czwartek, 21 lutego 2013

Gdzie jest Jessica Hyde?


Wierzycie w spiskowe teorie dziejów? Międzynarodowe tajne organizacje, które pragną zniszczyć świat czy połowę ludzkości? Przyszło wam kiedyś do głowy, że świńska i ptasia grypa powstały w laboratoriach? A może po prostu lubicie mocne, pogmatwane seriale, gdzie każdy odcinek, zamiast odpowiadać na pytania z poprzednich, nadbudowuje nowe? Nawet jeżeli wasza odpowiedź na każde z tych pytań brzmi "nie", nie mogę wam nie polecić nowego brytyjskiego miniserialu "Utopia". Bo przede wszystkim to kawał dobrego kina.

Tytułowa "Utopia" to powieść graficzna o szalonym naukowcu, który zaprzedał duszę diabłu. Jej wyznawcy i wyznawczynie (bo trudno mówić o nich po prostu jako o fanach) kontaktują się przez poświęconą jej stronę internetową. Wierzą, że kryje się w niej prawdziwa historia eksperymentu, którego celem jest zniszczenie lub zarażenie jakimś paskudztwem części ludzkości. Pewnego dnia jeden z nich zdobywa drugą część powieści. Kontaktuje się na czacie z czterema przypadkowymi osobami i umawia się z nimi na spotkanie w pubie. Niestety, nie dotrze na nie, bo złoży mu wizytę dwóch smutnych panów z żółtą torbą, w której znajdują się takie cudeńka jak gaz duszący i wymyślne narzędzia tortur. Przyjdą po drugą część "Utopii", ale też zapytać go o tajemniczą Jessicę Hyde, o której on w życiu nie słyszał. Niczego od niego nie dostaną, co nie przeszkodzi im zrzucić go z tarasu. Wszystko to zobaczy może dziesięcioletni Grant, który zamiast wybrać się do pubu, postanowił przekonać się na własne oczy, kim jest gość, który zdobył kontynuację "Utopii". W efekcie na spotkanie dotrze tylko trójka bohaterów - Becky, Ian i Wilson. Następnego dnia dwoje z nich zostanie aresztowanych pod pretekstem popełnienia przez nich przestępstw seksualnych. Trzeciego odwiedzą smutni panowie z żółtą torbą. Nagle okaże się, że dotychczasowe życie Iana, Becky, Wilsona i Granta skończyło. Muszą się odnaleźć i trzymać razem, aby przeżyć, choć nie mają pojęcia, kto i dlaczego dokładnie ich ściga. Poza tym, że ma to coś wspólnego z "Utopią" i Jessiką Hyde.

Plusy serialu? Właściwie trudno jest mi znaleźć jakieś minusy. Może jeden: łatwo odpuścić po pierwszym odcinku, bo jest zwyczajnie dość drastyczny. Ale warto nie odpuszczać. Potem jest już dużo mniej strasznie, a za to coraz bardziej wciągająco. No dobrze - plusy. Scenariusz. Do czwartego odcinka (w sumie jest sześć) napięcie i ciekawość, kto jest kim oraz co i dla kogo właściwie robi, tylko rosną. Potem zagadki powoli się rozwiązują, ale nie liczcie na to, że autorzy nie zostawili czegoś na finał. Aktorstwo. Ale to nic dziwnego, w końcu to brytyjski serial. Ze znanych i lubianych znalazłam wprawdzie tylko Stephena Rea (kto pamięta, skąd go znamy?), ale przecież nie trzeba być znanym, by być dobrym. Różnorodność bohaterek i bohaterów. Z głębokim ukłonem w stronę osób, które kręcą postaci w typie Lisbeth Salander, ale też równie głębokim w kierunku tych, które wolą małych brudnych uliczników, znerwicowanych urzędników ministerialnych, gości przekonanych, że każdy ich krok jest pod pilną obserwacją sekretnych organizacji czy dziewczynki owładnięte Dostojewskim. Klimat. Budowany przez hipnotyzującą ścieżkę dźwiękową autorstwa Cristobala Tapia de Veera i niesamowicie nasycone kolory. Niejednoznaczność. Niby wiemy, że ci źli chodzą i mordują ludzi, aby ich mroczny sekret nie wyszedł na jaw, a ci dobrzy starają się im wymknąć, tyle że ucieczka przed tak potężną i okrutną siłą wymaga utraty niewinności, a i ścigający mają swoją historię i motywy, które może i są potworne, ale niekoniecznie potworne pobudki za nimi stoją. Humor. Smoliście czarny, ale też nieodparty. Przewijające się przez pierwsze odcinki pytanie "Where's Jessica Hyde" na dobre już weszło do naszego domowego repertuaru.

