Przejdź do głównej zawartości

Pięćset lat rządów PiS

Program 500 złotych na (nie każde) dziecko jeszcze nie wszedł w życie, a już został obśmiany (500 złotych na kota, psa i tchórzofretkę!), skrytykowany z pozycji feministycznych jako obliczony na wypchnięcie kobiet z rynku pracy i gorzej traktujący samodzielne matki oraz z punktu widzenia sprawiedliwości społecznej jako nierozwiązujący problemów wszystkich grup zagrożonych ubóstwem, m.in. rodzin z niepełnosprawnym dzieckiem, a jednocześnie sprawiający, że na dzieci bogatych składają się osoby w trudnej sytuacji życiowej. Zaproponowano kilka albo i kilkanaście lepszych rozwiązań, jak zwiększenie dostępu do bezpłatnej opieki przedszkolnej, podniesienie kwoty wolnej od podatku, odpisy na dziecko czy lepszy dostęp do lekarzy dziecięcych. Partie opozycyjne i pozaparlamentarne prześcigają się w proponowaniu doskonalszych projektów, między innymi wspierających już nie wybrane, a wszystkie dzieci, na dodatek nawet wyższymi kwotami.

Krytyka jest oczywiście słuszna, a pomysły racjonalizatorskie w większości godne uwagi. Nie zmienia to jednak najważniejszego - ten program zmienia wszystko. Nie, nie sprawi, że urodzi się tyle dzieci, ile w jego efekcie ma się urodzić. Tego naprawdę nie da się policzyć. Sprawi, że jeśli PiS nie wywinie jakiegoś naprawdę mającego wpływ na życie większości Polek i Polaków numeru, to spokojnie wygra przyszłe wybory. I może też kolejne. Z większą przewagą niż teraz.

Większość naszego społeczeństwa jest biedna lub co najwyżej niezamożna. Dla większości rodzin, nawet tych, które jakoś sobie radzą, dodatkowe 500 czy 1000 złotych miesięcznie to znacząca zmiana. Coś, co odczują dużo bardziej niż związaną z szukaniem w budżecie pieniędzy na dzieci podwyżkę cen towarów i usług. Coś, co zmieni w ich życiu dużo więcej niż ustawa o inwigilacji, służbie cywilnej, mediach publicznych czy trybunale konstytucyjnym. Coś, z czego większość z nich nie będzie chciała zrezygnować po kilku latach. I nie mówimy o kilkuset tysiącach ludzi, a o 2,7 milionach rodzin. Czyli z grubsza 5 milionach uprawnionych do głosowania. Co daje 16 procent całości. Z tego pewnie połowa na wybory nie chodzi. A teraz pójdzie tylko po to, by zagłosować na PiS. Pójdzie też część babć, dziadków, innych osoby z rodziny, dzieci, które w międzyczasie skończą 18 lat... I to niezależnie od tego, co obieca opozycja. Bo PiS powie: oni wam zabiorą. Zyska argument nie do obalenia.

A że to niesprawiedliwe, że ileś tam osób, być może bardziej potrzebujących, zostanie za burtą? Mało kto się tym przejmie. Bo też mało kogo stać na to, by zrezygnować z dodatku dla idei, bo inni mają gorzej. Ileś tam kobiet zrezygnuje z pracy? To już nikogo nie obejdzie. Samodzielne matki? Było się nie puszczać! Ojcowie? To jakiś promil. Ruszy ich co najwyżej wspieranie jakżeż pogardzanej "patologii", ale też nie na tyle, by nie chcieć tego samego dla siebie. Szczególnie że na ten argument PiS ma odpowiedź: będziemy kontrolować, jak owa "patologia" pieniądze wydaje.

Na solidarność społeczną nie ma co liczyć. Nie ma też co liczyć na inne pomysły, a choćby na długofalowe programy, które koniec końców sprawią, że poczujemy się bezpiecznie i większość społeczeństwa będzie na dzieci stać i finansowo, i emocjonalnie. Żaden darmowy żłobek, przedszkole czy odpis podatkowy, żadna obietnica wyższych zarobków i naprawy rynku pracy nie zastąpi żywej, co miesiąc trafiającej na konto gotówki. Zresztą: wszak przed kolejnymi wyborami PiS może obiecać i to.

