środa, 8 maja 2013

Nie wiem, więc się nie wypowiem


Nie mam wielkiego doświadczenia w sprawach sądowych. Sąd morski raz, sąd grodzki drugi raz i to właściwie tyle. Zawsze w charakterze świadkini. Dziś po raz pierwszy w życiu miałam okazję świadkować w sprawie o ochronę dóbr osobistych. Powódka Anna Grodzka, pozwany Tomasz Terlikowski. Poszło rzecz jasna o jakże delikatne i pełne taktu wypowiedzi pozwanego na temat płci Ani na jego cudownym portaliku Fronda.pl. Jakie mam wrażenia z tego całkiem nowego dla mnie doświadczenia? Cóż, mieszane. A nawet wstrząśnięte.

Ogólnie było zabawnie. Naprawdę. Gdy minął pierwszy stres (spowodowany nie tylko samą rozprawą i tym, że, no kurczę, w Polsce świadkowie muszą stać, ale też obecnością pozwanego na sali, i to bardzo, bardzo blisko mnie), za sprawą którego nie byłam w stanie konkretnie określić swojego zawodu (no ale w sumie wcale nie jest to łatwe) i pomyliłam się o parę miesięcy w opisie przebiegu wydarzeń, nagle poczułam się całkiem swojsko. I to, niespodzianka, za sprawą adwokata naczelnego Frondy. Dlaczego? Ano dlatego, że zadawał mi pytania w stylu, który znam aż za dobrze, bo widziałam go w "prawicowym" internecie pewnie z tysiąc razy. A że, jak wiecie, jestem zwierzęciem polemicznym, więc z miejsca rzuciłam się w wir dyskusji. Nie było to wprawdzie aż tak fajne jak internetowe przepychanki, bo cały czas musiałam brać pod uwagę obecność wysokiego sądu i to, że to ona ostatecznie podejmie decyzję co do zasadności roszczeń, ale mimo wszystko nadal było całkiem zabawnie. Z kilku powodów. Główny - z którego zdałam sobie sprawę dopiero po wyjściu z sali rozpraw - Terlikowski milczał. Po prostu. I nie był już panem Terlikowskim, panem redaktorem, panem wielkim inkwizytorem, a po prostu pozwanym (jak go uparcie nazywałam). Nie mógł sobie pozwolić na płomienne i pełne miłości bliźniego przemowy. Mógł się wprawdzie odezwać, ale nie zrobił tego. Wolał milczeć. I w sumie mu się nie dziwię. Kolejny powód do radości - pan adwokat, który, tak sądzę przynajmniej, ma dokładnie takie same poglądy i wiedzę o świecie jak jego klient, również poszaleć nie mógł. Bo, cóż za pech, na sali sądowej to, co jest napisane w katechizmie KK, nie jest żadnym argumentem. A z inną wiedzą nie czuł się zbyt komfortowo. Oj, nie czuł.

Nie mam pojęcia, jaka jest linia obrony (autentycznie nie mam), ale może wam coś się uda wykombinować. Otóż pan adwokat zaczął od pytania o Krzysztofa Bęgowskiego. Czy znam taką osobę. Mówił troszkę niewyraźnie, więc na początku zaczęłam odpowiadać na zupełnie inne pytanie, ale w połowie zrobiłam wróć i zapytałam, o co mnie właściwie pyta. Powiedział. Odpowiedziałam zgodnie z prawdą, że nie. A on na to, czy zdaję sobie sprawę, że Ania się tak kiedyś nazywała. Ja na to, że jasne, że tak, wszak jest to fakt ogólnie znany. No to kim wtedy była - kobietą czy mężczyzną? No w sensie prawnym mężczyzną, ale tak w ogóle to kobietą. Ale jak to? No tak to, panie mecenasie, wszak nie jest to wiedza tajemna i ja ją nabyłam, dziecięciem jeszcze będąc, od mojej osobistej mamy. I nie jest to też żadne zaskoczenie w świetle polskiej nauki, medycyny, seksuologii czy prawa.

