poniedziałek, 15 września 2014

Ekstremiści nie odpuszczą

W piątek Sejm w pierwszym czytaniu odrzucił obywatelski projekt ustawy wprowadzającej kary za edukację seksualną. Zbieraniu podpisów pod projektem towarzyszyła obrzydliwa akcja "Stop pedofilii", której twórcy, posługując się fałszywymi danymi, jednoznacznie zrównywali homoseksualność z pedofilią i oskarżali osoby nieheteronormatywne o deprawację dzieci. Odrzucenie projektu to oczywiście dobra wiadomość, ale nie ma co się łudzić, że ukróci zapędy jego twórców do szkalowania osób LGBTQetc. Pewne jest, że temat nadal jest będzie obecny - w szkołach, samorządach czy na uczelniach. I za jakiś czas wróci do Sejmu.

Dwa przykłady tej obecności z ostatnich dni. Z początkiem roku szkolnego wróciły spotkania z cyklu "Czy gender zagraża naszym dzieciom?", poświęcone straszeniu osobami niehetero i edukacją seksualną. Jedno z nich odbyło się 4 września w Krakowie. Główną prelegentką była radna PiS Barbara Nowak. Czego mogli się dowiedzieć jego uczestnicy i uczestniczki? Że zwykła seksualizacja dzieci to dla promotorów deprawacji za mało - teraz na fali jest homoseksualizacja. I to przed nią trzeba bronić szkoły, dzieci, Polskę i prawdziwych Polaków. Jako podkładka - tradycyjnie badania Regnerusa. I nieważne, że ich autor sam przyznał, że nie mogą być wykorzystywane w kontekście osób niehetero, bo ich zwyczajnie nie dotyczyły. Ważne, że można po raz kolejny zrównać osoby LGBTQetc. z pedofilami i zasiać trochę nienawiści.
 
Drugi przykład: w najbliższy piątek w Poznaniu będzie miał miejsce występ (nie nazwę tego wykładem) kolejnej piewczyni tezy o tym, że homoseksualność jest czymś nabytym - tym razem nie w szkole, a w wyniku mody - Janelle Hallman. Hallman zdobyła tytuł psycholożki na Regent University, najbardziej konserwatywnej uczelni w Stanach, założonej przez niejakiego Pata Robertsona, który wsławił się między innymi stwierdzeniem, że huragan Katrina był karą bożą za danie kobietom prawa do aborcji i akceptację osób niehetero. Skrajnie ideologiczny charakter alma mater psycholożki nie przeszkadza rzecz jasna organizatorom spotkania z nią w przedstawianiu jej jako światowej sławy eskpertki. 

Według Hallman lesbijką jest zostać niezwykle łatwo:
Nie wiem, jak to wygląda w Polsce, jednak w USA w tej chwili biseksualizm jest zwyczajnie modny. Jeśli jesteś biseksualny, jesteś popularny. Gdy dziewczyna całuje się z dziewczyną, podnieca to chłopaków, a dziewczyny zdobywają popularność. Jednak to ma konkretne konsekwencje. Niektóre dziewczyny wskutek powtarzania tych zachowań, mimo iż z początku robiły to z motywów pozaseksualnych, zaczynają odczuwać autentyczne podniecenie seksualne. Zaczynają to interpretować jako oznakę, iż są lesbijkami, a nawet przyjmują lesbijską tożsamość.
Szczęśliwie równie łatwo jest przestać nią być. Wystarczy, by lesbijki pozbyły się awersji do sukienek, zaczęły gotować, służyć gościom i okazywać czułość dzieciom, a geje rąbali drewno i malowali domy. Oczywiście Hallman nikogo nie zmusza do zmiany orientacji, po prostu oferuje swoim klientom "pozbycie się problemów". A że przy okazji, czego nie ukrywa, uważa, że homoseksualność jest nieakceptowalna jako sprzeczna z "boskim planem", to drobiazg, który z pewnością nie ma wpływu na jej pracę jako terapeutki.

Można kpić z bzdur opowiadanych w trakcie tego typu spotkań, tyle że one są liczne, trafiają na podatny grunt, mają wsparcie największej partii opozycyjnej, która już niedługo może stać się partią rządzącą, i nie ma dla nich przeciwwagi w postaci głosu kogoś równie silnego. Czyli partii (jeszcze) rządzącej. Wszak ministra edukacji uważa, że młodzi ludzie nie powinni decydować o tym, czy chcą uczestniczyć w zajęciach z edukacji seksualnej. Poprzednia pełnomocniczka ds. równości, mimo deklarowanej przyjazności wobec postulatów osób nieheteronormatywnych, była za sterylizacją osób transpłciowych i miała ogromny problem nawet z tak symbolicznym gestem jak objęcie patronatem Parady Równości. Obecna pełnomocniczka wolała zaufać premierowi Tuskowi w kwestii tego, czego oczekują osoby LGBTQetc., niż skontaktować się bezpośredni z nimi. Dla Ministerstwa Spraw Zagranicznych kłopotem było zamieszczenie w swoim poradniku "Polak za granicą" informacji o tym, że niektóre kraje mogą być niebezpieczne dla gejów, lesbijek czy osób transpłciowych, bo zdaniem jego urzędników napisanie o tym byłoby równoznaczne z dyskryminacją homofobów. Przykłady można mnożyć, sens pozostaje ten sam - nie ma co liczyć na co bardziej wpływowych polityków, że ukrócą antyhomoseksualną paranoję czy choćby zdecydowanie opowiedzą się przeciw tego typu praktykom. Nie jesteśmy dla nich ważni. Nie stanowimy siły. Wiedzą, że tak naprawdę puste gesty - uzupełnienie, po wielkich bojach, poradnika, danie warunkowego patronatu - wystarczą. Resztę załatwi straszenie PiS-em - również nas, jak to całkiem niedawno zrobił Adam Szejnfeld. I również my po raz kolejny damy się nabrać, w efekcie czego w nadchodzących latach nasze sukcesy nadal będą polegały niwelowaniu skutków działania coraz bardziej opresyjnej rzeczywistości.

Dziękuję Magdzie za podesłanie skanu ulotki ze spotkania "Czy gender zagraża naszym dzieciom?".

Zdjęcie: dbking (CC-BY-2.0)

piątek, 12 września 2014

Kongres Kobiet popiera

Stowarzyszenie Kongres Kobiet oraz Gabinet Cieni Kongresu Kobiet wyrażają wsparcie dla kandydatki na premiera RP, Pani Ewy Kopacz. Czujemy się zaszczycone tym, że tak kompetentna i doświadczona osoba obejmie jeden z najważniejszych urzędów w państwie.
Jednocześnie wyrażamy sprzeciw wobec bezprecedensowej krytyki Marszałkini Ewy Kopacz opartej na stereotypach płci i seksistowskich uprzedzeniach i zwracamy się zarówno do polityków jak i do mediów o zaprzestanie takich niewłaściwych praktyk.
Kongres Kobiet od początku swego istnienia dążył do równości społecznej, prawnej i politycznej kobiet i mężczyzn – w szczególności do równego dostępu kobiet do polityki, władzy, mediów, rynków pracy, opieki medycznej itp. Społeczeństwo, w którym – tak, jak w naszym – są tak duże dysproporcje między możliwościami kobiet i mężczyzn, nie może być ani społeczeństwem sprawiedliwym ani szczęśliwym. Demokracja bez kobiet to połowa demokracji. Władza bez kobiet to kulawa władza. Społeczeństwu potrzeba równowagi.
- takie oświadczenie pojawiło się wczoraj na stronie Kongresu Kobiet. Jednocześnie ani na stronie stowarzyszenia, ani na jego profilu na Facebooku nie ma nawet wzmianki o tym, że jedną z ostatnich decyzji Ewy Kopacz jako marszałkini Sejmu było zdjęcie z porządku obrad Sejmu projektu ustawy o ratyfikacji konwencji o zapobieganiu przemocy wobec kobiet i przemocy domowej. Kopacz nie dopuściła do drugiego czytania projektu na wniosek PiS. Tłumaczyła, że to nie chodzi o jej poglądy, a o obyczaje, o to, że jak jakiś klub zwraca się z takim wnioskiem, to ona się przychyla. Doprawdy, tłumaczenie równie kuriozalne jak sam wniosek, tradycyjnie utrzymany w duchu walki z potworem spod łóżka o wdzięcznym imieniu gender:
Konwencja wymusza zmiany, które ingerują w instytucję małżeństwa, rodziny czy wychowanie dzieci, zaburzając tym samym ich dotychczasowe funkcjonowanie oparte na akceptowanej społecznie tradycji i wyznaniu. Projekt budzi dużo zastrzeżeń natury prawnej i legislacyjnej, dlatego powinien być dogłębnie przeanalizowany i przedyskutowany na bardzo wielu płaszczyznach.
Ciekawe jest też samo oświadczenie Kongersu. Otóż dowiadujemy się z niego, że poparcie udzielone Ewie Kopacz wynika z ideałów stowarzyszenia, z przeświadczenia, że kobiety powinny mieć równy dostęp do polityki, władzy, mediów, rynków pracy, opieki medycznej i że dysproporcje między możliwościami kobiet a mężczyzn sprawiają, że nie możemy być szczęśliwym i sprawiedliwym społeczeństwem. Oczywiście pełna zgodna, tyle że niezapewnianie dostatecznej ochrony ofiarom przemocy i niezapobieganie jej też nie sprawi, że takowym społeczeństwem będziemy.

Nie wszystkie kobiety chcą być szefowymi firm, polityczkami, nie wszystkie chcą pracować czy pokazywać się w mediach. Wszystkie natomiast - tak jak i wszyscy ludzie - w jakimś stopniu narażone są na przemoc. Kongres Kobiet, przy całym szacunku dla jego osiągnięć, niestety już nie raz dał się poznać jako organizacja oderwana od problemów sporej rzeszy kobiet (ubogich, wykluczonych, nienormatywnych...), promująca wielkomiejskie panie w kosztownych garsonkach opowiadające zapatrzonym w nie paniom z mniejszych miejscowości, które nigdy sobie na owe garsonki nie będą mogły pozwolić, jak odnieść sukces w polityce czy biznesie. Udzielając poparcia Ewie Kopacz, a jednocześnie ani słowem nie zająkując się o jej roli w trwającym kolejny już rok odwlekaniu ratyfikacji konwencji o zapobieganiu przemocy, po raz kolejny pokazał, które kobiety interesują go bardziej.

Szanuję Ewę Kopacz. Za to, co zrobiła w Smoleńsku, za wsparcie udzielone półtora roku temu projektom ustaw o związkach partnerskich (swoją drogą, wtedy PiS też wnioskował o ich zdjęcie z porządku obrad), za parę innych rzeczy. Uważam, że jest kompetentną i doświadczoną osobą. Ale nie sądzę, że jej rządy, jeśli chodzi o sprawy kobiet czy osób nieheteronormatywnych, będą się w jakikolwiek sposób różniły od rządów Tuska. Nie widzę więc powodu, by Kongres czy inna organizacja kobieca jakoś szczególnie ją popierała. Objęcie przez nią teki premiera nie sprawi, że będzie bardziej sprawiedliwie i szczęśliwie. Nie sprawi, że nagle będziemy mieć całą, nie pół demokracji. Nadal będzie to demokracja bez kobiet, ignorująca ich potrzeby i problemy.

Spodnium za szkłem

"W duchu wierności Janowi Pawłowi II oraz w imię elementarnego rozsądku i troski o przyszłość narodu, nie damy nigdy przyzwolenia na promowanie tak zwanych związków partnerskich, które u podstaw podważają instytucję małżeństwa jako projekt ślubowanej, dozgonnej miłości i wierności" - oświadczył w niedzielę rodzinom, które przybyły na pielgrzymkę do Kalwarii Zebrzydowskiej, nie kto inny jak kardynał Stanisław Dziwisz. Dzień wcześniej i tysiące kilometrów dalej, jakby na złość przewielebnemu, ślub wzięły 91-letnia Vivian Boyack i 90-letnia Alice Dubes. Po 72 latach związku pobrały się w swoim rodzinnym stanie Iowa, gdzie małżeństwa osób tej samej płci są możliwe od 2009 roku.

