wtorek, 25 czerwca 2013

Wszędzie widzę homofobię

"Nie jesteśmy homofobami" - zgodnie mówią o sobie Jarosław Gowin, Lech Wałęsa, Robert Węgrzyn, Antoni Mężydło, Grzegorz Pellowski, Michał Kamiński. "Nie jestem homofobką" - twierdzi Krystyna Pawłowicz. Codziennie dzielnie wtóruje im rzesza internautów i internautek na blogach, forach i innych takich. Nie są homofobami, bo mają przyjaciół gejów, nic nie mają do lesbijek, w ogóle nic nie mają do osób nieheteronormatywnych, tylko nie bardzo chcą je oglądać, mają inne poglądy dotyczące równych praw, nigdy się nie zgodzą, by dwóch mężczyzn mogło wychowywać dziecko, bo się nie boją gejów, tylko czują do nich obrzydzenie... Takich niehomofobów jest jak na moje oko już znacznie więcej niż osób, które z dumą przyznają, że tak, homofobami są. I z jednej strony całkiem to radosna wieść, bo świadczy o tym, że gdzieś tam w pierwszym dziesięcioleciu XXI wieku udało się sprawić, że bycie homofobką czy homofobem to na tyle wstydliwa sprawa, że mało kto z grona niby-oświeconych i niby-liberalnych już się do tego przyznaje. Z drugiej - i cóż po takich deklaracjach, skoro zazwyczaj towarzyszy im coś, co jasno pokazuje, że dana osoba jednak homofobiczna jest.

Rzecz jasna nie wszystkie przypadki są tak ewidentne. Na przykład taka Joanna Szczepkowska - jest homofobką czy nie? Wprawdzie głupoty straszliwe o lobby homoseksualnym w teatrze wygaduje, uogólnia te kilka przykrości, które ją spotkały, na całą populację, marudzi coś o świętych krowach i zmowie milczenia, ale z drugiej strony za równymi prawami jest. Albo Abelard Giza, któremu się marzy zrobienie skeczu o obnoszących się ze swoją seksualnością pedałach, bo to, ach, och, taki nietypowy temat, ale jednocześnie potrafi błysnąć wrażliwością w takim "Michale". Są homofobami czy nie? Ja będę uparcie twierdzić, że są. Choć wiem, że wiele osób się ze mną nie zgodzi.

Dlaczego tak uważam? Wyobraźmy sobie, że do tego wszystkiego, co wygaduje, pani Pawłowicz dokłada zdanie, że jest za związkami partnerskimi. Czy to unieważnia inne rzeczy, które mówi? Czy sprawia, że stają się mniej homofobiczne? Ano nie. A jednak w niektórych przypadkach już sam fakt wsparcia idei związków partnerskich sprawia, że reszta słów danej osoby przestaje mieć znaczenie. Że to, co w ustach powiedzmy Jacka Żalka jest czystą homofobią, pani Szczepkowskiej uchodzi na sucho. Bo co? Bo zna? Bo się przyjaźni? Bo jest za równością? No skoro tak, to jak dla mnie tym bardziej pewnych rzeczy mówić nie powinna. Bo wie, czym jest homofobia, wie, jak działają takie słowa, i wie, ile krzywdy mogą wyrządzić. A przynajmniej powinna wiedzieć. Na takiej samej zasadzie, na jakiej każda grupa dyskryminowana powinna  lepiej niż inni wiedzieć, czym jest dyskryminacja, i w związku z tym nie wykluczać. Powinna, ale czasem nie wie lepiej. Albo nawet zazwyczaj nie wie (tak, piję tu między innymi do odwiecznych sporów między męskimi i niemęskimi, lesbijkami a kobietami biseksualnymi itd., itp.).

Czy to znaczy, że widzę homofobię bardzo, ale to bardzo często? Tak. Zanim jednak ktoś mnie pożałuje (ktoś zresztą już to kiedyś zrobił, na zasadzie "Jakiż smutny musi być w takim razie twój świat"), śpieszę wyjaśnić, że nie uważam tego za szczególnie dołujące. Ot, w takiej kulturze wzrastamy, takie schematy przejmujemy. I jeśli ktoś uważa, że z chwilą wprowadzenia równości małżeńskiej, porządnego ustawodawstwa antydyskryminacyjnego i innych ważnych rozwiązań prawnych homofobia zniknie, to jak dla mnie grubo się myli. Nie zniknie. Nie zniknie do momentu, w którym obecność osób nieheteronormatywnych we wszystkich dziedzinach życia nie będzie czymś tak oczywistym, że aż niezauważalnym. I to nie dlatego, że będziemy się ukrywać, ale dlatego, że nikt nie będzie na naszą orientację, tożsamość itd. zwracać uwagi. A coś takiego jak szafa w ogóle przestanie istnieć.