Po tym jakże rozgrzewającym wstępie zaczęła się jazda bez trzymanki. Bo oto pan adwokat zaczął mi cytować fragmenty tekstów Terlikowskiego z pozwu (chyba) i zadawać pytania w rodzaju "czy to prawda" i "czy to dotyczy powódki" (co mnie nieco skonfundowało, bo czasami mam problemy z odróżnieniem słów "pozwany" i "powód", więc pan adwokat musiał mi za każdym razem potwierdzić, że chodzi o Anię). Dużo tego nie było (dwa, maksymalnie trzy cytaty), ale z uzyskaniem sensownych odpowiedzi szło mu ciężko. Bo dopytywałam o kontekst. Bo prosiłam o parafrazowanie pytań, jako że nie mogłam zrozumieć, o co mu chodzi. I w końcu i tak zazwyczaj obstawałam przy "nie wiem" (- Ale przyzna pani, że genetycznie Anna Grodzka jest mężczyzną. - Nie wiem. - No jak to pani nie wie? Mam pani wytłumaczyć, czym jest genom? - Wprawdzie jestem humanistką, ale mniej więcej wiem, co to jest, więc dziękuję. Nie widziałam badań genetycznych Ani, więc nie znam też odpowiedzi na pana pytanie. -  Czy Anna Grodzka zrobiła sobie operację genitaliów? - Wysoki sądzie, czy ja muszę odpowiadać na tak intymne pytania? - Tak, musi pani. - Nie wiem. Nie mam zwyczaju zaglądać przyjaciołom w majtki).

Ostatnie pytanie było tak odlotowe, że zupełnie go nie pamiętam. Pamiętam jedynie pulsującą żyłkę na skroni pana mecenasa - objaw jego cudownie narastającej irytacji. Oraz że, gdy wysoki sąd zapytała na koniec, czy chciałabym coś dodać, powiedziałam, że nadal nie rozumiem ostatniego pytania i w związku z tym nie wiem, czy udało mi się na nie odpowiedzieć.

No dobrze. Kolejna rozprawa we wrześniu. Koniec nie wiadomo kiedy. Nie mam pojęcia, czy to jest do wygrania, nie wiem też, w co gra obrona. Ale jestem dumna z siebie, że obecność Terlikowskiego, poza pierwszym szokiem, jakoś niespecjalnie na mnie zadziałała. W sumie to trochę biedniutki mi się wydał. Taki jakiś mniejszy i szczuplejszy. I milczący. Miła odmiana.

AKTUALIZACJA (czerwiec 2014): Anna Grodzka wygrała sprawę. Sąd uznał, że Tomasz Terlikowski naruszył jej dobra osobiste i zakazał mu negowania jej tożsamości płciowej.

piątek, 3 maja 2013

Eksperyment

Tak jak zapowiedziałam w poprzedniej notce, popełniłam jeszcze jeden tekścik o BDSM. Tym razem bardziej edukacyjny, bo skierowany do czytelniczek i czytelników Queer.pl. Poczytać i skomentować można tu.

Już na etapie myślenia nad nim zastanawiałam się, jakie wywoła reakcje. Z dwóch powodów - po pierwsze dlatego, że dotyczy zagadnienia, wokół którego narosło mnóstwo stereotypów, a po drugie, bo ostatnio coraz bardziej fascynuje mnie, jak skrajnie odmienne mogą być interpretacje nawet niespecjalnie kontrowersyjnych wypowiedzi, a co dopiero, gdy dotyczą czegoś, co potrafi budzić bardzo gwałtowne emocje. Nie jest to rzecz jasna jakieś szczególnie odkrywcze spostrzeżenie (i dałam mu już raz wyraz tu). Wystarczy raz w życiu odwiedzić jakieś forum internetowe czy poczytać komentarze na którymś portalu, by się przekonać, jak z jednego tekstu różne osoby wyciągają zupełnie inne wnioski. I z jednej strony jest to zupełnie naturalne - wszak każdy i każda czyta ze swojej perspektywy, przez pryzmat swoich przeżyć, przemyśleń i wcześniej przeczytanych rzeczy - z drugiej praktycznie uniemożliwia napisanie czegoś tak, by wszyscy odebrali to mniej więcej tak samo. Co raczej nie jest problemem, gdy mowa o fikcji, a nawet przeciwnie - to, co czytelniczki czy widzowie dopowiadają do historii swoich ulubionych bohaterów jest równie ciekawe (a czasami nawet ciekawsze) niż to, co jest opowiedziane wprost. Może być jednak co najmniej kłopotliwe, gdy ktoś próbuje trzymać się faktów.