Jak nie cierpię słowa "kultowy", tak nie mogę nie napisać, że ów dziwaczny thriller z elementami science fiction zdecydowanie aspiruje do takiego właśnie statusu. To zdecydowanie najlepszy i najbardziej oryginalny serial, na jaki trafiłam w ostatnich latach. Taki, o którego ewentualnych kolejnych sezonach tyleż marzę, ileż się ich boję. Bo niejeden świetny serial poległ już na próbach rozciągnięcia go na więcej odcinków, niż pierwotnie planowano. Ale mimo wszystko - jeśli będzie ciąg dalszy, z pewnością go nie przegapię.

Na zachętę: muzyka ze smutnymi panami w tle (dialog pochodzi z pierwszej sceny serialu):

wtorek, 12 lutego 2013

Odchodzę. Głośno i z fochem

Drogi Ruchu Palikota,

nigdy nie należałam do waszych wyznawczyń. Nigdy specjalnie nie wierzyłam w pomysł zebrania na jednej liście przedstawicieli i przedstawicielek różnych organizacji społecznych, w to, że zwolennicy i zwolenniczki legalizacji marihuany, osoby o poglądach antyklerykalnych, feministki i feminiści, ruch LGBTQetcetera, lokatorski i inne wykluczone grupy oraz przedsiębiorcy i hodowca norek są w stanie stworzyć trwały sojusz i rzeczywiście wspólnie działać na rzecz swoich spraw. Mimo wszystko dostaliście mój głos. Głównie dlatego, że akurat z mojego okręgu startowała Wanda Nowicka. Ale również dlatego, że, pamiętając, co wydarzyło się w zeszłej kadencji, to, jak projekt ustawy o całkowitym zakazie aborcji kilkoma głosami przeszedł w pierwszym czytaniu, stwierdziłam, że lepiej jest, gdy w Sejmie zasiada ileś tam osób, z którymi się w wielu rzeczach nie zgadzam, ale o których przynajmniej wiem, że nie zagłosują za czymś takim, niż gdy takich osób nie ma w ogóle. W efekcie - wybrałam się na wybory i, co mi się nie zawsze zdarza, oddałam ważny głos. Na Wandę. Czyli na was. Bez specjalnej wiary, że coś zdziałacie w sprawach, które są dla mnie ważne (nie dlatego, że uważałam, że je olejecie, ale dlatego, że jest was po prostu za mało), ale z wiarą, że przynajmniej uda wam się nie dopuścić do tego, by było gorzej.

W ciągu ostatnich kilkunastu miesięcy zawiedliście mnie wielokrotnie. Choć muszę dodać, że nigdy nie był to zawód szczególnie bolesny, bo też, jak już wspomniałam, wiele po was nie oczekiwałam. Udało się wam jednak również ruszyć kilka tematów dla mnie ważnych, przyczynić do paru debat, dołożyć swój kamyczek do walki o jaką taką równość. Słowem - bywało kiepsko, bywało jednak też nieźle, a to naprawdę spory komplement z mojej strony. Bo od lat zaliczam się do grona malkontentów i malkontentek, co to o polityce i politykach mówią niemal wyłącznie źle. Tak więc, mimo że zdarzało mi się dostawać na was piany, cały czas nie mówiłam nie. Cały czas myślałam sobie: "A może jednak? Może coś z tego będzie? Może się ogarną i zbudują coś fajnego?". Ot, taki głupi malusieńki optymizm po latach grubego politycznego pesymizmu.

