niedziela, 31 sierpnia 2014

Zanim wybierzesz się do notariusza

O Jędrzeju i Macieju Idziak-Sępkowskich z Krakowa, którzy zawarli u notariusza "umowę partnerską", spisali testamenty, zmienili nazwiska i udzielili sobie wzajemnie pełnomocnictw na różne okoliczności, a następnie urządzili huczną imprezę weselną połączoną z uroczystą przysięgą, słyszeli już pewnie wszyscy. W ostatnich dniach panowie odwiedzili większość znaczących mediów, w których opowiedzieli swoją historię, a przy okazji zainspirowali ileś tam osób do pójścia w ich ślady.

Choć panowie niekoniecznie są z mojej bajki (nie podzielam ich wartości spod znaku Boga, honoru i ojczyzny oraz uważam, że walka o równe prawa jest bardzo ważna, nawet jeśli oznacza sojusze z ludźmi, z którymi niekoniecznie jest mi po drodze), to, w przeciwieństwie do iluś tam osób, nie uważam, by w jakikolwiek sposób zaszkodzili sprawie związków partnerskich czy równości małżeńskiej, pokazując, że wszystko można załatwić notarialnie. Bo ani tego nie pokazali, ani nie twierdzą, że pokazali, ani nikt pod ich wpływem tak twierdzić nie zaczął. Powiedzmy to sobie szczerze, jak ktoś jest przeciw, to racjonalne argumenty niespecjalnie do niego trafiają, tak więc nawet jak jeden odpadnie (że notariusz), to znajdzie sobie inny (że prawo naturalne, że temat zastępczy, że przedłużenie gatunku itd.). Fakt, że Jędrzej i Maciel strzelili w mediach kilka byków - najgrubszy chyba w rozmowie z dziennikarzem NaTemat.pl, gdzie stwierdzili, że leżące w sejmowej zamrażarce projekty ustaw o związkach partnerskich nie dają nic ponad to, co oni zrobili - ale też nie ma co się specjalnie na nich gniewać, wszak były i takie projekty (aż dwa), autorstwa konserwatystów z PO, więc mogli się w tej mnogości propozycji pogubić.

Zdecydowany plus ich akcji, poza tym, że musieli nieźle wkurzyć całkiem sporą rzeszę osób, z którymi dzielą te same wartości (no bo jak to - gej konserwatysta, patriota i do tego katolik?), jest taki, że dzięki nim kolejne parę osób zorientowało się, że w jakiejś tam szczątkowej formie mogą się zabezpieczyć i zaczęło się interesować swoimi prawami. Minus - że ileś tam kancelarii notarialnych może zechcieć to wykorzystać i zacząć wciskać ludziom produkty związkopodobne (tak jak to się działo półtora roku temu, gdy Sejm w pierwszym czytaniu odrzucił wszystkie projekty ustaw o związkach partnerskich), oczywiście odpowiednio się nazywające i odpowiednio kosztowne. Dlatego, zanim zdecydujemy się na wizytę u notariusza, warto wiedzieć, czego żadna umowa i żadne pełnomocnictwo nam nie zapewni, nawet jeśli pan prawnik czy pani prawniczka będą gorąco swój produkt zachwalać i zapewniać o jego superskuteczności.

Przede wszystkim żadna umowa nie sprawi, że w świetle polskiego prawa staniemy się osobami bliskimi czy rodziną. Noszenie tych samych nazwisk może pomóc w sytuacji granicznej, jak konieczność dowiedzenia się o stan zdrowia nieprzytomnego partnera, ale równie dobrze może nie pomóc, gdy ktoś z personelu medycznego zechce się dowiedzieć, kim właściwie jest dla nas ten pan czy ta pani. Generalnie w placówkach medycznych jest trudno. Można złożyć w każdej z nich oświadczenie, na podstawie którego partner czy partnerka będzie mógł lub mogła odbierać nasze wyniki badań. Zwykłe odwiedzenie przytomnej osoby też nie powinno stanowić problemu (chociaż zdarza się niestety, że stanowi). Schody zaczynają się, gdy ta osoba wyląduje na OIOM-ie. Nawet jeśli mamy jej oświadczenie woli, zgodnie z którym możemy dowiadywać się o jej stan zdrowia czy decydować o procedurach medycznych. Kłopot polega na tym, że tego typu dokumenty nie zawsze są respektowane. Dlaczego? Bo za udzielenie informacji osobom nieuprawnionym pracownikom ochrony zdrowia grozi kara nawet do trzech lat więzienia, więc częstokroć wolą oni dać pierwszeństwo rodzinie (tej w świetle prawa - małżonkom, wstępnym, zstępnym, krewnym bocznym, powinowatym...). Teoretycznie można walczyć o swoje na drodze sądowej, tylko kto ma na to czas i siły, gdy życie partnera czy partnerki jest zagrożone, a my nawet nie możemy się dowiedzieć, co się z nim czy nią dzieje.