Czytając ich historię, trudno nie przypomnieć sobie innego ślubu, sprzed kilku lat:
Panie na zdjęciu to Del Martin i Phyllis Lyon. Swój związek sformalizowały w 2004 roku w Kalifornii, jako pierwsze po tym jak wprowadzono tam równość małżeńską, po ponad 50 wspólnie spędzonych latach. Krótko potem ich małżeństwo, podobnie jak innych par jednopłciowych, które skorzystały wówczas z możliwości zawarcia ślubu, zostało unieważnione. Ponownie pobrały się w 2008 roku. Były pionierkami walki o prawa osób niehetero. Pierwszą organizację - Córki Bilitis - założyły w 1955 roku. Uzyskanymi po wielu latach prawami cieszyły się krótko. Del zmarła miesiąc po ślubie.

Zdjęcia ze ślubu Vivian i Alice, tak jak i innych wielu par, które w ostatnich latach skorzystały z zapewnianej przez coraz liczniejsze kraje i stany równości małżeńskiej, obiegły media. Del i Phyllis dodatkowo doczekały się niejednego rozdziału w opracowaniach historycznych, a ich ślubne stroje własnej gabloty w Muzeum Historii LGBT w San Francisco.
Można oczywiście powiedzieć, że to wspaniałe, że panie doczekały się równych praw. Że ich śluby to ukoronowanie wieloletniej walki, że - w przeciwieństwie do tych, którzy mieli pecha urodzić się (lub umrzeć) wcześniej - udało im się zobaczyć jej efekty i, przynajmniej symbolicznie, z nich skorzystać. I to prawda, to jest wspaniałe. Z drugiej strony, o ile zdjęcia z ich ceremonii małżeńskich są wzruszające, o tyle gablota ze strojami Del i Phyllis jest po prostu smutna. Bo właściwie tyle z ich ślubu zostało: dwa żakiety, dwie pary spodni, tabliczka z opisem. Phyllis żyje, w tym roku skończy 90 lat, ale ich - Del i Phyllis - już nie ma. Spędziły ze sobą 56 lat, a małżeństwem były tylko przez 6 miesięcy w 2004 i przez miesiąc w 2008.

Kiedy byłam piękna, młoda i pełna zapału do działania, marzyło mi się, że moja partnerka i ja będziemy w gronie pierwszych par, które sformalizują swój związek, gdy tylko będzie to możliwe. Teraz mam inne marzenie - żeby to nie było nic wielkiego. Ot, decyzja, pójście do urzędu, wyznaczenie daty, dopełnienie formalności, podpisanie dokumentów, impreza dla najbliższych. Żeby to było zwyczajne. Tak zwyczajne, by nikt się tym nie interesował, nie komentował, nie robił fotorelacji, nie uważał, że jest to w jakikolwiek sposób medialne, ważne, że znaczy cokolwiek więcej poza tym, co znaczy. Małżeństwo bez kazań i bez polityki. Prywatne. Zawarte wtedy, gdy chcę, a nie wtedy, gdy mogę. Zawarte, bo chcę, a nie, by coś uhonorować. Realne, nie symboliczne.

Zabawne, że to marzenie jest w pewnym sensie zbieżne z pragnieniami (przynajmniej deklarowanymi) wszelkiej maści homofobów, którzy pod każdym ślubnym doniesieniem z nieco milszych dla osób niehetero krajów niż Polska wylewają frustracje związane z tym, że znowu "muszą" czytać o tych lesbijkach i gejach, że muszą je i ich oglądać, że co w tym właściwie ciekawego, co to za moda i po co o tym pisać. Też bym chciała, by media skupiły się na śledzeniu Brada i Angeliny, by w zwykłych związkach zwykłych osób nie było nic ciekawego i by nie było po co o nich pisać. I by ślubne stroje, zamiast smętnie zwisać w muzealnych gablotach, gniotły się w szafach lub kończyły żywot w paszczach moli.

Tylko że najpierw muszą być te śluby.

Zdjęcia: G. Koskovich, GLBT Historical Society (CC-BY-SA-3.0), Nick Gorton (CC-BY-SA-3.0)

niedziela, 31 sierpnia 2014

Zanim wybierzesz się do notariusza

O Jędrzeju i Macieju Idziak-Sępkowskich z Krakowa, którzy zawarli u notariusza "umowę partnerską", spisali testamenty, zmienili nazwiska i udzielili sobie wzajemnie pełnomocnictw na różne okoliczności, a następnie urządzili huczną imprezę weselną połączoną z uroczystą przysięgą, słyszeli już pewnie wszyscy. W ostatnich dniach panowie odwiedzili większość znaczących mediów, w których opowiedzieli swoją historię, a przy okazji zainspirowali ileś tam osób do pójścia w ich ślady.

Choć panowie niekoniecznie są z mojej bajki (nie podzielam ich wartości spod znaku Boga, honoru i ojczyzny oraz uważam, że walka o równe prawa jest bardzo ważna, nawet jeśli oznacza sojusze z ludźmi, z którymi niekoniecznie jest mi po drodze), to, w przeciwieństwie do iluś tam osób, nie uważam, by w jakikolwiek sposób zaszkodzili sprawie związków partnerskich czy równości małżeńskiej, pokazując, że wszystko można załatwić notarialnie. Bo ani tego nie pokazali, ani nie twierdzą, że pokazali, ani nikt pod ich wpływem tak twierdzić nie zaczął. Powiedzmy to sobie szczerze, jak ktoś jest przeciw, to racjonalne argumenty niespecjalnie do niego trafiają, tak więc nawet jak jeden odpadnie (że notariusz), to znajdzie sobie inny (że prawo naturalne, że temat zastępczy, że przedłużenie gatunku itd.). Fakt, że Jędrzej i Maciel strzelili w mediach kilka byków - najgrubszy chyba w rozmowie z dziennikarzem NaTemat.pl, gdzie stwierdzili, że leżące w sejmowej zamrażarce projekty ustaw o związkach partnerskich nie dają nic ponad to, co oni zrobili - ale też nie ma co się specjalnie na nich gniewać, wszak były i takie projekty (aż dwa), autorstwa konserwatystów z PO, więc mogli się w tej mnogości propozycji pogubić.

Zdecydowany plus ich akcji, poza tym, że musieli nieźle wkurzyć całkiem sporą rzeszę osób, z którymi dzielą te same wartości (no bo jak to - gej konserwatysta, patriota i do tego katolik?), jest taki, że dzięki nim kolejne parę osób zorientowało się, że w jakiejś tam szczątkowej formie mogą się zabezpieczyć i zaczęło się interesować swoimi prawami. Minus - że ileś tam kancelarii notarialnych może zechcieć to wykorzystać i zacząć wciskać ludziom produkty związkopodobne (tak jak to się działo półtora roku temu, gdy Sejm w pierwszym czytaniu odrzucił wszystkie projekty ustaw o związkach partnerskich), oczywiście odpowiednio się nazywające i odpowiednio kosztowne. Dlatego, zanim zdecydujemy się na wizytę u notariusza, warto wiedzieć, czego żadna umowa i żadne pełnomocnictwo nam nie zapewni, nawet jeśli pan prawnik czy pani prawniczka będą gorąco swój produkt zachwalać i zapewniać o jego superskuteczności.

Przede wszystkim żadna umowa nie sprawi, że w świetle polskiego prawa staniemy się osobami bliskimi czy rodziną. Noszenie tych samych nazwisk może pomóc w sytuacji granicznej, jak konieczność dowiedzenia się o stan zdrowia nieprzytomnego partnera, ale równie dobrze może nie pomóc, gdy ktoś z personelu medycznego zechce się dowiedzieć, kim właściwie jest dla nas ten pan czy ta pani. Generalnie w placówkach medycznych jest trudno. Można złożyć w każdej z nich oświadczenie, na podstawie którego partner czy partnerka będzie mógł lub mogła odbierać nasze wyniki badań. Zwykłe odwiedzenie przytomnej osoby też nie powinno stanowić problemu (chociaż zdarza się niestety, że stanowi). Schody zaczynają się, gdy ta osoba wyląduje na OIOM-ie. Nawet jeśli mamy jej oświadczenie woli, zgodnie z którym możemy dowiadywać się o jej stan zdrowia czy decydować o procedurach medycznych. Kłopot polega na tym, że tego typu dokumenty nie zawsze są respektowane. Dlaczego? Bo za udzielenie informacji osobom nieuprawnionym pracownikom ochrony zdrowia grozi kara nawet do trzech lat więzienia, więc częstokroć wolą oni dać pierwszeństwo rodzinie (tej w świetle prawa - małżonkom, wstępnym, zstępnym, krewnym bocznym, powinowatym...). Teoretycznie można walczyć o swoje na drodze sądowej, tylko kto ma na to czas i siły, gdy życie partnera czy partnerki jest zagrożone, a my nawet nie możemy się dowiedzieć, co się z nim czy nią dzieje.

Notarialnie nie da się też załatwić większości spraw majątkowych. Oczywiście można się wzajemnie upoważnić do dysponowania dobrami materialnymi, można też spisać testamenty oraz poprosić rodziców o zrzeczenie się zachowku czy - jeśli nie jesteśmy z nimi w dobrych relacjach - spróbować ich wydziedziczyć (do tego muszą być jednak ważne przesłanki). Kwestie takie jak wspólne opodatkowanie czy zwolnienie z podatku od spadku i darowizn są już jednak nie do przejścia. W najlepszym zatem wypadku, gdy odpadnie nam konieczność wypłacenia rodzinie zachowku, dziedziczenie majątku po śmierci partnera czy partnerki (który to majątek zazwyczaj był wspólnie wypracowany) wiąże się z koniecznością zapłacenia państwu 20 procent jego wartości. Mniejsza, gdy tym majątkiem jest piętnastoletni samochód, gorzej, gdy jest to wspólnie spłacane przez trzydzieści lat mieszkanie. Trzeba się też zawsze liczyć z możliwością podważenia testamentu przez rodzinę zmarłej osoby, szczególnie gdy nie akceptowała naszego związku, i koniecznością wieloletniej batalii sądowej. Niekoniecznie wygranej.

Nie ma również możliwości zabezpieczenia drugiej osoby, gdy jest bezrobotna, niepełnosprawna czy przewlekle choruje. Nie obejmiemy jej swoim ubezpieczeniem z ZUS, nie dostaniemy wolnego na opiekę czy zasiłku opiekuńczego. Nie otrzymamy też renty rodzinnej, gdy partner czy partnerka umrze, nie odziedziczymy również emerytury (wyjątkiem są środki gromadzone w OFE, do których dziedziczenia możemy upoważnić kogo chcemy). Nie ma też opcji, by zapewnić sobie prawo do odbioru ciała partnerki czy partnera po śmierci, a także zorganizowania pochówku. Bez względu na naszą wolę ciało zostanie wydane rodzinie, a jeśli jej zabraknie, obowiązek pochówku spocznie na gminie.

Jeśli nasz partner jest cudzoziemcem, to nawet jeśli weźmiemy ślub za granicą, w Polsce nadal będziemy dla siebie osobami obcymi (odpada więc np. możliwość zapewnienia prawa pobytu partnerowi czy partnerce spoza UE). Obecne prawo nie zapobiega też konfliktom interesów między partnerami czy partnerkami - możemy być swoimi szefami w urzędach czy sądach lub zasiadać w komisji dyscyplinarnej, która osądza partnera czy partnerkę.

Mimo tych wszystkich "nie" i "tak, ale" ja akurat uważam, że warto się zabezpieczyć na tyle, na ile się da - nasze pełnomocnictwa, spisane kilka lat temu, przydały się nam nie raz, a to w urzędach, a to na poczcie. Ważne jednak, by mieć świadomość, co dają, a czego nie (by nie robić sobie zbędnych nadziei), i by zbytnio za nie nie przepłacić. No i zdecydowanie uważam, że warto nagłaśniać swoje śluby, czy to humanistyczne, czy kościelne (np. zawarte w Wolnym Kościele Reformowanym), czy zagraniczne, i "śluby" (uroczyste przyrzeczenia złożone w gronie najbliższych). Każde takie wydarzenie to okazja, by pokazać, kim jesteśmy, czego chcemy i po co nam właściwie równe prawa.

