poniedziałek, 8 lutego 2016

Pięćset lat rządów PiS


Program 500 złotych na (nie każde) dziecko jeszcze nie wszedł w życie, a już został obśmiany (500 złotych na kota, psa i tchórzofretkę!), skrytykowany z pozycji feministycznych jako obliczony na wypchnięcie kobiet z rynku pracy i gorzej traktujący samodzielne matki oraz z punktu widzenia sprawiedliwości społecznej jako nierozwiązujący problemów wszystkich grup zagrożonych ubóstwem, m.in. rodzin z niepełnosprawnym dzieckiem, a jednocześnie sprawiający, że na dzieci bogatych składają się osoby w trudnej sytuacji życiowej. Zaproponowano kilka albo i kilkanaście lepszych rozwiązań, jak zwiększenie dostępu do bezpłatnej opieki przedszkolnej, podniesienie kwoty wolnej od podatku, odpisy na dziecko czy lepszy dostęp do lekarzy dziecięcych. Partie opozycyjne i pozaparlamentarne prześcigają się w proponowaniu doskonalszych projektów, między innymi wspierających już nie wybrane, a wszystkie dzieci, na dodatek nawet wyższymi kwotami.

Krytyka jest oczywiście słuszna, a pomysły racjonalizatorskie w większości godne uwagi. Nie zmienia to jednak najważniejszego - ten program zmienia wszystko. Nie, nie sprawi, że urodzi się tyle dzieci, ile w jego efekcie ma się urodzić. Tego naprawdę nie da się policzyć. Sprawi, że jeśli PiS nie wywinie jakiegoś naprawdę mającego wpływ na życie większości Polek i Polaków numeru, to spokojnie wygra przyszłe wybory. I może też kolejne. Z większą przewagą niż teraz.

Większość naszego społeczeństwa jest biedna lub co najwyżej niezamożna. Dla większości rodzin, nawet tych, które jakoś sobie radzą, dodatkowe 500 czy 1000 złotych miesięcznie to znacząca zmiana. Coś, co odczują dużo bardziej niż związaną z szukaniem w budżecie pieniędzy na dzieci podwyżkę cen towarów i usług. Coś, co zmieni w ich życiu dużo więcej niż ustawa o inwigilacji, służbie cywilnej, mediach publicznych czy trybunale konstytucyjnym. Coś, z czego większość z nich nie będzie chciała zrezygnować po kilku latach. I nie mówimy o kilkuset tysiącach ludzi, a o 2,7 milionach rodzin. Czyli z grubsza 5 milionach uprawnionych do głosowania. Co daje 16 procent całości. Z tego pewnie połowa na wybory nie chodzi. A teraz pójdzie tylko po to, by zagłosować na PiS. Pójdzie też część babć, dziadków, innych osoby z rodziny, dzieci, które w międzyczasie skończą 18 lat... I to niezależnie od tego, co obieca opozycja. Bo PiS powie: oni wam zabiorą. Zyska argument nie do obalenia.

A że to niesprawiedliwe, że ileś tam osób, być może bardziej potrzebujących, zostanie za burtą? Mało kto się tym przejmie. Bo też mało kogo stać na to, by zrezygnować z dodatku dla idei, bo inni mają gorzej. Ileś tam kobiet zrezygnuje z pracy? To już nikogo nie obejdzie. Samodzielne matki? Było się nie puszczać! Ojcowie? To jakiś promil. Ruszy ich co najwyżej wspieranie jakżeż pogardzanej "patologii", ale też nie na tyle, by nie chcieć tego samego dla siebie. Szczególnie że na ten argument PiS ma odpowiedź: będziemy kontrolować, jak owa "patologia" pieniądze wydaje.

Na solidarność społeczną nie ma co liczyć. Nie ma też co liczyć na inne pomysły, a choćby na długofalowe programy, które koniec końców sprawią, że poczujemy się bezpiecznie i większość społeczeństwa będzie na dzieci stać i finansowo, i emocjonalnie. Żaden darmowy żłobek, przedszkole czy odpis podatkowy, żadna obietnica wyższych zarobków i naprawy rynku pracy nie zastąpi żywej, co miesiąc trafiającej na konto gotówki. Zresztą: wszak przed kolejnymi wyborami PiS może obiecać i to.

Wnioski? Niewesołe. Pierwszy jest taki, że opozycja nie może sobie pozwolić na bycie przeciw, jeśli marzy, by być znaczącą siłą po następnych wyborach. Bo jak będzie przeciw, to za niecałe cztery lata trafi do grona tych, co chcą zabrać pieniądze. A nawet jak będzie za i obieca jeszcze więcej, nawet po 500 na każdego kota, niewiele może to zmienić, wszak PiS nie tylko obiecał, ale i dał. Drugi jest taki, że aby PiS te wybory przegrał, musiałoby się wydarzyć coś bardzo złego. Potężny wzrost bezrobocia, liczby ubogich, obciążenia podatkowe znacząco wpływające na budżety większości społeczeństwa, bankructwa banków i zakładów pracy. Tak czy siak wielce niefajna perspektywa.

Dziękuję Jakubowi za inspirację do napisania tekstu. Macie pomysł, jak zapobiec niemal katastrofalnej wizji wiecznych wszechrządów PiS, które przerwać może totalne zubożenie społeczeństwa? A może w ogóle się z nią nie zgadzacie? Zapraszam do komentowania!