I tak ten malusieńki optymizm sobie trwał aż do wczoraj. A może przedwczoraj. Czyli, jak może się domyślacie, nie zniszczyły go nawet słowa Palikota, że być może Wanda Nowicka chciałaby zostać zgwałcona. W końcu wiedziałam, kim jest Janusz Palikot. I w końcu to, jakiego języka używa, było jednym z powodów, dla którego oddanie głosu na jego partię było dla mnie tak trudne. Nie przeważyła też "sprawa Wandy", "Wandagate" czy jak to nazwą potomni. Bo mimo że całym sercem stałam po stronie Wandy, to z drugiej strony byłam w stanie zrozumieć zachowanie Palikota. Wszak jest gościem od happeningów. A happening "chytra baba z RP" do pewnego momentu rokował. Aktorki zostały ustawione na planie, miały tylko zagrać według scenariusza i bach - moralna wyższość Ruchu Palikota nad innymi partiami zostałaby udowodniona. A tu - niespodzianka - nie wyszło. Odtwórczyni głównej roli zbuntowała się i zagrała po swojemu, a że program był na żywo, nie było szansy na dubel. I nagle wybiło szambo.

Trudno było wyjść z tej sytuacji z klasą, ale można było chociaż spróbować. Niestety - nie spróbowaliście. I nie, bynajmniej nie chodzi mi o okazanie jakiejkolwiek solidarności koleżance z partii. Polityka rządzi się swoimi prawami i choć ja osobiście wolę, gdy dana osoba jest solidarna wobec tych, którzy i które ją wybrali, a nie partii, w której się znalazła, to ideę partyjnej solidarności rozumiem (i pewnie jest ona jednym z powodów, dla których sama nigdy do polityki nie pójdę). Chodzi o wierność waszemu programowi i hasłom, z którymi szliście do wyborów. Od niedzieli obserwuję na profilach waszych członków i członkiń, jak również na waszym oficjalnym fanpejdżu festiwal nienawiści w stosunku do feministek (o feministach, jak wszyscy, nie pamiętacie). Od niedzieli czytam, że trzeba odróżnić feministki od prawdziwych aktywistek, które działają na rzecz kobiet. Od niedzieli oglądam dzięki wam takie obrazki jak ten:

Od niedzieli nie jesteście już partią głoszącą hasła feministyczne. Personalny spór sprawił, że dołączyliście do antyfeministycznego mainstreamu. Udowodniliście to, co wiele osób wam i tak zarzucało - że ruch feministyczny był wam potrzebny tylko po to, by zdobyć parę procent więcej w wyborach. Że nie wierzycie w to, co macie w swoim programie. Że być może nigdy w to nie wierzyliście.

Powiedzcie mi, jaką mogę mieć gwarancję, że w przypadku sporu z Robertem Biedroniem czy Anną Grodzką nie zrobicie tego samego z ruchem LGBTQetcetera? Że za jakiś czas nie będę oglądać na waszych profilach festiwalu homofobii, że nie przeczytam o zawodowych gejach czy transkach i o tym, że nie, nie - wy działacie na rzecz "normalnych" osób nieheteronormatywnych? Tych, co to się nie obnoszą, nie wychylają i z wdzięcznością przyjmują każde poklepanie po główce czy po ramieniu? Jaką gwarancję mają inne ruchy, inni działacze i aktywistki?