UWAGA! Nie jestem prawniczką. W tekście mogą być nieprecyzyjne sformułowania (nieprawnicze czy niezdefiniowane w polskim prawie) oraz nieścisłości.

wtorek, 26 sierpnia 2014

O co chodzi Fundacji PRO - Prawo do Życia

Nawet jeśli nie kojarzycie tej fundacji z nazwy, to z pewnością zdarzyło się wam zetknąć z efektami jej działalności. To oni od 2005 roku obwieszają ulice zdjęciami zmasakrowanych płodów (zestawionymi, w zależności od potrzeb, ze zdjęciami "proaborcyjnych" polityków i polityczek, Hitlera, ofiar wojen, głodujących dzieci...). To oni pikietują pod szpitalami, w których zgodnie z prawem dokonuje się aborcji i zastraszają pracujących tam lekarzy i lekarki. To oni zbierają podpisy pod projektami ustaw o zmuszaniu kobiet do rodzenia niezależnie od okoliczności.
Ostatnio, oprócz ograniczania praw kobiet, wzięli się też za nękanie i stygmatyzowanie osób nieheteronormatywnych. Służy temu akcja o jakże szczytnej nazwie "Stop pedofilii". Jej celem nie jest bynajmniej ochrona dzieci czy pomoc ofiarom wykorzystania seksualnego, a walka z edukacją seksualną i powielanie najobrzydliwszych stereotypów na temat osób LGBTQ, szczególnie tego, że są one niebezpieczne dla dzieci. 

Jednoznacznie jako akcję szkodzącą dzieciom i stygmatyzującą osoby niehetero oceniła ją Monika Sajkowska z Fundacji Dzieci Niczyje, która od 23 lat działa na rzecz ochrony dzieci przed wykorzystaniem seksualnym:
Ta akcja kwestionuje prawa dzieci do informacji i rozwoju, dezorientuje, dezinformuje, buduje atmosferę zagrożenia i wrogości. Trudno uwierzyć, że w XXI w. można postulować karanie za dostarczanie dzieciom wiedzy o ich rozwoju i naturze relacji seksualnych, a opiekunów, nauczycieli i wychowawców prowadzących taką edukację stawiać w jednym szeregu z pedofilami. Pedofilia jest zaburzeniem preferencji seksualnych. Dla organizatorów akcji pedofilią jest edukowanie dzieci na temat seksualności. (...)
Edukacja seksualna nie ułatwia pedofilom wykorzystywania dzieci, jak głosi manifest akcji „Stop pedofilii”. Wręcz przeciwnie, dzięki niej dzieci potrafią trafniej interpretować zachowania sprawców, rozumieją je, są bardziej asertywne, trudniej nimi manipulować, potrafią rozmawiać o seksualności i łatwiej im prosić o pomoc i ochronę. Edukacja seksualna nie jest wprawdzie remedium na bezbronność i bezradność wykorzystywanego dziecka. Jest jednak szansą, bo jest w niej miejsce na przekaz o prawie do intymności, o sferze naturalnej seksualności dziecka, ale również o granicach, których nikt nie ma prawa przekraczać. (...) 
Tworzenie lub umacnianie mitów na temat problemu realnie szkodzi jego zapobieganiu. Dlatego też bulwersujące jest upowszechniane w ramach akcji „Stop pedofilii” informacji na temat związku pedofilii z homoseksualizmem. Nie istnieją żadne empiryczne dane z wiarygodnych metodologicznie badań, które potwierdzałyby tezę, iż osoby homoseksualne wykorzystują seksualnie dzieci częściej, niż osoby heteroseksualne. Społeczna dezinformacja w tym zakresie ma na celu stygmatyzację osób homoseksualnych. Jest przejawem dyskryminacji i budzi nasz zdecydowany sprzeciw.
Na temat zrównania przez organizatorów akcji osób nieheteronormatywnych z pedofilami wypowiedziało się też Polskie Towarzystwo Seksuologiczne:
Znakomita większość przypadków wykorzystywania seksualnego dzieci w Polsce jest popełniana przez heteroseksualnych mężczyzn i ma miejsce w rodzinie (tj. wykorzystywanie dziewczynek przez mężczyzn będących członkami ich rodzin – np. przez ojca, ojczyma, dziadka, wuja itd.). Ze względu na fakt, że osoby homoseksualne stanowią w społeczeństwie mniejszość, przypadki wykorzystywania seksualnego dzieci popełnianego przez te osoby stanowią proporcjonalną mniejszość w porównaniu do czynów popełnianych przez ludzi heteroseksualnych. Przypisywanie osobom homoseksualnym szczególnej – w porównaniu do heteroseksualnych – skłonności do seksualnego wykorzystania dzieci stanowi nieuprawnione nadużycie, a rozpowszechnianie skojarzenia miedzy homoseksualnością a pedofilią jest domeną ludzi nieświadomych i niekompetentnych, bądź też uprzedzonych do ludzi homoseksualnych i sprzeciwiających się prawom obywatelskim tych osób. Podtrzymywanie społecznego przekonania o szczególnej skłonności osób homoseksualnych do seksualnego wykorzystywania dzieci jest krzywdzące dla homoseksualnej części społeczeństwa, przyczynia się do niezwykłej trwałości uprzedzeń wobec tych osób i utrudnia pełne funkcjonowanie psychologiczne homoseksualnych obywateli i obywatelek. 
Co ciekawe, głos w tej sprawie zabrał także niesławny Mark Regnerus, którego badania, swoiście zinterpretowane, posłużyły Fundacji PRO do stworzenia plakaciku akcji, który oszpecił wiele ulic. A konkretnie do napisania na nim, że "31% lesbijek i 25% pederastów gwałci wychowywane dzieci":

Co na to sam Regnerus? Ha, guru homofobów tym razem rozczarował swoich polskich wyznawców, którzy okazali się zbyt obrzydliwi nawet na jego standardy, i wystosował takie oto oświadczenie:
Śledzenie sposobów wykorzystania mojego artykułu z "Social Science Research" na temat rodzicielskich związków tej samej płci i wyników dzieci jest wyzwaniem. Są one na rozmaite sposoby interpretowane przez grupy reprezentujące różne opcje polityczne. W Polsce moje badanie jest cytowane na banerach i ogłoszeniach, które bezpośrednio obwiniają homoseksualnych mężczyzn i kobiety o seksualne wykorzystanie dzieci. Moje badania nie dają podstaw do takich twierdzeń. W ich trakcie nie pytaliśmy respondentów o to, kto był sprawcą molestowania - opis badania mówi o tym jasno. 
Wynika z nich tyle, że badane osoby dorosłe, których jedno z rodziców miało związek z osobą tej samej płci, wykazywały znacząco większą podatność na emocjonalne zranienie niż dzieci ze stabilnych rodzin, gdzie była matka i ojciec. Jednakże stwierdzenie, co jest tego przyczyną nie jest, na podstawie naszych badań, możliwe.
Podobnie jak wielu innych, jestem zdania, że dzieci zasługują na matki i ojców, gotowych poświęcić się dla nich, przedłożyć interes dzieci ponad własny. Badania to jasno pokazują. A historycznie najpełniej ten ideał realizuje się w małżeństwie. Różniąc się w opinii na temat modelu małżeństwa i rodziny, ludzie dobrej woli powinni zgodzić się, że należy dyskutować uczciwie, a nie fałszywie interpretując i wyolbrzymiając wnioski z ważnego badania.
Co ważne (i chyba umknęło mediom), na protest Regnerusa zareagowała dotąd nieprzemakalna Fundacja PRO. Najpierw na Facebooku:

A potem zamieszczając na stronie akcji oświadczenie, w którym niemal wprost stwierdza, że "dane", na które się powołali, pochodzą spod brudnych paluchów twórców akcji, a nie z badania Regnerusa:

I w tym momencie Fundacja PRO powinna zamknąć stronę, zwinąć akcję i przeprosić - wszak straciła właśnie jedyny "naukowy" dowód, który uzasadniał rozpętanie nagonki na osoby nieheteronormatywne (reszta to fantazje i anegdoty). Rzecz jasna tego nie zrobiła, ba, nadal zbiera podpisy pod projektem ustawy, na mocy której rodzic, który śmiałby wspomnieć swojemu dziecku o czymś takim jak seks lub prezerwatywa, mógłby pójść do więzienia, a edukatorzy seksualni od razu tam trafią, z racji swojej profesji. Nadal też oczerniają na swoich stronach osoby nieheteronormatywne, choć już bez powoływania się na amerykańskiego socjologa. Zbierają podpisy i szczują, bo, co pokazała Fundacja Dzieci Niczyje, nie chodzi im o dobro dzieci. O co zatem im chodzi?

Inaczej niż ileś tam znajomych osób, nie uważam, by chodziło o wystawianie dzieci na żer pedofilów z kręgów kościelnych, choć oczywiście pośrednim efektem działań fundacji może być jeszcze mniejsza niż dotychczas świadomość nieletnich w temacie ich granic, tego, kto i jak może je dotykać, jak rozpoznać, że ktoś chce je skrzywdzić i co zrobić w takiej sytuacji. Ale mimo wszystko: nie. Moim zdaniem po prostu chodzi o to co zwykle - pieniądze i władzę. Wszak Fundacja PRO - Prawo do Życia ma status organizacji pożytku publicznego, mimo że jej działalność ogranicza się do wieszania plakatów, zbierania podpisów pod projektami ustaw ograniczającymi prawa wszystkich, którzy śmią myśleć inaczej niż oni, organizowania kursów dla "prolajferów" i zbierania pieniędzy. Czyli ze swoich celów statutowych:
1) wspomaganie działań mających na celu ochronę życia ludzkiego od momentu poczęcia do naturalnej śmierci, zdrową i udaną prokreację, przeciwdziałanie zapaści demograficznej;
2) umacnianie pozycji rodziny jako fundamentu relacji społecznych;
3) wspieranie instytucji małżeństwa jako drogi do szczęścia;
4) budowanie świadomości społecznej sprzyjającej świadomemu rodzicielstwu;
5) wspieranie postaw rodzicielskich poprzez działania na polu wychowania, kultury, nauki;
6) budowa systemu edukacyjnego, którego celem jest wychowanie do wolności i służby innym ludziom
realizuje dokładnie pół pierwszego - poprzez domaganie się zmuszania kobiet do rodzenia bez względu na okoliczności. Nie chroni kobiet i dzieci, nie wspiera ofiar pedofilów, nie przeciwdziała przemocy w rodzinie, nie tworzy rozwiązań wspierających rodziny z dziećmi... Słowem, nie robi nic, by swój statut realizować. Nie robi, bo to niełatwe i kosztowne. Nie robi, bo to nie jej cel.

Cel to zbieranie kasy. Oraz wygrywanie wyborów, zyskiwanie władzy, a przez to jeszcze większej kasy. Bo fundacja nie istnieje sama dla siebie. Istnieje, by dostarczać mięsa różnym Prawom i Sprawiedliwościom, Solidarnym Polskom i innym takim. Tworzyć milutką atmosferę zagrożenia, w której straszne pedały, lesby, feministki i inne "genderystki" deprawują cudze (a czasem i swoje) dzieci i wyszarpują płody z brzuchów dobrych katolickich matek. Kreować wroga, którego owe partie obiecują zniszczyć, zdeptać, spalić, a prochy utopić. Wszak łatwiej walczyć z urojonym wrogiem niż rozwiązywać realne problemy. I łatwiej się na tym wrogu wylansować. Szczególnie takim, co zagraża dzieciom. Wszak wszyscy kochamy dzieci. I wszyscy będziemy ich bronić.

Oprócz polityków, fundacja działa też rzecz jasna na rzecz Kościoła katolickiego. A konkretnie stara się przykrywać coraz częściej wychodzące na jaw afery z jego udziałem oraz przeciwdziałać osłabianiu jego pozycji, które jest nieuniknione bynajmniej nie ze względu na afery, ale dlatego, że coraz mniej jest osób, którym one nie przeszkadzają, za to coraz więcej takich, które widzą inne modele życia niż patriarchalny. Silny Kościół to wierni, wierni to wyborcy, wyborcy to władza, władza to pieniądze - jest o co walczyć. Więc walczą, wszak wszyscy - i politycy, i Kościół, i różnorakie fundacje, których celem jest walka z wyimaginowanymi wrogami - na tej walce skorzystają. Nie trzeba się przy niej wysilać, nie trzeba nikomu służyć, nie trzeba się napracować, nie trzeba myśleć - wystarczy pokrzyczeć i stworzyć parę sugestywnych obrazków. I cóż z tego, że nic się w ten sposób nie zmieni, pedofilia nie zniknie, Polacy i Polski nie zaczną się na potęgę rozmnażać, nie przybędzie prorodzinnych rozwiązań, grupom, na rzecz których ponoć się działa, nie będzie lepiej. Ważne, że będzie się tam, gdzie chce się być - w kurczącym się gronie uprzywilejowanych, którzy, co by się nie wydarzyło, zawsze się wyżywią.

