czwartek, 28 marca 2013

W odpowiedzi Tomaszowi Lisowi



Z Tomaszem Lisem polemizuje dziś na blogu Wiktoria Beczek, jedna z bohaterek kampanii "Rodzice, odważcie się mówić" i nasza współtowarzyszka z akcji Miłość Nie Wyklucza. Zapraszamy do lektury.

"Bardzo bym nie chciał żyć w świecie i w Polsce, które Terlikowski uznawałby zapewne za idealne” - pisał redaktor Lis ponad pół roku temu.

Teraz, w odpowiedzi na liczne komentarze i analizy wywiadu z Małgorzatą Terlikowską zamieszczonego w "Wysokich Obcasach", apeluje o pozostawienie zarówno pani Małgorzaty, jak i całej jej rodziny w spokoju. O zaprzestanie krytyki, bo przecież Terlikowscy mają prawo żyć, jak im się podoba. Uzasadnia to słowami:
Jak ktoś nie chce mieć partnera, to jest singlem. Jak ktoś chce mieć partnera, ale nie chce się żenić, to żyje w związku nieformalnym. Jak ktoś chce żyć z partnerem w związku partnerskim, to ma do tego prawo. Jak ktoś chce mieć związek partnerski z osobą tej samej płci, to ma to tego prawo. Jak ktoś chce żyć w małżeństwie, ale nie chce mieć dzieci, to ma do tego prawo. Jak ktoś chce mieć dwójkę dzieci, to ma do tego prawo.
I ja w tym świecie stworzonym przez Tomasza Lisa bardzo chciałabym żyć. Różnica między nami jest taka, że autor tych słów, jak wynika z jego tonu, jest przekonany, że w takim świecie żyje, ja natomiast jestem przekonana, że taki świat nie istnieje. Gdyby istniał, prawdopodobnie nie uczestniczyłabym od kilkunastu tygodni w całej tej medialnej burzy związanej z debatą nad projektami ustaw, coming outami rodziców, nie naruszałabym niczyjego poczucia estetyki i nie molestowała nikogo w przestrzeni publicznej.

Tomasz Terlikowski - publicysta, katolik, mąż żonie, ojciec dzieciom.
Niżej podpisana - aktywistka, ateistka, od 6 lat w stałym związku nierespektowanym przez polskie prawo.

W świecie Tomasza Lisa, ze względu na te i wiele innych różnic, żylibyśmy, nie interesując się sobą nawzajem. Pierwszy zgrzyt. Otóż niestety redaktor Terlikowski uznał, że świat potrzebuje poznać jego zdanie na temat osób LGBT. Przytoczyłabym konkretne słowa, bo lubię konkret, ale nie zwykłam wchodzić na Frondę i gdyby nie fakt, że tego typu wypowiedzi przebijają się do mainstreamu, omijałabym publicystykę katolicką szerokim łukiem, nie widząc potrzeby przekonywania katolików, że Boga nie ma. Drugi zgrzyt. Tomasz Terlikowski podpisuje się pod swoimi tekstami, to jest oczywiste, ale czy nie ważniejsze jest to, w kogo celuje swoimi wypowiedziami - czy w osobę XYZ, czy w całą grupę bliżej sobie nieznanych, ludzi? O ile łatwiej jest mówić o "tych gejach", czy o "lobby", niż o np. Wiktorii Beczek. A ja bym chciała takiej odwagi u red. Terlikowskiego.

Pod swoimi słowami podpisuję się ja, pod swoimi Terlikowski, podpisała się również żona redaktora Małgorzata. Wzięła odpowiedzialność za swoje słowa, licząc się z tym, że może to skomentować absolutnie każdy.

Anna Czerwińska powiedziała na temat tego wywiadu bardzo wiele ważnych rzeczy - powiedziała o presji, którą red. Lis bagatelizuje, twierdząc, że przecież Małgorzata Terlikowska ostatecznie sama zdecyduje, czy chce mieć dziecko, a zupełnie pomijając kwestię tego, jak z taką decyzją będzie się czuła, o wartościach wpajanych dzieciom, o życiu prywatnym osób publicznych (o którym za moment) i wielu innych, istotnych z punktu widzenia kobiety i feministki. Nie powiedziała natomiast o tym, co mnie w wywiadzie uderzyło najbardziej - o "karteczkach" pani Terlikowskiej. Jak to się stało, że osoba zajmująca się korektą redakcyjną zdegradowała swoją pracę do miana "karteczek"? Na to pytanie nie odpowiem, nie chcąc być posądzona o "tanie psychologizowanie", ale rzucam w eter inne - czy chciałabym nazywać akcje społeczne, np. pikiety pod Sejmem, w których uczestniczę, wg nomenklatury Pani Terlikowskiej – spacerkiem? Albo pojawienie się na billboardach kampanii "Odważcie się mówić" - foteczkami?

Wracając do życia prywatnego osób publicznych - czy to nie na łamach Frondy pojawiały się dywagacje na temat "afiszowania się ze swoją seksualnością" osób LGBT? Czy to nie wg red. Terlikowskiego powinnam przestać mówić o tym, co łączy mnie z moją partnerką (a przecież powszechnie wiadomo, że z moją partnerką łączy mnie tylko seks, tak jak w przypadku każdej innej lesbijskiej pary)? Trzeci zgrzyt. Czy to nie ów redaktor mówił ostatnio o swoim przedmałżeńskim seksie? Panie redaktorze, pańska heteroseksualna orientacja powinna być tylko i wyłącznie pańską sprawą! Nie chcę słuchać, co i z kim robił Tomasz Terlikowski i czy to było przed ślubem, czy po, bo, delikatnie mówiąc, nieszczególnie mnie to interesuje. Tu dochodzimy natomiast do jakże słusznych słów Anny Czerwińskiej, którymi uzasadnia pogląd, że powinno rozmawiać się na temat życia prywatnego osób publicznych: "Tylko tak możemy dowiedzieć się, czy ktoś jest hipokrytą, czy kłamczuchem, cynikiem, czy świrem. (...) To samo dotyczy osób publicznych, a tych wypowiadających sądy moralne w szczególności".
Czemu to widzisz drzazgę w oku swego brata, a nie dostrzegasz belki we własnym oku? Albo jak możesz mówić swemu bratu: Pozwól, że usunę drzazgę z twego oka, podczas gdy belka [tkwi] w twoim? Obłudniku, usuń najpierw belkę ze swego oka, a wtedy przejrzysz, ażeby usunąć drzazgę z oka twego brata.
Wiktoria Beczek

wtorek, 26 marca 2013

Niech żyje homoterror!






