Przejdź do głównej zawartości

Największe zło

Kiedy w 2004 roku faszyzujący mężczyźni spod znaku Młodzieży Wszechpolskiej urządzili obławę na uczestników i uczestniczki Marszu Tolerancji i Demokracji w Krakowie, część uciekających znalazła schronienie w redakcji "Tygodnika Powszechnego". Tygodnik nie był wówczas szczególnie przyjaznym nam medium. Jego dziennikarze i dziennikarki nie mieli jednak wątpliwości, że ofiarom agresji należy pomóc. Bez znaczenia, kim są, bez znaczenia, czy zgadzają się z nimi, czy nie. Zdali egzamin z miłości bliźniego, empatii i zwykłej solidarności ze słabszymi, atakowanymi. Wsparli, udzielili schronienia.

Od tych wydarzeń minęło 11 lat. A my znowu mamy się bać - tak jak niegdyś osoby maszerujące na rzecz równości. Mamy się bać powrotu rządów Prawa i Sprawiedliwości. Tego, że zakażą nam chodzenia po ulicach i otwartego mówienia o swojej tożsamości. Zdelegalizują nasze organizacje, spalą tęczowe flagi, dadzą przyzwolenie na prześladowania. Czytam podsuwane przez znajomych teksty o państwie kościelnym, w którym za chwilę będę mieszkać. O prawie kanonicznym, które zastąpi świeckie. To wszystko już za chwilę będzie moim udziałem, jeśli w najbliższą niedzielę zdecyduję niewłaściwie. Mam jeszcze szansę to powstrzymać. Postawić mur między nami a nimi. Mur w postaci Bronisława Komorowskiego i partii, z której się wywodzi. Jeśli ich zabraknie, nikt mnie nie obroni.

Czytam to wszystko z narastającym przerażeniem. Nie, nie przed tym, co się stanie, gdy tego muru zabraknie. Przeraża mnie, że ludzie naprawdę tak myślą. Że im to zrobiono - sprawiono, że czują autentyczny strach. Boją się tego, co będzie. Weźmy to na chwilę na zimno. Mieszkańcy i mieszkanki kraju członkowskiego Unii Europejskiej, demokratycznego, żyjący w XXI wieku, motywują swoje decyzje wyborcze strachem. Nie programem wyborczym czy choćby tym, jak kto mówi czy wygląda. Strachem. Więcej, ten strach zaszczepili w nich ludzie, którzy teraz walczą o ich głosy. Jeśli na nas nie zagłosujecie, to nikt was nie obroni przed naszą opozycją. Zagłosujcie, a będziecie bezpieczni.

Nie będę rozwodzić się nad tym, jak to bezpieczeństwo wygląda teraz i jak za przyzwoleniem, a nawet przy udziale niektórych osób z partii rządzącej, doszło w ostatnich latach do brutalizacji debaty publicznej i nasilenia agresji, szczęśliwie głównie słownej, wobec osób niehteronormatywnych. Jak bardzo na prawo przesunął się dyskurs. Zamiast tego wrócę do historii z 2004 roku. Dla pracujących w "Tygodniku Powszechnym" było czymś oczywistym, że słabszych należy bronić, niezależnie od tego, czy się ich lubi czy nie. Że agresja jest czymś złym. Że trzeba jej przeciwdziałać. To, czego byli świadkami, wstrząsnęło nimi, czemu później wyraz w niejednej wypowiedzi dał ksiądz Adam Boniecki. Wstrząsnęło, mimo że nadal nie popierali naszych postulatów i naszej walki. Teraz od osób, które śmią się mienić naszymi sojusznikami i sojuszniczkami, od partii, która śmie udawać progresywną, słyszymy: obronimy was, o ile wy najpierw zrobicie coś dla nas. Jeśli nie, radźcie sobie sami i same.

