czwartek, 21 maja 2015

Największe zło

Kiedy w 2004 roku faszyzujący mężczyźni spod znaku Młodzieży Wszechpolskiej urządzili obławę na uczestników i uczestniczki Marszu Tolerancji i Demokracji w Krakowie, część uciekających znalazła schronienie w redakcji "Tygodnika Powszechnego". Tygodnik nie był wówczas szczególnie przyjaznym nam medium. Jego dziennikarze i dziennikarki nie mieli jednak wątpliwości, że ofiarom agresji należy pomóc. Bez znaczenia, kim są, bez znaczenia, czy zgadzają się z nimi, czy nie. Zdali egzamin z miłości bliźniego, empatii i zwykłej solidarności ze słabszymi, atakowanymi. Wsparli, udzielili schronienia.

Od tych wydarzeń minęło 11 lat. A my znowu mamy się bać - tak jak niegdyś osoby maszerujące na rzecz równości. Mamy się bać powrotu rządów Prawa i Sprawiedliwości. Tego, że zakażą nam chodzenia po ulicach i otwartego mówienia o swojej tożsamości. Zdelegalizują nasze organizacje, spalą tęczowe flagi, dadzą przyzwolenie na prześladowania. Czytam podsuwane przez znajomych teksty o państwie kościelnym, w którym za chwilę będę mieszkać. O prawie kanonicznym, które zastąpi świeckie. To wszystko już za chwilę będzie moim udziałem, jeśli w najbliższą niedzielę zdecyduję niewłaściwie. Mam jeszcze szansę to powstrzymać. Postawić mur między nami a nimi. Mur w postaci Bronisława Komorowskiego i partii, z której się wywodzi. Jeśli ich zabraknie, nikt mnie nie obroni.

Czytam to wszystko z narastającym przerażeniem. Nie, nie przed tym, co się stanie, gdy tego muru zabraknie. Przeraża mnie, że ludzie naprawdę tak myślą. Że im to zrobiono - sprawiono, że czują autentyczny strach. Boją się tego, co będzie. Weźmy to na chwilę na zimno. Mieszkańcy i mieszkanki kraju członkowskiego Unii Europejskiej, demokratycznego, żyjący w XXI wieku, motywują swoje decyzje wyborcze strachem. Nie programem wyborczym czy choćby tym, jak kto mówi czy wygląda. Strachem. Więcej, ten strach zaszczepili w nich ludzie, którzy teraz walczą o ich głosy. Jeśli na nas nie zagłosujecie, to nikt was nie obroni przed naszą opozycją. Zagłosujcie, a będziecie bezpieczni.

Nie będę rozwodzić się nad tym, jak to bezpieczeństwo wygląda teraz i jak za przyzwoleniem, a nawet przy udziale niektórych osób z partii rządzącej, doszło w ostatnich latach do brutalizacji debaty publicznej i nasilenia agresji, szczęśliwie głównie słownej, wobec osób niehteronormatywnych. Jak bardzo na prawo przesunął się dyskurs. Zamiast tego wrócę do historii z 2004 roku. Dla pracujących w "Tygodniku Powszechnym" było czymś oczywistym, że słabszych należy bronić, niezależnie od tego, czy się ich lubi czy nie. Że agresja jest czymś złym. Że trzeba jej przeciwdziałać. To, czego byli świadkami, wstrząsnęło nimi, czemu później wyraz w niejednej wypowiedzi dał ksiądz Adam Boniecki. Wstrząsnęło, mimo że nadal nie popierali naszych postulatów i naszej walki. Teraz od osób, które śmią się mienić naszymi sojusznikami i sojuszniczkami, od partii, która śmie udawać progresywną, słyszymy: obronimy was, o ile wy najpierw zrobicie coś dla nas. Jeśli nie, radźcie sobie sami i same.

Bronisław Komorowski i jego partia nie muszą mi obiecywać związków partnerskich czy równości małżeńskiej. Nie muszą nawet mówić, że się nad tym zastanowią. Jedyne, co chciałabym usłyszeć od tych, którzy i które twierdzą, że bez nich będzie mi naprawdę źle, to to, że niezależnie od tego, co się stanie, niezależnie od tego, czy będą rządzić, czy nie, gdy będzie się działo coś złego, staną po mojej stronie. Że udzielą mi schronienia. Że wiedzą, kto jest agresorem, a kto ofiarą. Kto jest słaby, a kto silny.

Zamiast słów wsparcia mamy jednak szantaż. Ohydny. Bójcie się, bez nas zginiecie. Bez nas - u władzy. Sojusznicy? Mur? Bezpieczeństwo? Nie. Największe zło. Największe, jakie można zrobić ludziom.

zdjęcie: Silar

8 komentarze :

Ewo, strach to silny motywator. Mnie ani dziwi ani bulwersuje, że jest on w kampanii wyborczej rozgrywany, przez obydwa „obozy” zresztą po równo. Fakt, że żyjemy w XXI wieku nie jest – jak się okazuje – żadnym argumentem. „Pod nosem” Europy szaleje ISIS, Rosja wielbi nowego batiuszkę a u nas wróciły stare podziały na piłsudczyków i narodowców. Rozumiem rozgoryczenie, złość osób LGBTitd, sama do nich należę, że przez 25 lat w wolnej Polsce nie doczekaliśmy się pełni praw obywatelskich, co dowodzi żenującego poziomu naszej klasy politycznej. Ale taka jest rzeczywistość i obrażanie się na nią nie ma, moim zdaniem, sensu. Zamiast tego, idąc w ślady cynicznych polityków, lepiej wykorzystać zaistniałą sposobność także do… szantażu. Zmobilizować się pod tęczową flagą jak najszybciej i pokazać swoją siłę przed jesiennymi wyborami. Nie snuć mrzonek o jakiejś zjednoczonej lewicy, bo ta zagryzła siebie samą i diabli wiedzą, kiedy na jej truchle zrodzi się coś nowego.
Lecz jest to możliwe tylko wówczas, gdy wygra Komorowski. Wiem, nie jest przyjemnie wyciągać obrączkę z sedesu, tym bardziej, że szansa na jej znalezienie nie jest gwarantowana, ale spuścić ją w klozecie…

Jest moim zdaniem dokładnie odwrotnie niż przedstawia to frog@dog. Jeśli zwycięży Komorowski, to nie zmieni się nic. Władze nadal będą nas lekceważyć. Ruch na scenie politycznej nastanie tylko wraz ze zwycięstwem Dudy. Tylko wówczas istnieje szansa na to, aby przestraszona PO przegłosowała przed jesiennymi wyborami ustawę o związkach partnerskich. Niech to oni - Platformersi się boją - że utracą władzę bez naszych głosów! Wówczas jak ich prezio zmienią zdanie w sprawie związków w ciągu 48 godzin i to, co do tej pory było niemożliwe - stanie się możliwe!

Jasne. I prezydent Duda podpisze

Większość w sejmie może odrzucić weto prezydenckie.

(rude wredne) większość w Sejmie będzie stanowiło PiS.

Smutne, ale prawdziwe. Niestety, typowy szantaż emocjonalny.
Danka

Atkabe: wyczytałaś to z kryształowej kuli? ;)

To niech się sprężą, żeby zdążyć z tą ustawą przed inauguracją Dudy. A jak nie zdążą, zawsze zostaną demonstracje. Nie mamy dokładnie nic do stracenia. Już się nie odważą zabraniać nam demonstrować.

Prześlij komentarz