Wnioski? Niewesołe. Pierwszy jest taki, że opozycja nie może sobie pozwolić na bycie przeciw, jeśli marzy, by być znaczącą siłą po następnych wyborach. Bo jak będzie przeciw, to za niecałe cztery lata trafi do grona tych, co chcą zabrać pieniądze. A nawet jak będzie za i obieca jeszcze więcej, nawet po 500 na każdego kota, niewiele może to zmienić, wszak PiS nie tylko obiecał, ale i dał. Drugi jest taki, że aby PiS te wybory przegrał, musiałoby się wydarzyć coś bardzo złego. Potężny wzrost bezrobocia, liczby ubogich, obciążenia podatkowe znacząco wpływające na budżety większości społeczeństwa, bankructwa banków i zakładów pracy. Tak czy siak wielce niefajna perspektywa.

Dziękuję Jakubowi za inspirację do napisania tekstu. Macie pomysł, jak zapobiec niemal katastrofalnej wizji wiecznych wszechrządów PiS, które przerwać może totalne zubożenie społeczeństwa? A może w ogóle się z nią nie zgadzacie? Zapraszam do komentowania!

Komentarze

  1. Święte słowa. Niemożliwe stało się możliwe. A że matki zarabiające 1200 na rękę zostaną w domu i zabiorą pociechy ze żłobków - obozów koncentracyjnych dla niemowląt... Szczęśliwe maluchy!

    OdpowiedzUsuń
  2. Posadzi się te dzieci w domach przed komputerem, będą się socjalizować i uczyć przez fejsa. Niemniej faktycznie, będzie problem z zabraniem tego 500+ Loguję się dzisiaj do banku a tam oferta złożenia wniosku przez internet, za oknem baner informacyjny gdzie wnosek należy złożyć w mojej gminie itd. itp.

    OdpowiedzUsuń
  3. Czy naprawdę jest tak, że osoby z jednym dzieckiem nie mają żadnych szans na 500+? Z tego co mi wiadomo, tutaj decyduje kryterium dochodowe. Oczywiście sam projekt nie jest idealny, bo ogólnie powinno decydować kryterium, dochodowe, jednak nie można zapominać ile dobrego ten program wniósł. Bo faktem jest, że dzięki niemu znacznie zmniejszyła się liczba rodzin żyjąca w ubóstwie, bądź na jego skraju. Moi drodzy jestem przeciwnikiem PiS i płatnikiem programu 500+. Dzieci nigdy miał nie będę w Polsce, bo jestem gejem (po prostu ze względu na wiek wiem, że tego nie doczekam), natomiast nie rozumiem krytyki dla krytyki. Piszecie o jakimś promilu samotnych matek, które nie dostaną środków (trudno mi w to uwierzyć, bo wiem, że przy jednym dziecku decyduje kryterium dochodowe), natomiast nie chcecie wspomnieć o ogromnej liczbie rodzin, które te pieniądze wyciagnęły ze skraju ubóstwa. Oczywiście nie wspomnicie o tym, bo to niewygodne. Ja osobiście jestem zwolennikiem tego programu, nie ma nic lepszego niż inwestycja w dzieci. Oczywiście pewne rzeczy są do poprawienia, ale trzeba pamiętać, że nie myli się ten, kto nic nie robi. Przez wiele lat kolejne partie tylko mówiły o pomocy rodzinie, PiS to zrobił. I trzeba też pamiętać, że jeszcze się taki nie urodził, który każdemu by dogodził. Nie stworzy się projektu idealnego. Skoro stać nas na utrzymanie Kościoła Katolickiego, ulgi podatkowe dla duchownych itd. (łącznie to ok. 14 mld zł rocznie), to moim zdaniem stać nas na dzieci. Jeśli chcemy odebrać władzę PiS to nie możemy krytykować dobrych pomysłów, bo ludzie to widzą...

