ktoś sądzi, że podane przeze mnie liczby naprawdę są oszałamiające? Nawet jak dołożymy do tego wydarzenia "Popieramy związki partnerskie" i kilka podobnych, które zgromadziły po kilka tysięcy lubiących?

Z zainteresowaniem śledzić będę losy innego wydarzenia „Wstyd w sejmie. Wesprzyj związki partnerskie. Niedziela - w samo południe”. Organizatorzy nawołują w nim do pojawienia się jutro (niedziela 27 stycznia 2013 r.) pod Sejmem. Do tej pory (26 stycznia, godz. 22:25) udział zgłosiło 1351 osób. Jako że organizatorką jest pracownica Agory SA, na pewno coś na ten temat pojawi się na Gazeta.pl czy Wyborcza.pl. Ciekawi mnie, ilu ludzi wybierze się pod Sejm. Mam nadzieję, że przynajmniej 10 procent deklarujących swój wirtualny udział.

W tym i wielu podobnych inicjatywach uderzyło mnie, że swój udział lub poparcie zadeklarowali również moi fejsbukowi znajomi. Ci sami, którzy, eufemistycznie to nazwę, przeoczyli wysyłane zaproszenie do wzięcia udziału w lipcowej demonstracji na rzecz związków partnerskich. Ważnej, bo wtedy po raz pierwszy głosowano na ustawami. Pogoda, czas i miejsce były jak najbardziej dogodne. Upał, sobota, Plac Zamkowy, godzina 13.00. Było co najwyżej 150 osób. Biorąc pod uwagę obecną liczbę „oburzonych” - nieco żałosne.

Większość „oburzonych” ma wielkiego ducha, którym chętnie dzieli się z innymi. Tzn. duchowo wspiera wszelkie akcje protestacyjne, tłumacząc się czasem, dlaczego się nie pojawią na protestach. Najczęstsze argumenty to praca i odległość. A ja, czytając sobie takie tłumaczenia, mam przed oczami tę garstkę ludzi, którzy latem parowali w słońcu, a ostatnio zamieniali się w sople lodu. Oni nie tłumaczyli się odległością (no chyba że Szczecin, Kraków, Wrocław, Gdańsk to dzielnice Warszawy) czy swoją pracą (wzięli wolne i/lub wykonali ją kosztem snu i dni wolnych). Byli i cieszyli się, kiedy ktoś przyszedł z nimi postać. Nawet na 5 minut.

Najbardziej boli rzecz jasna nieobecność warszawiaków i warszawianek. Ile czasu w pracy spędzamy na ploteczkach, lunchu, siedzeniu na FB czy w innych miejscach w internecie? Czy naprawdę nie można się zwolnić na 2 godziny z pracy lub jej przerwać? Jak nam zależy, to potrafimy. Właśnie, jak nam zależy.

Podziwiam tzw. prawicowców. Za ich zdolność do mobilizacji, za organizację wszelkich marszy i protestów. Są liczni. Są zdyscyplinowani. Jest ich zawsze od kilku do kilkunastu, a bywa, że i kilkuset tysięcy. I nie wmówi mi nikt, że są to li i jedynie emeryci, którzy mają masę wolnego czasu. Mam oczy, widzę, kto demonstruje. Jasne, że podstawiają im autobusy, ale tego również im zazdroszczę. Że ich stać, że są ludzie, którzy wpłacają na ten cel pieniądze. Wśród naszych oświeconych jest niewielu, którzy, chociaż mają środki, wspierają chociażby Miłość Nie Wyklucza. Wyobrażacie sobie, że nagle chociażby ta wymieniona wyżej liczba osób wpłaca co miesiąc 100 zł na MNW? No dobra, 10 zł.

Aż mi się w głowie zakręciło, ile byśmy zrobili z takimi pieniędzmi. Ile autobusów moglibyśmy podstawić, ile billboardów wykupić, jakie cudowne filmiki nakręcić. Dobra, wracam na ziemię.

Na profilu MNW na FB przeczytałam, że nic o nas nie słychać, że trudno znaleźć o naszych działaniach informacje. Hm. Na profilu zawsze informujemy. Zaproszenia na wydarzenia rozsiewamy po całym FB. A że z mediami, które piszą i mówią o nas tylko wtedy, gdy związki są na tapecie, mamy problem...