Ewa jest załamana i jest jej źle i smutno. Ja, jak mała Mi z Muminków, nie umiem być smutna, umiem być tylko zła, zła, zła. Nasz, a właściwie Ewy, blog miał być eleganckim garniturkiem. Takim, na którym nawet użycie słowa "dupa" musi być celowe. Inne słowa wręcz nie wchodziły w grę. Nawet słowo "klecha" było przez Ewę tępione. Tym razem dostałam dyspensę. W końcu.

Wkurwia mnie, nie "złości", nie "trafia mnie szlag", a po prostu tak po ludzku wkurwia debata publiczna. Wkurwiają mnie Wałęsy, Szczepkowskie, Terlikowskie, Pawłowicze, kryptocioty Kaczyńskie (a niech mnie pozwie), Godsony, pożal się Bogini Żalki, Niesiołowskie od owadów i wszystkie inne kreatury, która może o prawach człowieka słyszały i nawet ich zwolennikami się deklarują, ale z ich słów, ich czynów absolutnie to nie wynika.

Kto tym nędznym postaciom dał prawo do mieszania mnie, mojej ukochanej, moich przyjaciół, moich znajomych z błotem? Skąd te marne istoty wiedzą, jak wygląda moje życie? Dlaczego swoje chore urojenia obwieszczają jako prawdy objawione? Bo mogą wypłynąć? Bo "bij pedała" stało się ogólnopolskim hasłem? Bo niby to takie odważne i wspaniałe powiedzieć, że pedały to samo zło, wynaturzenie? Że lesby to niespełnione kobiety, bo żaden facet ich nie chciał? Padalce te zasłaniają się wolnością słowa. Idioci.

I jeszcze pieprzenie o jakimś lobby homoseksualnym. Nie dość, że gnoje bez empatii, to nawet myśleć logicznie nie potrafią. Tak trudno zrozumieć jednej z drugim, że gdyby to lobby było takie silne, to już i w Watykanie byłyby dozwolone małżeństwa par jednopłciowych, a w kk sakrament ślubu byłby popularny niczym hostia?

A nasi niby "przyjaciele"? Taki Lis (Tomasz), taka postępowa Trójka, taka Olejnik czy dziennikarzyny (no dobra, nie wszystkie) z Gazeta.pl czy innej Wyborczej? Ta ich równość, prezentacja drugiej strony. Drugiej strony czego? Strony nienawidzącej wszystkiego i wszystkich? Jak człowiek, który jest inteligentny, a problem z Lisem czy Olejnik jest taki, że cholera są, może tak myśleć? Nie zdarzyło się i nie zdarzy, żeby ta dwójczyna kiedykolwiek zaprosiła do studia Żyda i antysemitę, Godsona i rasistę. Wyobrażacie sobie, jaki podniósłby się gewałt? Ale lesbijkę, geja i faceta w czarnej kiecce z białym paskiem pod szyją czy Terlikowskiego, padalca jakich mało, którzy pieprzą trzy po trzy, którzy plują jadem, to można. Bo przecież są i takie poglądy. Ano są, tak jak i są rasistowskie czy antysemickie.

A wiecie, skąd to się między innymi bierze?

Ano chcieliśmy takim właśnie kretynom pokazywać, że jesteśmy "normalni". Zaczęliśmy od kampanii "Niech nas obsobaczą", tfu, zobaczą, i brnęliśmy w tym słodkim obrazie geja i lesbijki. I co? I gówno nam z tego przyszło! Ile razy czytałam na naszych forach, w komentarzach, żebyśmy się nie afiszowali, żebyśmy edukowali społeczeństwo i kornie czekali, aż dojrzeje. Kochane cioteczki, ulubione moje femki lesbijki. Nieważne, że wydaje wam się, że wy nie wyglądacie tak, jak te pedały i lesby na paradzie, i tak na pierwszy rzut oka widać, kim jesteście. Nieważne, że część z "postępowych" mówi, że "normalni" homosie są spoko. Te wszystkie brudy, ten gnój was też dotyczy. Nawet jeśli będziecie udawać, że gówno, którym was obrzucają, to czekolada.

Dlatego ja już przestaję edukować. Przestaję się hamować. Przestaję udawać, że normalna rozmowa z idiotami jest możliwa, i cierpliwie tłumaczyć. Dość. Niech żyje homoterror!

wtorek, 19 marca 2013

Pogoda, praca, kserokopiarka


Pod wpływem dyskusji o "obnoszeniu się" ze swoją seksualnością, która ostatnio zadziała się na naszym fejsie, urodziło mi się takie coś. Zapraszam do lektury i, tradycyjnie, kontynuowania zabawy w komentarzach. Tyle wstępu, a teraz: poznajcie Kasię i Bartka, młode małżeństwo, które bardzo się pilnuje, by się z TYM nie obnosić.

* * *

Po ośmiu chudych miesiącach wypełnionych czytaniem tysięcy ogłoszeń i wysyłaniem setek CV oraz kilku rozmowach kwalifikacyjnych Bartek w końcu dostał pracę. Oboje z Kasią są bardzo podekscytowani: nareszcie! Będzie można pospłacać długi, kupić synkowi wymarzoną konsolę, pojechać na wakacje dalej niż nad morze do rodziców. Radosne odliczanie dni, a potem godzin do chwili, w której Bartek wrzuci kanapki i zakupiony specjalnie na tę okazję kubek do nieco już podniszczonej aktówki i punktualnie o 7.30 wsiądzie do metra, które zawiezie go do nowej pracy, psuje im jedna myśl: jak się nie wygadać o Kasi. Bo Bartek i Kasia są normalnymi heteroseksualistami. Nie jeżdżą do Rio na karnawał, nie bywają na berlińskich Paradach Miłości, nawet Marsze Niepodległości oglądają tylko w telewizji. A i tak wcześniej zamykają okna. Nie obnoszą się ze swoją seksualnością, co to, to nie. Wiedzą, że to nie wypada i że trzeba uszanować to, że ktoś może po prostu nie chcieć TEGO oglądać i o TYM słuchać. Dlatego wieczór przed pierwszym dniem Bartka w nowej pracy spędzają tak samo jak większość poprzednich - ustalając, co, w jaki sposób i komu Bartek ma mówić, do czego absolutnie się nie przyznawać i czego w żadnym razie nie robić.