Przykład z zupełnie innej bajki, bez żadnego lobby w teatrze, bez obnoszenia się ze swoją seksualnością i temu podobnych. Jak część z was wie, ostatnio dość silnie się udzielam w społecznościach fanów i fanek seriali. Co jakiś czas mam więc okazję czytać dyskusje o tym, co by było, gdyby ta czy inna postać z telewizora była niehetero. I od razu pojawiają się głosy, że no bez przesady, nie w każdym serialu muszą być lesbijki. A w niektórych, na przykład tzw. familijnych, w ogóle nie powinno ich być. I nie chodzi o to, że osoby, które piszą takie rzeczy, są przeciw równości. Po prostu nie rozumieją, że równość to nie tylko równe prawa. To też widoczność. To, jak dana grupa jest pokazywana, i czy w ogóle jest pokazywana. Wiedzą to osoby, które na brak równych praw narzekać nie mogą, ale na stereotypizację swojego wizerunku w mainstreamie już tak. Te, które twórcom "Gry o tron" wytykają rasizm i bynajmniej nie kochają Denerys od smoków, która jest przecież taka dobra i niesie wyzwolenie kolejnym rzeszom niewolników.

No dobrze, ale kto w takim razie nie jest według mnie homofobem? Cóż, jakkolwiek dziwnie by to nie zabrzmiało, modelowy niehomofob to ktoś taki jak B. z mojego wpisu sprzed paru lat o dziesięcioprocentowym homofobie. Gość, który mówi "jestem homofobem", bo dostrzega w sobie śladowe ilości uprzedzeń. Jest ich świadomy, wie, że są nieracjonalne, i wiedza ta nie pozwala mu stwierdzić, że homofobem nie jest. Odpierając zarzuty, które jeszcze nie padły: nie, nie uważam, że każdy i każda ma teraz zrobić rachunek sumienia, sprawdzić, czy aby nie znajduje się w grupie opresorów, i złożyć samokrytykę. Uważam za to, że warunkiem koniecznym, by pozbyć się uprzedzeń, jest uświadomienie sobie, że się je ma. I że nie mają one żadnych racjonalnych podstaw. Czy oznacza to też, że moim zdaniem posiadanie uprzedzeń to jakiś straszny grzech? Nie. Nie znam osoby, która nie byłaby do kogoś uprzedzona. Ale skoro już się takowe ma, to wypadałoby o tym wiedzieć. I się do tego, jakkolwiek niepolityczne czy wstydliwe by to nie było, przyznawać.

Niniejszym więc przyznaję: nie lubię klaunów. Nie mam koulrofobii, żaden mi nigdy nic nie zrobił, po prostu drani nie lubię.

środa, 19 czerwca 2013

"Bezdomna" Katarzyny Michalak, czyli jak nie pisać o problemach społecznych

Złych, powielających wyjątkowo szkodliwe stereotypy książek jest wiele. Rzadko jednak matronują im instytucje kojarzone raczej z walką z uprzedzeniami niż z ich wspieraniem. Zaszczyt ten spotkał niestety „Bezdomną” Katarzyny Michalak. Dlaczego książka ta nie powinna być wspierana przez organizacje kobiece czy, szerzej, walczące z wykluczeniami? O komentarz poprosiłam Elwen, twórczynię bloga poświęconego zaburzeniu afektywnemu-dwubiegunowemu.

Fundacja Centrum Praw Kobiet wraz z Kongresem Kobiet objęły ostatnio patronatem (czy, jak chce tego CPK, matronatem) książkę pani Katarzyny Michalak o wdzięcznym tytule „Bezdomna”. Książka, zgodnie z zapewnieniami autorki i wydawnictwa, należeć ma do nurtu zaangażowanej literatury kobiecej, poruszającej trudne problemy kobiet wykluczonych poza nawias społeczeństwa. Brzmi zupełnie w porządku, prawda?

Problem zaczyna się w chwili, gdy skuszeni poważnymi rekomendacjami sięgniemy po tę pozycję. Książka opisuje historię Kingi Król, bezdomnej kobiety z zaburzeniami psychicznymi, która na skutek psychozy poporodowej i knowań złego męża traci wszystko: dom, dziecko, rodzinę i szacunek do samej siebie. Przed samobójstwem ratuje ją kot, który okazuje się później być zwierzakiem jej ukochanego jeszcze z czasów szkolnych, oraz Ta Zła, Joanna Reszka, „hiena dziennikarska”.

Joanna znajduje Bezdomną we własnym śmietniku, gdzie ta, po dużej dawce leków i taniej wódki, tuli zbłąkanego kota. Dziennikarka, oczywiście żądna taniej sensacji, zaprasza Kingę do siebie na Wigilię, mając nadzieję na materiał na reportaż. Sam fakt, że zaproszenie nie wypłynęło tylko i jedynie z dobroci serca, przedstawiany jest już w najgorszym świetle – jednak naprawdę interesujące treści pojawiają się później.

