środa, 1 stycznia 2014

Pies nam napisał


Nasze fejsbukowe deklaracje, że rozważamy emigrację, a nawet w końcu zgodziłyśmy się co do kraju, w którym chciałybyśmy mieszkać, wywołały kilka reakcji. Wsparcie ze strony tych, którzy już wyjechali lub zamierzają zrobić to w najbliższym czasie. Ostrzeżenia, że i za granicą różowo nie jest. Stwierdzenia, że to ucieczka od problemów i że nie jest to postawa, którą należy się chwalić.

Tak naprawdę "rozważamy" nie równa się "emigrujemy", choć gdyby nadarzyła się okazja w postaci konkretnej propozycji pracy, pewnie byśmy się nie wahały. Póki co jest jeszcze ileś rzeczy, mniej lub bardziej przyjemnych, które trzymają nas tu, gdzie jesteśmy. Fakt, że straciłyśmy serce do kraju i (przynajmniej póki co) zapał do prób zmieniania czegokolwiek. Choć nadal uważamy, że przez ostatnie dwadzieścia kilka lat udało się zmienić wiele. I że warto działać. I nadal mamy ileś tam pomysłów spod znaku "co zrobimy, gdy już się u nas jako tako poukłada".

Zabawna jest geneza naszych deklaracji. Ta ostatnia kropla, która przelała czarę. Nie były to nienawistne komentarze, czy to w wykonaniu polityków i innych oficjeli, czy mniej lub bardziej anonimowych użytkowników internetu. Nie było to tak często artykułowane przez osoby w rodzaju Ewy Łętowskiej w ostatnim roku przeświadczenie, że jeśli chodzi o prawa człowieka, Polska zmierza w bardzo złym kierunku. Nie była to coraz większa agresja, z którą spotykają się osoby o te prawa próbujące jeszcze walczyć. Był to... nasz pies. Cudny zwierzak, który potwornie boi się wystrzałów. Na tyle potwornie, że traumą jest dla niego nie tylko każda ostatnia noc w roku, ale też wiele dni przed i po niej, w trakcie których co rusz ktoś odpala fajerwerki. Wczoraj odwiedziła nas znajoma Polka od lat mieszkająca w Holandii. Tam też strzela się w Sylwestra, ale uwaga - tylko w Sylwestra. W inne dni grożą za to ogromne grzywny (u nas też grożą, ale niemal nikt, łącznie z wieloma policjantami i strażnikami miejskimi, którzy często odmawiają interwencji w takich sytuacjach, się tym nie przejmuje). Więcej: sprzedaż fajerwerków prowadzi się tam wyłącznie 31 grudnia. Można? Można. Można we Włoszech, gdzie w wielu miastach w Sylwestra się nie strzela. Można w wielu innych krajach. W Polsce nie można. Nawet spokojnie tłumaczyć, że tej nocy ginie wiele zwierząt (szczególnie dzikich), że wybuchy są uciążliwe i niebezpieczne również dla ludzi, nawet apelować, by tego nie robić. Bo i to spotyka się z nienawiścią, co pięknie widać na profilu akcji "Nie strzelam w Sylwestra".

Polska jest przykrym krajem. Dla słabszych, dla biednych, dla wrażliwszych, dla zwierząt. Chciałabym, by była inna, i odkąd pamiętam, na chciejstwie się u mnie nie kończyło. Pomijając działalność (bardziej lub mniej - w ostatnich miesiącach zdecydowanie mniej - intensywną) na rzecz osób nieheteronormatywnych, bliskie są mi akcje prozwierzęce i rzecz jasna feministyczne. Zawsze też się cieszyłam, że, zupełnym przypadkiem, zawodowo zajmuję się głównie edukacją. Że, czy to pracując w mediach, czy w wydawnictwach, dokładam swoją cegiełkę, by polska szkoła była przyjaźniejsza, by uczyła kreatywności, samodzielności, by uczniowie i nauczyciele lepiej się w niej czuli i lepiej rozumieli wszystkie zmiany, reformy, innowacje. Właśnie tak: rozumieli, a nie bali się ich, bo strach (i chaos), choć się klika i sprzedaje, jest największym wrogiem edukacji. A media - przynajmniej tak to zawsze rozumiałam i starałam się realizować - mają pomagać zrozumieć rzeczywistość, a nie nią straszyć.

Cudownie jest mieć obok siebie kogoś podobnego. Kogoś, kto podziela idealizm, pasje, z kim można robić coś wspólnie. Skutkuje to mieszaniem życia osobistego z aktywizmem, bytu prywatnego z bytem politycznym, a także mieszaniem się iluś tam osób w naszą prywatność, ale, z wyjątkiem ekstremalnych przypadków, nie jest to cena, której nie warto czasami zapłacić. Czasami jednak ta prywatność, to, co osobiste, daje o sobie znać w bardzo dojmujący sposób. Czasami to, co prywatne, jest najważniejsze. To jest lekcja, którą dało mi ostatnie dwadzieścia miesięcy. Że walka walką, działalność działalnością, ale są momenty, kiedy trzeba się zająć po prostu sobą. Kiedy to my jesteśmy najważniejsze.

W czasie, gdy Gosia co chwila lądowała w szpitalu, gdy walczyłyśmy, by nie straciła wzroku, ja opowiadałam w mediach i na konferencjach prasowych w Sejmie o tym, co przeżywamy. Pokazywałam - na naszym przykładzie, prawdziwych osób, prawdziwych dramatów - dlaczego uregulowanie prawne sytuacji par jednopłciowych jest tak potrzebne. To była dobra strategia (mimo że nie przyniosła konkretnych efektów, ale przynajmniej na tyle wybrzmiała w mediach, że pozwoliła choć na chwilę skupić się na rzeczywistych, a nie wydumanych kwestiach), na tyle dobra, że gdyby nie działo się to naprawdę, zapewne należałoby to wymyślić. Ale nie chcę robić tego po raz kolejny. Nie chcę - ani wspólnie z "opinią publiczną", ani tylko we dwie, ponownie przeżywać tego samego. Nie chcę martwić się naszą sytuacją prawną w czasie, gdy mamy dość innych zmartwień i powinnyśmy wszystkie siły poświęcać właśnie im.

Decyzja o emigracji chyba nigdy nie jest łatwa. Ocena, że jest się tchórzem, że się ucieka, podczas gdy tu barykady czekają, to akurat drobiazg przy konieczności zostawienia rodziny, przyjaciół, znajomych miejsc, właściwie jedynego świata, który się zna i rozumie. Formalności, które trzeba załatwić przed wyjazdem, przerażające. Korzyści - tak naprawdę niepewne, szczególnie gdy nie ma się dwudziestu lat i żelaznego zdrowia. Mimo to coraz częściej rozmawiamy o wyjeździe.