Obrączka

- Jesteś przekonana co do obrączki? Wiesz, wiele osób je teraz nosi, nie tylko małżeństwa. A nasze są naprawdę dyskretne, jak ktoś się nie zna, to nie załapie, że to złoto, nie srebro.
- Kochanie, rozmawialiśmy już o tym. Lepiej zdejmij. Przecież obrączka na palcu to tak, jakbyśmy robili TO na ławce w parku. A jak już koniecznie chcesz ją mieć przy sobie, to powieś na łańcuszku na szyi. I noś ją pod koszulą. Nie na.
- A nie myślisz, że ślad po obrączce wzbudzi jeszcze większe podejrzenia? Co powiem, jak ktoś zapyta, czy nie jestem przypadkiem rozwiedziony?
- Powiesz, że nie chcesz o tym mówić. Zrozumieją.
- Ale zaczną coś podejrzewać...
- Ale ty nic nie powiesz. Pamiętaj, najważniejsze, to nic nie mówić i nie pokazywać. Wtedy się nie obnosisz.
- No dobrze, tylko co, jeśli nie zauważą śladu po obrączce? Wiesz, jej brak to też jakaś deklaracja....
- Że boisz się zaangażować na stałe, zmieniasz partnerki jak rękawiczki...
- Jestem rozwiązły... Czekaj, partnerki? Uważasz, że tak pomyślą? Że brak obrączki to deklaracja mojej heteroseksualności?
- Albo homoseksualności. Albo biseksualności. Wiesz co, może ty jednak zostaw tę obrączkę - za dużo tego obnoszenia się.
- Nie mogę! Wtedy będzie tak, jakbyśmy robili TO na ławce w parku w niedzielne popołudnie! Ty wiesz, ile tam jest dzieci?!
- Masz rację. Miejmy nadzieję, że po prostu nie zapytają. W końcu pytanie o takie rzeczy jest co najmniej nieuprzejme. Co kogo obchodzi, co dwójka dorosłych odpowiedzialnych osób robi w czterech ścianach swojego mieszkania.
- No właśnie, kogo to obchodzi.

Krzyś

- Dobrze, ale co z Krzysiem? Co, jeśli szef każe mi zostać dłużej w pracy, a to akurat będzie dzień, w którym odbieram małego z przedszkola?
- Powiesz, że twoja mama zachorowała?
- Mama?! Mam mówić o seksualności własnej mamy?
- Histeryzujesz. Każdy ma matkę. Nie ma nic złego w mówieniu o tym.
- Naprawdę? Nie ma nic złego w mówieniu o tym, że mama robiła TO z ojcem? Słuchaj, wszyscy wiedzą, skąd się biorą dzieci. Z seksu. Heteroseksualnego!
- Nie tylko.
- I to ma mnie niby pocieszyć?
- W porządku. Mama odpada. Pies? Chory, musisz podać mu tabletkę...
- Pies?!
- Jezu... Poczta. Polecony. Do Urzędu Skarbowego. To zawsze robi wrażenie.

Tapeta

- Będziesz miał własny gabinet, tak?
- Nie od razu. Muszą się przeorganizować, dlatego póki co będę siedział z jeszcze dwiema osobami.
- To pamiętaj, żeby gasić monitor, nim wyjdziesz z pokoju. I na wszelki wypadek ustaw sobie jakąś neutralną tapetę.
- Nie martw się, przecież nie wrzuciłbym twojego zdjęcia! Dam jakiś widoczek...
- Absolutnie nie! Jeszcze zapytają, czy to zdjęcie z wakacji.
- I...?
- I z kim byłeś.
- To powiem, że nie z wakacji. Że ściągnąłem z internetu.
- Nadal źle. To zachęta do rozmowy. Że czemu akurat to, czy tam byłeś, czy chcesz pojechać i z kim...
- Okej, załapałem. Zostawię pulpit Windowsa.

Small talks

- Dobra, dosyć. Muszę iść spać, bo jutro będę nieprzytomny i wszystko mi się pokręci. Widziałaś moją granatową koszulę?
- Powiesiłam na szafie. Krawat też.
- Który?
- Ten, który ci przywiozłam z Wenecji. Tylko...
- Tak, wiem. Jak ktoś powie, że ładny, to mam nie mówić, że żona mi kupiła.
- Właśnie. W ogóle uważaj na te rozmowy w przerwach. Pamiętaj: praca, pogoda, zepsuta kserokopiarka...
- Kredyty, podatki. Luz. Jest mnóstwo bezpiecznych tematów.
- A właśnie, że nie! Kredyt - a z kim? A na co? Na mieszkanie? A duże? Dwa pokoje? Trzy? A po co takie duże? O Krzysiu chcesz im opowiadać? Czy może od razu pójdziemy w niedzielę do parku?
- Dobra, bez kredytów. Tylko podatki.
- Aha, może jeszcze o wspólnym rozliczaniu opowiedz, co?
- Bez podatków. Praca, pogoda, zepsuta kserokopiarka. Trzy rzeczy. Powinienem zapamiętać.
- No! I wiesz co? Z tym poleconym do Urzędu Skarbowego to też nie był najlepszy pomysł. Podatki. Lepiej nie. Może po prostu zatrudnimy jakąś studentkę, żeby odbierała Krzysia, kiedy ani ja, ani ty nie możesz.
- I co jej niby powiemy?
- W porządku. Poproszę o pomoc mamę.

Telefony

- Kochanie...
- Śpij, będzie dobrze.
- A jak coś pokręcę?
- Nie pokręcisz. Będzie dobrze.
- Ale mogę do ciebie zadzwonić, jak coś?
- ...
- Śpisz?
- ...
- Wyślę SMS-a.
- W ostateczności. I wpisz mnie w kontaktach jako XYZ. I...
- Zmienię tapetę w telefonie. Żadnych widoczków. Dobranoc.