Pierwszy fragment, skutkujący nie tylko uniesieniem brwi, ale i zgrzytaniem zębów, pojawia się w następujących po pierwszym rozdziale wynurzeniach Aśki Reszki. Otóż:
Już wystarczy, że ze słodyczy musiałam zrezygnować, bo widzisz, jak wyglądam. Ze szczupłej laski, za którą faceci na ulicy strzelali oczami, zmieniłam się w niewidzialnego wieloryba. Niewidzialnego dla facetów, bo przez wredne społeczeństwo jestem zauważana, a jakże. Ale wyobraź sobie, że moja „puszystość” – okej, jestem już na tyle pijana, by walić prosto z mostu – moja gruba dupa w pracy mi pomaga! Wprawdzie celebryci już mniej chętnie zapraszają mnie na party – i pierdolę te ich zaproszenia, gdzie jedynym żarciem są chipsy i krakersy z niejadalną breją – za to ofiary losu, te wszystkie maltretowane i gwałcone przez mężusiów i konkubentów sieroty, z którymi wywiady przynoszą mi krocie, zwierzą się ze swoich porażek raczej grubej i brzydkiej niż szczupłej i pięknej. Rozumiesz: w ich oczach jestem tak samo przegrana. I coś w tym, kurwa, jest. Mam niby apartament ze szkła i światła w najdroższej dzielnicy Warszawy, w garażu parkuje zacna audica, czasem jeszcze bywam na salonach, ale... ale taka Kinga-Bezdomna jest bogatsza ode mnie. Przynajmniej ma ciebie, przyjacielu.
To tylko mała próbka jadu sączącego się z ust bohaterki książki. Pogarda dla osób otyłych, ofiar przemocy, pogarda dla ludzi chorych (w innym fragmencie Joanna jako przykład swojej bezwzględności i paskudnego charakteru podaje np. że „mogłaby leczyć psychopatów”). Można by to było uznać za sposób na kreację czarnego charakteru, gdyby nie to, że z ust Aśki wypływają też regularnie przemowy, które uznać można tylko za manifestacje poglądów autorki (podane do tego niewybrednym językiem). Mało tego, mimo że Aśka na koniec przechodzi katharsis i zmienia się w Tę Dobrą, nie ma tu żadnej refleksji na temat wygłaszanych wcześniej poglądów. Biorąc pod uwagę moralizatorski ton książki, brak tu jakiejkolwiek przeciwwagi.

Idąc dalej, dowiadujemy się z kart powieści, że główna bohaterka ma zaburzenie afektywne-dwubiegunowe, przez samą postać nazywaną też wdzięcznie „psychozą maniakalno-depresyjną”. Osobom niezaznajomionym z tematem śpieszę wyjaśnić: zaburzenie afektywne-dwubiegunowe, zwane niegdyś chorobą maniakalno-depresyjną (nigdy psychozą!), jest zaburzeniem charakteryzującym się nawracającymi okresami manii lub hipomanii (szczególne pobudzenie, problemy z koncentracją, niezdolność do podejmowania racjonalnych decyzji, często zwiększona irytacja, czasem zachowania agresywne i urojenia  – choć to ostatnie bardzo rzadko) i depresyjnymi. Dokładna etiologia tego zaburzenia nie jest do końca wyjaśniona, uważa się jednak, że istotne są w niej zarówno czynniki genetyczne, jak i środowiskowe. Choć pierwszy epizod maniakalny może być spowodowany stresującym wydarzeniem życiowym, nie jest to jednak choroba, którą takie wydarzenie może „wywołać” – zdecydowanie mówimy tu o problemie bardziej złożonym. Poza bardzo szczególnymi wypadkami osoba chora nie stwarza też specjalnego zagrożenia dla otoczenia.

Tymczasem w powieści mamy do czynienia z przedstawieniami osoby chorej takimi jak to:
Kinga uniosła ze zdumieniem brwi i pokręciła głową.
– Psychoza maniakalno-depresyjna.
Aśka opadła na oparcie krzesła, właściwie się po nim osunęła, oniemiała i wstrząśnięta.
„Aleś se gościa na wigilię sprosiła – przemknęło jej przez myśl. – Dziw, że jeszcze żyjesz, bo mogła ci gardło we śnie poderżnąć”.
Kinga czytała w jej twarzy jak w otwartej książce. Wszyscy, absolutnie wszyscy tak reagowali na te trzy słowa: strachem, strachem i jeszcze raz strachem.
By pacjent z takim rozpoznaniem nie był od razu skreślany przez potencjalnych pracodawców, wymyślono inną nazwę, niewiele mówiącą: choroba afektywna dwubiegunowa – lepiej brzmi, prawda? – ale Kinga nie oszczędzała ani swoich rozmówców, ani przede wszystkim siebie, waląc prosto z mostu: „Jestem niebezpieczną wariatką, mam psychozę maniakalno-depresyjną, nie wiadomo, kiedy wróci, nie wiem, kiedy zaatakuję”.
Owszem, zdarza się, że osoba chora myśli o sobie jak najgorzej – sama, cierpiąc na zaburzenie afektywne-dwubiegunowe mogę o tym zaświadczyć pierwsza. Jednak osoba, która została już zdiagnozowana i ma choćby pobieżną wiedzę na temat swojego schorzenia (a z tego, co się orientuję, większość chorych stara się douczyć w tej kwestii, zwłaszcza że jest to jeden z podstawowych sposobów na opanowanie nawracających epizodów), wie doskonale, że nie jest „niebezpiecznym wariatem, który atakuje bez ostrzeżenia”. Osoby chore bywają trudne dla otoczenia, często mogą mieć problemy z dotrzymywaniem zobowiązań, są w stanie zagadać na śmierć, mają tendencje samobójcze, a ciężkie wahania nastrojów sprawiają poważne kłopoty w prowadzeniu normalnego życia… Ale osoba z ChADem nie będzie goniła przypadkowych ludzi z siekierą!

