czwartek, 20 lutego 2014

Gdy wygra PiS...*


Nadal nie będzie związków partnerskich.
Nadal nie będzie ochrony przed przestępstwami motywowanymi homofobią.
Nadal nie będzie ustawy o uzgodnieniu płci.
Podstawa programowa nadal będzie pomijać kwestie LGBTQetcetera.
Rządzący nadal nie będą dostrzegać problemów nieheteronormatywnych uczniów i uczennic.
Ministerstwo Sprawiedliwości nadal będzie homofobiczne.
Dariusz Oko nadal będzie zrównywał gejów z pedofilami.
Krystyna Pawłowicz nadal będzie pluć jadem na osoby nieheteronormatywne.
Nawoływanie do nienawiści z kościelnej i sejmowej ambony nadal będzie akceptowane.
Prowadzący programy w mainstreamowych mediach nadal będą na serio pytać na wizji/antenie, czy w Polsce mamy dyktaturę mniejszości seksualnych i czy homoseksualizm sprzyja pedofilii.
Uniwersytety nadal będą zapraszać guru homofobów Paula Camerona.
Osoby nieheteronormatywne nadal będą się bały wychodzić z szafy.
Osoby LGBTQetcetera, które z szafy wyjdą, oraz te, które zostaną uznane za nieheteronormatywne, nadal będą szykanowane, lżone i atakowane fizycznie.
Nadal będzie działać zespół parlamentarny ds. przeciwdziałania ateizacji Polski.
I zespół parlamentarny ds. przeciwdziałania ideologii gender.
Gender nadal będzie utożsamiane z seksualizacją przedszkolaków.
Przedszkola, które wprowadziły program "Równościowe przedszkole", nadal będą obiektami nagonki.
Nadal będzie obowiązywać jedna z najbardziej restrykcyjnych ustaw antyaborcyjnych na świecie.
Rząd nadal nie będzie wspierał równouprawnienia kobiet i mężczyzn.
Feminizm nadal będzie brzydkim słowem.
Dotacje na kulturę nadal będą przekazywane na Świątynię Opatrzności Bożej.
Posiedzenia Komisji Wspólnej Episkopatu Polski i Rządu RP nadal będą utajniane.
Artyści nadal będą cenzurowani w imię ochrony uczuć religijnych.
Art. 196 Kodeksu karnego nadal będzie obowiązywał.
Narodowcy nadal będą przerywać wykłady, atakować squaty, miejsca spotkań osób nieheteronormatywnych i ambasadę Rosji.
Tęcza na pl. Zbawiciela nadal będzie płonąć.
Romowie nadal będą nienawidzeni.
Antysemityzm nadal będzie się miał dobrze nie tylko na murach polskich miast.

Nadal wiele osób będzie uważać PO za mniejsze zło.

*Notka zainspirowana komentarzem Multilicusa na FB. Na wypadek, gdyby ktosie nie zauważyły, to wszystko - i wiele więcej - (nie) zadziało się za rządów Platformy Obywatelskiej. Zachęcam do dodawania swoich "nadal" w komentarzach.

środa, 19 lutego 2014

Wróg was poszuka


Nigdy nie miałam najlepszego zdania o PO, ale jednego posłom i posłankom tej partii (no, nie wszystkim, ale większości) odmówić nie potrafiłam - umiejętności wysławiania się. Ubierania nawet bardzo niefajnych poglądów i postulatów w ładne słowa, tak, by na pierwszy rzut oka - a niestety większość ludzi tym okiem rzuca właśnie raz - było z nimi wszystko w porządku. Tym bardziej nie mogę wyjść z podziwu, a minęło już parę dni, odkąd to zobaczyłam, więc już powinnam z niego wyjść, nad pięknym strzałem w stopę, który zafundował sobie członek jej liberalnego skrzydła (rzecz jasna liberalnego jedynie z nazwy, ale teraz nie w tym rzecz) Adam Szejnfeld.

Pan poseł dał się w Walentynki zaprosić do programu "Tak jest" Andrzeja Morozowskiego. Obok niego posadzono Mirosławę Makuchowską, wiceszefową KPH. Temat programu - związki partnerskie, a konkretnie to, dlaczego PO, mimo przedwyborczych obietnic, pomysł zarzuciła. W odpowiedzi dostaliśmy piękny pokaz arogancji, który pod koniec przerodził się w niemal wściekłą perorę pana posła. Jak nie wierzycie, to popatrzcie.