W pracy Bartek szybko zyskał sobie sympatię. Był koleżeński i pracowity, nigdy nie migał się od wzięcia na siebie większych niż inni zobowiązań, chętnie zgadzał się na dodatkowe dyżury i zastępstwa, nie zwalniał się wcześniej, bo dziecko, bo pies... Współpracownicy początkowo myśleli, że jest nieśmiały, jednak gdy z biegiem czasu nadal uparcie sprowadzał każdą rozmowę do kserokopiarek, pracy i pogody, uznali, że musiało mu się przydarzyć w życiu coś bardzo smutnego i stąd jego niechęć do mówienia o czymkolwiek choćby zbliżonym do spraw osobistych: wakacjach, ostatnio obejrzanych filmach czy jego pięknych i zawsze idealnie dobranych krawatach. Nawet firmowa swatka szybko zrezygnowała z prób zainteresowania go wolnymi kolegami i koleżankami, a kto jak kto, ale ona zwykle nie poddawała się łatwo. I choć wszyscy spekulowali, jaka to tragedia spotkała Bartka, że nie potrafi z siebie wydusić nawet grama informacji na temat inny niż trzy podstawowe (no chyba że skończyła się kawa w automacie, wtedy dochodził czwarty), to bardzo się starali, by nie był świadkiem tych dyskusji. Bo mimo że nikomu nie udało się dowiedzieć, co mu się przydarzyło, każdy podskórnie czuł, że było to coś naprawdę strasznego.

Państwo na zdjęciu to oczywiście nie Kasia i Bartek. Ba, to nawet nie para. Tak tylko piszę, na wypadek, gdyby ktoś nie poznał tego pana.

środa, 13 marca 2013

Brzydkie słowo na "f"

Być może wpadło wam w oko, że w tym roku nie było na blogu relacji z Manify. Nie, nie znudziło mi się maszerowanie z przedstawicielami i przedstawicielkami cywilizacji śmierci. Byłam, słuchałam, szłam, podrygiwałam i pokrzykiwałam. Było zimno - ale to nie nowość. Było dużo znajomych twarzy. W sumie zbyt dużo, a za to mało nieznajomych - ale to też nie nowość. Było mniej ludzi niż w ubiegłym roku - to przykre (i proszę mi nie pisać, że pogoda nie ta i to dlatego - nie kupuję tego). Przywlekliśmy nasz prozwiązkowy baner - to akurat nowość. Po raz kolejny osoby zaproszone na platformę organizatorek wymieniły, co jeszcze nie zostało załatwione. Po raz kolejny marsz zakończył się pod Sejmem. Po raz pierwszy nie było kontrdemonstracji pod pomnikiem. Po raz pierwszy nie było obok mnie mojej nieślubnej, która dotąd nie opuściła chyba żadnej Manify. Nie, jej też się nie znudziło. Po prostu musi teraz bardziej o siebie dbać, a spacer pod rękę z Buką nie zalicza się do kategorii "zdrowe".

Choć Manify, podobnie jak Parady Równości, nie budzą już specjalnej ciekawości mediów, to rzecz jasna trochę podgrzały one temat. W "Newsweeku" ukazał się z tej okazji wywiad z twórcami Fundacji Masculinum. Co to za jedna? Ano, jak sama nazwa wskazuje, ma ona zrzeszać mężczyzn, którzy z takich czy innych powodów nie odnajdują się w rzeczywistości i chcą ją zmienić. Skrót rozmowy z panami opublikowany na moim "ulubionym" portalu naTemat.pl wzbudził spore emocje. Również na naszym fejsowym profilu. Nie będę powtarzać tego, co napisałam tam ja czy osoby, które miały inne lub podobne zdanie (generalnie opinie ludzi biorących udział w dyskusji były skrajnie różne - od takich, że panowie z Masculinum są feministami, po takie, że są seksistowscy i antyfeministyczni). Zafrapowała mnie inna rzecz, celnie zresztą ujęta w jednym z ostatnich komentarzy: "Cały czas mam wrażenie, że czytamy zupełnie różne teksty i każdy czyta w nich to, co chce przeczytać". Otóż tak, mniej więcej tak właśnie jest. Ja bym to ujęła tak, że każda osoba czyta każdy tekst trochę inaczej. Bo zawsze w grę wchodzą nasze doświadczenia, perspektywa, z której czytamy, wiedza o tym, czego dotyczy tekst, wcześniej przeczytane teksty, to, ile razy przeczytaliśmy ten konkretny itd. "Każde czytanie jest niedoczytaniem/nieodczytaniem" (jak mawiali dekonstrukcjoniści), nie ma czegoś takiego jak jedna poprawna interpretacja, w ogóle nie ma czegoś takiego jak jedna interpretacja, a żaden tekst nie istnieje poza kontekstem.

Czemu o tym piszę? Ano dlatego, że choć dyskusje na naszym fejsie bywają intensywne, to rzadko kiedy zdarza się, że są aż tak emocjonalne jak ta wokół Masculinum. No chyba że pojawi się słowo na "f". Wtedy mamy jazdę bez trzymanki. Skąd się biorą aż tak ogromne różnice zdań w grupie ludzi, których chyba bez wyjątku łączy to, że są za równouprawnieniem nie tylko osób nieheteronormatywnych, ale też kobiet i mężczyzn? Moim zdaniem z tego, o czym już wspomniałam - różnicy doświadczeń, poziomu zaangażowania w temat czy wiedzy o nim - ale też i z tego, że również sam feminizm nie jest łatwy do ogarnięcia. Nie, nie chodzi mi o ideologię feministyczną jako taką. Chodzi mi o wielość feminizmów i wielość definicji feminizmu. O to, że możemy mieć wspólny cel, ale zupełnie inaczej widzieć jego realizację. O to, że możemy kompletnie różnie artykułować swoje poglądy. Że nie da się tak po prostu powiedzieć, czym jest feminizm, można jedynie spróbować określić, czym jest on dla danej osoby. Czyli nie chodzi jedynie o sam kontekst, miejsce, w którym dana osoba się znajduje i z którego wygłasza swoje poglądy. Chodzi też o to, że feminizm jako taki jest cholernie skomplikowany i cholernie zróżnicowany.

Do tego dochodzi kolejna rzecz - media. To, kogo pokazują, i to, kto się w nich pokazuje. O ile się założymy, że większość przypadkowych osób zapytanych o znane feministki wskaże po pierwsze Magdalenę Środę, a po drugie Kazimierę Szczukę? A teraz pytanie za milion - na ile te panie są reprezentatywne dla polskiego feminizmu? Odpowiedź: dokładnie na tyle, na ile ja jestem. Nie, nie pochlebiam sobie, bynajmniej. Po prostu, według mnie jest tyle feminizmów, ile jest feministek i ilu feministów. Jakkolwiek by mi się to nie podobało, Kongres Kobiet to też feminizm, ino taki neoliberalny. UFA (która dla odmiany mi się podoba) to również feminizm, tyle że lewacki. Media lubią rzecz jasna robić też jeszcze jedną rzecz - szukać kontrastów i kontrowersji (niespodzianka). Przeciwstawiać, najlepiej kobiety mężczyznom albo feministki "prawdziwym" kobietom. Przedstawiać "dwie strony", tak jak to zawsze robią w przypadku "kontrowersyjnych" tematów. Standard, nie ma o czym mówić i czego tłumaczyć. Ale nie można też zapomnieć o sile mediów i o tym, jak bardzo takie obrazki zapadają nam w pamięć i warunkują nasze myślenie.