Sam ten cytat wystarczyłby, żeby skreślić tę książkę jako promującą tolerancję i zrozumienie. Jak taki fragment ma odebrać czytelnik niemający pojęcia o problemie? Jestem skłonna podejrzewać, że osoba nieznająca tematu raczej nie zaczęłaby postrzegać po takim przedstawieniu osób chorych pozytywnie.

Dalej wątek chorób psychicznych robi się jeszcze ciekawszy. Z grubsza w połowie książki dowiadujemy się, że ChAD, na który cierpieć ma Kinga, tak naprawdę jest psychozą poporodową (i nie, nie jest to poprawiona diagnoza – autorka wyraźnie stawia znak równości pomiędzy tymi schorzeniami, nagle zamieniając jedną nazwę na drugą, bez żadnego pokrycia w fabule). Do części, w której autorka opisuje psychozę zastrzeżeń mam najmniej – głównie dlatego, że temat ten nie jest mi tak bliski, więc dużo trudniej wyłapać mi błędy merytoryczne. Nie zmienia to faktu, że według autorki psychoza poporodowa, która pojawia się i ustępuje zwykle w ciągu trzech miesięcy, wiąże się jednocześnie z ciągnącymi się latami atakami psychotycznymi występującymi co miesiąc w dniu, gdy bohaterka zamordowała swoją maleńką córeczkę.

Pomijając już nieścisłości medyczne, którymi ta książka jest wręcz przeładowana, warto zadać sobie pytanie: jak według pani Michalak wygląda pomoc, którą może w Polsce otrzymać osoba z poważnym schorzeniem psychiatrycznym? Nie chcę być tutaj zrozumiana źle: uważam, że polska służba zdrowia nie radzi sobie ze stawianymi przed nią wyzwaniami. Kolejki do lekarzy są skandalicznie długie, przepisy absurdalne, a wielu lekarzy nie poświęca wystarczającej uwagi swoim pacjentom; przy czym sądzę, że jest to bezpośredni skutek beznadziejnego systemu. Niemniej jednak, z powodu trudności z postawieniem diagnozy, miałam okazję spędzić trochę czasu na oddziale psychiatrycznym i dzięki temu wiem, że takie sytuacje miejsca najzwyczajniej w świecie nie mają:
Mogłam za to do woli ryczeć, kląć i ciskać tym, co miałam pod ręką – do momentu gdy mnie obezwładniono i przypięto pasami do łóżka. Gdy stawałam się bardzo uciążliwa, na przykład wyłam jak potępieniec, zamykano mnie w izolatce, nagą, przywiązaną do metalowego stołu, i polewano wodą, nie powiem, wcale zimną, dotąd, aż umilkłam. Milkłam dosyć szybko, bo na przemian z napadami manii miałam napady depresji tak głębokiej, że potrafiłam jedynie spać i gapić się w sufit. Całymi tygodniami.
Co ty tu robisz, kobieto?! – pytałam sama siebie. I natychmiast dostawałam odpowiedź... Zrywałam się wtedy z łóżka, doskakiwałam do okratowanych drzwi, zaczynałam walić w nie pięściami, aż krew tryskała na białe ściany, i wyłam: – Wypuśćcie mnie! Muszę je odnaleźć! Muszę odnaleźć moje maleństwo! Wypuśćcie mnie!!!
Ryk alarmu, wykręcone ręce, zastrzyk w ramię i... było po maleństwie, a ja – znów cicha i spokojna – mogłam dalej kontemplować szpitalny sufit.
Byłam strzeżona w dzień i w nocy, niczym jakaś cholerna Szeherezada, bo śmierć za to, co zrobiłam, to łagodna kara. Pilnowano mnie więc, bym odpokutowała jak trzeba. Sześć długich, cholernie długich miesięcy za kratkami... Przy czym w więzieniu przysługiwałoby mi prawo do odwiedzin, dostawałabym paczki, wychodziła na spacer, do biblioteki, może nawet na przepustki. Tam, w psychiatryku, byłam pozbawiona wszelkich przywilejów.
Co do pierwszego cytatu: gdyby opisana sytuacja miała miejsce w jakimkolwiek szpitalu, zrobiłaby się z tego natychmiast afera na cały kraj. Takich przestarzałych, żeby nie powiedzieć: średniowiecznych metod, nie stosuje się już nigdzie (przynajmniej w Europie i Ameryce – nie mogę mówić na pewno o krajach spoza naszego kręgu kulturowego). Gdy pacjent zaczyna stwarzać zagrożenie dla siebie lub otoczenia, owszem, często ląduje w tzw. pasach – to znaczy na łóżku, przypięty skórzanymi pasami, podszytymi miękką wyściółką, żeby się nie poranił. W żadnym wypadku nikt takiego pacjenta nie rozbiera ani nie polewa zimną wodą! Tego rodzaju odzierające z godności działania nie tylko są niezgodne z prawem i zwyczajną empatią, ale też nie mają żadnego zastosowania w procesie leczniczym, mogąc nawet pogorszyć stan pacjenta. W czasie ataku może zostać podany środek uspokajający, ale po pierwsze: nie wynika to z „uciążliwości” pacjenta, po drugie: nikogo nie trzyma się w „pasach” dłużej, niż jest to absolutnie konieczne.