Bronisław Komorowski i jego partia nie muszą mi obiecywać związków partnerskich czy równości małżeńskiej. Nie muszą nawet mówić, że się nad tym zastanowią. Jedyne, co chciałabym usłyszeć od tych, którzy i które twierdzą, że bez nich będzie mi naprawdę źle, to to, że niezależnie od tego, co się stanie, niezależnie od tego, czy będą rządzić, czy nie, gdy będzie się działo coś złego, staną po mojej stronie. Że udzielą mi schronienia. Że wiedzą, kto jest agresorem, a kto ofiarą. Kto jest słaby, a kto silny.

Zamiast słów wsparcia mamy jednak szantaż. Ohydny. Bójcie się, bez nas zginiecie. Bez nas - u władzy. Sojusznicy? Mur? Bezpieczeństwo? Nie. Największe zło. Największe, jakie można zrobić ludziom.

zdjęcie: Silar

Komentarze

  1. Ewo, strach to silny motywator. Mnie ani dziwi ani bulwersuje, że jest on w kampanii wyborczej rozgrywany, przez obydwa „obozy” zresztą po równo. Fakt, że żyjemy w XXI wieku nie jest – jak się okazuje – żadnym argumentem. „Pod nosem” Europy szaleje ISIS, Rosja wielbi nowego batiuszkę a u nas wróciły stare podziały na piłsudczyków i narodowców. Rozumiem rozgoryczenie, złość osób LGBTitd, sama do nich należę, że przez 25 lat w wolnej Polsce nie doczekaliśmy się pełni praw obywatelskich, co dowodzi żenującego poziomu naszej klasy politycznej. Ale taka jest rzeczywistość i obrażanie się na nią nie ma, moim zdaniem, sensu. Zamiast tego, idąc w ślady cynicznych polityków, lepiej wykorzystać zaistniałą sposobność także do… szantażu. Zmobilizować się pod tęczową flagą jak najszybciej i pokazać swoją siłę przed jesiennymi wyborami. Nie snuć mrzonek o jakiejś zjednoczonej lewicy, bo ta zagryzła siebie samą i diabli wiedzą, kiedy na jej truchle zrodzi się coś nowego.
    Lecz jest to możliwe tylko wówczas, gdy wygra Komorowski. Wiem, nie jest przyjemnie wyciągać obrączkę z sedesu, tym bardziej, że szansa na jej znalezienie nie jest gwarantowana, ale spuścić ją w klozecie…

    OdpowiedzUsuń
  2. Jest moim zdaniem dokładnie odwrotnie niż przedstawia to frog@dog. Jeśli zwycięży Komorowski, to nie zmieni się nic. Władze nadal będą nas lekceważyć. Ruch na scenie politycznej nastanie tylko wraz ze zwycięstwem Dudy. Tylko wówczas istnieje szansa na to, aby przestraszona PO przegłosowała przed jesiennymi wyborami ustawę o związkach partnerskich. Niech to oni - Platformersi się boją - że utracą władzę bez naszych głosów! Wówczas jak ich prezio zmienią zdanie w sprawie związków w ciągu 48 godzin i to, co do tej pory było niemożliwe - stanie się możliwe!

    OdpowiedzUsuń
  3. Jasne. I prezydent Duda podpisze

    OdpowiedzUsuń
  4. Większość w sejmie może odrzucić weto prezydenckie.

    OdpowiedzUsuń
  5. (rude wredne) większość w Sejmie będzie stanowiło PiS.

    OdpowiedzUsuń
  6. Smutne, ale prawdziwe. Niestety, typowy szantaż emocjonalny.
    Danka

    OdpowiedzUsuń
  7. Atkabe: wyczytałaś to z kryształowej kuli? ;)

    OdpowiedzUsuń
  8. zewsząd i znikąd25.05.2015, 12:17

    To niech się sprężą, żeby zdążyć z tą ustawą przed inauguracją Dudy. A jak nie zdążą, zawsze zostaną demonstracje. Nie mamy dokładnie nic do stracenia. Już się nie odważą zabraniać nam demonstrować.