No cóż. „Wyborcza” nie puściła wywiadu z Ewą, w którym bardzo szczegółowo tłumaczyła, dlaczego ustawa Dunina jest zła i dlaczego, jeśli taki projekt przejdzie, ona i tak naszego związku nie zarejestruje. Tomasz Lis, kolejny wielki oburzony, woli pisać o Terlikowskim i jego zapraszać do studia niż nas. A jeśli już nas, to w parze z Terlikowskim, więc informowanie o jakichkolwiek merytorycznych kwestiach odpada. „Wysokie Obcasy” - szkoda gadać. Mają ważniejsze sprawy. Monika Olejnik również woli zapraszać Terlikowskiego i Pawłowicz. Gazeta.pl to już tabloid. Wyborcza.pl jest zbyt zajęta popieraniem PO, żeby na poważnie, a nie tylko wtedy, kiedy coś tak nudnego jak związki się klika i czyta, zwrócić uwagę na nas maluczkich.

Jesteśmy tematem okazjonalnym, niestety. Ale, jako obywatele i obywatelki drugiej kategorii, powinniśmy być do tego przyzwyczajeni i przyzwyczajone.

piątek, 25 stycznia 2013

Sejm powiedział związkom pa, pa!


"Oglądam i ryczę", "Zaraz zwymiotuję", "Cały się trzęsę i nie mogę nic zrobić", "Dość, emigruję" - tak komentowali i komentowały wczorajsze sejmowe "obrady" nad projektami ustaw o związkach partnerskich moi przyjaciele i przyjaciółki. "Nie martwcie się, nie przejmujcie się, nie słuchajcie tego", "Jest mi wstyd, że żyję w kraju, który tak traktuje swoich obywateli", "To też moja wina - bo nic nie robię i pozwalam innym tak was traktować" - pisali mi znajomi, którzy dotąd niespecjalnie interesowali się naszymi prawami. "Żegnaj, Platformo", "Platforma ma dziś twarz posłanki Pawłowicz", "Czy zagłosujesz jeszcze na PO?" - czytam dzisiaj w mediach.

Szok, wściekłość i oburzenie. Nie dlatego, że wszystkie projekty, nawet ogryzek PO, przepadły w pierwszym czytaniu. Niespodzianką byłoby, gdyby nie przepadły. Dlatego, że na sali sejmowej padło wiele potwornych, obrzydliwych i podłych słów. Ohydnych w wielu wymiarach. Usłyszałam wczoraj, że jestem hedonistyczną, zafiksowaną na spełnianiu własnych zachcianek, jałową, bezużyteczną i bezproduktywną jednostką i jako takiej nie należą mi się równe prawa. Usłyszałam, że w miłość jest równa prokreacji, a pożycie w związkach jednopłciowych to jedynie używanie drugiego człowieka jako przedmiotu. Usłyszałam, że przyjęcie projektów doprowadzi do nienawiści między osobami homoseksualnymi a heteroseksualnymi i że zatrze różnice między dobrem a złem. Usłyszałam, że jestem tematem zastępczym. Usłyszałam jeszcze wiele podobnych raniących i obrzydliwych stwierdzeń.

Szok, wściekłość i oburzenie. I dlatego, że wartość obywateli i obywatelek sprowadzono do tego, czy płodzą i rodzą dzieci. I dlatego, że owe bezproduktywne i bezużyteczne osoby nieheteronormatywne przecież też dokładają swoją cegiełkę do budżetu państwa. I dlatego, że tematy "niezastępcze", jak bieda, choroby czy bezrobocie, dotykają nas w dwójnasób, bo państwo w żaden sposób nie chroni naszych związków, z przyjemnością za to sięga po nasze podatki, nawet jeśli w efekcie robi z nas klientów i klientki pomocy społecznej.

Szok, wściekłość i oburzenie. Ile potrwa? Dzień? Dwa? Tydzień? Miesiąc? Widzę na fejsie fefnaście akcji spod znaku "wyślij list pełen miłości posłance Pawłowicz", "napisz PO, co o nich myślisz", "occupy Sejm". Dziennikarze i dziennikarki prześcigają się w wyrażaniu swojego oburzenia. "Dobre" osoby z PO piszą z pogardą o swoich koleżankach i kolegach, które i którzy byli przeciw. Wszystkim jest nagle strasznie smutno i wszyscy są w szoku. Tak jakby nie wiedzieli i nie wiedziały, kto zasiada w Sejmie, jakie ma poglądy i co potrafi powiedzieć. Tak jakby cały ten cyrk stał się dziś. Tak jakby nie było powodu, aby pisać i mówić o tym wcześniej.