Oczywiście dodatkowych komplikacji jest więcej. Chociażby pojęcia "męskości i "kobiecości", to, że sporo osób postrzega rzeczy, którymi zajmuje się feminizm, jako będące wyłącznie domeną kobiet, tak jakby prawa reprodukcyjne, rodzicielstwo, ułatwienia w opiece nad dziećmi, dostęp do żłobków czy przedszkoli, edukacja seksualna nie były również sprawami mężczyzn. Że w patriarchacie widzi się jedynie opresję kobiet, tak jakby nie dotykał on również mężczyzn.I tak dalej.

Co z tego wynika? Ano to, że nic dziwnego, że nawet osoby zgadzające się co do równouprawnienia jako takiego nie mogą ani się ze sobą dogadać, ani zrozumieć, dlaczego ktoś deklarujący się jako feminista czy feministka może mieć tak odmienne poglądy. Tu interpretacje nie są i nie będą trochę różne, one będą skrajnie różne, bo czynników, które na nie wpływają, jest po prostu bardzo dużo. Czy to oznacza, że nie jesteśmy się w stanie porozumieć? A skąd, jesteśmy. Moim zdaniem przynajmniej. Wymaga to jednak trochę wysiłku. Po pierwsze, trzeba przestać rozmawiać z "feministką" czy z "feministą", a zacząć z Ewą czy z Adamem. Po drugie, trzeba poświęcić trochę czasu na wyjaśnienie sobie pewnych pojęć. Zapytać: "W porządku, jesteś feministką. Ale co właściwie przez to rozumiesz?", "Piszesz, że te postulaty są w gruncie rzeczy feministyczne. Dlaczego tak uważasz?". Po trzecie, nie można z góry zakładać, że druga osoba się myli i że tylko moja interpretacja jest dobra. Lepiej spróbować się dowiedzieć, skąd właściwie to tak różne od mojego postrzeganie danego zagadnienia się wzięło. Co za nim stoi. Jakie przeżycia, poglądy, lektury. A potem przeczytać dany tekst czy dyskusję jeszcze raz, niekoniecznie po to, by stwierdzić, że ktoś ma rację, a ja nie (powtórzę: nie ma jednej właściwej interpretacji; naprawdę wierzę, że nie ma), ale po to, by spróbować zrozumieć, jak to wygląda z jego czy jej perspektywy i na ile jest to w tym konkretnym kontekście spójne i uprawnione.

Na koniec trzy uwagi. Po pierwsze, nie jest tak, że dowolna interpretacja jest prawdziwa. Jest prawdziwa, o ile wynika z uważnego (bardzo uważnego!) "przeczytania" tego, co za nią stoi. Czyli nie "wydaje mi się, bo mam kolegę, który...", ale "wydaje mi się, bo dokładnie przeanalizowałem czy prześledziłam, jak się takie a nie inne podejście pojawiło w mojej głowie". Po drugie, obawiam się, że takie podejście ma szansę się sprawdzić jedynie w przypadku osób, które mimo wszystko mają podobne wartości (choć może na to nie wyglądać). I po trzecie, to wszystko, co napisałam akapit wyżej, kieruję również do siebie. Bo mi też się zdarza, i to nader często, zapienić i nie chcieć ani szukać, ani rozmawiać dalej.

piątek, 8 marca 2013

Zabić wiedźmę


Zabijanie bohaterów to serialowa klasyka. Twórcy mało którego tasiemca, niezależnie od gatunku, nie pozbywają się w ten sposób postaci - a im więcej sezonów powstaje, tym bardziej absurdalne wymyślają przyczyny ich śmierci. Ślicznie to widać w moim ukochanym "Ostrym dyżurze" - początkowo bohaterom zdarzało się ginąć pod kołami pociągu, potem zaczęły spadać na nich helikoptery. "Dawno, dawno temu", które, jak może wiecie, od jakiegoś czasu dość namiętnie śledzę (choć ostatnio twórcy coraz bardziej mi podpadają - i nudnymi rozwiązaniami fabularnymi, i niefajnymi pomysłami na relacje matek adopcyjnej i biologicznej z ich synem) póki co nie pozbyło się żadnego z głównych bohaterów, uśmiercając go (co nie znaczy, że nikt tam nie zginął, przeciwnie, godzina bez wyrwanego serca czy otrutej królowej matki to godzina stracona). Ma się to zmienić w najbliższym odcinku. Skąd to wiem? Bo tak jest promowany. Od tygodnia. "Ktoś umrze. Zgadnijcie, kto umrze. Ktoś nie przeżyje niedzielnego wieczoru" - co i rusz czytam na fanpejdżu serialu. "Mam nadzieję, że to ten. Ta powinna umrzeć. Ten powinien zginąć. Wykończ ją! Umrzyj, wiedźmo!" - piszą fani i fanki. A mnie robi się niedobrze.

Kontekst dla nieoglądających: to jest serial familijny. Mniej więcej na tyle, na ile taka jest seria książek i filmów o Harrym Potterze. I leci w telewizorze o dwudziestej. Czyli młodsze dzieci są w łóżkach, a starsze oglądają go z rodzicami. Zresztą nawet gdyby taki nie był, chyba by mnie ta zabawa w wytypuj trupa ruszyła. W każdym razie - ruszyła, i to na tyle, że postanowiłam się podzielić swoimi spostrzeżeniami z innymi miłośnikami i miłośniczkami serialu. Że wiecie, wszystko fajnie, ale ta gra w zabijanego i komentarze do niej trochę mnie niepokoją. Że budzenie ekscytacji potencjalną śmiercią nawet fikcyjnej postaci nie jest najfajniejszym sposobem na promocję. Że takie zabawy jedynie znieczulają (szczególnie młodszych odbiorców, ale nie tylko) na to, czym jest zabijanie, a może i gorzej - pokazują, jak bardzo już jesteśmy znieczuleni. Co dostałam w odpowiedzi? Głównie głosy, że przecież to tylko fikcja, że nikt z nich nie chce nikogo zabić, że to zabawa, odreagowanie, okazja, by bezpiecznie pokazać swoją ciemniejszą stronę. Oraz że nie rozumiem, bo nie jestem z Ameryki.

