Znak smoka

Pierwsza wersja pierwszego rozdziału pierwszej polskiej lesbijskiej (i biseksualnej) powieści fantasy.

Tekst: Rude de Wredne


Rozdział I

Ich usta były coraz bliżej i bliżej, i kiedy już miały się zetknąć… Mariou zarżała. Sheana zdawała sobie sprawę, że wywiera różne wrażenie na kobietach, ale jeszcze nigdy, przenigdy żadna nie rżała. I to w tak przejmujący sposób. Twarz ministrelki zamieniła się gwałtownie w dobrze znajomy, jednak nie tak pożądany pysk klaczy Nihil.
- Psiakrew, a było już tak blisko, znowu mi to robisz, przebrzydła kobyło! – westchnęła obudzona Sheana. Nihil zarżała jeszcze przenikliwiej i zastrzygła uszami w stronę dźwięków rozlegających się za krzewami. Rozpoznawszy odgłosy walki, kobieta przebudziła się na dobre. Kiedy klacz zauważyła, że jej partnerka (ich relacji nie dało się inaczej określić, ponieważ Nihil robiła najczęściej to, co chciała) zaczyna wzuwać buty, stanęła w pozycji bojowej, zwrócona w kierunku dochodzących dźwięków.
- Zostań! – powiedziała Nihil Sheana. Ta spojrzała na nią z oburzeniem, ale tym razem posłuchała.
Sheana, nie przejmując się hałasem, który robiły jej kroki, z przygotowanymi w dłoniach mieczami pobiegła w stronę polany, na której ktoś w sposób bardzo gwałtowny i nieprzyjęty w cywilizowanym świecie Realium rozstrzygał spór.
Darując sobie okrzyk bojowy, wojowniczka wbiegła na polanę. Widok, który ujrzała, wyhamował jej impet.
Naprzeciwko kobiety, niewątpliwie pięknej kobiety o kruczoczarnych, lekko rozczochranych włosach i prawdopodobnie niebieskich, choć teraz grantowych z gniewu oczach, stało czterech mężczyzn w pozycjach bojowych. Czterej pozostali leżeli, z czego tylko dwóch wykazywało jakieś oznaki życia. „Jak, co, czym?” - przemknęło przez głowę wojowniczce. Piękna nieznajoma była bowiem uzbrojona tylko w niepozorny kij, a jej postura nie wskazywała na nadludzką siłę.
Mężczyźni niewątpliwie trzymali kobietę w szachu, a może to ona ich trzymała? Tak czy siak widać było, że pierwsze starcie nie poszło po ich myśli i postanowili, może nieco zbyt późno dla ich kompanów, przystąpić do negocjacji. Żaden z nich nie zwrócił uwagi na nową osobę dramatu wyłaniającą się za ich plecami z krzaków. Nieznajoma jednak nie przeoczyła tego faktu. Można to było poznać tylko po tym, że lekko zmrużyła oczy. „Przepiękne oczy” - dodała w myślach Sheana.
„Niewątpliwie przepiękne, ale to chyba nie pora teraz na roztrząsanie ich uroku, prawda?” - usłyszała szept w swojej głowie. Potrząsnęła nią lekko, jakby chciała odpędzić natrętną muchę. Na ten gest w jej głowie pojawiło się echo lekko złośliwego chichotu, które po chwili umilkło.
„Pomyślę o tym później” - Sheana nie zwykła była roztrząsać kwestii niezwiązanych z walką, czy też potencjalną walką, w trakcie jej trwania.
- I co dalej, wiedźmo? – zapytał jeden z mężczyzn, o grubym karku pasującym do jego nabitej figury. – Masz już dosyć? – mówiąc to, uderzał drewnianą pałką o dłoń.
- Chcesz się przekonać? – spytała nad wyraz spokojnym głosem czarodziejka.