W skrócie: Adam Szejnfeld najpierw kłamał, potem groził. A w międzyczasie powiedział kilka rzeczy prawdziwych, których prawdopodobnie mówić nie powinien. W czym kłamał? W tym, że PO jest za związkami partnerskimi (choć można mówić jedynie o części PO), a nie uchwaliła ustawy jedynie z braku sejmowej większości (która, gdyby całe PO było za związkami, by się znalazła). To stwierdzenie pada tak z sześć razy, więc trudno mówić o pomyłce, bardziej prawdopodobne jest to, że to oficjalna linia partii - my chcieliśmy, ale to oni (PiS, nasz koalicjant, "lewica" zapewne też) nam nie pozwolili. Co zresztą potwierdza moja ulubiona wymiana zdań w tym programie: "Ale to w PO zabrakło głosów" - "W Sejmie zabrakło".

Kiedy powiedział prawdę? Kiedy przyznał, że program partii to jedynie zbiór pobożnych życzeń, a gdyby miał być czymś więcej, to może i składałby się z wielu kartek, ale pustych. Czyli że, co już nie od dziś wiadomo, programy są po to, by wygrać wybory, a nie po to, by je realizować.

Kiedy groził? To mój ulubiony moment - i jest wyjątkowo paskudny. Zaczyna się pozornie lekko, od pogrożenia paluszkiem: niezwykle łatwo zrazić do siebie ludzi, którzy są zwolennikami waszych postulatów - stwierdził pan poseł. Tak na marginesie, to jest akurat nienowe stwierdzenie, podobnie na krytykę reagowała swojego czasu pełnomocniczka rządu ds. równego traktowania Agnieszka Kozłowska-Rajewicz. A potem przywalił z grubej rury: jak będziecie upatrywać wroga nie w PiS, a w nas, to wróg was znajdzie. Gwarantuję to pani - wtedy PiS wygra wybory i was znajdzie.

Co zabawne, owo grożenie paluszkiem zrobiło na mnie znacznie większe wrażenie niż straszenie. Nie boję się PiS, a kto się boi, ten trąba, bo PiS jak zwykle nie będzie miało większości i z ich biliona złotych, zawłaszczania władzy sądowniczej i zmuszania kobiet do rodzenia wyjdzie wielkie nic. Nasza sytuacja też gorsza nie będzie, bo nie ma niczego, co mogliby nam odebrać. I to, że nie ma tego niczego, to akurat zasługa partii pana Szejnfelda, który jest sojusznikiem tylko z nazwy. Wskazówka: sojusznik to nie ktoś, kto kłamie i grozi w odpowiedzi na słuszną krytykę. Sojusznik to nie ktoś, kto sobie o tobie przypomina, gdy sam jest w potrzebie. Sojusznik to nie ktoś, kto daje ci wielkie nic i nawet nie próbuje udawać, że da więcej. Sojusznik to ktoś, kto szuka rozwiązania twojego problemu. Ktoś, kto lobbuje w twojej sprawie i stara się przekonać do niej innych. Ktoś, kto daje ci prawo do wyrażenia swojego rozgoryczenia i żalu. I podziela je - bo jest twoim sojusznikiem i twoja sprawa jest też jego sprawą.

Czy mamy takich sojuszników w PO? Czy są tam ludzie, którzy właśnie teraz, gdy grunt pali im się pod nogami, gdy rozpaczliwie szukają sposobów utrzymania się przy władzy, są w stanie naprawdę powalczyć o sprawy grupy, do której zwracają się o pomoc? Teraz, nie w czasie nieokreślonym, gdy zdobędą mityczną większość, którą w sprawach związków partnerskich, przeciwdziałania przestępstwom z nienawiści czy uzgodnienia płci tak naprawdę już mają? Być może. I być może nawet zdecydują się to pokazać. Bo - i mam nadzieję, że nie tylko ja tak myślę - to nie my powinniśmy walczyć o uwagę polityków i o to, by ich do siebie nie zrazić, a oni o to, by nie zrazić nas do siebie. To oni powinni nas przekonać, że są warci naszych głosów. To oni powinni o nas zabiegać. Nie jesteśmy niewolnikami czekającymi na łaskę dobrego pana. Jesteśmy ich pracodawcami. Decydujemy o ich losie. I jeśli tego nie rozumieją, to najwyraźniej nie powinno być ich w Sejmie. Czego im szczerze życzę (z wielu, wielu powodów), choć raczej się to moje życzenie nie spełni. Przynajmniej nie w kolejnej kadencji.