Niezrażona (i w sumie niezdziwiona), próbowałam dalej. Spytałam, czy tak samo zareagowaliby, gdyby zamiast "ktoś umrze" zobaczyli "ktoś zostanie zgwałcony". Czy równie chętnie podawaliby swoje typy, pisali, że mają nadzieję, że będzie to ta wiedźma czy ten pirat. Dodałam, że oczywiście gwałt i zabicie kogoś to dwa różne przestępstwa, ale tak naprawdę nie potrafię stwierdzić, które jest gorsze. I że moi rozmówcy chyba też nie. Oba są straszne. Ale jednak raczej nikomu nie przyszłoby do głowy promować serialu gwałtem. Za to zabijanie nie wiedzieć czemu uchodzi. Niestety nie doczekałam się odpowiedzi (poza jednym "rozumiem, o co ci chodzi"), bo po chwili mój komentarz zniknął. Widać użyłam zakazanego słowa lub porównania. Co jest, tak na marginesie, zabawne o tyle, że gwałty małżeńskie (choć nikt ich tak rzecz jasna wprost nie nazywa) zdarzają się i w "Dawno, dawno temu". W końcu nie wszystkie księżniczki wychodziły za swoich tru lofów. Niektórym trafiły się aranżowane związki ze starszymi od nich o czasem kilkadziesiąt lat królami.

Zabawne jest też to, że całkiem niedawno aktorka grająca Śnieżkę tłumaczyła, że nie ma szans na romans między głównymi bohaterkami, bo ten serial leci o godzinie dwudziestej i z pewnością oglądają go osoby, które nie chciałyby widzieć, jak bohaterka całuje się ze swoją przybraną babcią (wiem, że to brzmi dziwacznie, ale: panie są, na skutek pewnej klątwy i wędrówki między światami, mniej więcej w tym samym wieku i spotkały się po raz pierwszy w dwudzieste ósme urodziny jednej z nich, tak że wiadomo, że o kazirodztwie nie ma mowy, o homofobii owej aktorki za to jak najbardziej). Miało to być coś w rodzaju żartu, ale przy okazji świetnie podsumowuje całą tę zabawę w zabijanego. Bo oto serial jest nadawany o tej porze, że głównie postaci kobiece absolutnie nie mogą mieć ze sobą romansu. Mogą się za to nienawidzić. Walczyć ze sobą i przykładać sobie szpikulce do gardeł.

Jedna z osób, z którymi dyskutowałam o grubo moim zdaniem nietrafionym pomyśle na promocję najbliższego odcinka, w pewnym momencie postanowiła mnie "pocieszyć" stwierdzeniem, że tak, prawdziwy świat jest duży i straszny, ale ten stworzony dla i zaludniony przez fanów i fanki "Dawno, dawno temu" jest mniejszy i milszy. Mniejszy - tak. Milszy? Popatrzmy. Przemoc jest w porządku. Miłość inna niż heteronormatywna - nie. Przemoc ma dawać radochę, napędzić fanów i nieco podbić spadające ostatnio słupki oglądalności. Romans między bohaterkami wzbudziłby oburzenie i odstraszył część oglądających. Milszy? Gdzie tam. Taki sam.

wtorek, 5 marca 2013

Czy Żydzi rozkradają Polskę?


Myślałam, że okrzepłam. Myślałam, tak jak w wypadku idiotycznych wypowiedzi takich Lechów Wałęsów (podobno postaci ważnej, nie tylko dla Polski, ale i dla świata), będę się tylko leciutko irytować. Okazało się, że nie. Przyczyną mojego ogromnego zdenerwowania okazała się „milusia” spółka Ewa Lipowicz (wydawczyni) i Kuba Strzyczkowski (dziennikarz) pod egidą Programu 3 Polskiego Radia.

Ogromnie się cieszę, że od dłuższego już czasu sprawy osób opisanych akronimem LGBTetcetera nie schodzą z afisza. Cieszę się, że do walki z ludzką głupotą i podłością przystąpili rodzice osób nieheteronormatywnych. Rozumiem, że wszelkie dyskusje, w których mamy szansę się wypowiedzieć, są ważne. Ale nie rozumiem, jak można na antenie publicznego radia, i to legendarnej już Trójki, zrobić sondę z pytaniem „Czy przeszkadzają mi homoseksualiści w życiu publicznym?”. Ba, to był temat audycji prowadzonej przez „rzetelnego”, wcale niehomofobicznego Kubę Strzyczkowskiego.

Nie ukrywam, poniosło mnie. Trafił mnie szlag i małe szlaczki. Nie tylko pozwoliłam sobie przygotować mema, którego umieściłam na fejsbukowym profilu Trójki, ale i chwyciłam za telefon. Zadzwoniłam do Ewy Lipowicz, wydawczyni tej jakże „obiektywnej” audycji, i zadałam pytanie, czy nie widzi nic niestosownego w tak postawionym pytaniu. Czy nie zdaje sobie sprawy, że jest to dyskryminacja ludzi, czy zadałaby podobne pytanie dotyczące chociażby Żydów, Azjatów czy osób czarnoskórych. Jaką odpowiedź dostałam? Poza tym, że pani Lipowicz wypowiadała się w stylu „ę ą przez bibułkę” i zasugerowała mi, że jestem nieinteligentna i histeryczna, to stwierdziła, że nie widzi w tym pytaniu nic złego. Że audycja ta miała mieć wydźwięk edukacyjny, bo trudno nie zauważyć, że coraz więcej ludzi ma takie poglądy i rosną w siłę, a dzięki przedstawieniu wypowiedzi drugiej strony, znaczy nas, może ktoś coś zrozumie (żałuję, że nie zapytałam, czy kpi, czy o drogę pyta). Dodała, że o Żydach również było coś podobnego, ale niestety nie jest archiwum Polskiego Radia i nie wskaże mi, gdzie mogę o tym przeczytać (osobiście nie wierzę, żeby odważyli się zadać tak deprecjonujące pytanie dotyczące tej mniejszości narodowej). Powiedziała też, że zaproszony do audycji socjolog Ireneusz Krzemiński nie widział nic niestosownego w tym pytaniu (w podtekście: „A co ty wiesz, głupia kobieto?”). Informację tę przyjęłam z lekkim zaskoczeniem, więc zadzwoniłam też do wyżej wymienionego Na początku rozmowy dowiedziałam się, że pytanie to nie świadczy o złych intencjach, że miało na celu sprowokować dyskusję i że każdy taki program jest ważny. Przyznaję, osłupiałam. W końcu, po wyłuszczeniu przeze mnie moich racji, Krzemiński przyznał, że straszne jest to, że w ogóle takie pytania mogą być stawiane oraz że nie zwrócił na nie uwagi, chociaż może powinien.