środa, 20 sierpnia 2014

Są jeszcze przyzwoite media

Kierownictwo stacji Orange Sport stwierdziło, że nie chce w swoich programach homofoba, transfoba i chama. Brawo, Orange Sport. Nie no, serio, brawo. Wszak chamski homofob i transfob (chamska homofobka i transfobka) to dla polskich mediów nie lada gratka. Wystarczy, że pojedzie po kimś na spotkaniu dla pięćdziesięciu osób, a już się o tym rozpisują ogólnopolskie media. Albo mruknie coś o paleniu tęczy czy 120 procentach pedofila w geju - od razu w nagrodę zaprosi go Polsat, TVP czy inny TVN. Wszak wiadomo, że powie coś obrzydliwego, więc nie dość, że będzie duża oglądalność, to jeszcze inne media to podchwycą i wzrośnie tak zwana opiniotwórczość (tak zwana, bo mierzona wyłącznie liczbą cytatów z danej gazety czy telewizji w innych mediach). Tylko się cieszyć i kasę liczyć.

I nagle mamy przypadek Orange Sport. Zaprosili homofoba, transfoba i chama Grzegorza Skrzecza i nieopatrznie zadali mu pytanie, przy którym miał okazję pokazać klasę - o niegdyś Franka, a teraz już Kellie Maloney, która jeszcze jako metrykalny Frank była promotorem Lennoxa Lewisa. Czegoż to ów Skrzecz, dzielnie dopingowany zresztą przez drugiego gościa Andrzeja Suprona, nie nagadał. Było o kolejnym potworku, o pedałach, co to się na wszystkim teraz znają, o zboczeńcach, przez których wyginie świat... Modelowy pokaz buractwa przerywany co chwila iście lepperowskim "he, he, he".

Krótko po zakończeniu programu kilka (naprawdę kilka!) osób zapytało na facebookowym profilu Orange Sport, czy ten program aby na pewno był w porządku i czy homofobia i transfobia wpisują się w wartości promowane przez stację. Efekt? Obietnica przyjrzenia się sprawie. Krótko później przeprosiny:
Przepraszamy wszystkie osoby, które poczuły się dotknięte rozmową gości i prowadzących w programie "Bieg przez plotki". Przy pełnym poszanowaniu dla różnorodności poglądów i opinii, jest taki poziom dyskusji, który nigdy nie powinien pojawić się w mediach. Jest nam przykro, że tak się stało. Wspólnie z prowadzącymi podejmiemy wszelkie działania, aby już więcej do takiej sytuacji nie doszło.
Kacper Sosnowski, redaktor naczelny Orange sport
Piotr Michalski, dyrektor Produkcji Kontentu Orange Polska
I na tym się... nie skończyło. Prowadzący profil uspakajali dyskusję, jaka się pod przeprosinami rozpętała, a osobom dopytującym, czy ktoś poniesie konsekwencje, obiecali, że omówią sytuację z kierownictwem. Informowali też o już podjętych działaniach:
Szanowni Państwo, w pełni rozumiem Państwa oburzenie. Do tego przykrego incydentu doszło w środku długiego weekendu. Natychmiast podjęliśmy możliwe w tym czasie działania: usunęliśmy rozmowę z powtórek programu, wydaliśmy oświadczenie z przeprosinami, usuwamy homofobiczne wpisy. Zapewniam, że w Orange sport nie ma miejsca dla osób szerzących język nienawiści. Dalsze kroki w tej sprawie wymagają jednak spotkania z kierownictwem redakcji i autorami programu. Dojdzie do niego w poniedziałek. O decyzjach, które zapadną, poinformujemy.
Piotr Michalski, dyrektor Produkcji Kontentu Orange Polska
Dzień później, zgodnie z obietnicą dali znać, co zrobią - że pana Skrzecza zapraszać już nie będą. I jeszcze raz przeprosili:
Szanowni Państwo, podczas dzisiejszego spotkania z kierownictwem redakcji Orange sport i autorami programu "Bieg przez plotki" bardzo dokładnie przeanalizowaliśmy przebieg sobotniego programu, który wywołał tyle kontrowersji. Uznaliśmy za słuszną decyzję prowadzących program o szybkim zakończeniu - pierwotnie zaplanowanej na 6 minut - rozmowy, by nie stwarzać możliwości do dalszego głoszenia subiektywnych i obraźliwych wypowiedzi w studiu. Podjęliśmy również decyzję, że pan Grzegorz Skrzecz nie będzie już zapraszany jako gość do programów Orange sport. Jeszcze raz przepraszamy wszystkich, którzy poczuli się urażeni poglądami wyrażonymi przez naszego gościa i zapewniamy, że nie są to poglądy redakcji.
Kacper Sosnowski, redaktor naczelny Orange sport
Piotr Michalski, dyrektor produkcji kontentu Orange Polska
Phi, powiecie? Żadne phi. Tak, wiem, wszak najmilej by było, gdyby zniknął z wizji nie tylko Skrzecz, ale i Supron, a prowadzący przeprosili co najmniej za brak asertywności w trakcie programu. Ale przecież dużo bardziej prawdopodobny był inny scenariusz - olanie sprawy, ewentualnie skwitowanie jej stwierdzeniem, że za poglądy gości stacja nie odpowiada. Wszak, że przypomnę, mowa nienawiści się sprzedaje, a tu proszę - ktoś jej u siebie nie chce. Na dodatek nie jest to kanał czy program informacyjny, a sportowy, czyli taki, którego widzowie - stereotypowo, bo nie zaryzykuję stwierdzenia, że to prawda - są jeszcze mniej wrażliwi na nienawistne teksty niż przeciętni konsumenci mediów. Już tu i ówdzie widać nawoływania do bojkotu stacji za "uleganie homopropagandzistom" czy propozycje zmiany nazwy na "Tęcza Sport". A to pewnie dopiero początek. 

Oczywiście to smutne, że chwalę kogoś za coś, co jest po prostu normalne i powinno być standardem. Niestety żyjemy w czasach, w których z obawy przed agresywnymi krzykaczami odwołuje się spektakle i zamyka wystawy, istnienie tęczy jest według wielu aktem nienawiści, a nawoływanie do popełniania przestępstw z kościelnych ambon przez co wyżej postawionych dostojników nikogo specjalnie nie dziwi. Tym bardziej trudno nie docenić kogoś, kto odmawia uczestnictwa w tym absurdalnym spektaklu, nie bawi się w modny prawdopośrodkizm, nie zrównuje agresorów z ofiarami, nie boi się mówić wprost, że mowa nienawiści i homofobia to rzeczywiste problemy.

Więc jeszcze raz brawo. A pozostałe media, co tak kochają zapraszać mniejszych i większych nienawistników, niech się uczą. Bo, jak widać, nadal można inaczej. Trzeba tylko chcieć. I nikomu się krzywda nie dzieje. A nawet jak się zadzieje - w co specjalnie nie wierzę, bo szum wokół tej sytuacji raczej nie przełoży się na spadek oglądalności - to jak widać dla niektórych przyzwoitość liczy się bardziej niż negatywna reakcja iluś tam osób.

A może przy okazji paru fanów stacji czegoś się nauczyło. Na przykład tego, czym się różni wyrażanie poglądów od obrażania ludzi. Może.

Fot.: Grzegorz Skrzecz w swoim ostatnim programie w Orange Sport Polska

wtorek, 12 sierpnia 2014

To ja, gnojek

Niby nic. Kolejny gnojek stworzył kolejny profil na Facebooku nie dlatego, że ma coś do powiedzenia czy pokazania, a po to, by komuś zaszkodzić. Tym razem nie padło na znienawidzonego aktora (ten pedał musi zdechnąć) czy prezenterkę telewizyjną (ta szmata ma zniknąć z ekranu), a na Rafalalę. Tym razem pomysłodawca był dowcipniejszy niż zazwyczaj są jemu podobni, bo nie ograniczył się do dość oczywistej hejterskiej strony (pokażmy temu czemuś, gdzie jego miejsce), a podszył się pod artystkę. W kilka dni zebrał blisko 1,7 tysiąca fanów. I wtedy przywalił (nawiązując do, jeśli ktoś o tym jakimś cudem jeszcze nie słyszał, niedawnego ataku na mieszkanie Rafalali):
Efekt? Łatwy do przewidzenia - komentarze, udostępnienia, pogróżki:
 
Rafalala zdementowała. Zdementowało też ileś tam osób w komentarzach. Ale kolejne ileś tam już zdążyło uwierzyć. I nieważne, że łatwo było stwierdzić, że profil jest fałszywy - wszak ma tylko kilka dni. Nieważne, że media przed chwilą obiegła informacja, że artystka ma bloga i to głównie za jego pośrednictwem się komunikuje. A przede wszystkim nieważne, że ta historia jest tak głupia, że nie wiem, jak ktokolwiek mógł w nią uwierzyć. Bo przecież nawet gdyby Rafalala była na tyle potworną osobą, by zabić "dla sprawy" swojego ulubieńca, to by się nie chwaliła, jak "sprytnie" to sobie umyśliła. Ale i tak uwierzyli. Część zresztą dlatego, że chciała, bo jak się kogoś nienawidzi, to łyknie się każdy tekst, który tę nienawiść usprawiedliwi (bo nie można tak za nic). A transka, co zabiła kota, już za chwilę dołączy do innych bajek, którymi się teraz straszy dzieci - tej o gettach dla homofobów, tej o zakazie używania słów mama i tata czy tej o 40 (czy 60) procentach pedofili wśród gejów.

Zdementował też autor "prowokacji": 
Oczywiście, że zdementował, wszak bez tego nie miałby swoich pięciu minut sławy. A przecież zrobił to dla sławy. Bo teraz takie rzeczy się robi i takimi się szczyci. Że oto zdemaskowało się internet. Ach, och, cóż za odkrycie. I cóż za finezyjna metoda: dowalenie osobie, która i tak zbiera już masę nienawistnych komentarzy. A przy okazji innym osobom nieheteronormatywnym.

Najzabawniejsze jest to, że ów mistrz trollingu nie bardzo rozumie, co zrobił. "Spirala nienawiści została nakręcona przez zwykłych ludzi. Wystarczyło rzucić hasło, a internet zawrzał" - konstatuje pod koniec wyznania, którym pokazuje ludziom, jacy to oni głupi, a jaki on mądry. Nie, kolego. To nie zwykli ludzie nakręcili tę konkretną spiralę, a ty osobiście. I to jest jedyna zasługa, jaką możesz sobie w tej historii zapisać. Dałeś ludziom kolejny powód, by nienawidzić osób nieheteronormatywnych. I kolejny, by nienawidzić Rafalali. Być może nawet zainspirowałeś kogoś, by nie ograniczał się do wyrażania nienawiści, a zrobił coś więcej. To, co zrobiłeś, to żaden eksperyment czy prowokacja. To zwykła podłość. Że nieświadoma? Cóż, więc nie tylko podłość, ale i głupota. Mam nadzieję, że jesteś z siebie dumny.

piątek, 8 sierpnia 2014

Tove Jansson: praca i miłość

Muminki dały jej sławę i pieniądze. Zabrały wolność, choć ich narodziny były z nią nieodłącznie związane: w jednej z opowieści autorki o genezie postaci młodziutka Tove narysowała pierwowzór Muminka na ścianie wychodka i opatrzyła go słowami z pieśni biskupa Thomasa „Wolność jest tym, co najlepsze”. Wymusiły przestrzeganie deadline’ów - dopiero pod koniec życia pisarki to słowo znikło z jej korespondencji z wydawcami - oraz wejście w świat komercji, każący wypowiadać się w tak ważkich kwestiach jak ta, że mydło z Muminkiem na opakowaniu czy podpaski Mała Mi to jednak nie jest dobry pomysł.