PS Oczywiście, czemu już nie raz dawałam wyraz, uważam, że to przede wszystkim my powinniśmy walczyć o swoje sprawy. Ale nie na kolanach i nie udając, że deszcz pada itd., itp.

niedziela, 16 lutego 2014

Nie głosujcie na Pawełka


Pawełek, mój kolega z podstawówki, chciał być dobry z matematyki. I pewnie nie był najgorszy, kłopot w tym, że większość klasy była od niego lepsza. Nie tylko sobie z tym przedmiotem radziliśmy, ale też się nim, za sprawą naszej nauczycielki, autentycznie pasjonowaliśmy. Nawet ja, choć teraz trudno mi w to uwierzyć, widziałam siebie wówczas jako tę, która rozwiąże problem trysekcji kąta czy kwadratury koła. Pawełek tej pasji w sobie nie miał. Nie był też zbyt dociekliwy. Był za to ambitny i bardzo chciał się wykazać. W końcu, gdy byliśmy gdzieś w szóstej czy siódmej klasie, nadszedł, jak myślał, jego wielki dzień. Dostaliśmy wyjątkowo trudne zadanie. Przez połowę lekcji cała klasa biedziła się nad rozwiązaniem. Podchodziliśmy do tablicy, liczyliśmy, kreśliliśmy... Pawełek nie mógł się doczekać, aż przyjdzie jego kolej. Gdy znów nie on został wywołany, nie wytrzymał, wstał i huknął na całą klasę: "Wszyscy macie źle!". I pokazał, jak, jego zdaniem, powinno być. Niestety jego triumf nie trwał długo. Matematyczka wysłuchała jego wywodów, spojrzała na obliczenia i pokazała, gdzie popełnił błąd. Speszony, nieco obrażony i nadal przekonany, że to on ma rację, Pawełek usiadł, a lekcja wróciła do normy.

Nie mam kontaktu z Pawełkiem. Nie wiem, jaką drogę życiową obrał, co teraz robi i czy znalazł dziedzinę, w której czuje się wystarczająco dobry. Co jakiś czas jednak przypominam sobie to jego triumfalne "Wszyscy macie źle!". Na przykład gdy zbliżają się wybory. Bo wtedy następuje wysyp Pawełków - chcących przede wszystkim udowodnić, że inni mają źle, a oni znaleźli cudowne rozwiązanie wszystkich naszych bolączek. Ot, w ten weekend jeden z nich znalazł receptę na całe zło w postaci biliona złotych, za pomocą którego potroi dzietność Polek i Polaków, i przemieni Polskę w eldorado dla rodzin.

Problem z dorosłymi Pawełkami jest taki, że pani od matematyki nie powie im już "Siadaj, źle". A nawet gdyby powiedziała, nie zrobiłoby to już specjalnego wrażenia ani na nich, ani na ich klasie, która, zamiast popatrywać na nich z uprzejmym zdziwieniem, rozpływa się w zachwytach nad ich błyskotliwością i pomysłowością. Co gorsza, nawet ci, co chętnie by powiedzieli "Siadaj, pała", zrobią to tylko wtedy, gdy na horyzoncie nie czai się jeszcze gorszy Pawełek, który zamiast pokrzykiwać, przewróci ławkę i powie, że ma być tak, jak on chce. Wtedy dadzą temu troszkę lepszemu szansę. Chociaż wiedzą, że się myli. I nie przestanie się mylić, a ich poparcie nie sprawi, że będzie lepszym matematykiem. Bo on nie chce być lepszy, chce, by wyszło na jego. I tak hodujemy naszych Pawełków, tych samych, których za nic byśmy nie poparli, gdy byliśmy dziećmi.