Notarialnie nie da się też załatwić większości spraw majątkowych. Oczywiście można się wzajemnie upoważnić do dysponowania dobrami materialnymi, można też spisać testamenty oraz poprosić rodziców o zrzeczenie się zachowku czy - jeśli nie jesteśmy z nimi w dobrych relacjach - spróbować ich wydziedziczyć (do tego muszą być jednak ważne przesłanki). Kwestie takie jak wspólne opodatkowanie czy zwolnienie z podatku od spadku i darowizn są już jednak nie do przejścia. W najlepszym zatem wypadku, gdy odpadnie nam konieczność wypłacenia rodzinie zachowku, dziedziczenie majątku po śmierci partnera czy partnerki (który to majątek zazwyczaj był wspólnie wypracowany) wiąże się z koniecznością zapłacenia państwu 20 procent jego wartości. Mniejsza, gdy tym majątkiem jest piętnastoletni samochód, gorzej, gdy jest to wspólnie spłacane przez trzydzieści lat mieszkanie. Trzeba się też zawsze liczyć z możliwością podważenia testamentu przez rodzinę zmarłej osoby, szczególnie gdy nie akceptowała naszego związku, i koniecznością wieloletniej batalii sądowej. Niekoniecznie wygranej.

Nie ma również możliwości zabezpieczenia drugiej osoby, gdy jest bezrobotna, niepełnosprawna czy przewlekle choruje. Nie obejmiemy jej swoim ubezpieczeniem z ZUS, nie dostaniemy wolnego na opiekę czy zasiłku opiekuńczego. Nie otrzymamy też renty rodzinnej, gdy partner czy partnerka umrze, nie odziedziczymy również emerytury (wyjątkiem są środki gromadzone w OFE, do których dziedziczenia możemy upoważnić kogo chcemy). Nie ma też opcji, by zapewnić sobie prawo do odbioru ciała partnerki czy partnera po śmierci, a także zorganizowania pochówku. Bez względu na naszą wolę ciało zostanie wydane rodzinie, a jeśli jej zabraknie, obowiązek pochówku spocznie na gminie.

Jeśli nasz partner jest cudzoziemcem, to nawet jeśli weźmiemy ślub za granicą, w Polsce nadal będziemy dla siebie osobami obcymi (odpada więc np. możliwość zapewnienia prawa pobytu partnerowi czy partnerce spoza UE). Obecne prawo nie zapobiega też konfliktom interesów między partnerami czy partnerkami - możemy być swoimi szefami w urzędach czy sądach lub zasiadać w komisji dyscyplinarnej, która osądza partnera czy partnerkę.

Mimo tych wszystkich "nie" i "tak, ale" ja akurat uważam, że warto się zabezpieczyć na tyle, na ile się da - nasze pełnomocnictwa, spisane kilka lat temu, przydały się nam nie raz, a to w urzędach, a to na poczcie. Ważne jednak, by mieć świadomość, co dają, a czego nie (by nie robić sobie zbędnych nadziei), i by zbytnio za nie nie przepłacić. No i zdecydowanie uważam, że warto nagłaśniać swoje śluby, czy to humanistyczne, czy kościelne (np. zawarte w Wolnym Kościele Reformowanym), czy zagraniczne, i "śluby" (uroczyste przyrzeczenia złożone w gronie najbliższych). Każde takie wydarzenie to okazja, by pokazać, kim jesteśmy, czego chcemy i po co nam właściwie równe prawa.