Szok, wściekłość i oburzenie. Za trzy lata Platforma Obywatelska, przy wsparciu "liberalnych" mediów, które teraz są taakie oburzone, i sporej rzeszy osób, którym nie od dziś pluje w twarz, wygra kolejne wybory. Na "piknikiety" i "zimowiska" pod Sejmem nadal będzie przychodzić w porywach do kilkudziesięciu osób. Listy do posłów i posłanek z gotowej "pytarki" odważy się wysłać kilkaset. Powstanie mnóstwo prozwiązkowych wydarzeń w mediach społecznościowych i zaledwie kilka w prawdziwym świecie. A i te zrodzą się w bólach.

Ale póki co emocjonujmy się i oburzajmy. I pocieszajmy tak wieloma głosami wsparcia. Bo tyle z tego będziemy mieć - poczucie, że jest ileś tam osób, które nas wspierają i kochają. Bardzo miłe i bardzo potrzebne, rzecz jasna. Bez ironii. Miłe, ważne i potrzebne.

Źle prorokuję? Przekonajcie mnie.

fot. Wiktor Sidoruk

niedziela, 20 stycznia 2013

A może getta dla dziennikarzy?


Osoby homoseksualne od lat zajmują pierwsze miejsce wśród grup, których najbardziej nie lubią i obawiają się Polacy. Homofobia nie ma racjonalnych podstaw, tak więc aby ją usprawiedliwić, korzysta się z całego wachlarza pseudoargumentów. A to cytuje "naukowe" badania hochsztaplerów w rodzaju Paula Camerona, a to stosuje zasadę odpowiedzialności zbiorowej (gej zamordował partnera? Wszyscy geje mordują partnerów!), a to przeinacza fakty, aby "udowodnić" terrorystyczne zapędy światowego homolobby. Osoby uprzedzone z upodobaniem opowiadają, jak to szwedzki pastor  Ake Green został skazany za to, że cytował podczas kazania, co Biblia mówi o homoseksualności (w rzeczywistości pastor nie ograniczył się do cytatów z Biblii, ale stwierdził, że akceptacja homoseksualizmu otwiera drogę takim dewiacjom jak zoofilia i pedofilia oraz nazwał homoseksualizm zboczeniem i rakiem toczącym zdrowe społeczeństwo; mimo że szwedzki Sąd Najwyższy uznał, że złamał prawo, to Green został uniewinniony). Bezmyślnie powtarzają, że w Kalifornii zakazano używania w szkołach słów "mama" i "tata", aby nie urazić uczniów, którzy mają np. dwie mamy czy dwóch ojców (z owym "zakazem", będącym w rzeczywistości zbiorem wytycznych dla nauczycieli, które mają ograniczyć dyskryminację uczniów ze względu na ich pochodzenie, wyznanie, niepełnosprawność itd. można zapoznać się tu i jako żywo nie ma w nim nawet wzmianki o słowach "mama" i "tata"). Straszą edukacją seksualną od przedszkoli, która będzie rzecz jasna polegała na pokazywaniu przeróżnych technik seksualnych. I tak dalej.

Ostatnio pojawił kolejny "argument" za tym, że nienawiść do osób nieheteroseksualnych ma racjonalne podstawy - oto polskie media obiegła informacja, że w Amsterdamie powstają osiedla dla homofobów. Chyba jako pierwszy w Polsce newsa tego podał znany z rzetelności i odżegnywania się od sensacji "Fakt", a za nim powtórzyły go nie tylko zwyczajowo czyhające na takie informacje portale jak Fronda, wPolityce.pl czy Niezależna.pl, ale też ponoć liberalne, a z pewnością maintreamowe Onet.pl czy naTemat.pl. Co ciekawe, dziennikarze tych mediów nawet nie pofatygowali się, by poszukać czegoś więcej na ten temat - wszyscy bezkrytycznie zaufali "Faktowi". Co jeszcze ciekawsze, dziennikarz naTemat.pl jako jedyny się do tego nie przyznał i jako źródło informacji wskazał "Guardiana". Sęk w tym, że z jego tekstu jasno wynika, że w "Guardianie" przeczytał co najwyżej tytuł, a resztę wziął z "Faktu". Lub z Frondy.

