środa, 31 lipca 2013

To nigdy nie jest tylko serial



"Orange Is the New Black", "The Fosters" i "Orphan Black"* to trzy seriale, które zaczęłam oglądać w ostatnich tygodniach. Co je łączy? Nieheteronormatywne bohaterki i bohaterowie. Co dzieli? Praktyczne wszystko. Pierwszy to tragikomiczna obyczajówka oparta na wspomnieniach pewnej kobiety, która wprost z wygodnego mieszkanka i życia w Nowym Jorku trafiła do więzienia. Drugi - naprawdę dobry i mądry serial rodzinny o dwóch paniach, które prowadzą rodzinę zastępczą, i perypetiach ich dzieci. Trzeci - będąca na bakier z logiką, ale za to fantastycznie zagrana produkcja science-fiction. Wszystkie trzy można określić jako skierowane do szerokiej publiczności. W promocji żadnego nie podkreśla się, że mają swojego geja, lesbijkę, osobę biseksualną czy transpłciową (a właściwie to mają ich znacznie więcej), bo te postacie nie robią w nich za politpoprawne dodatki do fabuły. Po prostu są, tak jak nie brakuje ich w innych produkcjach, jak chociażby w "Grze o tron", "Czystej krwi" czy "Lost Girl". I choć musi jeszcze minąć sporo lat, zanim ucichną pytania w stylu "Czy teraz w każdym filmie musi być gej?" czy stwierdzenia typu "Nigdy nie pozwolę oglądać swojemu dziecku filmu, gdzie są lesbijki", to chyba spokojnie można stwierdzić, że czasy, kiedy za jedyny nieheteronormatywny wątek w nieniszowej produkcji robiła opowiedziana subtekstem (znakomicie zresztą) relacja Xeny i Gabrieli, a romanse dwóch pań czy panów z tego czy innego filmu kwitły głównie w twórczości fanowskiej, mamy już za sobą. I jest to naprawdę dobra wiadomość. Choć do ideału rzecz jasna jeszcze sporo brakuje. Bo nadal w większości filmów albo postaci nieheteronormatywnych nie ma, albo są tak jednowymiarowe i stereotypowe, że widać, że zostały dodane po prostu na siłę. I chyba lepiej by wyszło, gdyby ich w ogóle nie było.

I właśnie wokół tego, czego nie ma, a co wiele osób chciałoby widzieć, rozegrał się niedawno mały dramat w jednym z fandomów, które obserwuję. Oto twórcy pewnego serialu podczas panelu odbywającego się w ramach konwentu Comic-Con w San Diego stwierdzili, że osoby, które dostrzegają chemię między głównymi bohaterkami, widzą coś, czego oni nie planowali. Niby nic, kłopot w tym, że był to bodaj jedyny panel, podczas którego pytanie o potencjalną nieheteronormatywność postaci wzbudziło w najlepszym razie zakłopotanie, a w najgorszym - panikę - i spotkało się z tak stanowczą i pozbawioną humoru odpowiedzią na "nie". Na dodatek inne pary spoza kanonu (ale tylko te damsko-męskie) nie wzbudziły na tymże panelu takich emocji. A jak dodać do tego jeszcze, że przez dwa sezony twórcy odpowiadali na pytania o ów potencjalny romans wymijająco - oglądajcie, nie chcemy wam zepsuć przyjemności (czyli stosowali klasyczny już zabieg kuszenia fanów LGBTQ, znany też choćby z "Rizzoli & Isles"), a samemu fandomowi co chwila dostawało się od innych widzów, wolących porządne kanoniczne pary, od nabuzowanych hormonami histeryczek wszędzie widzących homofobię  - to można sobie łatwo wyobrazić, jak bardzo parę (setek? tysięcy?) osób się wkurzyło.