Drogi Ruchu Palikota, straciliście mój głos. Wiem, że to nic nie znaczy, że jestem promilem promila, na dodatek gorszym od innych promili promili, bo głośno krzyczę i jestem wiecznie niezadowolona. Ale i tak - odchodzę, głośno i z fochem. Życzę szczęścia i powrotu do rozumu. Oraz, niezależnie od wszystkiego, nadal serdecznie kibicuję tym osobom z waszej partii, które lubię i cenię, i które, mam nadzieję, czują się niekomfortowo z tym wszystkim, co się teraz dzięki "sprawie Wandy" wylewa. I mam jedną prośbę - nie szczujcie ludzi na siebie. Rzeczywiste sojusze między ruchami społecznymi są być może równie słabe jak te w waszej partii. Nie potrzebujemy wygrywania Roberta czy Ani przeciw Wandzie, osób nieheteronormatywnych przeciw feministkom i tak dalej. I tak nie jest najlepiej z naszą współpracą, nie przyczyniajcie się więc chociaż do tego, by było gorzej. Tak jak nie mieliście się przyczyniać do tego, by było gorzej w Sejmie.

Źródło obrazka: facebook.com/NowoczesnaPolska

piątek, 8 lutego 2013

Lesbijki i geje wspierają górników

Dziś na blogu gościmy J.W., który przybliża historię sojuszu osób nieheteronormatywnych z górnikami w czasie strajków w Wielkiej Brytanii w 1984 roku.

Bardzo często działaczy LGBT uważa się wyłącznie za liberałów, niemających nic wspólnego z lewicą, a już na pewno nie z ruchem pracowniczym. Niesłusznie. Oto przypadek z historycznego strajku górników w Wielkiej Brytanii w 1984 roku.

Zanim rozpoczął się strajk, trudno było sobie wyobrazić, że kiedykolwiek zobaczy się na oczy górniczego mini-busa w okolicach Dualis Valley w Południowej Walii z hasłem na masce i na drzwiczkach „Ten pojazd został sfinansowany przez lesbijsko-gejowską grupę wsparcia dla górników”.

Wśród osób poszkodowanych w 1984 roku większość stanowili górnicy. Zamykano i sprzedawano kopalnie, tym samym pozbawiając ludzi podstawowego źródła dochodu. Wielu protestujących przeciwko polityce rządu Thatcher było brutalnie represjonowanych i umieszczanych w więzieniach.

Pierwszą lesbijsko-gejowską grupą wsparcia dla górników była grupa z Londynu, która w momencie swojego powstania, czyli w kwietniu 1984 roku, liczyła 11 osób. Po pół roku było ich już 50. Grupa z Lothian (część Szkocji, w której położony jest Edynburg) powstała we wrześniu tego samego roku. Liczyła 12 osób. W ramach solidarności z górnikami każda zbierała po około 40 funtów tygodniowo na rzecz strajkujących we wschodniej części Lothian.

Lesbijki Przeciwko Zamykaniu Szybów – grupa z Londynu działająca w listopadzie 1984 - liczyła ponad 20 kobiet. Zbierały po 50 funtów tygodniowo dla Women’s Action Group, organizacji kobiecej zajmującej się walką z przemocą policyjną.

Rolą grup była nie tylko pomoc materialna. Ich działania podnosiły również morale strajkujących.

W lutym 1985 roku w całym kraju istniało 11 takich grup. Zbierały datki, jedzenie oraz zabawki na święta Bożego Narodzenia dla dzieci górników. W grudniu 1984 roku grupa londyńska samodzielnie zebrała 11 tys. funtów w knajpach, podczas zbiórek ulicznych i imprez. W trakcie benefitu „Pits and Perverts” w Electric Ballroom zespół Bronski Beat dołożył kolejne 5650 funtów.

Podczas imprezy David Donovan, górnik z Południowej Walii, powiedział:
Nosiliście nasze odznaki „Węgiel zamiast bezrobocia” i teraz tak jak my wiecie, czym jest mobbing. Teraz my będziemy nosić wasze odznaki, będziemy was wspierać. Nie zmieni się to w ciągu jednej nocy, ale teraz 140 tys. górników wie o istnieniu innych problemów społecznych oraz postulatów. Wiemy o czarnych, gejach i kwestii rozbrojenia nuklearnego. Już nigdy nie będziemy tacy, jacy byliśmy do tej pory.
Przed strajkiem wielu górników miało poglądy rasistowskie, seksistowskie i homofobiczne. Ale podczas długich walk przekonali się, że ludzie, których z nieuzasadnionych powodów nienawidzą, mają tego samego wroga i solidaryzują się z nimi. Za sprawą tamtych wydarzeń poglądy górników uległy radykalnej zmianie.