Ilekroć coś piszę, w tyle głowy mam potencjalne komentarze, które pojawią się pod tekstem. Jak zostanie odczytany? Który fragment wzbudzi emocje, co zostanie pominięte, czego nowego się o sobie dowiem itd. Czasami wydaje mi się, że wiem, co to będzie. Czasami też mam rację. Ale pewnie równie często zdarza się, że dyskusja idzie w kierunku, którego zupełnie nie przewidziałam, a który ktoś zobaczył w tym, co napisałam. Oczywiście wiem, dlaczego tak jest, zastanawiam się za to, jak wyglądałyby nasze rozmowy tutaj, gdyby każdy (w tym wyżej podpisana), zanim coś napisze, zastanowił się, dlaczego czyta coś tak, a nie inaczej. Zapytał, czy aby na pewno o to autorce tekstu czy autorowi komentarza, na który odpowiada, chodziło. Wziął pod uwagę, że to, jak rozumie daną informację, jest obarczone masą czynników, których nie ma w tym, co czyta, a są w nim czy w niej.

Wiem, że to, co piszę, może się wydać dość skomplikowane, dlatego pokażę, o co mi chodzi, na przykładzie komentarzy spod mojego tekstu na Queer.pl. Z grubsza można je podzielić na cztery rodzaje:
- część osób uważa, że uprawiam promocję zła, sympatycy BDSM to seryjni mordercy, a pisanie o nich to jak zajmowanie się pedofilami czy nekrofilami; rzecz jasna żaden z takich komentarzy nie odnosi się do tekstu (co najwyżej do jednego czy dwóch zdań z niego), wszystkie - do samej idei pisania o BDSM,
- jeden komentarz odnosi się do fragmentu jednego zdania i generalnie chodzi w nim o tym, że nie mam racji co do tego, że entuzjaści BDSM są uważani za dewiantów i osoby niebezpieczne dla siebie i otoczenia, bo jego autorka ma inne doświadczenia,
- autorzy kolejnych kilku przyznali, że z zaciekawieniem przeczytali tekst, ale sama idea ich przeraża, głównie ze względu na to, że D/s kojarzy im się z cierpieniem i przemocą; w toku dyskusji nieco zmienili zdanie,
- i wreszcie były opinie kilku osób, które siedzą w temacie i postanowiły albo nieco pogłębić zawarte w nim informacje, albo wyjaśnić wątpliwości innych komentujących.

I teraz tak: prawdopodobnie większość osób komentujących ten tekst jest nieheteronormatywna. I prawdopodobnie większość z nich zetknęła się z dyskryminacją jako taką. Mimo to jednak czasem skrajnie odmiennie odebrały tekst o innej dyskryminowanej i nienormatywnej społeczności. Dlaczego? Bo każda z nich przeczytała go ze swojej perspektywy oraz przez pryzmat swojej wiedzy i doświadczeń. Dodatkowo część z nich była zainteresowana tematem, część jedynie wyrażeniem swojej opinii. Część miała dobry dzień, a część szukała miejsca, w którym może się wyładować. Jak wyglądałaby dyskusja pod tekstem, gdyby wszystkie te osoby po prostu chciały porozmawiać? I gdyby przede wszystkim skupiły się na tym, by zrozumieć czyiś punkt widzenia i by jak najlepiej przedstawić swój? Tego właśnie jestem ciekawa.

Słowem, interesuje mnie, jak głęboko można wejść w czyiś świat i na ile można go zrozumieć. I nie jest to wyłącznie ciekawość teoretyczki, która wie, że nie chodzi o to, co autor miał na myśli, a o to, co potrafimy z tego wyczytać. Przywołane komentarze to przecież jedynie przykład czegoś, co, jak już napisałam, jest powszechne. Jest prawdą i w przypadku wypowiedzi polityków czy publicystów, które tak bardzo nas dotykają, i każdej innej formy komunikacji. A ta jest ważna. Również dla osób nieheteronormatywnych, które niejednokroć mocno się zastanawiają, jak przekazać to, co mają do powiedzenia, by zostać zrozumianymi. I jak rozmawiać, by ewentualnie nieporozumienia wyjaśnić.

Konkluzja? Spróbujmy. Tu, na tym blogu. Porozmawiajmy (a choćby i o tym tekście o rozmawianiu), próbując nie tylko wyrazić swoje zdanie, ale też zrozumieć, o czym piszą inni, i wytłumaczyć, o czym właściwie my piszemy i skąd się nam to wzięło. Pytajmy, upewniajmy się, dopowiadajmy. Nie bójmy się przyznać do niewiedzy i nie zakładajmy, że wszystko rozumiemy i że wiemy, o co chodzi drugiej osobie. Sprawdźmy, czy taka rozmowa jest w ogóle możliwa. Spróbujecie?