I rzeczywiście - wkurzyło się. Bardzo. Przez kilka kolejnych dni twórcy serialu (i część grających w nim aktorek) byli zasypywani wiadomościami na Twitterze i Facebooku, czasem niezbyt uprzejmymi, powstało też co najmniej kilka setek tekstów, których autorki (i może nieliczni autorzy) tłumaczyły, jak istotne jest dla nich niekoniecznie to, by ich bohaterki były ze sobą (choć byłaby to wspaniała rzecz), ale to, by ten fandom był traktowany na równi z innymi, a nie jako coś, co może sobie istnieć, ale lepiej o tym głośno nie mówić. Jak można się domyśleć, owa zmasowana krytyka nie spotkała się jedynie z sympatią i zrozumieniem. Przeciwnie - jej autorki musiały się zmierzyć z oskarżeniami o agresję i wymuszanie, a krytyczne głosy płynęły nie tylko z zewnątrz, ale i z samego fandomu. Skupiono się oczywiście na nielicznych nienawistnych wypowiedziach, zupełnie pomijając rzeczową krytykę. Czyli, co by tu nie mówić, standard - w końcu zawsze tak się dzieje, gdy osoby niehetero protestują przeciw nierównemu traktowaniu czy homofobicznym wypowiedziom. Przedstawia się je jako agresorki (ach to słynne lobby i jego plany zniszczenia wszystkiego, co znamy i kochamy), a nie jako grupę dyskryminowaną.

Co ciekawe, mimo potężnego backlashu historia ta ma dość szczęśliwe zakończenie. Nie, bohaterki nie będą razem (choć kto wie, może w ósmym sezonie, o ile serial kiedykolwiek wyjdzie poza zakontraktowany trzeci). Ale twórcy serialu i grający w nim aktorzy w dość krótkim czasie przeszli od standardowego: "Nie mamy nic przeciw osobom LGBT, a nawet zamierzamy mieć taką w serialu" (łaskawcy), przez "Wspieramy wszystkie pary, więc nie oskarżajcie nas o homofobię", po rzeczową dyskusję o tym, dlaczego nie chodzi o wrzuconą na odczepne postać niehetero, a o szacunek do widzów i o postaci, które są istotne dla fabuły. Zaczęli bawić się subtekstem i przyznawać, że autorki fanowskich opowiadań mogą liczyć na sceny, które napędzą ich wyobraźnię. Pisać, że podziwiają pasję wszystkich swoich fanów, również tych, którzy wolą pary spoza kanonu. Słowem od paniki (Ale jak ktoś może coś takiego dostrzegać? Przecież my tego tak nie piszemy!) przeszli do całkiem poważnych prób traktowania tego fandomu dokładnie tak jak wszystkich innych - jako czegoś zwyczajnego.

Ci, którym nieszczególnie się spodobał ów najazd na twórców serialu, często posługiwali się argumentami spod znaku "przecież to tylko serial, nie traktujcie go tak poważnie". Sęk w tym, że dla osób, które czują się dyskryminowane (piszę "czują", a nie "są" bynajmniej nie dlatego, że uważam, że nie są, ale dlatego, że można należeć do opresjonowanej grupy, ale się z nią nie identyfikować), serial czy film nigdy nie jest po prostu serialem czy filmem. Jest odzwierciedleniem rzeczywistości, w której żyją. W której siebie widzą lub nie. I równie istotne jest dla nich to, co w nim jest, jak i to, czego nie ma. Spójrzmy chociażby na "Grę o tron", która na pozór może się poszczycić całkiem sporą różnorodnością i niezłym przedstawieniem np. sytuacji kobiet w czasach, w których toczy się jej fabuła. Niestety ów serial ma inny problem - żaden niebiały bohater nie jest w nim jest sportretowany inaczej niż "dzikus" czy niewolnik czekający na białych wyzwolicieli. Co ma dokładnie tyle samo wspólnego z rzeczywistością (tu również, potencjalnie, realiami średniowiecza, bo spotkałam się też z tłumaczeniem takiego podejścia historią) co nienawidząca mężczyzn feministka-lesbijka z wczesnej twórczości Łepkowskiej czy złowrogi gej-dystrybutor pornografii z nieco późniejszego "dzieła" tej pani. Czyli tak: bywają geje-dystrybutorzy pornografii, nienawidzące mężczyzn lesbijki, a niewolnictwo i biali wyzwoliciele z pewnością istnieli. Kłopot w tym, że gdy w jednym filmie dostaje się całe spektrum białych heteroseksualnych bohaterów, a tylko jeden typ osób należących do innej grupy, to dość łatwo stwierdzić, że ktoś tu jest stereotypizowany, a ktoś nie.