Aktywiści z Southampton opisali zmianę zachowania górników wobec gejów i lesbijek jako efekt przeżycia, jakim było zetknięcie się z nimi. Wielu aktywistów twierdziło, że również dla nich najlepszym doświadczeniem było spotkanie z górnikami, którzy przyjechali do nich z Abercynon. To właśnie wtedy górnicy poznali działaczy społecznych zbierających dla nich jedzenie, pieniądze i zabawki dla ich dzieci. Mogli się przekonać, że owe „dziwolągi” to po prostu zwykli ludzie, którzy wspierają ich walkę.

W taki sposób udało się skutecznie uświadomić górnikom, że ich walka jest częścią czegoś większego. Że nie chodzi tylko o pensje, ale o przemianę modelu społeczeństwa, który każdej grupie wyznacza role w systemie, nie zważając na uczucia i podstawowe potrzeby jej członków.

Za: libcom.org, tłumaczenie: J.W. Tekst ukazał się na stronie cia.media.pl.

czwartek, 7 lutego 2013

Ostrożnie z żartami, bo mogą się spełnić

Wiecie, co mi najbardziej poprawiło humor w ostatnich dniach? Nie fantastyczna akcja "Związki partnerskie nie są dla nas zagrożeniem" (choć jest naprawdę świetna). Nie znęcanie się nad politykami Platformy w wydaniu Hanny Lis czy Justyny Pochanke. Nie pokajanie się przez Gowina, który przyznał, że nie miał prawa wyskoczyć z niekonstytucyjnością projektów ustaw o związkach partnerskich tuż przed głosowaniem nad ich odrzuceniem. Nie żadne inne wydarzenie czy sytuacja pokazujące, że naszych spraw nie udało się po raz kolejny zamieść pod dywan i że rzeczywiście jest ileś tam osób, które poczuły się autentycznie oburzone i postanowiły coś zrobić. Nie, najwięcej radości dostarczyła mi absurdalna akcja polegająca na stworzeniu na Facebooku dziesiątek sekcji Ruchu Narodowego (sekcji LGBT, tańca współczesnego, izraelskiej, masońskiej, lewackiej, satanistycznej, policyjnej, zwłok... Zresztą zobaczcie chociażby komentarze tu). Głupie, prawda? No głupie, ale nic nie poradzę - bawi mnie to. Niemożebnie. I jest dla mnie cudowną odtrutką na ostatnio niefajną rzeczywistość.

Czasami jednak coś (i czasami niestety), co wydaje się po prostu niezłym, choć może trochę gorzkim, żartem, staje się rzeczywistością. Gdzieś w sierpniu ubiegłego roku, gdy Jacek Żalek po raz pierwszy zaczął przebąkiwać o swoim pomyśle na rozwiązania kwestii związków partnerskich, Hubert z akcji Miłość Nie Wyklucza przygotował coś takiego:

To był świetny dowcip - wtedy. Wszak oczywiste było, że Żalek wyskoczył ze swoim pomysłem tylko po to, aby zaistnieć, podobnie jak to się miało z klauzulą sumienia dla aptekarzy czy zakazem palenia w mieszkaniach, czyż nie? No i absolutnie niemożliwe było, by nad tym czy jakimkolwiek innym projektem pochylił się Gowin, prawda? I chyba nikt nie potraktowałby serio idei opisanej m.in. w Wyborczej, by rozwiązać problemy osób, które nie chcą lub nie mogą sformalizować swoich związków, w ten sposób, że ilekroć będą miały potrzebę skorzystać ze swoich praw (w szpitalu, w urzędzie, w sądzie), będą składać odpowiednie oświadczenia? Wyobrażacie to sobie? Składać za każdym razem oświadczenie? Przed panią w szpitalnej recepcji, pielęgniarką, lekarką, lekarzem prowadzącym i ordynatorem, które i którzy rzecz jasna będą mieli mnóstwo czasu, by z nami pogadać, przyjrzeć się oświadczeniom, stwierdzić ich prawdziwość i zadecydować, że tak, to my, właśnie my mamy prawo się dowiedzieć, w jakim stanie jest nasz partner? Cóż, jeśli dotąd nie zdarzyło się wam snuć takich scenariuszy - czas zacząć to robić. 