Opowieści o rodzinie trolli na zawsze wpłynęły też na recepcję jej twórczości dla dorosłych. Każdą jej nową powieść, każdy zbiór opowiadań przepuszczano przez muminkowy filtr, by ostatecznie stwierdzić, że to jednak nie to samo. Nie oznacza to, że Muminki były dla Jansson tym, czym kryminały dla Conana Doyle’a – hobby, które, wbrew jej planom, przyniosło jej sławę i odwróciło uwagę od jej prawdziwych – dla niej – osiągnięć. Stworzeniom z doliny poświęciła ponad połowę życia. W opowieściach o nich zawarła katastrofę drugiej wojny światowej, swoje miłości, filozofię życiową, marzenia, tęsknoty, smutki, utraty i traumy. Muminki zmieniały się z artystką. Dlatego, choć nadane jej przez wielbicieli cyklu miano mamy Muminków nawet w jednej dziesiątej nie oddaje jej fascynującej biografii i przebogatej twórczości, trudno opowiadać o niej – bez nich...

Więcej o Tove Jansson, jej związkach z Vivicą Bandler i Tuulikki Pietilä, miłości to wysp, kontrowersjach wokół Hatifantów i niekończących poszukiwaniach nowych sposobów wyrażania siebie na Queer.pl. Zapraszam do lektury.

zdjęcie: www.tove100.com

niedziela, 15 czerwca 2014

Parada 2014: obok rzeczywistości


Tegoroczna warszawska Parada Równości zbiegła się z informacją, że partia rządząca nie tylko po raz kolejny odmówiła zajęcia się kwestią przestępstw z nienawiści i mowy nienawiści w stosunku do osób nieheteronormatywnych, ale nawet wycofała się ze zbierania danych na ten temat. I nietrudno się domyślić, dlaczego tak jest: nie ma danych, nie ma problemu, nie ma problemu, nie trzeba się nim zajmować. Nieważne, że z badań opinii społecznej od lat wynika, że geje są najbardziej znienawidzoną grupą, a niedaleko za nimi są osoby transpłciowe, biseksualne i lesbijki. Nieważne, że ohydne, nienawistne słowa w stosunku do gejów, lesbijek itd. akceptuje ponad 20 procent społeczeństwa. Ważne, by nie narażać się tym wyborcom, co to są rzecz jasna supernowocześni i niesamowicie tolerancyjni, ale tylko pod warunkiem, że ktoś jest sobą w domu po kryjomu albo, po wałęsowsku, w tylnym rzędzie, a najlepiej za murem.

Nienawiść, na jaką jest narażona nasza społeczność, to rzecz jasna niejedyny problem. Mimo że maszerujemy od 14 lat, a działamy od ponad ćwierćwiecza, nadal możemy jedynie pomarzyć o prawnym uregulowaniu naszych związków, że o prawie do zawierania małżeństw nie wspomnę, normalnych procedurach korekty płci czy rzetelnej edukacji równościowej. To, co udało się nam uzyskać, to prawo do zrzeszania się, zgromadzeń publicznych i ochronę przed dyskryminacją w pracy. Śmiesznie mało w porównaniu z innymi podobnymi naszemu krajami. Jeszcze mniej, gdy uświadomimy sobie, że dogonienie ich zajmie nam więcej niż kilka lat.

W tym kontekście trudno uznać formalnie radosne wydarzenie, jakim jest Parada Równości, za rzeczywiście radosne. Oto 13 tysięcy osób (jak chcą organizatorzy), czy może 5-6 tysięcy (jak chcą media) wyszło na ulice stolicy kraju, który uparcie odmawia rozpoznania ich potrzeb i bolączek, aby skorzystać z jednego z nielicznych praw, które mają - wolności demonstracji. Uczcić ten jedyny dla wielu z nich dzień w roku, kiedy nie boją się być sobą i mogą publicznie wykrzyczeć, co ich boli. Albo, co też jest zapewne prawdą dla wielu, po prostu pobawić się nie w bezpiecznym klubie, ale na zwykle mniej bezpiecznej dla nich ulicy. Smutne? No trochę.

Smutne jest też, że z tym objawiającym się co roku potencjałem tak naprawdę niewiele się robi. Bo to jest potencjał. Na parady przychodzi coraz więcej młodych osób. Spora część z nich nie dlatego (a właściwie nie wyłącznie dlatego), że jest to dobra zabawa, ale też z myślą, że w ten sposób coś zmienią, o coś zawalczą. I tak jest, bo głośno i publicznie mówiąc, że są i żądają, zmieniają coś i w sobie, i w swoim otoczeniu. Ale też tak nie jest jest, bo pod koniec marszu dowiedzą się od tych, co to już w działaniu mają jakieś doświadczenie, gdzie są oficjalne afterparty i kto dla nich zagra tego wieczoru, a nie co mogłyby robić przez kolejne 364 dni. Co więcej, choć trudno znaleźć organizację czy stowarzyszenie, które wczoraj nie maszerowałoby przez Warszawę, to właściwie miały w trakcie parady tyle do powiedzenia, co napisały na transparentach, bo tradycyjnie rządziła muzyka, nie hasła. Tak samo milczeli zresztą sami organizatorzy, bo mimo że parada miała swoje postulaty, to kto ich nie przeczytał wcześniej czy nie usłyszał na początku, ten nie miał szansy się z nimi zapoznać.

Jeśli się jeszcze zastanawiacie - tak, czepiam się. Czepiam się, bo choć ilościowo jest nieźle, to jakościowo jest cały czas byle jak. Ani do końca rozrywkowo, choć chyba coraz bardziej tak, i to z założenia, wszak tym razem finał imprezy był w klubie na plaży, skrzętnie ominęliśmy Sejm, a druga połowa trasy wiodła przez praskie zaułki, przez co szliśmy właściwie wyłącznie dla siebie i dla nielicznych osób, które postanowiły spędzić sobotnie popołudnie na ławeczkach przed domami. Ani aktywistycznie, mimo że aż się prosiło, by chociażby zachęcić organizacje, by powiedziały coś ze sceny w trakcie plażowego afterparty, ustawiły swoje stoiska, rozdały ulotki. Zamiast tego pierwsza godzina oficjalnej poparadowej imprezy upłynęła pod znakiem dj-skiej rąbanki, kolejne - koncertów i występów. Ani politycznie, chyba że politykę mierzyć liczbą platform partyjnych i tym, kto przemówił pod PKiN. Czepiam się, bo choć to bardzo dobrze, że parada jest i że ktoś ma chęć i siły to ciągnąć, to jednocześnie ta największa w Polsce impreza osób nieheteronormatywnych wydaje się być zupełnie oderwana od rzeczywistości i zajmować głównie poprawianiem samej siebie, zamiast zauważyć, że w ostatnich latach bynajmniej nie robi się nam lepiej i nie bardzo widać, by miało się to zmienić. To wszystko sprawia, że z prawdziwą nostalgią wspominam parady z 2005 czy 2006 roku, które może były organizacyjnie słabsze i mniej ludne, ale za to wiadomo było, po co idą i w jakich realiach się odbywają.

To wszystko nie znaczy, że warszawska Parada Równości nie ma plusów. Ma. Organizacyjnie jest coraz lepiej. Ludzie dopisują mimo nie zawsze sprzyjającej pogody. Jest na co popatrzeć, z kim pogadać i co porobić. Dzięki paradzie mamy też, co chyba najważniejsze, możliwość pokazania, że czasy, kiedy można nas było wepchnąć do szafy, już dawno minęły i, niezależnie od sytuacji politycznej w Polsce, nie wrócą. To dużo. Ale czy naprawdę chcemy na tym poprzestać? Czy możliwość swobodnej zabawy na ulicy jest szczytem naszych potrzeb?

piątek, 23 maja 2014

Dwugłos przedwyborczy


"Nie jesteśmy zwolennikami adopcji dzieci przez pary homoseksualne" - stwierdził we wczorajszych "Faktach po Faktach" Janusz Palikot, lider, że tak przypomnę, ponoć najprzyjaźniejszej osobom niehetero polskiej partii. Żeby było zabawniej, kilka dni wcześniej jako zwolennik pełnej równości zadeklarował się nieco bardziej dotychczas powściągliwy w okazywaniu nam swojej miłości Leszek Miller. Oba stwierdzenia tak naprawdę nie mają szczególnego znaczenia, wszak wiadomo, że polityk kłamie wtedy, gdy otwiera usta, a zdanie zmienia w zależności od tego, skąd wiatr wieje. To, co ma znaczenie, to reakcja osób niehetero startujących z list Palikota na jego słowa.

Dwa lata temu, gdy Palikot określił Gowina mianem "katolickiej cioty", w jego obronie natychmiast stanęli Robert Biedroń i Tomasz Szypuła. Wczoraj, po kolejnej "wpadce" szefa (w cudzysłowie, bo, umówmy się, to była celowa deklaracja) na podobny manewr zdecydował się ponownie Tomasz Szypuła oraz, nowość, Yga Kostrzewa:
 
I rozpętali dyskusję, w efekcie której uzupełnili swoje oświadczenia o deklaracje, że oczywiście oni są za pełną równością i w ogóle to nie tak, jak myślicie, za którymi to słowami poszły działania w postaci kilku wypowiedzi dla mediów i nagrania komórką filmiku przy tęczy na pl. Zbawiciela. Odpuszczę sobie analizę dyskusji na Facebooku i akcji, które w jej wyniku nastąpiły, bo tak naprawdę znacznie ciekawsze rzeczy są na wklejonych powyżej obrazkach. 

Po pierwsze mamy deja vu. Oto lesbijka i gej z partii Palikota, zorientowawszy się, że ich szef palnął coś, co może się nie spodobać ich wyborcom, poczuli się w obowiązku dostarczyć dowody na to, że wszak pan od gumowego penisa naszym przyjacielem jest. Dobrze, że tylko jedna lesbijka i jeden gej, bo wszak Palikot ma ich więcej. Milczenie pozostałych pozwala mieć nadzieję, że to nie oficjalne zalecenia - po to was mam, byście byli mym listkiem figowym - a ich samodzielna inicjatywa.

Po drugie mamy klasyczne "my jesteśmy najlepsi, bo inni są jeszcze gorsi". Ci inni to rzecz jasna SLD Leszka Millera. To samo SLD, które, przypomnę, bo to było dawno i może nie wszyscy pamiętają, w 2011 roku, czyli pod koniec poprzedniej kadencji Sejmu, złożyło projekt ustawy o mowie nienawiści autorstwa koalicji organizacji pozarządowych oraz projekt ustawy o związkach partnerskich przygotowany przez Grupę Inicjatywną ds. Związków Partnerskich, w której skład wchodzili między innymi... Yga Kostrzewa i Tomasz Szypuła. I to samo, które, wspólnie z (jeszcze wtedy) Ruchem Palikota złożyło w tej kadencji dwa projekty ustaw o związkach partnerskich. No ale Tomek i Yga z SLD nie startują, więc rzecz jasna już o tym nie pamiętają.

Po trzecie tak naprawdę żaden z tych projektów - czy to złożonych przez SLD, czy to przez TR - nie ujrzałby światła dziennego, gdyby nie organizacje pozarządowe i grupy nieformalne zaangażowane w ich powstanie i lobbowanie na ich rzecz. I to jest to, co mnie najbardziej boli i w tych oświadczeniach, i w ogóle u wielu osób, które z działalności społecznej przerzuciły się na polityczną. Skleroza, która je dopada, gdy już się znajdą - albo przynajmniej mają taką nadzieję - tam, gdzie ich poglądy i działalność stają się całkiem intratne. Wszak to Grupa Inicjatywna (przypomnę - tak, ta, w której byli Tomek i Yga) wychodziła u SLD projekt z 2011 roku. To koalicja organizacji pozarządowych pracowała nad kolejnymi - i dotyczącymi związków, i mowy nienawiści. To Trans-Fuzja przygotowała projekt o uzgodnieniu płci (choć tu nie mogę nie dodać, że Anna Grodzka nie zapomniała w Sejmie, skąd przyszła i po co tam poszła). To Partnerstwo dla Związków (a szczególnie Miłość Nie Wyklucza i Kampania Przeciw Homofobii) organizowało demonstracje pod Sejmem, akcje mailingowe do posłów i posłanek oraz kampanie społeczne, dzięki którym politycy i polityczki poczuli się zmuszeni, by się naszymi sprawami zająć. Tak, RP i SLD złożyły projekty i chwała im za to. Ale żadnego z nich by nie było, gdyby nie wieloletnia nieodpłatna praca aktywistów i aktywistek.