Idąc dalej: pacjent w czasie ataku psychotycznego może zostać unieruchomiony siłą i faktycznie, może zostać zaaplikowany lek uspokajający. Takie przeżycie, choć bez wątpienia może być traumatyczne, nie jest oznaką znieczulicy personelu, jak najwyraźniej próbuje przedstawiać to pani Michalak, a działaniem podyktowanym względami medycznymi. Co więcej, takie działania poddane są bardzo rygorystycznym procedurom.

Po trzecie: pacjent w szpitalu psychiatrycznym ma prawa. Bez wyroku sądu lub ubezwłasnowolnienia może nawet wypisać się na własne życzenie, jeśli tylko jest w stanie podpisać dokumenty. Jeśli względy medyczne tego nie zabraniają, ma też prawo do spacerów i przepustek – szczegółowe procedury różnią się w zależności od szpitala, ale nie zmienia to faktu, że twierdzenie, że pacjent psychiatryczny jest zniewolony bardziej niż osadzony w zakładzie karnym, jest poważnym nadużyciem. Nie ma również najmniejszych problemów z odwiedzinami – oczywiście w godzinach przeznaczonych na odwiedziny, ale przecież nie różni się to od jakiegokolwiek innego oddziału. Paczki również nie stanowią problemu: ze względów bezpieczeństwa rzeczy przyniesione pacjentom muszą być zatwierdzone przez personel, ale też każdy pacjent przy wpisie do szpitala dowiaduje się ze szczegółami, jakie przedmioty są na oddziale zabronione, a jakie mogą być używane jedynie pod nadzorem.

Co więcej, przy wypisie pacjent nie jest pozostawiany sam sobie, jak dalej opisuje pani Michalak, ale otrzymuje szczegółowe zalecenia odnośnie dalszej terapii, namiary na lekarzy, czasem nawet leki. W niektórych szpitalach bywa też zachęcany do pojawiania się na kontroli u lekarzy prowadzących przy szpitalu działalność ambulatoryjną. Tak więc: pomoc można otrzymać, nawet jeśli ze względów prawnych bywa to bardziej skomplikowane, niż powinno. Jeśli natomiast autorka, która, jak często podkreśla, swoją twórczość opiera na własnych doświadczeniach, miała okazję zetknąć się z podobnymi przypadkami w rzeczywistości, to zamiast opisywać je jako normalne praktyki, odstraszając tym samym osoby, które mogłyby skorzystać z pomocy psychiatrycznej, powinna zgłosić takie wydarzenia do odpowiednich władz. Bez wątpienia przyniosłoby to dużo więcej pozytywnych skutków.

Z przyjemnością porozwodziłabym się nieco nad kwestią, czym może poskutkować takie przedstawianie lecznictwa w powieści, która, było nie było, ma być realistyczna i zaangażowana – jednak wydaje mi się, że te cytaty mówią same za siebie. A przecież szkodliwość „Bezdomnej” nie kończy się na problemach związanych ze schorzeniami psychicznymi.

Tytułowy problem bezdomności na przykład rozwiązuje się w niej, wrzucając bezdomnego do wanny i wręczając koronkową bieliznę. Jeśli bezdomny po kąpieli i włożeniu czystych ubrań okazuje się być ładny, zdrowy i estetyczny, to znaczy, że jest godny szacunku i można mu również zafundować wynajem mieszkania, który ostatecznie ma rozwiązać wszystkie problemy: bo bezdomny, mając mieszkanie, bez problemu wróci przecież do swojego starego życia. (Główna bohaterka książki zaraz po znalezieniu mieszkania bez problemu odzyskuje pracę, którą miała, nim zaczęły się jej problemy.) Autorka zupełnie pomija przy tym kwestię ponownego przystosowania do życia w społeczeństwie po dłuższym okresie spędzonym na ulicy, podsumowując ten problem prostym zdaniem, które rozbawiło mnie do łez: „Pchnęła przyjaciółkę – bo tak zaczęła o Kindze myśleć – tak silnie, że ta wpadła na środek pokoju i czy tego chciała czy nie, znalazła się na łonie społeczeństwa.”

Oczywiście, problem utraconych dokumentów rozwiązuje się sam, a Kinga jest przytłoczona formalnościami przez cały akapit. Nie ma ani słowa o upośledzeniu społecznym i psychicznym osoby bezdomnej, wręcz przeciwnie – Kinga, żyjąc na ulicy, po wyciągnięciu „najlepszych ciuchów z pomocy społecznej” jest w stanie całkiem skutecznie udawać osobę biedną, ale mającą gdzie mieszkać. Temat został potraktowany tak bardzo po macoszemu, że w zasadzie gdyby nie to, że Kinga często nazywana jest po prostu „Bezdomną”, można by było w ogóle zapomnieć, że w ogóle został poruszony. Tak naiwne podejście nie do końca przystoi wykształconej pisarce po czterdziestce próbującej poruszać „trudne tematy”.