Bo oto tak się złożyło, że szalona myśl Huberta stała się ciałem i za wypracowanie związkowego "kompromisu" naprawdę wzięli się Żalek z Gowinem do spółki. Pobłogosławieni przez miłościwie nam panującego pana prezydenta, który stwierdził, że skoro są wątpliwości co do zgodności dotychczas wnoszonych projektów z Konstytucją, to w takim razie należy... Rozwiać je? Nie, po prostu trzeba zrezygnować z jakiejkolwiek, a chociażby i odbywającej się w okienku na poczcie, rejestracji związków. A to wszystko w imię rozsądku, umiaru, zgody narodowej i ułatwiania życia obywatelom rzecz jasna. 

I tak głupi, nic niewnoszący i dający ogromne pole do nadużyć (bo co przeszkodzi np. dwóm przestępcom złożyć oświadczenie w sądzie, że są parą?) pomysł Żalka zyskał całkiem spore szanse nie tylko na to, że ktoś się nad nim na serio pochyli, ale nawet, że zostanie wprowadzony w życie. 

Tak, wiem. Powinnam się cieszyć. Wszak stała się rzeczy do niedawna niesłychana: oto nad naszymi problemami pochylają się pan prezydent, pan premier i pan minister sprawiedliwości. I nawet pan Niesiołowski łaskawie stwierdza, że on wprawdzie chciałby, żeby nas nie było, no ale skoro zrobiliśmy mu taką ogromną przykrość i śmiemy istnieć, to trzeba nas jakoś tam brać pod uwagę. Więcej! Nawet PiS nie mówi "nie, nie, nie, adopcja, pedofilia, kazirodztwo, seks z kozą", a stwierdza, że jak już projekt powstanie, to na niego popatrzy. No sukces goni sukces po prostu. Problem w tym, że panowie od "ustawy o wspólnym pożyciu" nie tylko nie uznali za stosowne skonsultować się z ludźmi, których ich pomysły dotyczą (co było akurat do przewidzenia, wszak nie jesteśmy stroną, a co najwyżej "tymi ludźmi"), ale nawet nie przyszło im do głowy, by poddać je jakiemukolwiek testowi rzeczywistości. Na dodatek - nie chcę się nawet zakładać, że mam rację, bo po prostu wiem, że tak będzie - gdy już ich projekt ujrzy światło dzienne, to wszelkie protesty i argumenty za tym, że tak się po prostu nie da, zostaną uznane za dowód na to, że nie, wcale nie chodzi nam o normalne życie i rozwiązanie naszych kłopotów - po prostu chcemy zamknąć homofobów w gettach, odebrać Terlikowskiemu dzieci i zmienić kościoły w dyskoteki.

Choć w sumie... To chyba nie jest dziwne, że czasami mam właśnie na to ochotę, prawda?

sobota, 2 lutego 2013

Ostatni dzwonek?


Przeczytałam artykuł, czy może raczej wpis Hanny Lis „Pobudka” w serwisie naTemat.pl. Nie jest on wyważony, można odnieść wrażenie, że autorka, pisząc go, była wkurzona na to, co się wydarzyło parę dni temu w Sejmie i chyba też trochę na siebie, że dopiero to wyrwało ją z letargu. Dlatego uwierzyłam jej, że to, co napisała, to nie koniunkturalizm, chęć wypłynięcia na jakże ostatnio modnym (i dobrze) temacie, że przebudzenie nie było miłe, że naprawdę zrozumiała, z czym większość z nas boryka się na co dzień.