UWAGA! Nie jestem prawniczką. W tekście mogą być nieprecyzyjne sformułowania (nieprawnicze czy niezdefiniowane w polskim prawie) oraz nieścisłości.

wtorek, 26 sierpnia 2014

O co chodzi Fundacji PRO - Prawo do Życia

Nawet jeśli nie kojarzycie tej fundacji z nazwy, to z pewnością zdarzyło się wam zetknąć z efektami jej działalności. To oni od 2005 roku obwieszają ulice zdjęciami zmasakrowanych płodów (zestawionymi, w zależności od potrzeb, ze zdjęciami "proaborcyjnych" polityków i polityczek, Hitlera, ofiar wojen, głodujących dzieci...). To oni pikietują pod szpitalami, w których zgodnie z prawem dokonuje się aborcji i zastraszają pracujących tam lekarzy i lekarki. To oni zbierają podpisy pod projektami ustaw o zmuszaniu kobiet do rodzenia niezależnie od okoliczności.
Ostatnio, oprócz ograniczania praw kobiet, wzięli się też za nękanie i stygmatyzowanie osób nieheteronormatywnych. Służy temu akcja o jakże szczytnej nazwie "Stop pedofilii". Jej celem nie jest bynajmniej ochrona dzieci czy pomoc ofiarom wykorzystania seksualnego, a walka z edukacją seksualną i powielanie najobrzydliwszych stereotypów na temat osób LGBTQ, szczególnie tego, że są one niebezpieczne dla dzieci. 

Jednoznacznie jako akcję szkodzącą dzieciom i stygmatyzującą osoby niehetero oceniła ją Monika Sajkowska z Fundacji Dzieci Niczyje, która od 23 lat działa na rzecz ochrony dzieci przed wykorzystaniem seksualnym:
Ta akcja kwestionuje prawa dzieci do informacji i rozwoju, dezorientuje, dezinformuje, buduje atmosferę zagrożenia i wrogości. Trudno uwierzyć, że w XXI w. można postulować karanie za dostarczanie dzieciom wiedzy o ich rozwoju i naturze relacji seksualnych, a opiekunów, nauczycieli i wychowawców prowadzących taką edukację stawiać w jednym szeregu z pedofilami. Pedofilia jest zaburzeniem preferencji seksualnych. Dla organizatorów akcji pedofilią jest edukowanie dzieci na temat seksualności. (...)
Edukacja seksualna nie ułatwia pedofilom wykorzystywania dzieci, jak głosi manifest akcji „Stop pedofilii”. Wręcz przeciwnie, dzięki niej dzieci potrafią trafniej interpretować zachowania sprawców, rozumieją je, są bardziej asertywne, trudniej nimi manipulować, potrafią rozmawiać o seksualności i łatwiej im prosić o pomoc i ochronę. Edukacja seksualna nie jest wprawdzie remedium na bezbronność i bezradność wykorzystywanego dziecka. Jest jednak szansą, bo jest w niej miejsce na przekaz o prawie do intymności, o sferze naturalnej seksualności dziecka, ale również o granicach, których nikt nie ma prawa przekraczać. (...) 
Tworzenie lub umacnianie mitów na temat problemu realnie szkodzi jego zapobieganiu. Dlatego też bulwersujące jest upowszechniane w ramach akcji „Stop pedofilii” informacji na temat związku pedofilii z homoseksualizmem. Nie istnieją żadne empiryczne dane z wiarygodnych metodologicznie badań, które potwierdzałyby tezę, iż osoby homoseksualne wykorzystują seksualnie dzieci częściej, niż osoby heteroseksualne. Społeczna dezinformacja w tym zakresie ma na celu stygmatyzację osób homoseksualnych. Jest przejawem dyskryminacji i budzi nasz zdecydowany sprzeciw.
Na temat zrównania przez organizatorów akcji osób nieheteronormatywnych z pedofilami wypowiedziało się też Polskie Towarzystwo Seksuologiczne:
Znakomita większość przypadków wykorzystywania seksualnego dzieci w Polsce jest popełniana przez heteroseksualnych mężczyzn i ma miejsce w rodzinie (tj. wykorzystywanie dziewczynek przez mężczyzn będących członkami ich rodzin – np. przez ojca, ojczyma, dziadka, wuja itd.). Ze względu na fakt, że osoby homoseksualne stanowią w społeczeństwie mniejszość, przypadki wykorzystywania seksualnego dzieci popełnianego przez te osoby stanowią proporcjonalną mniejszość w porównaniu do czynów popełnianych przez ludzi heteroseksualnych. Przypisywanie osobom homoseksualnym szczególnej – w porównaniu do heteroseksualnych – skłonności do seksualnego wykorzystania dzieci stanowi nieuprawnione nadużycie, a rozpowszechnianie skojarzenia miedzy homoseksualnością a pedofilią jest domeną ludzi nieświadomych i niekompetentnych, bądź też uprzedzonych do ludzi homoseksualnych i sprzeciwiających się prawom obywatelskim tych osób. Podtrzymywanie społecznego przekonania o szczególnej skłonności osób homoseksualnych do seksualnego wykorzystywania dzieci jest krzywdzące dla homoseksualnej części społeczeństwa, przyczynia się do niezwykłej trwałości uprzedzeń wobec tych osób i utrudnia pełne funkcjonowanie psychologiczne homoseksualnych obywateli i obywatelek. 
Co ciekawe, głos w tej sprawie zabrał także niesławny Mark Regnerus, którego badania, swoiście zinterpretowane, posłużyły Fundacji PRO do stworzenia plakaciku akcji, który oszpecił wiele ulic. A konkretnie do napisania na nim, że "31% lesbijek i 25% pederastów gwałci wychowywane dzieci":