Osobną kwestią wartą poruszenia i nieco bulwersującą w książce promowanej przez dwie organizacje kobiece jest sposób przedstawienia płci. Za całe zło, które przydarzyło się głównej bohaterce, odpowiadają mężczyźni: ukochany z lat szkolnych, którego tchórzliwe podejście do życia wpędziło ją w ramiona złego męża, który zdradzał, pił i bił, ponownie pierwszy ukochany, który dowiedziawszy się o jej strasznym losie, znów ją odrzucił, a wreszcie zły redaktor brukowca, który przeinaczając artykuł o Kindze i publikując jej zdjęcia, naraził ją na lincz, kierując się podłą chęcią zysku. Jedynym przedstawicielem płci męskiej, który nie jest przedstawiony w jednoznacznie negatywnym świetle, jest były szef Kingi, który jako ojciec czwórki dzieci jest dobry i empatyczny – jednak nawet on w ostatecznym rozrachunku odmówił jej prawa do wyjaśnień, wyrzucając z pracy z powodu artykuliku w tabloidzie. Przy lekturze odnosi się przykre wrażenie, że pani Michalak rozumie feminizm jako wieszanie psów na mężczyznach. Z drugiej strony mamy kobiety: wredne flądry, które jak Aśka są pazerne na kasę i cudzych mężów, oraz święte skrzywdzone męczennice, niczym Kinga, które bez wsparcia męskiego ramienia nie potrafią odnaleźć się w życiu. Jakby tego było mało, można znaleźć w książce fragmenty w rodzaju: „A jeszcze ciekawsze, jakim cudem taka śliczna kobieta jak ona trafiła pod most. Każdy facet chętnie by się taką laską zaopiekował. Nawet bezinteresownie. Gdyby tylko zechciała.”

Jak rozumiem, Kongres Kobiet i CPK zgadzają się z twierdzeniem, że ładnych kobiet nie spotykają nieszczęścia, a męska opieka jest skutecznym sposobem na wszystkie bolączki życia?

Mogłabym jeszcze tak długo – pani Michalak wzbudziła we mnie pewien perwersyjny rodzaj podziwu, jako że nie byłam świadoma, że na jakichś 140 stronach da się upakować taką masę treści szkodliwych, obraźliwych i po prostu głupich. W życiu też nie wpadłabym na to, że taką książkę wydawać mogą wydawnictwa mieniące się poważnymi i, co gorsza, że promować ją mogą instytucje w rodzaju CPK i Kongresu Kobiet. Zwłaszcza że Pani Michalak w kontaktach osobistych nie jest osobą szczególnie kulturalną i przekonywującą. Miałam okazję się o tym przekonać osobiście, odwiedzając autorkę na spotkaniu z czytelnikami, które miało miejsce 13 czerwca w Krakowie. Pani Katarzyna, świadoma tego, że rozmawia z osobą cierpiącą na jedną z opisanych w książce przypadłości – chociaż najpierw zachwycona pojawieniem się czytelniczki głęboko zainteresowanej problemem – po pierwszych pytaniach dotyczących poruszonych wyżej kwestii zrobiła się napastliwa, by w końcu oznajmić mi w twarz, że najwyraźniej, jako osoba chora, mam zaburzone postrzeganie rzeczywistości (co objawiać się miało tym, że nie jestem zachwycona jej twórczością).

Ciekawa też była reakcja CPK na wątpliwości związane z promocją tego wątpliwej jakości „dzieła”. Na zarzuty dotyczące treści książki objętej matronatem pytające uzyskały następującą odpowiedź, którą pozostawię już bez komentarza:
Nasza Fundacja zajmuje się kobietami, które doświadczają przemocy i są dyskryminowane w różnych aspektach swojego życia. Dla nas ważne są tematy, które książka porusza: przemoc ekonomiczna i emocjonalna, wątek psychozy poporodowej i odrzucenia spowodowanego stereotypowym myśleniem, brakiem wiedzy o problemie czy zrozumienia, również wśród najbliższych. Natomiast ocenę literacką zostawiamy subiektywnym odczuciom Czytelników.
Moderatorki facebooka Kongresu Kobiet za to kompletnie nabrały wody w usta.

W tej sytuacji nie mogę nie zacząć zadawać sobie pytania: jak duże dotacje otrzymały Kongres Kobiet i Centrum Praw Kobiet za promowanie tak szkodliwej literatury i tak agresywnej osoby?