Skąd ten wniosek? Po pierwsze - tytuł. "Guardian" pisze o "scum villages" (i pisze to w cudzysłowie), nawiązując do niedawnych propozycji skrajnie prawicowego populisty Geerta Wildersa, który rzeczywiście postulował stworzenie "wiosek dla szumowin". "Fakt", Fronda i naTemat.pl z owych "villages" sprzed dwóch lat robią współczesne osiedla dla homofobów. Po drugie - fakty, które podaje nie tylko "Guardian", ale też, według doniesień mojej znajomej z Amsterdamu, holenderska prasa. Nie będzie żadnych osiedli (ani tym bardziej gett, jak chcą prawicowi histerycy). Jeżeli już coś będzie, to pojedyncze kontenerowce na obrzeżach miasta - po to właśnie, by nie tworzyć "gett". Nie trafią tam ani homofobi, ani osoby "skrajnie niechętne gejom i lesbijkom". Trafią - osoby, które będą terroryzować, zastraszać i uporczywie nękać swoich sąsiadów. Jasne, że owo nękanie może mieć podłoże homofobiczne (i pewnie tak jest w wielu, jeśli nie w większości przypadków, w końcu Amsterdam też boryka się z nienawiścią do osób homoseksualnych), ale równie dobrze może wynikać z innych uprzedzeń. I w końcu - nie chodzi o jakieś masowe przesiedlenia. Rzecz ma dotyczyć co najwyżej dziesięciu najbardziej zdemoralizowanych osób/rodzin rocznie, i to tylko i wyłącznie mieszkających w lokalach socjalnych. Osoby te, po spędzeniu sześciu miesięcy w kontenerowcu, dostaną nowe mieszkania.

Dziennikarstwo to nie tylko pogoń za chwytliwymi tematami, które mają szansę trafić na czołówkę (główny tekst na pierwszej stronie w gazecie) czy na jedynkę (strona główna portalu). To nie tylko klikalność i zwiększanie czytelnictwa tytułów. To również - a może przede wszystkim - kreowanie rzeczywistości. To odpowiedzialność za to, co się pisze, i za efekty swoich tekstów. Tak jak napisałam na początku - osoby homoseksualne są najbardziej znienawidzoną grupą w Polsce. Dziennikarz naTemat.pl Michał Gąsior oraz osoba, która postawiła jego tekst na stronie głównej portalu dołożyli właśnie swoją cegiełkę do owej nienawiści. I to w przeddzień sejmowej debaty o projektach ustaw o związkach partnerskich. Zrobili to z lenistwa? Z głupoty? W pogoni za klikalnością? Czymkolwiek się kierowali, nic ich nie usprawiedliwia.

PS Dla ciekawych (i znających holenderski) - plan działań w przypadkach molestowania w społeczności [podrzuciła Magda w komentarzach].

czwartek, 17 stycznia 2013

Grzeszne lesby chorują na związki

"Znowu uśmiercałaś Gosię" - taką wiadomość dostałam od znajomego tuż po tym, jak wyszłam z dzisiejszego porannego programu Hanny Lis (do obejrzenia tu). Program był o tym, co w Sejmie już za tydzień, czyli o związkach partnerskich. A jak o związkach, to też o tym, po co nam one, więc tradycyjnie już posiłkując się Gosi i moją sytuacją życiową, wytłumaczyłam, po co. Bo choć uprawianie związkowej nekrofilii nieszczególnie mnie bawi, to z drugiej strony wiem, jak dobrze działają argumenty typu "opowiem wam moją historię" (moją, nie kolegi, znajomego, przeczytaną, zasłyszaną). I, niespodzianka, tym razem też zadziałały - link do wideo ślicznie się rozchodzi po fejsie, a moja "ulubiona" dziennikarka naTemat.pl Anna Wittenberg wysmażyła na jego podstawie tekścik, który, mimo że (a może właśnie dlatego?) jest okropny, też robi niezły szum.

Czemu okropny? Bo, choć pokazuje związki partnerskie przez pryzmat codziennych problemów (i za to pani Annie cześć i chwała), to nie dość, że przeinacza fakty, to jeszcze jest napisany w iście tabloidowym stylu.

Po kolei. Pierwszy klaps należy się pani Wittenberg za tytuł: "Homoseksualizm to grzech? Rośnie kolejne pokolenie homofobów? Gorąca dyskusja u Hanny Lis". Trzy zdania, dwie głupoty. O grzeszności homoseksualności w programie nie było słowa (homoseksualizm jako grzech i choroba pojawił się za to, nie wiedzieć czemu, na belce pod naszymi buźkami; tak na marginesie - w życiu bym nie poszła do programu o takiej tematyce), tak że i w artykule nic o niej nie ma, więc tytuł jest podwójnie od czapki. A dyskusja u Hanny Lis była być może interesująca, ale z pewnością nie gorąca - miło sobie z gawędziłyśmy, chyba nawet jedna drugiej (i trzeciej) nie przerywając.

