poniedziałek, 15 września 2014

Ekstremiści nie odpuszczą

W piątek Sejm w pierwszym czytaniu odrzucił obywatelski projekt ustawy wprowadzającej kary za edukację seksualną. Zbieraniu podpisów pod projektem towarzyszyła obrzydliwa akcja "Stop pedofilii", której twórcy, posługując się fałszywymi danymi, jednoznacznie zrównywali homoseksualność z pedofilią i oskarżali osoby nieheteronormatywne o deprawację dzieci. Odrzucenie projektu to oczywiście dobra wiadomość, ale nie ma co się łudzić, że ukróci zapędy jego twórców do szkalowania osób LGBTQetc. Pewne jest, że temat nadal jest będzie obecny - w szkołach, samorządach czy na uczelniach. I za jakiś czas wróci do Sejmu.

Dwa przykłady tej obecności z ostatnich dni. Z początkiem roku szkolnego wróciły spotkania z cyklu "Czy gender zagraża naszym dzieciom?", poświęcone straszeniu osobami niehetero i edukacją seksualną. Jedno z nich odbyło się 4 września w Krakowie. Główną prelegentką była radna PiS Barbara Nowak. Czego mogli się dowiedzieć jego uczestnicy i uczestniczki? Że zwykła seksualizacja dzieci to dla promotorów deprawacji za mało - teraz na fali jest homoseksualizacja. I to przed nią trzeba bronić szkoły, dzieci, Polskę i prawdziwych Polaków. Jako podkładka - tradycyjnie badania Regnerusa. I nieważne, że ich autor sam przyznał, że nie mogą być wykorzystywane w kontekście osób niehetero, bo ich zwyczajnie nie dotyczyły. Ważne, że można po raz kolejny zrównać osoby LGBTQetc. z pedofilami i zasiać trochę nienawiści.
 
Drugi przykład: w najbliższy piątek w Poznaniu będzie miał miejsce występ (nie nazwę tego wykładem) kolejnej piewczyni tezy o tym, że homoseksualność jest czymś nabytym - tym razem nie w szkole, a w wyniku mody - Janelle Hallman. Hallman zdobyła tytuł psycholożki na Regent University, najbardziej konserwatywnej uczelni w Stanach, założonej przez niejakiego Pata Robertsona, który wsławił się między innymi stwierdzeniem, że huragan Katrina był karą bożą za danie kobietom prawa do aborcji i akceptację osób niehetero. Skrajnie ideologiczny charakter alma mater psycholożki nie przeszkadza rzecz jasna organizatorom spotkania z nią w przedstawianiu jej jako światowej sławy eskpertki. 

Według Hallman lesbijką jest zostać niezwykle łatwo:
Nie wiem, jak to wygląda w Polsce, jednak w USA w tej chwili biseksualizm jest zwyczajnie modny. Jeśli jesteś biseksualny, jesteś popularny. Gdy dziewczyna całuje się z dziewczyną, podnieca to chłopaków, a dziewczyny zdobywają popularność. Jednak to ma konkretne konsekwencje. Niektóre dziewczyny wskutek powtarzania tych zachowań, mimo iż z początku robiły to z motywów pozaseksualnych, zaczynają odczuwać autentyczne podniecenie seksualne. Zaczynają to interpretować jako oznakę, iż są lesbijkami, a nawet przyjmują lesbijską tożsamość.
Szczęśliwie równie łatwo jest przestać nią być. Wystarczy, by lesbijki pozbyły się awersji do sukienek, zaczęły gotować, służyć gościom i okazywać czułość dzieciom, a geje rąbali drewno i malowali domy. Oczywiście Hallman nikogo nie zmusza do zmiany orientacji, po prostu oferuje swoim klientom "pozbycie się problemów". A że przy okazji, czego nie ukrywa, uważa, że homoseksualność jest nieakceptowalna jako sprzeczna z "boskim planem", to drobiazg, który z pewnością nie ma wpływu na jej pracę jako terapeutki.