Wszystkie osoby pragnące dowiedzieć się więcej o zaburzeniu afektywnym-dwubiegunowym serdecznie zapraszam na bloga autorki tekstu Człowiek na Biegunach.

niedziela, 16 czerwca 2013

Parada 2013: z warunkowym patronatem


Plan był taki, że w czasie Parady Równości miałyśmy być gdzie indziej. Wylegiwać się na pomoście nad jakimś jeziorem, rzucać psu piłeczkę do wody, odpocząć i odstresować się na tyle, na ile da się to zrobić w dwa dni. Szyki pokrzyżowała nam Agnieszka Kozłowska-Rajewicz, a konkretnie jej "warunkowy patronat" nad największą polską imprezą LGBTQ:
Jestem pierwszym politykiem, który dał patronat tej imprezie, ale za cel postawiłam sobie, że marsz równości będzie marszem nie tylko jednej grupy narażonej na wykluczenie. Chcę uświadomić jego organizatorom, że będzie on zgodny z nazwą, tylko wtedy, gdy pojawią się na nim również przedstawiciele m.in. osób z niepełnosprawnością, osoby starsze, czujące się wykluczone z różnych względów, mniejszości etniczne i narodowe, ludzie chorzy... Jeśli jednak nie uda się tak zorganizować tegorocznego marszu, jeśli kolejny raz będzie on monotematyczny, to nie zdecyduję się na kolejne patronaty.
Te słowa bardzo ładnie obrazują problem, jaki mam z panią pełnomocniczką, czemu zresztą co jakiś czas daję tutaj wyraz. Bo z jednej strony ma rację - tak, Parada Równości nigdy nie była marszem wszystkich czy nawet wielu grup narażonych na wykluczenie, choć pewnie za taką chciałaby uchodzić. Jest imprezą skupioną wokół praw osób nieheteronormatywnych, a dokooptowywanie innych grup wykluczonych i ich postulatów nie ma szans zmienić tego jej odbioru. Nie znaczy to, że organizatorzy tego nie chcą. Pewnie chcą, w końcu od paru lat wśród postulatów Parady pojawiają się takie kwestie jak zniesienie barier architektonicznych czy zaprzestanie przerzucania kosztów kryzysu na barki najuboższych. Kłopot w tym, że się nie da. Nie: tak łatwo się nie da, po prostu się nie da. Impreza ma określoną markę. I zaklinaniem rzeczywistości byłoby udawanie, że jest czymś innym. Nie mówiąc już o żądaniu tego. I tu dochodzimy do drugiego dna wypowiedzi pani Rajewicz. A konkretnie do tego, że jej przecież nie chodzi o niezgodność nazwy z charakterem Parady, a o to, że dotyczy ona bardzo konkretnej mniejszości. Wyobrażacie sobie, że stawia podobne ultimatum marszowi osób z niepełnosprawnościami, starszych czy mniejszości etnicznych? Ja nie bardzo. Chodzi więc po prostu o to, by nie wspierać wprost imprezy LGBTQ. A właściwie zrobić to tak, by dać patronat, udając, że się go jednocześnie nie daje. Pokrętne? Cóż, partia rządząca zdążyła nas już do tego przyzwyczaić.

Jest też trzeci aspekt owego ultimatum. I to on sprawił, że koniec końców pojawiłyśmy się z Gosią na Paradzie. Nie jest tak, że osoby nieheteronormatywne są wyłącznie piękne, młode, zdrowe i bogate. Gdyby tak było, ale to już na marginesie, prawdopodobnie nie miałyby zbyt wielkiej potrzeby walki o równe prawa, bo niespecjalnie odczuwałyby ich brak. Kłopot w tym, że nazbyt często jest wręcz przeciwnie, bo przynależność do jednej grupy wykluczonej sprzyja znalezieniu się w kolejnej - otwartej lesbijce trudniej jest znaleźć i utrzymać pracę, w związku z czym łatwiej może trafić do grupy ubogich i bezrobotnych, i, w konsekwencji, chorych, bo nie stać ją na taki standard życia i opiekę lekarską, jaką ma jej pracująca heteroseksualna koleżanka (to rzecz jasna uproszczenie, ale pokazujące, jak łatwo można znaleźć się wśród wielokrotnie wykluczonych). Niestety, pani pełnomocniczka zdaje się hołdować stereotypowemu postrzeganiu osób nieheteronormatywnych jako narażonych wyłącznie na jeden typ dyskryminacji (ze względu na orientację i/lub tożsamość płciową). I nie przychodzi jej do głowy, że w społeczności LGBTQ jest prawdopodobnie większy odsetek osób z różnych względów wykluczonych niż w całej populacji.

I właśnie jako należące do więcej niż jednej grupy wykluczonych wybrałyśmy się w sobotnie popołudnie nie nad jezioro, a na Paradę. Symbolicznie, bo nie miałyśmy złudzeń, że obecność nasza czy wielu innych osób będących w podobnej sytuacji coś zmieni, ale, jak może wiecie, lubię symbole. Czy było warto? Sama nie wiem. Ze wszystkich znaczeń przypisywanych tej imprezie zawsze najbardziej przemawiało do mnie to, że Parada ma na celu po prostu świętowanie, afirmację różnorodności. Problem w tym, że nadal nie bardzo mamy co świętować i że lista spraw niezałatwionych i niemających szans na załatwienie w najbliższym czasie nie robi się krótsza. To oczywiście trochę kwestia punktu widzenia. Dla kogoś powodem do świętowania (i to całkiem słusznym) może być coming out czy fakt, że odważył się pojawić na Paradzie. Że już się nie wstydzi i nie boi. Ktoś inny (a chociażby i my) może mieć za sobą kiepski rok i nawet najbardziej różowe okulary nie pozwolą mu wczuć się w klimat tego wydarzenia. Klimat, który, sądząc z relacji części znajomych, jednak chyba był. Tak że może przeczytajcie to, co dalej, jednak trochę przez palce.