Drugi za "lesbijki". W programie były trzy kobiety - prowadząca Hanna Lis, psycholożka, współautorka raportu o nieheteronormatywnej młodzieży i była szefowa KPH Marta Abramowicz i ja z ramienia akcji Miłość Nie Wyklucza. Dla Wittenberg były to jednak "lesbijka Ewa Tomaszewicz" i "Marta Abramowicz, także lesbijka" (przy czym nie było rzecz jasna "heteroseksualistki Hanny Lis"). Może i to prawda, tyle że nie pojawiłyśmy się tam z powodu tego, kim jesteśmy, a z powodu tego, co robimy. Nie mówiąc już o tym, że skoro zdanie wcześniej pani Anna cytuje moją wypowiedź, w której używam zwrotu "moja partnerka", to chyba nie musi mnie chwilę później etykietować.

Trzeciego klapsa daję za zdanie "Jako pierwsza w Polsce, dzięki akcji Love is in the air przeprowadzonej przez linie lotnicze, wzięła monopłciowy ślub". Wprawdzie miło być "pierwszą w Polsce", tyle że przed nami śluby wzięło (oczywiście nie w Polsce, chyba że mowa o ceremoniach humanistycznych) pewnie parędziesiąt, jak nie więcej, polskich par. I miło wziąć ślub, ale litości - nie "monopłciowy"! Jakoś nie kojarzę, by pary różnopłciowe zawierały związki "stereo", a poliamoryści "dolby surround".

Czwartego - za położenie Gosi do szpitala (pewnie na stałe), podczas gdy ja mówiłam jedynie, że Gosia w ostatnim czasie często w szpitalach bywała. I te wszystkie "drobne nieścisłości" pojawiły się w króciutkim artykule, opisującym niespełna siedmiominutową (bardzo fajną i merytoryczną) rozmowę, w trakcie której milczałam przez jakieś cztery minuty. No po prostu brawo.

Wiem, wiem. Nie powinnam się czepiać, ogólna idea tekstu jest wszak w porządku. A to, że nasza historia została odpowiednio udramatyzowana, tylko wychodzi na plus, podobnie jak tabloidowy tytuł i robienie wielkiego halo wokół tego, że tam, w tym telewizorze, to były LESBIJKI - wszak więcej osób kliknie w grzeszną lesbę niż w Ewę, której partnerka jest chora i leży (lub nie) w łóżeczku. Doskonale też zdaję sobie sprawę, że bez wsparcia mediów sprawy związków wygrać się nam nie uda. Zastanawiam się tylko, czy takie podkręcane na siłę teksty robią nam dobrze, czy niekonieczne. Wiem na pewno, że mi niekoniecznie - w końcu skoro już "sprzedaję" swoje prywatne życie, to miło by było, gdyby przynajmniej opiniotwórcze media (a za takowe naTemat.pl chce chyba uchodzić) nie robiły z niego cyrku.

niedziela, 13 stycznia 2013

Czarny PR

Od początku naszego związku Ewa próbowała walczyć z moim antyklerykalizmem. I chyba nadal próbuje. Tę jedną z nielicznych naszych batalii przegrywa sromotnie. Ilekroć widzę funkcjonariusza kościoła katolickiego, od razu pojawia się opcja hejt mode on, a z gardła wyrywa mi się warkot, którego nawet Absik (nasz kundel) by się nie powstydził. Skąd mi się to wzięło, opisałam w tym poście.

Instytucja nazywana w skrócie kk od zawsze miała na celu grabieże i morderstwa. Od samego początku jej funkcjonariusze znajdowali cudowne (i pewnie objawione) usprawiedliwienia, czemuż w imię religii przyciągającej cudownym hasłem "miłuj bliźniego" dokonuje się tychże czynów.