Co na to sam Regnerus? Ha, guru homofobów tym razem rozczarował swoich polskich wyznawców, którzy okazali się zbyt obrzydliwi nawet na jego standardy, i wystosował takie oto oświadczenie:
Śledzenie sposobów wykorzystania mojego artykułu z "Social Science Research" na temat rodzicielskich związków tej samej płci i wyników dzieci jest wyzwaniem. Są one na rozmaite sposoby interpretowane przez grupy reprezentujące różne opcje polityczne. W Polsce moje badanie jest cytowane na banerach i ogłoszeniach, które bezpośrednio obwiniają homoseksualnych mężczyzn i kobiety o seksualne wykorzystanie dzieci. Moje badania nie dają podstaw do takich twierdzeń. W ich trakcie nie pytaliśmy respondentów o to, kto był sprawcą molestowania - opis badania mówi o tym jasno. 
Wynika z nich tyle, że badane osoby dorosłe, których jedno z rodziców miało związek z osobą tej samej płci, wykazywały znacząco większą podatność na emocjonalne zranienie niż dzieci ze stabilnych rodzin, gdzie była matka i ojciec. Jednakże stwierdzenie, co jest tego przyczyną nie jest, na podstawie naszych badań, możliwe.
Podobnie jak wielu innych, jestem zdania, że dzieci zasługują na matki i ojców, gotowych poświęcić się dla nich, przedłożyć interes dzieci ponad własny. Badania to jasno pokazują. A historycznie najpełniej ten ideał realizuje się w małżeństwie. Różniąc się w opinii na temat modelu małżeństwa i rodziny, ludzie dobrej woli powinni zgodzić się, że należy dyskutować uczciwie, a nie fałszywie interpretując i wyolbrzymiając wnioski z ważnego badania.
Co ważne (i chyba umknęło mediom), na protest Regnerusa zareagowała dotąd nieprzemakalna Fundacja PRO. Najpierw na Facebooku:

A potem zamieszczając na stronie akcji oświadczenie, w którym niemal wprost stwierdza, że "dane", na które się powołali, pochodzą spod brudnych paluchów twórców akcji, a nie z badania Regnerusa:

I w tym momencie Fundacja PRO powinna zamknąć stronę, zwinąć akcję i przeprosić - wszak straciła właśnie jedyny "naukowy" dowód, który uzasadniał rozpętanie nagonki na osoby nieheteronormatywne (reszta to fantazje i anegdoty). Rzecz jasna tego nie zrobiła, ba, nadal zbiera podpisy pod projektem ustawy, na mocy której rodzic, który śmiałby wspomnieć swojemu dziecku o czymś takim jak seks lub prezerwatywa, mógłby pójść do więzienia, a edukatorzy seksualni od razu tam trafią, z racji swojej profesji. Nadal też oczerniają na swoich stronach osoby nieheteronormatywne, choć już bez powoływania się na amerykańskiego socjologa. Zbierają podpisy i szczują, bo, co pokazała Fundacja Dzieci Niczyje, nie chodzi im o dobro dzieci. O co zatem im chodzi?