W jednym Tomasz i Yga mają rację. Na listach TR i w Sejmie jest dużo osób naprawdę przyjaznych naszym sprawom. I niekoniecznie są to osoby nieheteronormatywne. Co pokazuje, że naprawdę czas już skończyć z fetowaniem Palikota, bo dzięki niemu mamy otwartego geja i osobę transpłciową w Sejmie, a zacząć oceniać i jego, i wszystkie osoby startujące z jego list tą samą miarą co innych. Patrzeć, co ich obchodzi i na czym im tak naprawdę zależy. Jak traktują swoich wyborców i wyborczynie oraz swoje zobowiązania wobec nich. Co są w stanie poświęcić dla partii. Czy grają na siebie, czy na społeczności, na rzecz których zadeklarowali się działać. Czy są osobami godnymi zaufania. Słowem, czy dobrze pracują na rzeczy tych, którzy zdecydowali się dać im pracę.

Ja, jak może już wiecie, nie zdecydowałam się po raz kolejny zaufać Twojemu Ruchowi. Nie ze względu słowa Palikota - te przeważyły szalę u może kilkudziesięciu, może kilkuset osób, ale nie u mnie, ja odpuściłam sobie TR już wcześniej. Miałam jednak wahania w trakcie tej ponoć najgorszej kampanii wyborczej wszech czasów - gdy dowiedziałam się, że z EPTR startują Barbara Nowacka i Marta Abramowicz oraz gdy TR jako jedyny konsekwentnie sprzeciwił się uchwale w sprawie kanonizacji papieża. Koniec końców jednak mój głos powędruje do Zielonych, którzy zresztą na wczorajszej deklaracji Palikota trochę zyskali (i dobrze):
Nie dlatego, że wierzę, że przekroczą próg wyborczy. Dlatego, że nie ma tam ludzi, których poglądy mnie odstręczają. I tym ludziom właśnie chcę dać znać, że doceniam, popieram i niech działają dalej. 

Współprzewodnicząca Zielonych tak wczoraj skomentowała zamieszanie wokół słów Palikota:
A ja nie mogę nie dodać: i oby tak zostało. Obyście się nie zmienili.

Ewa

***

Ewa jak zwykle napisała mądrze, sensownie, więc ja tylko tak króciutko:
Jeśli nie zagłosujesz na..., to:
1. Znowu do głosu dojdzie POPiS.
2. Nic się nie zmieni.

A poza tym to:
3. Nie masz innej partii, która ma szansę przekroczyć próg wyborczy.
4. Jesteś homofobką.
5. Głosuj na Żalka.
6. Jesteś idiot(k)ą.
7. Załóż własną partię, która będzie podzielać Twoje poglądy, przecież to proste.
8. Nie znasz się na polityce.
9. Przecież oni już tyle dla nas zrobili.

Znacie te argumenty? Znacie aż za dobrze. Ludzie je głoszący się nie zmieniają, zmieniają się tylko partie, które wspierają. A ja może nie znam się na polityce, a szczególnie takiej, w której cudze zasługi przypisuje się sobie, jednak wolałabym, żeby ludzie mnie reprezentujący tego nie robili (nawet pośrednio), szczególnie jeśli są ze środowiska LGBTQetc.

Każda partia ma szansę przekroczyć próg wyborczy, jeśli odda się na nią głos. Tylko od nas zależy, czy tak się stanie. W wyborach do polskiego parlamentu zaryzykowałam i moja kandydatka dostała się do Sejmu. Nie kalkulowałam, poszłam i oddałam swój głos. Teraz mam zamiar zrobić dokładnie to samo. Wierzę bowiem, że trzeba dać szansę ludziom, którzy niezależnie od swojej orientacji psychoseksualnej będą walczyć między innymi o równe prawa dla wszystkich.

I dlatego zagłosuję na Zielonych. I nie uważam, że mój głos będzie stracony. Czas w końcu dać szansę ludziom, którzy pewnie zmuszeni będą iść na różnego układy i kompromisy, ale w pewnych sprawach będą stanowczy, a przynajmniej jej członkowie nie będą musieli tłumaczyć się ze swoich poglądów równościowych przed prezydium partii.

Gosia

niedziela, 11 maja 2014

Efekt tęczy


A zatem Conchita Wurst wygrała Eurowizję, co dla niektórych homo-, trans- czy queerofobów jest jednoznaczne z upadkiem Europy, początkiem trzeciej wojny światowej albo przynajmniej stało się przyczyną złego humoru o poranku. Gdyby sobie uświadomili, że poniekąd wygrała właśnie dzięki nim, to dołączyłaby do tego zapewne chęć wyprowadzki na Marsa albo przynajmniej do Rosji. Albo do Rosji nie, wszak ta, w przeciwieństwie do Polski, dała wzmiankowanej jakieś punkty. Jakieś pięć nawet. Tak czy siak znowu nas oszukali, i to kim, jakąś austriacką Grodzką, jakąś europejską poprawnością polityczną, jakimś faszystowskim genderem, co przedkłada brodę nad zdrowe polskie cycki podrygujące nad maselnicą.

Tyle że to zupełnie nie tak.

Conchita śpiewa fajnie, prezentuje się jeszcze fajniej, a jej piosenka ma niegłupi tekst. Czy to wystarczyło, by wygrać? Niekoniecznie. Wszak walory artystyczne to tylko jedna ze składowych decyzji jury. Na ile w tym przypadku istotna, można by się było dowiedzieć, gdyby świat był nieco piękniejszy i gdyby broda czy kiecki Wurst budziłyby sensację, bo są ładne (lub nie), a nie dlatego, że są. Niestety nasz świat piękny nie jest, więc zamiast rozmawiać o rozrywce, rozmawiamy o polityce i o tym, kogo broda obraża, a komu zagraża. Lista jest imponująca. Obraża miliony Rosjan, Armeńczyków i Białorusinów, którzy pokusili się nawet o próby wycięcia jej z transmisji. Zagraża austriackim politykom skrajnej prawicy, którzy postulowali, by jej nosicielkę wysłać do psychiatry, a nie na międzynarodowy konkurs piosenki. Przeraża naszych rodzimych prawicowców, którzy ujrzeli w niej, a jakże, europejską ofensywę genderową. Oburza rzesze fanów i fanek polskiego cyca i maselnicy, złości i zniesmacza cyc i maselnicę, wkurza wszelkiej maści fobów i fobki z innych krajów. I w efekcie... budzi sympatię sporej liczby osób. Również tych, które, jak ja, z Eurowizją styczność miały ostatni raz w dzieciństwie, kiedy była jednym z nielicznych rozrywkowych programów w telewizorze.

Nie widziałam występu Wurst. Teledysk do "Rise Like A Phoenix" obejrzałam do połowy, by stwierdzić, że głos ciekawy, ale muzyka zupełnie nie moja. A jednak poświęciłam jej, a właściwie atakowi na nią, kilka sążnistych notek na naszym fejsie, i gdybym się nie zaczytała i nie przegapiła właściwej chwili, pewnie bym na nią zagłosowała. By pokazać, że Polska nie tylko fobiami stoi. By wyrazić solidarność z osobą, która ma odwagę być, kim chce, a wymierzoną w nią nienawiść kwituje uśmiechem i robieniem swojego. By zrobić na złość tym, którzy i które w jej istnieniu dopatrują się jakiejś tragedii. By wesprzeć to, co mi bliskie - różnorodność, akceptację, wolność, indywidualizm, a przede wszystkim rzeczywistość, w której za bycie sobą nie spotyka nikogo kara.

Wurst, jak napisała na fejsbuku pewna mądra osoba, która czasami i tu zagląda, jest jak nasza tęcza na pl. Zbawiciela. Nie kochamy jej i nie bronimy, bo aż tak nam się podoba. Kochamy to, czego symbolem się stała - różnorodność, tolerancję, akceptację dla inności - a bronimy, bo sprzeciwiamy się nienawiści, która już kilkakrotnie stała się przyczyną jej spalenia. Współczucie w stosunku do atakowanych mobilizuje nas do wyrażenia sprzeciwu wobec agresorów. I tak zdecydowana większość mieszkańców Warszawy polubiła tęczę, a sporo Polaków i Polek okazało solidarność z austriacką piosenkarką. Wszak w głosowaniu naszych telewidzów była czwarta, to jury zepchnęło ją dalej. W sumie więc wyszło na to, że nienawiść nieszczególnie nas kręci. Jest nieźle.

środa, 7 maja 2014

Kościelni idioci


Jako że dawno nie było żadnego wpisu, należy Wam się, drogie czytelnictwo, parę słów wyjaśnienia. Mnogość absurdów, które zalewają nasz piękny kraj nad Wisłą, jest tak wielka, że czego człowiek się nie tknie, poraża i powoduje opad rąk, nóg i innych części ciała oraz porażenie mózgowe.

A teraz ostrzeżenie dotyczące tego wpisu: Jeśli Twoja wiara jest tak słaba, że napisanie o osobach ze struktury kościoła katolickiego powoduje u Ciebie obrazę uczuć religijnych, to:
a) nie czytaj tego tekstu,
b) zastanów się, w co wierzysz i czy naprawdę wierzysz.

Słowa i opinie, jakie wydaliły z siebie usta kretynów wyznania katolickiego po wywiadzie Kamili i Beaty (słynne rodzicielki Julka) w ostatnim "Newsweeku", są skandaliczne, zakłamane, a przede wszystkim idiotyczne.

Parszywe kanalie w postaci Pięty, Mularczyka i psychopatycznego Żalka (wierzcie mi, miałam nieprzyjemności spotkać tego obślizgłego typa na żywo - on ma wzrok maniaka) mają czelność porównywać dwie kochające się kobiety wychowujące syna do rodziny patologicznej. Wystarczyło przeczytać wywiad, uważnie i ze zrozumieniem (ale do tego potrzeba minimum rozumu, którego te osobniki nie posiadają). Niejedno dziecko na świecie chciałoby mieć taką opiekę. I nie twierdzę tutaj, że nie zdarzają się jednopłciowe rodziny patologiczne. Niestety, zdarzają się. Tutaj jednak chodzi o tę jedną konkretną całkowicie normalną.

Te typki nie zdają sobie sprawy, że większość normalnych, myślących i rzetelnych psychologów, psychiatrów, a nawet pediatrów potwierdza z całą mocą swojego autorytetu, że dziecko najlepiej wychowuje się w pełnej i kochającej się rodzinie. A pełna rodzina według nich to taka, gdzie jest dwójka pełnoprawnych opiekunów niezależnie od płci (oczywiście nie oznacza to, że z samotnym rodzicielstwem jest coś nie tak, choć podołanie wszystkim obowiązkom w pojedynkę z może być po prostu trudniejsze, choćby dlatego, że wszelkie możliwe problemy i obowiązki spadają na jedną osobę).

Ale nasi spece od polskiej „moralności” katolickiej wiedzą lepiej. A polska "moralność" katolicka to twór złożony z nienawiści, nietolerancji, pychy i obłudy. Przynajmniej tak wynika z wypowiedzi naszych rodzimych cytowanych katolików oraz urzędników katolickiej korporacji. Nienawiść i nietolerancja do każdego innego, czy to wyznania, czy orientacji, a często nawet koloru skóry pojawia się w większości wypowiedzi różnej maści księży, tu prym wiedzie niejaki Oko, ale inni mniej medialni nie ustępują mu pola (przynajmniej takie są doniesienia z ambony). Wtórują im dzielnie politycy Pawłowicz, Gowin, Pięta, Godson (który o dziwo katolikiem nie jest), Mularczyk, Kempa, i cała reszta tychże „miłujących” bliźniego swego.