Można kpić z bzdur opowiadanych w trakcie tego typu spotkań, tyle że one są liczne, trafiają na podatny grunt, mają wsparcie największej partii opozycyjnej, która już niedługo może stać się partią rządzącą, i nie ma dla nich przeciwwagi w postaci głosu kogoś równie silnego. Czyli partii (jeszcze) rządzącej. Wszak ministra edukacji uważa, że młodzi ludzie nie powinni decydować o tym, czy chcą uczestniczyć w zajęciach z edukacji seksualnej. Poprzednia pełnomocniczka ds. równości, mimo deklarowanej przyjazności wobec postulatów osób nieheteronormatywnych, była za sterylizacją osób transpłciowych i miała ogromny problem nawet z tak symbolicznym gestem jak objęcie patronatem Parady Równości. Obecna pełnomocniczka wolała zaufać premierowi Tuskowi w kwestii tego, czego oczekują osoby LGBTQetc., niż skontaktować się bezpośredni z nimi. Dla Ministerstwa Spraw Zagranicznych kłopotem było zamieszczenie w swoim poradniku "Polak za granicą" informacji o tym, że niektóre kraje mogą być niebezpieczne dla gejów, lesbijek czy osób transpłciowych, bo zdaniem jego urzędników napisanie o tym byłoby równoznaczne z dyskryminacją homofobów. Przykłady można mnożyć, sens pozostaje ten sam - nie ma co liczyć na co bardziej wpływowych polityków, że ukrócą antyhomoseksualną paranoję czy choćby zdecydowanie opowiedzą się przeciw tego typu praktykom. Nie jesteśmy dla nich ważni. Nie stanowimy siły. Wiedzą, że tak naprawdę puste gesty - uzupełnienie, po wielkich bojach, poradnika, danie warunkowego patronatu - wystarczą. Resztę załatwi straszenie PiS-em - również nas, jak to całkiem niedawno zrobił Adam Szejnfeld. I również my po raz kolejny damy się nabrać, w efekcie czego w nadchodzących latach nasze sukcesy nadal będą polegały niwelowaniu skutków działania coraz bardziej opresyjnej rzeczywistości.

Dziękuję Magdzie za podesłanie skanu ulotki ze spotkania "Czy gender zagraża naszym dzieciom?".

Zdjęcie: dbking (CC-BY-2.0)

piątek, 12 września 2014

Kongres Kobiet popiera

Stowarzyszenie Kongres Kobiet oraz Gabinet Cieni Kongresu Kobiet wyrażają wsparcie dla kandydatki na premiera RP, Pani Ewy Kopacz. Czujemy się zaszczycone tym, że tak kompetentna i doświadczona osoba obejmie jeden z najważniejszych urzędów w państwie.
Jednocześnie wyrażamy sprzeciw wobec bezprecedensowej krytyki Marszałkini Ewy Kopacz opartej na stereotypach płci i seksistowskich uprzedzeniach i zwracamy się zarówno do polityków jak i do mediów o zaprzestanie takich niewłaściwych praktyk.
Kongres Kobiet od początku swego istnienia dążył do równości społecznej, prawnej i politycznej kobiet i mężczyzn – w szczególności do równego dostępu kobiet do polityki, władzy, mediów, rynków pracy, opieki medycznej itp. Społeczeństwo, w którym – tak, jak w naszym – są tak duże dysproporcje między możliwościami kobiet i mężczyzn, nie może być ani społeczeństwem sprawiedliwym ani szczęśliwym. Demokracja bez kobiet to połowa demokracji. Władza bez kobiet to kulawa władza. Społeczeństwu potrzeba równowagi.
- takie oświadczenie pojawiło się wczoraj na stronie Kongresu Kobiet. Jednocześnie ani na stronie stowarzyszenia, ani na jego profilu na Facebooku nie ma nawet wzmianki o tym, że jedną z ostatnich decyzji Ewy Kopacz jako marszałkini Sejmu było zdjęcie z porządku obrad Sejmu projektu ustawy o ratyfikacji konwencji o zapobieganiu przemocy wobec kobiet i przemocy domowej. Kopacz nie dopuściła do drugiego czytania projektu na wniosek PiS. Tłumaczyła, że to nie chodzi o jej poglądy, a o obyczaje, o to, że jak jakiś klub zwraca się z takim wnioskiem, to ona się przychyla. Doprawdy, tłumaczenie równie kuriozalne jak sam wniosek, tradycyjnie utrzymany w duchu walki z potworem spod łóżka o wdzięcznym imieniu gender:
Konwencja wymusza zmiany, które ingerują w instytucję małżeństwa, rodziny czy wychowanie dzieci, zaburzając tym samym ich dotychczasowe funkcjonowanie oparte na akceptowanej społecznie tradycji i wyznaniu. Projekt budzi dużo zastrzeżeń natury prawnej i legislacyjnej, dlatego powinien być dogłębnie przeanalizowany i przedyskutowany na bardzo wielu płaszczyznach.
Ciekawe jest też samo oświadczenie Kongersu. Otóż dowiadujemy się z niego, że poparcie udzielone Ewie Kopacz wynika z ideałów stowarzyszenia, z przeświadczenia, że kobiety powinny mieć równy dostęp do polityki, władzy, mediów, rynków pracy, opieki medycznej i że dysproporcje między możliwościami kobiet a mężczyzn sprawiają, że nie możemy być szczęśliwym i sprawiedliwym społeczeństwem. Oczywiście pełna zgodna, tyle że niezapewnianie dostatecznej ochrony ofiarom przemocy i niezapobieganie jej też nie sprawi, że takowym społeczeństwem będziemy.