Inaczej niż ileś tam znajomych osób, nie uważam, by chodziło o wystawianie dzieci na żer pedofilów z kręgów kościelnych, choć oczywiście pośrednim efektem działań fundacji może być jeszcze mniejsza niż dotychczas świadomość nieletnich w temacie ich granic, tego, kto i jak może je dotykać, jak rozpoznać, że ktoś chce je skrzywdzić i co zrobić w takiej sytuacji. Ale mimo wszystko: nie. Moim zdaniem po prostu chodzi o to co zwykle - pieniądze i władzę. Wszak Fundacja PRO - Prawo do Życia ma status organizacji pożytku publicznego, mimo że jej działalność ogranicza się do wieszania plakatów, zbierania podpisów pod projektami ustaw ograniczającymi prawa wszystkich, którzy śmią myśleć inaczej niż oni, organizowania kursów dla "prolajferów" i zbierania pieniędzy. Czyli ze swoich celów statutowych:
1) wspomaganie działań mających na celu ochronę życia ludzkiego od momentu poczęcia do naturalnej śmierci, zdrową i udaną prokreację, przeciwdziałanie zapaści demograficznej;
2) umacnianie pozycji rodziny jako fundamentu relacji społecznych;
3) wspieranie instytucji małżeństwa jako drogi do szczęścia;
4) budowanie świadomości społecznej sprzyjającej świadomemu rodzicielstwu;
5) wspieranie postaw rodzicielskich poprzez działania na polu wychowania, kultury, nauki;
6) budowa systemu edukacyjnego, którego celem jest wychowanie do wolności i służby innym ludziom
realizuje dokładnie pół pierwszego - poprzez domaganie się zmuszania kobiet do rodzenia bez względu na okoliczności. Nie chroni kobiet i dzieci, nie wspiera ofiar pedofilów, nie przeciwdziała przemocy w rodzinie, nie tworzy rozwiązań wspierających rodziny z dziećmi... Słowem, nie robi nic, by swój statut realizować. Nie robi, bo to niełatwe i kosztowne. Nie robi, bo to nie jej cel.

Cel to zbieranie kasy. Oraz wygrywanie wyborów, zyskiwanie władzy, a przez to jeszcze większej kasy. Bo fundacja nie istnieje sama dla siebie. Istnieje, by dostarczać mięsa różnym Prawom i Sprawiedliwościom, Solidarnym Polskom i innym takim. Tworzyć milutką atmosferę zagrożenia, w której straszne pedały, lesby, feministki i inne "genderystki" deprawują cudze (a czasem i swoje) dzieci i wyszarpują płody z brzuchów dobrych katolickich matek. Kreować wroga, którego owe partie obiecują zniszczyć, zdeptać, spalić, a prochy utopić. Wszak łatwiej walczyć z urojonym wrogiem niż rozwiązywać realne problemy. I łatwiej się na tym wrogu wylansować. Szczególnie takim, co zagraża dzieciom. Wszak wszyscy kochamy dzieci. I wszyscy będziemy ich bronić.

Oprócz polityków, fundacja działa też rzecz jasna na rzecz Kościoła katolickiego. A konkretnie stara się przykrywać coraz częściej wychodzące na jaw afery z jego udziałem oraz przeciwdziałać osłabianiu jego pozycji, które jest nieuniknione bynajmniej nie ze względu na afery, ale dlatego, że coraz mniej jest osób, którym one nie przeszkadzają, za to coraz więcej takich, które widzą inne modele życia niż patriarchalny. Silny Kościół to wierni, wierni to wyborcy, wyborcy to władza, władza to pieniądze - jest o co walczyć. Więc walczą, wszak wszyscy - i politycy, i Kościół, i różnorakie fundacje, których celem jest walka z wyimaginowanymi wrogami - na tej walce skorzystają. Nie trzeba się przy niej wysilać, nie trzeba nikomu służyć, nie trzeba się napracować, nie trzeba myśleć - wystarczy pokrzyczeć i stworzyć parę sugestywnych obrazków. I cóż z tego, że nic się w ten sposób nie zmieni, pedofilia nie zniknie, Polacy i Polski nie zaczną się na potęgę rozmnażać, nie przybędzie prorodzinnych rozwiązań, grupom, na rzecz których ponoć się działa, nie będzie lepiej. Ważne, że będzie się tam, gdzie chce się być - w kurczącym się gronie uprzywilejowanych, którzy, co by się nie wydarzyło, zawsze się wyżywią.