Pycha i obłuda takoż, ale szczególnym przykładem może być ostatnia wypowiedź Gądeckiego, przewodniczące Konferencji Episkopatu Polski: "Kościół, jeśli jest autentyczny, powinien być duszą państwa, bez duchowych wartości, jakie przynosi Kościół, ciało państwa obumiera. (…) Religia jest głównym czynnikiem uspołecznienia, wychowania i wyrabiania cnót w społeczeństwie". Wydaje się, że miał on na myśli tę religię, której gorliwymi wyznawcami są wyżej przeze mnie wymienieni, a także Gil, Wesołowski, Paetz, Rydzyk, siostra Bernadetta i jej podwładne itd. Zaiste, niezłe cnoty można w sobie wyrobić, biorąc z nich przykład.

Zakłamanie to chociażby jakże „głęboka” prawnicza interpretacja czynnego adwokata, a przy okazji ministra w rządzie Donalda Tuska, Królikowskiego, twierdzącego, że nasza Konstytucja oparta jest na wartościach chrześcijańskich i chroni ona tylko rodziny „tradycyjne”.

Przykładów jest więcej, ale szkoda moich palców na cytowanie ludzi, którzy z chrześcijaństwem mają tyle wspólnego, co dawniej lwy.

Tak że ludzie, opamiętajcie się, przestańcie dawać spychać się na margines, protestujcie głośno, piszcie pozwy, walczcie o swoje prawa. Bo jak tego nie zaczniemy robić, to "miłosierdzie" katolickie porani nam nie tylko duszę, ale i dobierze się do naszych ciał i rodzin. Tak jak miłościwi posłowie Mularczyk i Pięta chcieliby się dobrać do rodziny Kamili i Beaty. Szczęśliwie już nie mogą.

czwartek, 20 lutego 2014

Gdy wygra PiS...*


Nadal nie będzie związków partnerskich.
Nadal nie będzie ochrony przed przestępstwami motywowanymi homofobią.
Nadal nie będzie ustawy o uzgodnieniu płci.
Podstawa programowa nadal będzie pomijać kwestie LGBTQetcetera.
Rządzący nadal nie będą dostrzegać problemów nieheteronormatywnych uczniów i uczennic.
Ministerstwo Sprawiedliwości nadal będzie homofobiczne.
Dariusz Oko nadal będzie zrównywał gejów z pedofilami.
Krystyna Pawłowicz nadal będzie pluć jadem na osoby nieheteronormatywne.
Nawoływanie do nienawiści z kościelnej i sejmowej ambony nadal będzie akceptowane.
Prowadzący programy w mainstreamowych mediach nadal będą na serio pytać na wizji/antenie, czy w Polsce mamy dyktaturę mniejszości seksualnych i czy homoseksualizm sprzyja pedofilii.
Uniwersytety nadal będą zapraszać guru homofobów Paula Camerona.
Osoby nieheteronormatywne nadal będą się bały wychodzić z szafy.
Osoby LGBTQetcetera, które z szafy wyjdą, oraz te, które zostaną uznane za nieheteronormatywne, nadal będą szykanowane, lżone i atakowane fizycznie.
Nadal będzie działać zespół parlamentarny ds. przeciwdziałania ateizacji Polski.
I zespół parlamentarny ds. przeciwdziałania ideologii gender.
Gender nadal będzie utożsamiane z seksualizacją przedszkolaków.
Przedszkola, które wprowadziły program "Równościowe przedszkole", nadal będą obiektami nagonki.
Nadal będzie obowiązywać jedna z najbardziej restrykcyjnych ustaw antyaborcyjnych na świecie.
Rząd nadal nie będzie wspierał równouprawnienia kobiet i mężczyzn.
Feminizm nadal będzie brzydkim słowem.
Dotacje na kulturę nadal będą przekazywane na Świątynię Opatrzności Bożej.
Posiedzenia Komisji Wspólnej Episkopatu Polski i Rządu RP nadal będą utajniane.
Artyści nadal będą cenzurowani w imię ochrony uczuć religijnych.
Art. 196 Kodeksu karnego nadal będzie obowiązywał.
Narodowcy nadal będą przerywać wykłady, atakować squaty, miejsca spotkań osób nieheteronormatywnych i ambasadę Rosji.
Tęcza na pl. Zbawiciela nadal będzie płonąć.
Romowie nadal będą nienawidzeni.
Antysemityzm nadal będzie się miał dobrze nie tylko na murach polskich miast.

Nadal wiele osób będzie uważać PO za mniejsze zło.

*Notka zainspirowana komentarzem Multilicusa na FB. Na wypadek, gdyby ktosie nie zauważyły, to wszystko - i wiele więcej - (nie) zadziało się za rządów Platformy Obywatelskiej. Zachęcam do dodawania swoich "nadal" w komentarzach.

środa, 19 lutego 2014

Wróg was poszuka


Nigdy nie miałam najlepszego zdania o PO, ale jednego posłom i posłankom tej partii (no, nie wszystkim, ale większości) odmówić nie potrafiłam - umiejętności wysławiania się. Ubierania nawet bardzo niefajnych poglądów i postulatów w ładne słowa, tak, by na pierwszy rzut oka - a niestety większość ludzi tym okiem rzuca właśnie raz - było z nimi wszystko w porządku. Tym bardziej nie mogę wyjść z podziwu, a minęło już parę dni, odkąd to zobaczyłam, więc już powinnam z niego wyjść, nad pięknym strzałem w stopę, który zafundował sobie członek jej liberalnego skrzydła (rzecz jasna liberalnego jedynie z nazwy, ale teraz nie w tym rzecz) Adam Szejnfeld.

Pan poseł dał się w Walentynki zaprosić do programu "Tak jest" Andrzeja Morozowskiego. Obok niego posadzono Mirosławę Makuchowską, wiceszefową KPH. Temat programu - związki partnerskie, a konkretnie to, dlaczego PO, mimo przedwyborczych obietnic, pomysł zarzuciła. W odpowiedzi dostaliśmy piękny pokaz arogancji, który pod koniec przerodził się w niemal wściekłą perorę pana posła. Jak nie wierzycie, to popatrzcie.

W skrócie: Adam Szejnfeld najpierw kłamał, potem groził. A w międzyczasie powiedział kilka rzeczy prawdziwych, których prawdopodobnie mówić nie powinien. W czym kłamał? W tym, że PO jest za związkami partnerskimi (choć można mówić jedynie o części PO), a nie uchwaliła ustawy jedynie z braku sejmowej większości (która, gdyby całe PO było za związkami, by się znalazła). To stwierdzenie pada tak z sześć razy, więc trudno mówić o pomyłce, bardziej prawdopodobne jest to, że to oficjalna linia partii - my chcieliśmy, ale to oni (PiS, nasz koalicjant, "lewica" zapewne też) nam nie pozwolili. Co zresztą potwierdza moja ulubiona wymiana zdań w tym programie: "Ale to w PO zabrakło głosów" - "W Sejmie zabrakło".

Kiedy powiedział prawdę? Kiedy przyznał, że program partii to jedynie zbiór pobożnych życzeń, a gdyby miał być czymś więcej, to może i składałby się z wielu kartek, ale pustych. Czyli że, co już nie od dziś wiadomo, programy są po to, by wygrać wybory, a nie po to, by je realizować.

Kiedy groził? To mój ulubiony moment - i jest wyjątkowo paskudny. Zaczyna się pozornie lekko, od pogrożenia paluszkiem: niezwykle łatwo zrazić do siebie ludzi, którzy są zwolennikami waszych postulatów - stwierdził pan poseł. Tak na marginesie, to jest akurat nienowe stwierdzenie, podobnie na krytykę reagowała swojego czasu pełnomocniczka rządu ds. równego traktowania Agnieszka Kozłowska-Rajewicz. A potem przywalił z grubej rury: jak będziecie upatrywać wroga nie w PiS, a w nas, to wróg was znajdzie. Gwarantuję to pani - wtedy PiS wygra wybory i was znajdzie.

Co zabawne, owo grożenie paluszkiem zrobiło na mnie znacznie większe wrażenie niż straszenie. Nie boję się PiS, a kto się boi, ten trąba, bo PiS jak zwykle nie będzie miało większości i z ich biliona złotych, zawłaszczania władzy sądowniczej i zmuszania kobiet do rodzenia wyjdzie wielkie nic. Nasza sytuacja też gorsza nie będzie, bo nie ma niczego, co mogliby nam odebrać. I to, że nie ma tego niczego, to akurat zasługa partii pana Szejnfelda, który jest sojusznikiem tylko z nazwy. Wskazówka: sojusznik to nie ktoś, kto kłamie i grozi w odpowiedzi na słuszną krytykę. Sojusznik to nie ktoś, kto sobie o tobie przypomina, gdy sam jest w potrzebie. Sojusznik to nie ktoś, kto daje ci wielkie nic i nawet nie próbuje udawać, że da więcej. Sojusznik to ktoś, kto szuka rozwiązania twojego problemu. Ktoś, kto lobbuje w twojej sprawie i stara się przekonać do niej innych. Ktoś, kto daje ci prawo do wyrażenia swojego rozgoryczenia i żalu. I podziela je - bo jest twoim sojusznikiem i twoja sprawa jest też jego sprawą.

Czy mamy takich sojuszników w PO? Czy są tam ludzie, którzy właśnie teraz, gdy grunt pali im się pod nogami, gdy rozpaczliwie szukają sposobów utrzymania się przy władzy, są w stanie naprawdę powalczyć o sprawy grupy, do której zwracają się o pomoc? Teraz, nie w czasie nieokreślonym, gdy zdobędą mityczną większość, którą w sprawach związków partnerskich, przeciwdziałania przestępstwom z nienawiści czy uzgodnienia płci tak naprawdę już mają? Być może. I być może nawet zdecydują się to pokazać. Bo - i mam nadzieję, że nie tylko ja tak myślę - to nie my powinniśmy walczyć o uwagę polityków i o to, by ich do siebie nie zrazić, a oni o to, by nie zrazić nas do siebie. To oni powinni nas przekonać, że są warci naszych głosów. To oni powinni o nas zabiegać. Nie jesteśmy niewolnikami czekającymi na łaskę dobrego pana. Jesteśmy ich pracodawcami. Decydujemy o ich losie. I jeśli tego nie rozumieją, to najwyraźniej nie powinno być ich w Sejmie. Czego im szczerze życzę (z wielu, wielu powodów), choć raczej się to moje życzenie nie spełni. Przynajmniej nie w kolejnej kadencji.

PS Oczywiście, czemu już nie raz dawałam wyraz, uważam, że to przede wszystkim my powinniśmy walczyć o swoje sprawy. Ale nie na kolanach i nie udając, że deszcz pada itd., itp.

niedziela, 16 lutego 2014

Nie głosujcie na Pawełka


Pawełek, mój kolega z podstawówki, chciał być dobry z matematyki. I pewnie nie był najgorszy, kłopot w tym, że większość klasy była od niego lepsza. Nie tylko sobie z tym przedmiotem radziliśmy, ale też się nim, za sprawą naszej nauczycielki, autentycznie pasjonowaliśmy. Nawet ja, choć teraz trudno mi w to uwierzyć, widziałam siebie wówczas jako tę, która rozwiąże problem trysekcji kąta czy kwadratury koła. Pawełek tej pasji w sobie nie miał. Nie był też zbyt dociekliwy. Był za to ambitny i bardzo chciał się wykazać. W końcu, gdy byliśmy gdzieś w szóstej czy siódmej klasie, nadszedł, jak myślał, jego wielki dzień. Dostaliśmy wyjątkowo trudne zadanie. Przez połowę lekcji cała klasa biedziła się nad rozwiązaniem. Podchodziliśmy do tablicy, liczyliśmy, kreśliliśmy... Pawełek nie mógł się doczekać, aż przyjdzie jego kolej. Gdy znów nie on został wywołany, nie wytrzymał, wstał i huknął na całą klasę: "Wszyscy macie źle!". I pokazał, jak, jego zdaniem, powinno być. Niestety jego triumf nie trwał długo. Matematyczka wysłuchała jego wywodów, spojrzała na obliczenia i pokazała, gdzie popełnił błąd. Speszony, nieco obrażony i nadal przekonany, że to on ma rację, Pawełek usiadł, a lekcja wróciła do normy.