Nie wszystkie kobiety chcą być szefowymi firm, polityczkami, nie wszystkie chcą pracować czy pokazywać się w mediach. Wszystkie natomiast - tak jak i wszyscy ludzie - w jakimś stopniu narażone są na przemoc. Kongres Kobiet, przy całym szacunku dla jego osiągnięć, niestety już nie raz dał się poznać jako organizacja oderwana od problemów sporej rzeszy kobiet (ubogich, wykluczonych, nienormatywnych...), promująca wielkomiejskie panie w kosztownych garsonkach opowiadające zapatrzonym w nie paniom z mniejszych miejscowości, które nigdy sobie na owe garsonki nie będą mogły pozwolić, jak odnieść sukces w polityce czy biznesie. Udzielając poparcia Ewie Kopacz, a jednocześnie ani słowem nie zająkując się o jej roli w trwającym kolejny już rok odwlekaniu ratyfikacji konwencji o zapobieganiu przemocy, po raz kolejny pokazał, które kobiety interesują go bardziej.

Szanuję Ewę Kopacz. Za to, co zrobiła w Smoleńsku, za wsparcie udzielone półtora roku temu projektom ustaw o związkach partnerskich (swoją drogą, wtedy PiS też wnioskował o ich zdjęcie z porządku obrad), za parę innych rzeczy. Uważam, że jest kompetentną i doświadczoną osobą. Ale nie sądzę, że jej rządy, jeśli chodzi o sprawy kobiet czy osób nieheteronormatywnych, będą się w jakikolwiek sposób różniły od rządów Tuska. Nie widzę więc powodu, by Kongres czy inna organizacja kobieca jakoś szczególnie ją popierała. Objęcie przez nią teki premiera nie sprawi, że będzie bardziej sprawiedliwie i szczęśliwie. Nie sprawi, że nagle będziemy mieć całą, nie pół demokracji. Nadal będzie to demokracja bez kobiet, ignorująca ich potrzeby i problemy.

Spodnium za szkłem

"W duchu wierności Janowi Pawłowi II oraz w imię elementarnego rozsądku i troski o przyszłość narodu, nie damy nigdy przyzwolenia na promowanie tak zwanych związków partnerskich, które u podstaw podważają instytucję małżeństwa jako projekt ślubowanej, dozgonnej miłości i wierności" - oświadczył w niedzielę rodzinom, które przybyły na pielgrzymkę do Kalwarii Zebrzydowskiej, nie kto inny jak kardynał Stanisław Dziwisz. Dzień wcześniej i tysiące kilometrów dalej, jakby na złość przewielebnemu, ślub wzięły 91-letnia Vivian Boyack i 90-letnia Alice Dubes. Po 72 latach związku pobrały się w swoim rodzinnym stanie Iowa, gdzie małżeństwa osób tej samej płci są możliwe od 2009 roku.