Tak pojmowana "miłość bliźniego" pokutuje wśród homo klerikus do dzisiaj. Coraz mocniej "miłują" oni homoseksualistów, coraz częściej oskarżają ich o całe zło współczesnego świata. Zacznijmy od samej góry, czyli od zwierzchnika tychże, zwanego papieżem. Otóż całkiem niedawno był on łaskaw nie tylko podzielić się spostrzeżeniem, że osoby homoseksualne stanowią zagrożenie dla pokoju na świecie, ale też pobłogosławić szefową ugandyjskiego parlamentu Rebeccę Kadagę. Zrobił to pomny świątecznego prezentu, jaki chciała dać chrześcijanom w swoim kraju - kary śmierci za "ciężkie akty homoseksualne", czyli seks uprawiany przez osoby będące nosicielami wirusa HIV, seks z nieletnimi oraz "powtarzalne występki homoseksualne". Tak, wiem, wszak to już nie jest prawdziwy papież, prawdziwy na przestrzeni wieków był jeden. I ten najprawdziwszy w życiu, ale to w życiu tak by nie postąpił. Tylko czy aby na pewno? Już w 1994 roku JP II wystosował list do rodzin, w którym pisał między innymi:
Mężczyzna i kobieta tworzą ze sobą wspólnotę całego życia, skierowaną ze swej natury do dobra małżonków oraz do zrodzenia i wychowania potomstwa. Tylko taki związek może być uznany i potwierdzony społecznie jako małżeństwo. Nie mogą być uznane społecznie jako małżeństwo inne związki międzyludzkie, które tym warunkom nie odpowiadają, choć dzisiaj istnieją takie tendencje, bardzo groźne dla przyszłości ludzkiej rodziny i społeczeństw.
z lubością też celebrował określenie "cywilizacja śmierci". Benedykt XVI realizuje ni mniej ni więcej tylko politykę swojego wielkiego poprzednika. Ale pamiętacie, hejt mode on.

Jako że przykład idzie z góry, nie dziwią zatem niedawne świąteczne przesłania polskich biskupów:
Dziś niektórym ludziom nie podoba się, że rodzina nie jest z ustanowienia ludzkiego, że małżeństwa nie ustanowił człowiek, ale Bóg. Dlatego nie wolno człowiekowi w niczym zmieniać, nie wolno człowiekowi dokonywać żadnych manipulacji z definicją, z istotą małżeństwa i rodziny. (Nycz)
Wielkie kłamstwo, które przejęliśmy z Unii Europejskiej, przyjmując tę ustawę o przemocy, że kultura, tradycja, religia rodzi przemoc. Niech mi pokaże którykolwiek z tych ludzi, którzy wymyślili to wielkie kłamstwo historyczne, w którym miejscu Ewangelia mówi o przemocy? Gdzie Kościół zachęca do przemocy? To jest dramat zakłamywania. (Michalik)
Czy, wiadomość z ostatniej chwili, list protestacyjny podpisany przez aż 1054 katolickich księży w Anglii, w którym znajdziemy np. taki oto kfiatek: "legalizując małżeństwa tej samej płci, parlament dopuści do ograniczenia wolności religijnej i utrudni głoszenie ewangelii”.

Nie chce mi się wymieniać wszystkich innych głupot głoszonych przez tych, tych, no, tego, no właśnie "tych", a dotyczących osób homoseksualnych, bo szkoda czasu i palców.

Śmieszne i straszne jest to, że te "oni" wszędzie widzą zagrożenie ze strony homoseksualistów. Konwencja o zwalczaniu i zapobieganiu przemocy wobec kobiet to nic innego jak zezwolenie na małżeństwa homoseksualne, in vitro takoż, normalnie czekam, aż połączą z homoseksualizmem Wielką Orkiestrę Świątecznej Pomocy.

I choć z jednej strony irytuje mnie (że tak eufemistycznie napiszę) ich hipokryzja, zakłamanie i specyficzne pojmowanie swoich przykazań, to z drugiej me pogańskie serce się raduje, ilekroć otworzą usta. Niech tak czynią dalej, niech krytykują, jęczą, sprowadzają wszystko do jednego. Niech pieprzą trzy po trzy. Tak pięknego, nomen omen, czarnego piaru to z gromnicą szukać.

Hejt mode off.

czwartek, 10 stycznia 2013

Argumenty


Temat związków partnerskich wraca na tapetę. Za dwa tygodnie Sejm zajmie się (a przynajmniej ma to w porządku obrad) trzema projektami ustaw - ogryzkiem Dunina i nieco przyjemniejszymi projektami, pod którymi podpisały się strona społeczna, SLD i RP. Z tej okazji jeden z blogerów naTemat.pl postanowił napisać o... homorodzicielstwie. O którym słowa we wspomnianych projektach nie ma, ale tego się nie czepiam - w końcu dyskusja o dzieciach i tak jest u nas spóźniona o ładnych parę lat, więc każda okazja jest dobra. Czepnę się za to samego artykułu. Bo jest niedobry. Bardzo niedobry. Choć autor niewątpliwie tego nie chciał.