środa, 20 sierpnia 2014

Są jeszcze przyzwoite media

Kierownictwo stacji Orange Sport stwierdziło, że nie chce w swoich programach homofoba, transfoba i chama. Brawo, Orange Sport. Nie no, serio, brawo. Wszak chamski homofob i transfob (chamska homofobka i transfobka) to dla polskich mediów nie lada gratka. Wystarczy, że pojedzie po kimś na spotkaniu dla pięćdziesięciu osób, a już się o tym rozpisują ogólnopolskie media. Albo mruknie coś o paleniu tęczy czy 120 procentach pedofila w geju - od razu w nagrodę zaprosi go Polsat, TVP czy inny TVN. Wszak wiadomo, że powie coś obrzydliwego, więc nie dość, że będzie duża oglądalność, to jeszcze inne media to podchwycą i wzrośnie tak zwana opiniotwórczość (tak zwana, bo mierzona wyłącznie liczbą cytatów z danej gazety czy telewizji w innych mediach). Tylko się cieszyć i kasę liczyć.

I nagle mamy przypadek Orange Sport. Zaprosili homofoba, transfoba i chama Grzegorza Skrzecza i nieopatrznie zadali mu pytanie, przy którym miał okazję pokazać klasę - o niegdyś Franka, a teraz już Kellie Maloney, która jeszcze jako metrykalny Frank była promotorem Lennoxa Lewisa. Czegoż to ów Skrzecz, dzielnie dopingowany zresztą przez drugiego gościa Andrzeja Suprona, nie nagadał. Było o kolejnym potworku, o pedałach, co to się na wszystkim teraz znają, o zboczeńcach, przez których wyginie świat... Modelowy pokaz buractwa przerywany co chwila iście lepperowskim "he, he, he".

Krótko po zakończeniu programu kilka (naprawdę kilka!) osób zapytało na facebookowym profilu Orange Sport, czy ten program aby na pewno był w porządku i czy homofobia i transfobia wpisują się w wartości promowane przez stację. Efekt? Obietnica przyjrzenia się sprawie. Krótko później przeprosiny:
Przepraszamy wszystkie osoby, które poczuły się dotknięte rozmową gości i prowadzących w programie "Bieg przez plotki". Przy pełnym poszanowaniu dla różnorodności poglądów i opinii, jest taki poziom dyskusji, który nigdy nie powinien pojawić się w mediach. Jest nam przykro, że tak się stało. Wspólnie z prowadzącymi podejmiemy wszelkie działania, aby już więcej do takiej sytuacji nie doszło.
Kacper Sosnowski, redaktor naczelny Orange sport
Piotr Michalski, dyrektor Produkcji Kontentu Orange Polska
I na tym się... nie skończyło. Prowadzący profil uspakajali dyskusję, jaka się pod przeprosinami rozpętała, a osobom dopytującym, czy ktoś poniesie konsekwencje, obiecali, że omówią sytuację z kierownictwem. Informowali też o już podjętych działaniach:
Szanowni Państwo, w pełni rozumiem Państwa oburzenie. Do tego przykrego incydentu doszło w środku długiego weekendu. Natychmiast podjęliśmy możliwe w tym czasie działania: usunęliśmy rozmowę z powtórek programu, wydaliśmy oświadczenie z przeprosinami, usuwamy homofobiczne wpisy. Zapewniam, że w Orange sport nie ma miejsca dla osób szerzących język nienawiści. Dalsze kroki w tej sprawie wymagają jednak spotkania z kierownictwem redakcji i autorami programu. Dojdzie do niego w poniedziałek. O decyzjach, które zapadną, poinformujemy.
Piotr Michalski, dyrektor Produkcji Kontentu Orange Polska
Dzień później, zgodnie z obietnicą dali znać, co zrobią - że pana Skrzecza zapraszać już nie będą. I jeszcze raz przeprosili:
Szanowni Państwo, podczas dzisiejszego spotkania z kierownictwem redakcji Orange sport i autorami programu "Bieg przez plotki" bardzo dokładnie przeanalizowaliśmy przebieg sobotniego programu, który wywołał tyle kontrowersji. Uznaliśmy za słuszną decyzję prowadzących program o szybkim zakończeniu - pierwotnie zaplanowanej na 6 minut - rozmowy, by nie stwarzać możliwości do dalszego głoszenia subiektywnych i obraźliwych wypowiedzi w studiu. Podjęliśmy również decyzję, że pan Grzegorz Skrzecz nie będzie już zapraszany jako gość do programów Orange sport. Jeszcze raz przepraszamy wszystkich, którzy poczuli się urażeni poglądami wyrażonymi przez naszego gościa i zapewniamy, że nie są to poglądy redakcji.
Kacper Sosnowski, redaktor naczelny Orange sport
Piotr Michalski, dyrektor produkcji kontentu Orange Polska
Phi, powiecie? Żadne phi. Tak, wiem, wszak najmilej by było, gdyby zniknął z wizji nie tylko Skrzecz, ale i Supron, a prowadzący przeprosili co najmniej za brak asertywności w trakcie programu. Ale przecież dużo bardziej prawdopodobny był inny scenariusz - olanie sprawy, ewentualnie skwitowanie jej stwierdzeniem, że za poglądy gości stacja nie odpowiada. Wszak, że przypomnę, mowa nienawiści się sprzedaje, a tu proszę - ktoś jej u siebie nie chce. Na dodatek nie jest to kanał czy program informacyjny, a sportowy, czyli taki, którego widzowie - stereotypowo, bo nie zaryzykuję stwierdzenia, że to prawda - są jeszcze mniej wrażliwi na nienawistne teksty niż przeciętni konsumenci mediów. Już tu i ówdzie widać nawoływania do bojkotu stacji za "uleganie homopropagandzistom" czy propozycje zmiany nazwy na "Tęcza Sport". A to pewnie dopiero początek. 