Od wydawczyni dowiedziałam się również, że na szczęście nie ja będę jej dyktować, jakie pytania mogą zadawać. Poza tym Ewa Lipowicz określiła się jako osoba liberalna i stwierdziła, że nie rozumie tego zamieszania, bo audycja miała prowokować, co się udało, skoro takie osoby jak ja (czyli homoseksualne) do niej dzwonią. Ręce nogi i biust mi opadły. I chce mi się napisać parę brzydkich wyrazów.

A z innej beczki (żeby nie pisać brzydko), bawi mnie ukute przez nieszczęsne prawiczki określenie homoterroryzm oraz gadki o prześladowaniu większości przez mniejszość. I to, jak usłyszawszy pytanie, na czym to prześladowanie polega, bełkocą coś o jawnym afiszowaniu się (określenie oryginalne) ze swoją orientacją czy narzucaniu się z „tematyką homoseksualną”. (Swoją drogą czy ktoś z was zwrócił uwagę, że najczęściej o seksie analnym piszą i mówią ponoć heteroseksualni faceci? Mają chłopcy marzenia.) Kiedy takim osobom jak chłop krowie na rowie się tłumaczy, że orientacja nie jest sprawą intymną, że oni na co dzień się z nią afiszują, dodają coś o prawie naturalnym. Przez prawo naturalne rozumieją oczywiście to, co zostało napisane w jednej z najkrwawszych i najgorszych książek fantasy wszech czasów. Zresztą mniejsza z tym, wiecie, o czym piszę. Otóż chciałabym się pochwalić, że znalazłam sposób, jak zapobiec temu homoterroryzmowi. Otóż wystarczy piętnaście minut pracy Sejmu, aby przegłosować zmianę artykułu 18. Konstytucji RP, tak aby brzmiał on: „Małżeństwo jako związek dwojga dorosłych osób, rodzina, macierzyństwo i rodzicielstwo znajdują się pod ochroną i opieką Rzeczypospolitej Polskiej”. Potem może miesiąc, aby jedną ustawą wprowadzającą zmiany w ustawach (dość licznych) zmienić odpowiednie zapisy. My wstrętni terroryści nawet ułatwimy pracę posłom i posłankom i przygotujemy nie tylko tytuły ustaw, ale nawet paragrafy, punkty i podpunkty, w których trzeba będzie dokonać zmian. Problem rozwiązany, nieprawdaż?

I na koniec wtręt osobisty, czyli informacja dla tych, którzy martwią się o moje zdrowie. Chyba zaczął się początek końca mojej choroby.

PS Zdaje się, że interwencja w Trójce (nie tylko moja rzecz jasna) przyniosła efekty. Wprawdzie nie spektakularne, ale przynajmniej widać, że trochę ich ruszyło. Na stronie radia pojawiło się takie oto oświadczenie (szczególnie polecam ostatnie zdanie - na wypadek, gdyby ktoś pomyślał, że jego autorzy rzeczywiście rozumieją, co jest nie tak w homofobii):
Oświadczenie po audycji "Za, a nawet przeciw":
Postawiliśmy takie pytanie z premedytacją, ponieważ - wbrew pozorom – osób, które myślą w ten sposób – jest sporo. Homofobia nie jest zjawiskiem rzadkim, co poświadczają goście, którzy wzięli udział w audycji. Ludzie nie rozumieją często, co znaczy samo słowo, ale nie przeszkadza im to w atakowaniu osób homoseksualnych, odsądzaniu ich od czci i wiary, potępiania w czambuł itd.
Postawienie takiego pytania nie jest równoznaczne z tym, że autor audycji tak uważa – przeciwnie. Czasem trzeba postawić pytanie właśnie w tak kontrowersyjnej formie, żeby pokazać ludziom, którzy nie mają świadomości, że takie kseno- ,homo- i inaczej ”fobiczne” poglądy istnieją i nie jest ich mało. Że nie wolno ich ignorować i umniejszać ich znaczenia. Trzeba o nich mówić, żeby ostrzec – to po pierwsze, a po drugie, żeby ktoś, kto takie poglądy reprezentuje – zachęcony pytaniem – wysłuchał audycji w całości i miał szansę usłyszeć inne zdanie, równie istotne. Tak pojmujemy misyjne działanie radia. W audycji zawsze mamy dwie strony w dyskusji – nie istnieje więc niebezpieczeństwo, że rozmowy zejdą na manowce i ugruntują jeden, jedynie słuszny, pogląd.
Zespół audycji „Za a nawet przeciw”

niedziela, 3 marca 2013

Janion, rodzice, Wałęsa i Narnia


Ostatni tydzień spędziłam we Włoszech (proszę nie zazdrościć - pracowicie spędziłam), niemal nie zaglądając do internetu, miałam więc okazję nieco odpocząć od naszych spraw. Wprawdzie i we Włoszech trochę się działo - trafiłam akurat na wybory i gorące komentarze po ogłoszeniu ich wyników - ale jako że moja czynna znajomość języka ojczyzny Dantego, Petrarki i Giotta ogranicza się do słów grzecznościowych, mniej i bardziej formalnych powitań i pożegnań, kilku liczebników, aeroporto, autostazione i fermata prenotata, nie bardzo wiem, co Włosi myślą o tym, że dorobili się czterech otwartych gejów w parlamencie, czy jak oceniają szanse wprowadzenia u siebie instytucji związków partnerskich. Tak że jedynym "tęczowym" akcentem, jaki zapamiętam z tej wyprawy, pozostanie pewne uliczne stoisko w Padwie, na którym flaga Watykanu dumnie powiewała obok flagi tęczowej - widać drobny biznesmen uznał, że skoro jest popyt i na jedne, i na drugie, to nie ma co się ograniczać do jednej grupy potencjalnych klientów.