Tekst zaczyna się od tradycyjnego zestawu argumentów przeciw - że pary jednopłciowe nie będą dobrymi rodzicami i że "zarażą" dziecko homoseksualizmem. A następnie daje im odpór... tradycyjnym zestawem opowieści o bitych, zaniedbywanych, molestowanych i zabijanych dzieciach wychowywanych "tradycyjnym katolickim środowisku" (zabrakło tylko dzieci w domach dziecka). Co jest nie tak w tych opowieściach? Poza tym, że są emocjonalne, mają swoją moc i zapadają w pamięć - wszystko. Bo nie dają argumentów za tym, by pary jednopłciowe miały dzieci. Dają argumenty za tym, by pary różnopłciowe ich nie miały. Bo są złymi rodzicami. Biją i porzucają swoje dzieci, alkoholizują się w ich obecności, a potem, po alkoholu rzecz jasna, płodzą kolejne, które w najlepszym wypadku porzucają, a w najgorszym zabijają. Tak, zdarza się, i tak, religia, jako ważna część naszej kultury, jest wpółodpowiedzialna za przemoc w rodzinie, ale przecież nie oznacza to, że osoby hetero są złymi rodzicami. Co najwyżej nimi bywają, tak jak i osoby niehetero, i to niezależnie od tego, czy są katolikami, czy już niekoniecznie. Dodatkowo, wyciąganie takich przykładów po prostu wkurza, szczególnie gdy nie daje się do nich żadnej przeciwwagi. Czy przekona więc nieprzekonanych? Śmiem wątpić.

Potem mamy jak najbardziej słuszne stwierdzenie, że orientacja seksualna dzieci zdaje się nie zależeć od wychowania, bo przecież osoby nieheteroseksualne (ja bym dodała: zwykle) dorastają w tradycyjnych rodzinach. Tak że nie ma co się obawiać (sic!), że para jednopłciowa wychowa dziecko na geja czy lesbijkę. No dobrze, a jeśli jednak wychowa, bo przecież jest taka szansa, to co? Już jest powód do obaw? Skoro osoby niehetero są równie w porządku co hetero, skoro uznaje się, że są nawet tak samo dobrymi, a nawet lepszymi (w końcu nie biją, nie piją, raczej nie zdarza im się zostać rodzicami przez przypadek...) rodzicami, to potencjalna orientacja ich dzieci nie powinna mieć znaczenia, czyż nie? Bo te dzieci, jak dorosną, to też będą w porządku, zupełnie jak hetero. Oczywiście ten argument ma ciut więcej sensu niż smutne historie o przemocy w tradycyjnych rodzinach, tyle że przy okazji ugruntowuje przekonanie, że ci LGBTQetcetera są jednak troszeczkę gorsi. W związku z czym trzeba zadbać o to, by nie było ich za dużo.

Dalej pojawiają się - w końcu! - wyniki badań. Pokazujące, że nie ma różnic między dziećmi wychowywanymi przez pary jedno- i różnopłciowe, że osoby niehtero są tak samo dobrymi rodzicami jak osoby hetero, że posiadają coś takiego jak instynkt rodzicielski itd. Słowem, alleluja, zwycięstwo, amerykańscy naukowcy potwierdzili - możemy mieć dzieci. Ba, nawet chcemy. A wręcz mamy, w końcu na kimś te badania robiono. I to jest w porządku, to są argumenty.

A później autor płynie. Powołuje się na katechizm Kościoła katolickiego, w którym czarno na białym stoi, że powinno się unikać jakiejkolwiek niesłusznej dyskryminacji wobec osób homoseksualnych. I w oparciu o ten fragment uznaje, że Kościół walczy z homofobią, więc i jego owieczki powinny (w domyśle: powinny też być za prawem do adopcji). Niestety, Kościół nie walczy z homofobią, przeciwnie - podsyca ją, co, by daleko nie szukać, świetnie pokazują ostatnie wypowiedzi (już nie naszego) papieża o tym, że równość małżeńska stanowi zagrożenie dla pokoju na świecie, czy (nadal naszych) hierarchów, którzy (jakby się umówili!) podczas niedawnych pasterek równo jechali po związkach partnerskich i temu podobnych. Nie walczy, bo brak równych praw i homofobia są według niego słuszną dyskryminacją. Po prostu. Bo tak.

Tak, wiem. Znowu hejterzę. Ale mam dość argumentów gdzieś obok, tak naprawdę w ogóle niedotyczących istoty sprawy. Oraz przekonywania na zasadzie "lepsze homo niż patolo", bo z niego, tak jak i z "nie ma obaw, orientacja nie zależy od wychowania", wynika tak naprawdę, że o równych prawach nie rozmawiamy jako równi, ale jako tacy trochę gorsi, choć lepsi niż ci najgorsi. Pytanie tylko, czy z tej pozycji da się walczyć o równość. Moim zdaniem nie.

fot. Willy Weazley, Wikimedia Commons

poniedziałek, 7 stycznia 2013

Lesbijka Małgorzata...