    OdpowiedzUsuń

Prześlij komentarz

Popularne posty z tego bloga

"Bezdomna" Katarzyny Michalak, czyli jak nie pisać o problemach społecznych

Złych, powielających wyjątkowo szkodliwe stereotypy książek jest wiele. Rzadko jednak matronują im instytucje kojarzone raczej z walką z uprzedzeniami niż z ich wspieraniem. Zaszczyt ten spotkał niestety „Bezdomną” Katarzyny Michalak. Dlaczego książka ta nie powinna być wspierana przez organizacje kobiece czy, szerzej, walczące z wykluczeniami? O komentarz poprosiłam Elwen, twórczynię bloga poświęconego zaburzeniu afektywnemu-dwubiegunowemu.

Fundacja Centrum Praw Kobiet wraz z Kongresem Kobiet objęły ostatnio patronatem (czy, jak chce tego CPK, matronatem) książkę pani Katarzyny Michalak o wdzięcznym tytule „Bezdomna”. Książka, zgodnie z zapewnieniami autorki i wydawnictwa, należeć ma do nurtu zaangażowanej literatury kobiecej, poruszającej trudne problemy kobiet wykluczonych poza nawias społeczeństwa. Brzmi zupełnie w porządku, prawda?

Problem zaczyna się w chwili, gdy skuszeni poważnymi rekomendacjami sięgniemy po tę pozycję. Książka opisuje historię Kingi Król, bezdomnej kobiety z …

Maria Konopnicka była lesbijką

Tytuł jest oczywiście nadużyciem. Nie wiadomo, czy Maria Konopnicka była lesbijką, czy osobą biseksualną, czy jeszcze kimś innym. Nie wiadomo, jak myślała o sobie ani tym bardziej, jak by się określiła i jak potoczyłoby się jej życie, gdyby urodziła się nie sto siedemdziesiąt, ale na przykład trzydzieści lat temu. Wiadomo za to, że przez ostatnie dwadzieścia lat życia mieszkała i podróżowała z noszącą się po męsku miłośniczką polowań, malarką i działaczką na rzecz praw kobiet Manią Dulębianką, którą nazywała czasami "Pietrkiem z powycieranymi łokciami". Wiadomo, że z chwilą, gdy się poznały, poetka gładko przeszła w listach do dzieci z formy "ja" na "my" (mamy, myślimy, wyjeżdżamy), że były praktycznie nierozłączne, że miały różne nieprzyjemności z powodu krążących pogłosek o ich związku, że Dulębianka zrezygnowała dla Konopnickiej z kariery malarskiej i że zostały pochowane w tym samym grobowcu. Wiadomo też, że "niewiasta mocno kochliwa", jak …

Gołe dupy Renaty Przemyk

Renata Przemyk dała głos, a ja zawyłam z bezsilnej złości i, co tu ukrywać, przykrości. Szansonistka, której gros fanów stanowią lesbijki (i geje też), piosenkarka, która przez wiele lat była w związku ze swoją tekściarką, poetką Anną Saraniecką (oczywiście związku przyjacielskim), osoba, która jednym zdaniem mogła zrobić wiele dobrego zarówno dla siebie, swojej kariery, jak i dla osób LGBTQetc., postanowiła się wypowiedzieć.

I jak zazwyczaj na wywiady z Renią spuszczałam litościwie (no, może oprócz tego tekstu tu) zasłonę milczenia, tak tego wywiadu bez komentarza zostawić nie sposób.

Już na wstępie jest ostro:
Przecież chrześcijanie byli zawsze pokojowo nastawionymi ludźmi.  Chrześcijanie, zawsze, pokojowo. No fakt, bo sypialnianie nie za bardzo. Najczęściej raz do roku, i to w celu mienia dziatek. Poza tym artystka przespała lekcje historii, na których mówiono o wyprawach krzyżowych, chrystianizacji ogniem i mieczem, inkwizycji i takich tam różnych. Siadaj, Renata, pała.
Wszystkie…