Nie mam kontaktu z Pawełkiem. Nie wiem, jaką drogę życiową obrał, co teraz robi i czy znalazł dziedzinę, w której czuje się wystarczająco dobry. Co jakiś czas jednak przypominam sobie to jego triumfalne "Wszyscy macie źle!". Na przykład gdy zbliżają się wybory. Bo wtedy następuje wysyp Pawełków - chcących przede wszystkim udowodnić, że inni mają źle, a oni znaleźli cudowne rozwiązanie wszystkich naszych bolączek. Ot, w ten weekend jeden z nich znalazł receptę na całe zło w postaci biliona złotych, za pomocą którego potroi dzietność Polek i Polaków, i przemieni Polskę w eldorado dla rodzin.

Problem z dorosłymi Pawełkami jest taki, że pani od matematyki nie powie im już "Siadaj, źle". A nawet gdyby powiedziała, nie zrobiłoby to już specjalnego wrażenia ani na nich, ani na ich klasie, która, zamiast popatrywać na nich z uprzejmym zdziwieniem, rozpływa się w zachwytach nad ich błyskotliwością i pomysłowością. Co gorsza, nawet ci, co chętnie by powiedzieli "Siadaj, pała", zrobią to tylko wtedy, gdy na horyzoncie nie czai się jeszcze gorszy Pawełek, który zamiast pokrzykiwać, przewróci ławkę i powie, że ma być tak, jak on chce. Wtedy dadzą temu troszkę lepszemu szansę. Chociaż wiedzą, że się myli. I nie przestanie się mylić, a ich poparcie nie sprawi, że będzie lepszym matematykiem. Bo on nie chce być lepszy, chce, by wyszło na jego. I tak hodujemy naszych Pawełków, tych samych, których za nic byśmy nie poparli, gdy byliśmy dziećmi.

Za chwilę, no dobrze, w maju, ale na skutek wysypu coraz to cudowniejszych pomysłów na zyskanie miłości ludu (nie)pracującego miast i wsi mam wrażenie, że to za chwilę, wybory do Parlamentu Europejskiego. Potem samorządowe, potem krajowe. Za Pawełka robi przywołany już prezes PiS, co to od niedawna już nie trzy miliony, a bilion się nazywa. Ochoczo wtóruje mu m.in. niegdysiejsza szefowa jego kampanii prezydenckiej, a obecnie ministra edukacji z nadania prezesa PO Joanna Kluzik-Rostkowska, co chwila udowadniając a to rodzicom sześciolatków, a to nauczycielom, że mają źle, a ona ma dobrze i tym dobrze zrobi wszystkim dobrze. Dzielnie sekunduje im Jarosław Wałęsa, co to w Europarlamencie głosował przeciw przeciwdziałaniu homofobii, bo jest za przeciwdziałaniem homofobii. O 457 Pawełkach, co tak bardzo pragnęli wsadzić Mariusza T. za kraty, że go wypuścili, a na dodatek sprawili, że opinia publiczna zaczęła patrzeć na niego z niejaką sympatią, aż szkoda wspominać. Tak jak i o Pawełkach tzw. lewicy, co to krytykują politykę Putina wobec osób niehetero, ale do Soczi pobawić się pojechali, bo wszak sportu i polityki mieszać nie należy. I tak dalej - pewnie każda i każdy z was ma swoich ulubieńców i ulubienice, co to mają rację, choć jej nie mają, ale na tyle chcą ją mieć, że nie zauważają, jak głupio to wygląda (tak na marginesie, to nie jest tylko przypadłość polityków, ale to już z pewnością wiecie).

W porządku. Za chwilę, no dobrze, w maju, wybory, w sondażach prowadzi PiS, a u tak wielu osób znowu widzę to, co obserwuję, odkąd jako tako interesuję się polityką - strach, że ONI znowu będą rządzić, przekonanie, że ICH trzeba powstrzymać, przeświadczenie, że kogo nie wybiorą, i tak nic się nie zmieni, więc nie ma co się specjalnie czepiać i trzeba brać, co dają, oraz niezmienną wiarę w istnienie czegoś takiego jak mniejsze zło. I znowu nie rozumiem, czemu nie chce im się poanalizować, policzyć, posprawdzać, czemu nie widzą, że w tym działaniu jest znacznie więcej zmiennych, że ten, kto wygra, niekoniecznie musi rządzić, że choć a jest większe od b, to tylko gdy je zsumować, to da to ponad pięćdziesiąt procent, co prowadzi do prostego wniosku, że równie mocno będą się liczyć c, d, e i f, i to, do kogo dołączą, więcej, liczyć się będą też ich składowe, więc to im trzeba się przyglądać, a nie skupiać się wyłącznie na różnicy (ilościowej, jakościowej) między a i b. I tak dalej, bo wszak kiedyś a się podawało za b, c myślało jak d, e poparło a, i dopiero jak się przynajmniej do czterdziestego miejsca do przecinku dotrze, to coś naprawdę zaczyna być widać. Tylko trzeba troszkę podrążyć. Troszkę bardziej.

Ktoś mnie jakiś czas temu zapytał na Facebooku, czy będę przedstawiać i oceniać kandydatów i kandydatki do Europarlamentu. Pewnie trochę będę, wszak mimo mojego narastającego obrzydzenia do polityki nadal nieco mnie ona kręci. I pewnie będę podpatrywać tych, co to przedstawianie i ocenianie uskuteczniają znacznie lepiej i systematyczniej niż ja. Choć tak naprawdę mam wrażenie, że cała sztuka tkwi w niebyciu Pawełkami i niegłosowaniu na Pawełków. Na stawianiu dociekliwości ponad emocjami i chęcią postawienia na swoim. Skoro udawało się nam to w szkole, to niby czemu miałoby się nie udać w dorosłym życiu?

Imię Pawełka zostało zmienione. Podobieństwo do innych Pawełków jest niezamierzone, choć możliwe.

środa, 1 stycznia 2014

Pies nam napisał


Nasze fejsbukowe deklaracje, że rozważamy emigrację, a nawet w końcu zgodziłyśmy się co do kraju, w którym chciałybyśmy mieszkać, wywołały kilka reakcji. Wsparcie ze strony tych, którzy już wyjechali lub zamierzają zrobić to w najbliższym czasie. Ostrzeżenia, że i za granicą różowo nie jest. Stwierdzenia, że to ucieczka od problemów i że nie jest to postawa, którą należy się chwalić.

Tak naprawdę "rozważamy" nie równa się "emigrujemy", choć gdyby nadarzyła się okazja w postaci konkretnej propozycji pracy, pewnie byśmy się nie wahały. Póki co jest jeszcze ileś rzeczy, mniej lub bardziej przyjemnych, które trzymają nas tu, gdzie jesteśmy. Fakt, że straciłyśmy serce do kraju i (przynajmniej póki co) zapał do prób zmieniania czegokolwiek. Choć nadal uważamy, że przez ostatnie dwadzieścia kilka lat udało się zmienić wiele. I że warto działać. I nadal mamy ileś tam pomysłów spod znaku "co zrobimy, gdy już się u nas jako tako poukłada".

Zabawna jest geneza naszych deklaracji. Ta ostatnia kropla, która przelała czarę. Nie były to nienawistne komentarze, czy to w wykonaniu polityków i innych oficjeli, czy mniej lub bardziej anonimowych użytkowników internetu. Nie było to tak często artykułowane przez osoby w rodzaju Ewy Łętowskiej w ostatnim roku przeświadczenie, że jeśli chodzi o prawa człowieka, Polska zmierza w bardzo złym kierunku. Nie była to coraz większa agresja, z którą spotykają się osoby o te prawa próbujące jeszcze walczyć. Był to... nasz pies. Cudny zwierzak, który potwornie boi się wystrzałów. Na tyle potwornie, że traumą jest dla niego nie tylko każda ostatnia noc w roku, ale też wiele dni przed i po niej, w trakcie których co rusz ktoś odpala fajerwerki. Wczoraj odwiedziła nas znajoma Polka od lat mieszkająca w Holandii. Tam też strzela się w Sylwestra, ale uwaga - tylko w Sylwestra. W inne dni grożą za to ogromne grzywny (u nas też grożą, ale niemal nikt, łącznie z wieloma policjantami i strażnikami miejskimi, którzy często odmawiają interwencji w takich sytuacjach, się tym nie przejmuje). Więcej: sprzedaż fajerwerków prowadzi się tam wyłącznie 31 grudnia. Można? Można. Można we Włoszech, gdzie w wielu miastach w Sylwestra się nie strzela. Można w wielu innych krajach. W Polsce nie można. Nawet spokojnie tłumaczyć, że tej nocy ginie wiele zwierząt (szczególnie dzikich), że wybuchy są uciążliwe i niebezpieczne również dla ludzi, nawet apelować, by tego nie robić. Bo i to spotyka się z nienawiścią, co pięknie widać na profilu akcji "Nie strzelam w Sylwestra".

Polska jest przykrym krajem. Dla słabszych, dla biednych, dla wrażliwszych, dla zwierząt. Chciałabym, by była inna, i odkąd pamiętam, na chciejstwie się u mnie nie kończyło. Pomijając działalność (bardziej lub mniej - w ostatnich miesiącach zdecydowanie mniej - intensywną) na rzecz osób nieheteronormatywnych, bliskie są mi akcje prozwierzęce i rzecz jasna feministyczne. Zawsze też się cieszyłam, że, zupełnym przypadkiem, zawodowo zajmuję się głównie edukacją. Że, czy to pracując w mediach, czy w wydawnictwach, dokładam swoją cegiełkę, by polska szkoła była przyjaźniejsza, by uczyła kreatywności, samodzielności, by uczniowie i nauczyciele lepiej się w niej czuli i lepiej rozumieli wszystkie zmiany, reformy, innowacje. Właśnie tak: rozumieli, a nie bali się ich, bo strach (i chaos), choć się klika i sprzedaje, jest największym wrogiem edukacji. A media - przynajmniej tak to zawsze rozumiałam i starałam się realizować - mają pomagać zrozumieć rzeczywistość, a nie nią straszyć.

Cudownie jest mieć obok siebie kogoś podobnego. Kogoś, kto podziela idealizm, pasje, z kim można robić coś wspólnie. Skutkuje to mieszaniem życia osobistego z aktywizmem, bytu prywatnego z bytem politycznym, a także mieszaniem się iluś tam osób w naszą prywatność, ale, z wyjątkiem ekstremalnych przypadków, nie jest to cena, której nie warto czasami zapłacić. Czasami jednak ta prywatność, to, co osobiste, daje o sobie znać w bardzo dojmujący sposób. Czasami to, co prywatne, jest najważniejsze. To jest lekcja, którą dało mi ostatnie dwadzieścia miesięcy. Że walka walką, działalność działalnością, ale są momenty, kiedy trzeba się zająć po prostu sobą. Kiedy to my jesteśmy najważniejsze.

W czasie, gdy Gosia co chwila lądowała w szpitalu, gdy walczyłyśmy, by nie straciła wzroku, ja opowiadałam w mediach i na konferencjach prasowych w Sejmie o tym, co przeżywamy. Pokazywałam - na naszym przykładzie, prawdziwych osób, prawdziwych dramatów - dlaczego uregulowanie prawne sytuacji par jednopłciowych jest tak potrzebne. To była dobra strategia (mimo że nie przyniosła konkretnych efektów, ale przynajmniej na tyle wybrzmiała w mediach, że pozwoliła choć na chwilę skupić się na rzeczywistych, a nie wydumanych kwestiach), na tyle dobra, że gdyby nie działo się to naprawdę, zapewne należałoby to wymyślić. Ale nie chcę robić tego po raz kolejny. Nie chcę - ani wspólnie z "opinią publiczną", ani tylko we dwie, ponownie przeżywać tego samego. Nie chcę martwić się naszą sytuacją prawną w czasie, gdy mamy dość innych zmartwień i powinnyśmy wszystkie siły poświęcać właśnie im.

Decyzja o emigracji chyba nigdy nie jest łatwa. Ocena, że jest się tchórzem, że się ucieka, podczas gdy tu barykady czekają, to akurat drobiazg przy konieczności zostawienia rodziny, przyjaciół, znajomych miejsc, właściwie jedynego świata, który się zna i rozumie. Formalności, które trzeba załatwić przed wyjazdem, przerażające. Korzyści - tak naprawdę niepewne, szczególnie gdy nie ma się dwudziestu lat i żelaznego zdrowia. Mimo to coraz częściej rozmawiamy o wyjeździe.