Od wielu lat powtarzam, że pieprzę tolerancję czy szacunek. Na to drugie sama sobie zapracuję. To pierwsze, szczerze pisząc, mi wisi. Chodzi mi o równe prawa. Prawa, które należą mi się jako człowiekowi, kobiecie czy lesbijce tylko dlatego, że urodziłam się w pewnym kraju leżącym nad Wisłą. Ale mój głos i wielu osób, które o tym mówiły, zwykle rozbijał się o mur niezrozumienia. Może teraz, kiedy napisał o tym ktoś inny, ktoś znany, zrobi się w tym murze wyłom. Może więcej współczesnych polskich idoli podejmie ten trop, a dzięki temu wyrwa będzie coraz większa i w końcu ten cholerny mur runie. Może.

Póki co słowa ludzi zasłaniających się swoim sumieniem, zasłaniających się wiarą, tak, tą od „miłuj bliźniego swego”, słowa pełne jadu i nienawiści, słowa kłamliwe otwierają nie tylko furtkę, ale i bramę czynom podłym i złym.

Nie zareagowaliśmy w porę, kiedy na stronach wprost odwołujących się do totalitarnych ideologii bojówkarzy i zadymiarzy pojawiały się zdjęcia „wrogów ludu". Nierzadko obok zdjęć były podane pełne dane - adresy, numery telefonu. Niektórzy z nas, w tym i wyżej podpisana, byli nawet (o idiotyzmie ludzki, który nie znasz granic) dumni z tego, że ich zdjęcie lub nazwisko się tam znalazło. Kilka osób poczuło się zaniepokojonych i zgłosiło sprawę na policję. Ktoś podobno został ukarany, strona zamknięta. Odrodziła się jak łeb hydry postawiona na serwerach gdzieś w Hameryce. A Amerykanie, cóż, odmówili jej zamknięcia. A my nie naciskaliśmy specjalnie na to, aby tak się stało.

Teraz jest za późno, a szambo się przepełniło i wybiło. Już nie tylko grupka ekstremistów obrzuca nas błotem. O tym, jak nędzne życie wiodę, jakim jestem wrzodem na tyłku „moralnego”, „zdrowego” i „normalnego” społeczeństwa, dowiaduję się od ludzi zajmujących jedne z najważniejszych stanowisk w Polsce. I nieważne, czy dają mi to do zrozumienia, używając gowinizmów czy pawłowiczowizmów. Istotne jest to, że osobniki, o których wspomniałam wcześniej, czują się teraz usprawiedliwione. Usprawiedliwione wolnością słowa, usprawiedliwione działaniem w zgodzie z sumieniem, usprawiedliwione „prawem naturalnym”, usprawiedliwione działaniem zgodnie z nakazami bożymi. W ten sposób bowiem usprawiedliwia się słowa posłów i posłanek oraz przedstawicieli rządu,

W stanie wojennym krążył  dowcip: „- Proszę księdza, zabiłem milicjanta. - Synu chwalić będziesz się później, teraz wyznaj swoje grzechy”. A skoro w starym dobrym zawołaniu kibiców „Kto nie skacze, jest...” milicjanta zamieniono na pedała, to czy i w tym dowcipie nastąpi podobna zmiana?

Atak na wrocławski squot, wybijanie szyb, niszczenie budynku, w którym swoją siedzibę ma UFA, pobicie kilku mężczyzn tylko dlatego, że są gejami, groźby wygłaszane przez szefów Marszu Niepodległości - te wydarzania już miały miejsce, zanim wydarzył się 25 stycznia 2013 roku.

Nie chcę być Kasandrą, nie pasuje mi to przezwisko, wolę być dalej Rudą de Wredną. I oby tak zostało.

PS Wiecie, co powiedział mi poseł Żalek po programie Hanny Lis, do którego zaproszono również Artura Dunina i mnie? Że nie zareagował na moją prośbę, aby spojrzał mi prosto w oczy, bo kamery nie byłyby w stanie pokazać tego, że na mnie patrzy. Ciekawe, bo kamery doskonale wychwyciły spojrzenia kierowane w moim kierunku przez prowadzącą i Dunina. Myślicie, że są wredne tylko w stosunku do Żalka?