Za chwilę, no dobrze, w maju, ale na skutek wysypu coraz to cudowniejszych pomysłów na zyskanie miłości ludu (nie)pracującego miast i wsi mam wrażenie, że to za chwilę, wybory do Parlamentu Europejskiego. Potem samorządowe, potem krajowe. Za Pawełka robi przywołany już prezes PiS, co to od niedawna już nie trzy miliony, a bilion się nazywa. Ochoczo wtóruje mu m.in. niegdysiejsza szefowa jego kampanii prezydenckiej, a obecnie ministra edukacji z nadania prezesa PO Joanna Kluzik-Rostkowska, co chwila udowadniając a to rodzicom sześciolatków, a to nauczycielom, że mają źle, a ona ma dobrze i tym dobrze zrobi wszystkim dobrze. Dzielnie sekunduje im Jarosław Wałęsa, co to w Europarlamencie głosował przeciw przeciwdziałaniu homofobii, bo jest za przeciwdziałaniem homofobii. O 457 Pawełkach, co tak bardzo pragnęli wsadzić Mariusza T. za kraty, że go wypuścili, a na dodatek sprawili, że opinia publiczna zaczęła patrzeć na niego z niejaką sympatią, aż szkoda wspominać. Tak jak i o Pawełkach tzw. lewicy, co to krytykują politykę Putina wobec osób niehetero, ale do Soczi pobawić się pojechali, bo wszak sportu i polityki mieszać nie należy. I tak dalej - pewnie każda i każdy z was ma swoich ulubieńców i ulubienice, co to mają rację, choć jej nie mają, ale na tyle chcą ją mieć, że nie zauważają, jak głupio to wygląda (tak na marginesie, to nie jest tylko przypadłość polityków, ale to już z pewnością wiecie).

W porządku. Za chwilę, no dobrze, w maju, wybory, w sondażach prowadzi PiS, a u tak wielu osób znowu widzę to, co obserwuję, odkąd jako tako interesuję się polityką - strach, że ONI znowu będą rządzić, przekonanie, że ICH trzeba powstrzymać, przeświadczenie, że kogo nie wybiorą, i tak nic się nie zmieni, więc nie ma co się specjalnie czepiać i trzeba brać, co dają, oraz niezmienną wiarę w istnienie czegoś takiego jak mniejsze zło. I znowu nie rozumiem, czemu nie chce im się poanalizować, policzyć, posprawdzać, czemu nie widzą, że w tym działaniu jest znacznie więcej zmiennych, że ten, kto wygra, niekoniecznie musi rządzić, że choć a jest większe od b, to tylko gdy je zsumować, to da to ponad pięćdziesiąt procent, co prowadzi do prostego wniosku, że równie mocno będą się liczyć c, d, e i f, i to, do kogo dołączą, więcej, liczyć się będą też ich składowe, więc to im trzeba się przyglądać, a nie skupiać się wyłącznie na różnicy (ilościowej, jakościowej) między a i b. I tak dalej, bo wszak kiedyś a się podawało za b, c myślało jak d, e poparło a, i dopiero jak się przynajmniej do czterdziestego miejsca do przecinku dotrze, to coś naprawdę zaczyna być widać. Tylko trzeba troszkę podrążyć. Troszkę bardziej.

Ktoś mnie jakiś czas temu zapytał na Facebooku, czy będę przedstawiać i oceniać kandydatów i kandydatki do Europarlamentu. Pewnie trochę będę, wszak mimo mojego narastającego obrzydzenia do polityki nadal nieco mnie ona kręci. I pewnie będę podpatrywać tych, co to przedstawianie i ocenianie uskuteczniają znacznie lepiej i systematyczniej niż ja. Choć tak naprawdę mam wrażenie, że cała sztuka tkwi w niebyciu Pawełkami i niegłosowaniu na Pawełków. Na stawianiu dociekliwości ponad emocjami i chęcią postawienia na swoim. Skoro udawało się nam to w szkole, to niby czemu miałoby się nie udać w dorosłym życiu?

Imię Pawełka zostało zmienione. Podobieństwo do innych Pawełków jest niezamierzone, choć możliwe.