W efekcie moich wakacji (no dobrze, jednak wakacji, bo nie tylko pracowałam, ale też trochę zwiedziłam) ominęła mnie inauguracja i pierwsze komentarze do świetnej kampanii KPH "Rodzice, odważcie się mówić", superinteligentna wypowiedź pewnego polskiego laureata pokojowego Nobla o tym, że osoby homoseksualne powinny w Sejmie siedzieć w ostatniej ławce lub za murem i demonstrować poza centrami miast, bo jako że są mniejszością, to powinny mieć odpowiednio mniej "przywilejów", nie zdążyłam też skomentować "coming outu" (jednak w cudzysłowie, wszak nigdy nie robiła ze swojej tożsamości specjalnej tajemnicy) profesor Marii Janion. Nadrabiam zatem. Najpierw pani Janion.
A Pani? Pojawiły się od czasów miłości do King Konga jakieś sprawy sercowe?
Zawsze mnie interesowały koleżanki. Najpierw tak w ogóle, ogólnie, potem, już na kompletach, konkretne koleżanki.
I umiała je Pani podrywać?
A, owszem. Starałam się i całkiem dobrze mi to wychodziło.
Nie bały się?
Niespecjalnie.
Miała Pani Profesor temperament monogamiczny czy poligamiczny raczej?
No… nie mogę jakoś odpowiedzieć na to pytanie. Bo niby monogamiczny, a jednocześnie i poligamiczny.
To świetne! Profesor Żmigrodzka była Pani dziewczyną?
Ależ skąd, nigdy. Interesowała się facetami. Oni nią przede wszystkim, ale ona też nimi, jak najbardziej.
- opowiada pani profesor w wywiadzie-rzece, który przeprowadziła z nią Kazimiera Szczuka. Świetne, nie? I nie, nie dlatego świetne, że mówi tak otwarcie, a dlatego, że ta rozmowa jest ahistoryczna i apolityczna. Zwyczajna. Taka, jaka powinna być. Pytanie, po co w ogóle akurat te słowa Marii Janion wyciągać i podkreślać, skoro nie ma w nich nic niezwykłego? Ano po to, by kiedyś było właśnie zwyczajnie i by stwierdzenie, że jest się innej niż heteroseksualna orientacji, nie budziło żadnych emocji. By mówienie o tym stało się tak powszechne, że aż przezroczyste. Bo póki co jesteśmy niestety zupełnie gdzie indziej - tam, gdzie nawet obudowanemu tysiącem wyjaśnień coming outowi towarzyszą oskarżenia o "afiszowanie się" czy, w lepszym przypadku, pytania, po co o tym mówić.

Takim właśnie - obudowanym mnóstwem wyjaśnień - coming outem jest wspomniana już akcja KPH "Rodzice, odważcie się mówić". Mimo że jej bohaterowie i bohaterki tłumaczą, dlaczego zdecydowali się wziąć w niej udział i jaki jest jej cel - wsparcie innych rodziców osób nieheteronormatywnych oraz walka o równie prawa dla ich dzieci - natykają się na mur niezrozumienia. Bo przecież nie tylko od lesbijek czy gejów, ale i od ich rodziców oczekuje się, że będą siedzieć w szafie i nie będą mówili głośno o swoich "prywatnych" sprawach.

W kontekście tego nadal dość powszechnego chowania wszystkiego co nienormatywne w Narnii, nieco bawi mnie oburzenie słowami Wałęsy (bawi również dlatego, że ten sam człowiek całkiem niedawno stwierdził, że "jak geje i ludzie ich pokroju chcą sobie paradować, to niech sobie wybudują nową Warszawę. Tę wybudowali ludzie biali i mają do niej prawo", więc i tak jest spory postęp, bo przystopował z rasizmem i daje nam już dostęp do peryferii miasta). W końcu "tolerancja" Wałęsy (bo oczywiście uważa się za osobę tolerancyjną) sprowadza się do tego, że osoby nieheteronormatywne mu nie przeszkadzają, o ile się z nimi nie styka lub o ile nie wie, że się z nimi styka. Typowe? A jakże. A może oburzonym chodzi o to, że pan, który dostał pokojowego Nobla za walkę o prawa człowieka, rozumie demokrację jako rządy większości nad mniejszościami? To też, z tego, co kojarzę, bardzo popularny pogląd - ile razy zdarzyło się nam słyszeć (a chociażby i od takich "liberałek" jak Ewa Kopacz czy Agnieszka Kozłowska-Rajewicz), że nie powinniśmy żądać za wiele, że powoli, że małymi kroczkami? Skąd więc taka afera? Czemuż nagle słowa Wałęsy nie spodobały się nie tylko "liberalnym" mediom czy politykom SLD czy RP, ale też chociażby Adamowi Hoffmanowi, Jackowi Kurskiemu czy Stanisławowi Żelichowskiemu? Bo to wygodne. Bo potępiając Wałęsę, można się przylansować jako osoba światła i tolerancyjna, podobnie jak PO jakiś czas temu zapozowała na partię homofriendly, wyrzucając ze swoich szeregów posła Węgrzyna za to, że przyznał, że lubi sobie popatrzeć na lesbijki.

Nie twierdzę, że to, co powiedział nasz były prezydent da się jakoś usprawiedliwić (nawet tym, że po prostu nie jest to mądry człowiek). Nie da się. I bardzo mnie cieszy, że o jego getcie ławkowym dla osób niehteronormatywnych rozpisują się zachodnie media, bo o ile nie sądzę, by kiedykolwiek zrozumiał, co w tym, co powiedział, było nie tak, o tyle liczę, że dostanie za to po kieszeni, kiedy ta czy inna instytucja nie zdecyduje się zaprosić go na kolejny wykład. I mam nadzieję, że naprawdę go to zaboli. Nie zmienia to jednak faktu, że takie poglądy jak jego - że mniejszościom należy się mniej, że powinny znać swoje miejsce, że nie powinny "narzucać się" (czytaj: pokazywać, że istnieją) większości (czymkolwiek by nie była) - są niestety powszechne i niestety mało kto uznaje, że jest w nich coś obciachowego, a tym bardziej skrajnego. No chyba że ktoś wyrazi się tak dosadnie jak pan noblista, to wtedy jest szum. Plus jest taki, że w ogóle jakiś szum jest. Minus - że tylko naprawdę drastyczne wypowiedzi takowym skutkują. Reszta dostaje etykietkę umiarkowanych, choć tak naprawdę znaczy dokładnie to samo.