Czytając ich historię, trudno nie przypomnieć sobie innego ślubu, sprzed kilku lat:
Panie na zdjęciu to Del Martin i Phyllis Lyon. Swój związek sformalizowały w 2004 roku w Kalifornii, jako pierwsze po tym jak wprowadzono tam równość małżeńską, po ponad 50 wspólnie spędzonych latach. Krótko potem ich małżeństwo, podobnie jak innych par jednopłciowych, które skorzystały wówczas z możliwości zawarcia ślubu, zostało unieważnione. Ponownie pobrały się w 2008 roku. Były pionierkami walki o prawa osób niehetero. Pierwszą organizację - Córki Bilitis - założyły w 1955 roku. Uzyskanymi po wielu latach prawami cieszyły się krótko. Del zmarła miesiąc po ślubie.

Zdjęcia ze ślubu Vivian i Alice, tak jak i innych wielu par, które w ostatnich latach skorzystały z zapewnianej przez coraz liczniejsze kraje i stany równości małżeńskiej, obiegły media. Del i Phyllis dodatkowo doczekały się niejednego rozdziału w opracowaniach historycznych, a ich ślubne stroje własnej gabloty w Muzeum Historii LGBT w San Francisco.
Można oczywiście powiedzieć, że to wspaniałe, że panie doczekały się równych praw. Że ich śluby to ukoronowanie wieloletniej walki, że - w przeciwieństwie do tych, którzy mieli pecha urodzić się (lub umrzeć) wcześniej - udało im się zobaczyć jej efekty i, przynajmniej symbolicznie, z nich skorzystać. I to prawda, to jest wspaniałe. Z drugiej strony, o ile zdjęcia z ich ceremonii małżeńskich są wzruszające, o tyle gablota ze strojami Del i Phyllis jest po prostu smutna. Bo właściwie tyle z ich ślubu zostało: dwa żakiety, dwie pary spodni, tabliczka z opisem. Phyllis żyje, w tym roku skończy 90 lat, ale ich - Del i Phyllis - już nie ma. Spędziły ze sobą 56 lat, a małżeństwem były tylko przez 6 miesięcy w 2004 i przez miesiąc w 2008.

Kiedy byłam piękna, młoda i pełna zapału do działania, marzyło mi się, że moja partnerka i ja będziemy w gronie pierwszych par, które sformalizują swój związek, gdy tylko będzie to możliwe. Teraz mam inne marzenie - żeby to nie było nic wielkiego. Ot, decyzja, pójście do urzędu, wyznaczenie daty, dopełnienie formalności, podpisanie dokumentów, impreza dla najbliższych. Żeby to było zwyczajne. Tak zwyczajne, by nikt się tym nie interesował, nie komentował, nie robił fotorelacji, nie uważał, że jest to w jakikolwiek sposób medialne, ważne, że znaczy cokolwiek więcej poza tym, co znaczy. Małżeństwo bez kazań i bez polityki. Prywatne. Zawarte wtedy, gdy chcę, a nie wtedy, gdy mogę. Zawarte, bo chcę, a nie, by coś uhonorować. Realne, nie symboliczne.

Zabawne, że to marzenie jest w pewnym sensie zbieżne z pragnieniami (przynajmniej deklarowanymi) wszelkiej maści homofobów, którzy pod każdym ślubnym doniesieniem z nieco milszych dla osób niehetero krajów niż Polska wylewają frustracje związane z tym, że znowu "muszą" czytać o tych lesbijkach i gejach, że muszą je i ich oglądać, że co w tym właściwie ciekawego, co to za moda i po co o tym pisać. Też bym chciała, by media skupiły się na śledzeniu Brada i Angeliny, by w zwykłych związkach zwykłych osób nie było nic ciekawego i by nie było po co o nich pisać. I by ślubne stroje, zamiast smętnie zwisać w muzealnych gablotach, gniotły się w szafach lub kończyły żywot w paszczach moli.

Tylko że najpierw muszą być te śluby.

Zdjęcia: G. Koskovich, GLBT Historical Society (CC-BY-SA-3.0), Nick Gorton (CC-BY-SA-3.0)