    OdpowiedzUsuń

Prześlij komentarz

Popularne posty z tego bloga

"Bezdomna" Katarzyny Michalak, czyli jak nie pisać o problemach społecznych

Złych, powielających wyjątkowo szkodliwe stereotypy książek jest wiele. Rzadko jednak matronują im instytucje kojarzone raczej z walką z uprzedzeniami niż z ich wspieraniem. Zaszczyt ten spotkał niestety „Bezdomną” Katarzyny Michalak. Dlaczego książka ta nie powinna być wspierana przez organizacje kobiece czy, szerzej, walczące z wykluczeniami? O komentarz poprosiłam Elwen, twórczynię bloga poświęconego zaburzeniu afektywnemu-dwubiegunowemu.

Fundacja Centrum Praw Kobiet wraz z Kongresem Kobiet objęły ostatnio patronatem (czy, jak chce tego CPK, matronatem) książkę pani Katarzyny Michalak o wdzięcznym tytule „Bezdomna”. Książka, zgodnie z zapewnieniami autorki i wydawnictwa, należeć ma do nurtu zaangażowanej literatury kobiecej, poruszającej trudne problemy kobiet wykluczonych poza nawias społeczeństwa. Brzmi zupełnie w porządku, prawda?

Problem zaczyna się w chwili, gdy skuszeni poważnymi rekomendacjami sięgniemy po tę pozycję. Książka opisuje historię Kingi Król, bezdomnej kobiety z …

Maria Konopnicka była lesbijką

Tytuł jest oczywiście nadużyciem. Nie wiadomo, czy Maria Konopnicka była lesbijką, czy osobą biseksualną, czy jeszcze kimś innym. Nie wiadomo, jak myślała o sobie ani tym bardziej, jak by się określiła i jak potoczyłoby się jej życie, gdyby urodziła się nie sto siedemdziesiąt, ale na przykład trzydzieści lat temu. Wiadomo za to, że przez ostatnie dwadzieścia lat życia mieszkała i podróżowała z noszącą się po męsku miłośniczką polowań, malarką i działaczką na rzecz praw kobiet Manią Dulębianką, którą nazywała czasami "Pietrkiem z powycieranymi łokciami". Wiadomo, że z chwilą, gdy się poznały, poetka gładko przeszła w listach do dzieci z formy "ja" na "my" (mamy, myślimy, wyjeżdżamy), że były praktycznie nierozłączne, że miały różne nieprzyjemności z powodu krążących pogłosek o ich związku, że Dulębianka zrezygnowała dla Konopnickiej z kariery malarskiej i że zostały pochowane w tym samym grobowcu. Wiadomo też, że "niewiasta mocno kochliwa", jak …

Gołe dupy Renaty Przemyk

Renata Przemyk dała głos, a ja zawyłam z bezsilnej złości i, co tu ukrywać, przykrości. Szansonistka, której gros fanów stanowią lesbijki (i geje też), piosenkarka, która przez wiele lat była w związku ze swoją tekściarką, poetką Anną Saraniecką (oczywiście związku przyjacielskim), osoba, która jednym zdaniem mogła zrobić wiele dobrego zarówno dla siebie, swojej kariery, jak i dla osób LGBTQetc., postanowiła się wypowiedzieć.

I jak zazwyczaj na wywiady z Renią spuszczałam litościwie (no, może oprócz tego tekstu tu) zasłonę milczenia, tak tego wywiadu bez komentarza zostawić nie sposób.

Już na wstępie jest ostro:
Przecież chrześcijanie byli zawsze pokojowo nastawionymi ludźmi.  Chrześcijanie, zawsze, pokojowo. No fakt, bo sypialnianie nie za bardzo. Najczęściej raz do roku, i to w celu mienia dziatek. Poza tym artystka przespała lekcje historii, na których mówiono o wyprawach krzyżowych, chrystianizacji ogniem i mieczem, inkwizycji i takich tam różnych. Siadaj, Renata, pała.
Wszystkie…