Czyli co - uważam, że każda produkcja powinna zadbać o jak największą różnorodność bohaterów? Że, hi hi, ha ha, parytety, pięć procent tego, dziesięć tamtego, zgodnie z kształtem społeczeństwa, a może i niezgodnie, by wynagrodzić niektórym lata milczenia w ich temacie? I tak, i nie. Wróćmy jeszcze na chwilę do stwierdzenia, że istnieje ileś tam osób (pewnie całkiem sporo), dla których serial nigdy nie jest po prostu serialem. Pamiętacie, co się działo, gdy te chyba już naście lat temu w "Klanie" pojawiła się Majka (tak, to ta wspomniana parę linijek wyżej nienawidząca mężczyzn feministka-lesbijka)? Mnóstwo, ale to mnóstwo kobiet rzuciło się, by to obejrzeć. Również te, które uważały, że "Klan" to wybitnie głupia produkcja. Postać Majki była boleśnie stereotypowa i gdyby ktoś taki pojawił się w którymkolwiek ze współczesnych seriali, dla bardzo wielu osób byłby to powód, by przestać go oglądać. Ale wtedy? Kiedy postaci nieheteronormatywnych na dużych i małych ekranach było jak na lekarstwo? Wtedy to było coś. Na tyle duże coś, że niektórym nawet udało się znaleźć w tej bohaterce jakieś plusy (prym wiodła bodaj uroda). Dlaczego? Z tego samego powodu, dla którego coraz większa reprezentacja osób LGBTQ w serialach jest dobrą wiadomością i z tego samego, dla którego nadal się o nią walczy. Bo widoczność ma znaczenie. I dla grup opresjonowanych, które mają szansę identyfikować się z bohaterami i zobaczyć dla siebie inne możliwości niż niewolnica czy słodki przyjaciel gej, i dla wszystkich innych, którzy mogą zobaczyć to samo, a za to przestać myśleć stereotypami.

Już o tym jakiś czas temu pisałam, ale powtórzę: widoczność ma takie samo znaczenie jak równe prawa. I nie ma tak naprawdę równych praw bez widoczności. Bo co z tego, że młody gej będzie kiedyś tam kiedyś wziąć ślub ze swoim partnerem, gdy przez cały okres dorastania będzie bombardowany sygnałami, że jednak jest inny, że należy mu się mniej miejsca, że o takich jak on to tylko w HBO, że może sobie być, ale powinien jednak znać swoje miejsce. Co z tego, że miłe dwie panie będą mogły spokojnie wychowywać dzieci jednej z nich, gdy te dzieci nie będą widzieć takich rodzin jak ich w telewizji familijnej. Co z tego, że równe prawa nie zależą już szczęśliwie od koloru skóry, kiedy wymazuje się te części historii, kiedy to bynajmniej nie biali byli bohaterami czy przyczyniali się do rozwoju cywilizacji.

Jasne, że walka o widoczność w mediach i równe traktowanie wszystkich fanów seriali nie wydaje się szczególnie istotna w świetle tego, co się dzieje w Polsce, nie mówiąc już o Rosji i innych, jeszcze mniej sympatycznych krajach. Tyle że bez tego nie powstałaby żadna z wymienionych na początku tego tekstu produkcji, Xena i Gabriela pozostałyby wyłącznie przyjaciółkami, a pisząca ten tekst nie miałaby okazji poczuć się trochę mniejszym dziwadłem te ponad dwadzieścia lat temu, kiedy to jedna ze stacji (bodaj PTK2) puściła serial "Ellen", a MTV bez problemów włączało postacie nieheteronormatywne do swoich reality shows.

* O "Orange Is the New Black" i "The Fosters" postaram się (o ile uda mi się w końcu przewalczyć pisarską blokadę) niedługo napisać coś więcej. Bo są tego warte. "Orphan Black" już mniej, ale i tak nań zerknijcie. Dla Tatiany Maslany.