Oczywiście to smutne, że chwalę kogoś za coś, co jest po prostu normalne i powinno być standardem. Niestety żyjemy w czasach, w których z obawy przed agresywnymi krzykaczami odwołuje się spektakle i zamyka wystawy, istnienie tęczy jest według wielu aktem nienawiści, a nawoływanie do popełniania przestępstw z kościelnych ambon przez co wyżej postawionych dostojników nikogo specjalnie nie dziwi. Tym bardziej trudno nie docenić kogoś, kto odmawia uczestnictwa w tym absurdalnym spektaklu, nie bawi się w modny prawdopośrodkizm, nie zrównuje agresorów z ofiarami, nie boi się mówić wprost, że mowa nienawiści i homofobia to rzeczywiste problemy.

Więc jeszcze raz brawo. A pozostałe media, co tak kochają zapraszać mniejszych i większych nienawistników, niech się uczą. Bo, jak widać, nadal można inaczej. Trzeba tylko chcieć. I nikomu się krzywda nie dzieje. A nawet jak się zadzieje - w co specjalnie nie wierzę, bo szum wokół tej sytuacji raczej nie przełoży się na spadek oglądalności - to jak widać dla niektórych przyzwoitość liczy się bardziej niż negatywna reakcja iluś tam osób.

A może przy okazji paru fanów stacji czegoś się nauczyło. Na przykład tego, czym się różni wyrażanie poglądów od obrażania ludzi. Może.

Fot.: Grzegorz Skrzecz w swoim ostatnim programie w Orange Sport Polska

wtorek, 12 sierpnia 2014

To ja, gnojek

Niby nic. Kolejny gnojek stworzył kolejny profil na Facebooku nie dlatego, że ma coś do powiedzenia czy pokazania, a po to, by komuś zaszkodzić. Tym razem nie padło na znienawidzonego aktora (ten pedał musi zdechnąć) czy prezenterkę telewizyjną (ta szmata ma zniknąć z ekranu), a na Rafalalę. Tym razem pomysłodawca był dowcipniejszy niż zazwyczaj są jemu podobni, bo nie ograniczył się do dość oczywistej hejterskiej strony (pokażmy temu czemuś, gdzie jego miejsce), a podszył się pod artystkę. W kilka dni zebrał blisko 1,7 tysiąca fanów. I wtedy przywalił (nawiązując do, jeśli ktoś o tym jakimś cudem jeszcze nie słyszał, niedawnego ataku na mieszkanie Rafalali):
Efekt? Łatwy do przewidzenia - komentarze, udostępnienia, pogróżki:
 