Zacznę, żeby nie było, od plusów. Sporo ludzi (w podawane przez organizatorów osiem tysięcy wprawdzie nie wierzę, bo jeszcze pamiętam Europride w Polsce, ale źle nie było), niezła organizacja - tu brawa należą się przede wszystkim sporej grupie wolontariuszy, którzy krążyli w tłumie, odpowiadali na pytania, rozdawali informatory i ogólnie pilnowali porządku. Wybranie trasy tak, by prowadziła obok tablicy upamiętniającej Izabelę Jarugę-Nowacką i Pałacu Kultury, gdzie właśnie kończył się Kongres Kobiet, którego uczestniczki mogły (i spora część się skusiła) do nas dołączyć. Co jeszcze? Media podają, że była to najspokojniejsza Parada z dotychczasowych. Może i była, choć jakoś mi się wydaje, że te imprezy nigdy do niespokojnych nie należały. Ale może ja mam widzenie spaczone tym, jak wyglądają marsze w innych miastach. A poza tym różnorodność, której, obawiam się, pani Rajewicz nie zauważy, bo się na wydarzenie nie pofatygowała, a w mediach niewiele widać (poza ortografem na transparencie grupki kontrdemonstrantów, co to chcieli "męszczyzn, a nie cioty", a na który rzecz jasna rzuciły się media). Obecność wśród przemawiających Barbary Nowackiej, Moniki Płatek i, chyba największa niespodzianka, pana Andrzeja "obrońcy krzyża", co się do naszych spraw dał przekonać.

Minusy? Gigantyczne opóźnienie na starcie - platforma organizatorów (pozostałe zresztą też, oprócz bodaj platformy Glamu, która jako niesprawna w ogóle nie została dopuszczona do przejazdu) pojawiła się pod Sejmem czterdzieści pięć minut po godzinie zbiórki. Poświęcenie kolejnych kilkudziesięciu minut na przemówienia (jestem pewna, że spóźnienie było niezawinione, ale skoro już się zadziało, to jednak lepiej było część przemówień przełożyć na później). Niewykorzystanie, kolejny rok z rzędu zresztą, wcześniej ustalonej kolejności platform i banerów. Wolontariusze uparcie poganiali niosących banery tak, aby nie było przerw między zgromadzonymi za nimi grupami, gdy tymczasem aż się prosiło o odwrotne rozwiązanie - zorganizowanie parady na wzór większych marszy z innych krajów, gdzie mamy nie jednolitą kolumnę maszerujących, ale właśnie ileś tam podążających za sobą grup skupionych wokół określonych postulatów czy reprezentujących konkretne instytucje. Kolejny też raz - w ubiegłym roku taki los spotkał Młodych Socjalistów, którzy tym razem chyba odpuścili sobie to wydarzenie - z Parady wyleciał jeden baner. Tym razem niechciane okazało się hasło "Kapitalizm? Róż głową". Powód? Ten sam co poprzednio - transparent nie został zgłoszony wcześniej. Choć rozumiem zamiłowanie organizatorów do porządku (mimo że go nie podzielam), to nie podoba mi się tak kategoryczne traktowanie tych, którzy z różnych powodów swoich haseł nie zgłosili. Zawsze można było im wskazać miejsce z tyłu pochodu, jeśli ktoś się obawiał, że niosący inne banery uznają, że ktoś zabiera im miejsce (absurdalne to trochę, no ale załóżmy, że ktoś mógłby tak uznać). Za długa trasa - półtorej godziny jest w porządku, trzy, szczególnie gdy się nie jedzie na platformie, a niesie czy prowadzi baner, to stanowczo za długo. I w końcu nijakie zakończenie na placyku za Smykiem, gdzie miało być małe miasteczko paradowe, a były śpiewy z platformy, będące stałą częścią scenerii ogródki piwne i zdecydowanie za mało miejsca, by zmieścili się wszyscy uczestnicy i uczestniczki, przez co spora część idących przez dłuższy czas nie mogła się zorientować, czy to już koniec, czy może przestój.

A poza tym znowu nie było piór w tyłkach, o których zawsze tyle czytam. I może mi się wydawało, ale było znacznie mniej drag queens niż zwykle. Była za to - i, uwaga, dla mnie to plus - ta pani (znacie ją, nieprawdaż?):


Dlaczego plus? Bo miło mi się z nią rozmawia. Od zawsze. A konkretnie od pierwszego Kongresu Kobiet, przed którym ją poznałam. Tym razem pogadałyśmy o coming oucie Marii Janion (była ciekawa, czemu tak późno) i o błędzie, który znalazła w broszurze o antykoncepcji. Oraz o tym, czemu nie byłam w tym roku na Kongresie. A poza tym zgodziłyśmy się, że można mieć różne poglądy, ważne, by wyrażać je bez agresji. Pamiętam, że kiedyś spytałam ją, czy zgodziłaby się udzielić mi wywiadu. Odpowiedziała wtedy, że nie rozmawia z mediami. Ale liczę, że kiedyś się jednak zgodzi, bo nadal bardzo mnie ciekawi, co pcha ją do tak wytrwałego działania.