Szczególnie w 2012 roku miałam wrażenie, że zawężam cały mój świat do bycia lesbijką, pomijając inne aspekty mojego życia, pomijając to, co zawsze mówiłam, że najpierw jestem człowiekiem, potem kobietą, a moja orientacja to sprawa trzeciorzędna (chociaż popełniłam ten tekst).

Powód jest prosty. Rok 2012, poza moimi zmaganiami z chorobą, upłynął mi pod znakiem walki o równość wobec prawa (chociaż taką mniej równą), czyli o związki partnerskie, o czym Ewa dzielnie pisała na trzyczęściowym. A to wylądowałam pod kolumną Zygmunta, a to piknikowałam pod Sejmem, a to spotykałam się z marszałkinią Sejmu, a to nagrywałam płyty z odezwą do (p)osłów.

Ostatnio coraz więcej rzeczy udowadnia mi, że ani nie przesadziłam, zawężając mój świat do bycia lesbijką, ani moja orientacja nie jest sprawą trzeciorzędną.

Zacznę od ostatniej przykrej informacji. Samobójstwa nastoletniego geja. Nie wiem, dlaczego zdecydował się na ten krok. Był prześladowany w szkole? W domu? Przez znajomych? Czytając, słysząc o losie innego młodego geja, którego miałam przyjemność poznać w wakacje pod Sejmem, nie uważam tego za niemożliwe.

Jak silnym trzeba być, żeby znosić codzienne obelgi, ostracyzm, a nawet przemoc fizyczną?  Szczególnie w wieku, kiedy istnieje tak wielka potrzeba bycia akceptowanym. I pisze to licealna outsiderka, która niby była nią z wyboru, ale za każdy odruch sympatii, akceptacji gotowa była oddać całe swoje serce. Dlatego nie dziwi mnie, że aż 63 procent nastolatków LGB myślało o samobójstwie (raport Lambdy i KPH za lata 2010-2011). Nie dziwi, ale smuci i przeraża.

A przecież im dalej w las, tym gorzej. Zewsząd, z każdego kąta, z każdej dziury, na każdym etapie swojego życia słyszymy, czytamy o swojej nienormalności, o tym, że takie osoby jak my należy leczyć (wersja łagodna), wysłać na bezludną wyspę (wersja medium), czy do gazu (wersja horror). I nie są to głosy ludzi z marginesu, niewykształconych, ludzi niemających wpływu na nasz kraj. Słyszymy to z ust polityków, (p)osłów, premiera i prezydenta. No od tych ostatnich może w bardziej zawoalowanej formie, ale jednak. Politycy partii mającej w nazwie "prawo" i "sprawiedliwość" oczywiście w tym przodują, ale ich koledzy z partii mającej w nazwie "obywatelska", kreujący się na zbawców i homo friendly, są tylko od nich nieco kulturalniejsi, a w głębi ducha myślą to samo. Znam przypadek jednego (p)osła z tegoż ugrupowania, który potrafi niewybrednymi słowami gnoić (bo inaczej tego nazwać nie można) swoją rodzoną siostrę lesbijkę, a w Sejmie udawać, że tak, jak najbardziej sprawę związków partnerskich należy uregulować.

Niestety i w partiach mieniących się lewicowymi czy liberalnymi również znajdują się osobniki takowe poglądy głoszące.

O hipokrytach od miłości bliźniego obszerniej wspomnę w swojej kolejnej notce, ale ich pogarda, ich słowa mogą ranić jeszcze mocniej tych, którym Jezus kojarzy się jeszcze z kościołem katolickim (tak, specjalnie pisane małymi literami).

Możemy sobie wmawiać, że wisi nam to, że takie głosy mamy w dupie, że świadczą one nie o nas, lecz o mówiących, ale nie trzeba być psychologiem, żeby wiedzieć, że jakiś ślad to w nas zostawia. U niektórych maleńką rysę niewidoczną gołym okiem, u innych ogromną wyrwę. To właśnie kretynom z wyższego szczebla zawdzięczam to, że moja orientacja nie jest sprawą trzeciorzędną, że staje się moim nemezis i katharsis jednocześnie. Że swoje życie jej podporządkowuję. Ludzie wokół mnie są zaskoczeni i przerażeni, jak im cytuję co "ciekawsze" opinie na temat osób LGBTetc. Na mój, Twój, Wasz, Nasz temat. Dlatego trudno, ale witaj z powrotem Zoja, witaj z powrotem: „Lesbijko Małgorzato Rawińska”.