Rafalala zdementowała. Zdementowało też ileś tam osób w komentarzach. Ale kolejne ileś tam już zdążyło uwierzyć. I nieważne, że łatwo było stwierdzić, że profil jest fałszywy - wszak ma tylko kilka dni. Nieważne, że media przed chwilą obiegła informacja, że artystka ma bloga i to głównie za jego pośrednictwem się komunikuje. A przede wszystkim nieważne, że ta historia jest tak głupia, że nie wiem, jak ktokolwiek mógł w nią uwierzyć. Bo przecież nawet gdyby Rafalala była na tyle potworną osobą, by zabić "dla sprawy" swojego ulubieńca, to by się nie chwaliła, jak "sprytnie" to sobie umyśliła. Ale i tak uwierzyli. Część zresztą dlatego, że chciała, bo jak się kogoś nienawidzi, to łyknie się każdy tekst, który tę nienawiść usprawiedliwi (bo nie można tak za nic). A transka, co zabiła kota, już za chwilę dołączy do innych bajek, którymi się teraz straszy dzieci - tej o gettach dla homofobów, tej o zakazie używania słów mama i tata czy tej o 40 (czy 60) procentach pedofili wśród gejów.

Zdementował też autor "prowokacji": 
Oczywiście, że zdementował, wszak bez tego nie miałby swoich pięciu minut sławy. A przecież zrobił to dla sławy. Bo teraz takie rzeczy się robi i takimi się szczyci. Że oto zdemaskowało się internet. Ach, och, cóż za odkrycie. I cóż za finezyjna metoda: dowalenie osobie, która i tak zbiera już masę nienawistnych komentarzy. A przy okazji innym osobom nieheteronormatywnym.

Najzabawniejsze jest to, że ów mistrz trollingu nie bardzo rozumie, co zrobił. "Spirala nienawiści została nakręcona przez zwykłych ludzi. Wystarczyło rzucić hasło, a internet zawrzał" - konstatuje pod koniec wyznania, którym pokazuje ludziom, jacy to oni głupi, a jaki on mądry. Nie, kolego. To nie zwykli ludzie nakręcili tę konkretną spiralę, a ty osobiście. I to jest jedyna zasługa, jaką możesz sobie w tej historii zapisać. Dałeś ludziom kolejny powód, by nienawidzić osób nieheteronormatywnych. I kolejny, by nienawidzić Rafalali. Być może nawet zainspirowałeś kogoś, by nie ograniczał się do wyrażania nienawiści, a zrobił coś więcej. To, co zrobiłeś, to żaden eksperyment czy prowokacja. To zwykła podłość. Że nieświadoma? Cóż, więc nie tylko podłość, ale i głupota. Mam nadzieję, że jesteś z siebie dumny.

piątek, 8 sierpnia 2014

Tove Jansson: praca i miłość

Muminki dały jej sławę i pieniądze. Zabrały wolność, choć ich narodziny były z nią nieodłącznie związane: w jednej z opowieści autorki o genezie postaci młodziutka Tove narysowała pierwowzór Muminka na ścianie wychodka i opatrzyła go słowami z pieśni biskupa Thomasa „Wolność jest tym, co najlepsze”. Wymusiły przestrzeganie deadline’ów - dopiero pod koniec życia pisarki to słowo znikło z jej korespondencji z wydawcami - oraz wejście w świat komercji, każący wypowiadać się w tak ważkich kwestiach jak ta, że mydło z Muminkiem na opakowaniu czy podpaski Mała Mi to jednak nie jest dobry pomysł.

Opowieści o rodzinie trolli na zawsze wpłynęły też na recepcję jej twórczości dla dorosłych. Każdą jej nową powieść, każdy zbiór opowiadań przepuszczano przez muminkowy filtr, by ostatecznie stwierdzić, że to jednak nie to samo. Nie oznacza to, że Muminki były dla Jansson tym, czym kryminały dla Conana Doyle’a – hobby, które, wbrew jej planom, przyniosło jej sławę i odwróciło uwagę od jej prawdziwych – dla niej – osiągnięć. Stworzeniom z doliny poświęciła ponad połowę życia. W opowieściach o nich zawarła katastrofę drugiej wojny światowej, swoje miłości, filozofię życiową, marzenia, tęsknoty, smutki, utraty i traumy. Muminki zmieniały się z artystką. Dlatego, choć nadane jej przez wielbicieli cyklu miano mamy Muminków nawet w jednej dziesiątej nie oddaje jej fascynującej biografii i przebogatej twórczości, trudno opowiadać o niej – bez nich...

Więcej o Tove Jansson, jej związkach z Vivicą Bandler i Tuulikki Pietilä, miłości to wysp, kontrowersjach wokół Hatifantów i niekończących poszukiwaniach nowych sposobów wyrażania siebie na Queer.pl. Zapraszam do lektury.

zdjęcie: www.tove100.com