- Daj spokój, Yearim – odezwał się równie opanowanym tonem kolejny z wojowników, wysoki mężczyzna o długich białych włosach, ubrany w czarną skórę, z przewieszonym przez plecy mieczem. – Zostało nas jeszcze czterech, a ty już opadasz z sił, być może pokonasz jeszcze dwóch, a potem?
- A potem złapiemy dziwkę i dostanie to, na co zasługują takie jak ona – wycharczał kolejny, spluwając krwią. – A wcześniej dogodzimy jej tak, jak nikt jej nie dogodził, na pociechę przed tym, nim zdechnie.
- Spokój, Greim – wydał komendę białowłosy. Ten w odpowiedzi tylko splunął, a jego wzrok mówił, że nie odmówiłby sobie ani jednej, ani drugiej przyjemności.
- Chcesz ją tylko dla siebie? – spytał najdrobniejszy z całego towarzystwa. – Mało ci był w Klimens? Z kompanami się nie podzielisz?
Białowłosy wzruszył tylko ramionami.
- Trudno dogodzić czymś, czego za chwilę mieć się nie będzie – rzuciła drwiąco Yearim, przenosząc wzrok z przywódcy na Greima, a potem na chuderlawego.
- Daj spokój, Yearim – powtórzył białowłosy. – Ty masz coś, czego my potrzebujemy, a my mamy przewagę. Albo oddasz nam to po dobroci, albo weźmiemy to sobie sami, ale może znacznie na tym ucierpieć twoja uroda i cnota.
Greim roześmiał się chrapliwie.
- Po co się z nią układać. Czterem nie da rady, a cnota jej wątpliwa, więc i strat tak wielkich nie poniesie.
Zdanie to dokończył nieco piskliwym głosem, zwinięty w pół, trzymając się za przyrodzenie.
Wydawało się, że pozostali czekali na ten moment. Dwóch podeszło czarodziejkę z obu stron, a białowłosy uczynił to tak szybko, że wzrok Sheany nie był w stanie zarejestrować ruchu, chwycił kobietę i wykręcił jej ręce do tyłu.
Sheana nie czekała na dalszy rozwój wydarzeń. Skoczyła na białowłosego, tnąc jednym mieczem próbującego jej przeszkodzić chuderlawego i waląc rękojeścią ostatniego z bandytów. Resztka impetu pozwoliła jej przewrócić mężczyznę i nieznajomą, która wykorzystała tę okazję, aby się uwolnić.
Białowłosy błyskawicznie stanął na nogi, w jego dłoniach jak wyczarowany pojawił się długi miecz. Wojownik zaczął zbliżać się do Sheany miękkim kocim krokiem. Jego poorana bliznami twarz była bardzo blada, a kiedy zmrużył przecięte pionowymi źrenicami oczy, wojowniczka wezwała w myślach Boginię. Wiedziała, że z tym przeciwnikiem nie pójdzie jej łatwo. A przewaga w postaci dwóch mieczy na nic się nie zda. „Znowu, znowu się w coś władowałam, bez namysłu, dla pięknych oczu” - przemknęło jej przez głowę. Była to jej ostatnia myśl niezwiązana z walką. Później całą uwagę skupiła na paradach, ciosach i unikach. Jednak wyćwiczone kilkuletnim treningiem ciało szybko słabło. Coraz trudniej było jej odbijać ciosy wymierzane przez przeciwnika. Widząc to, mężczyzna uśmiechnął się paskudnie. Sheana, w przypływie rozpaczy, postanowiła użyć ostatniej sztuczki z repertuaru Mistrzów. Jeszcze raz w myślach wezwała Boginię, gdyż nie była w stanie przewidzieć rezultatu tego, co zamierzała uczynić. Nie wiadomo bowiem, jak się starała, Sheanie nigdy dotąd nie udało się jej wykonać poprawnie. Tym razem jednak nie miała wyjścia. Cudem uchylając się przed kolejnym ciosem, zebrała wewnętrzną energię i miecze w jej rękach zawirowały jak szalone. Na białowłosym zrobiło to wrażenie, ale nie aż takie, jakiego się spodziewała. Kiedy miała wyprowadzić ostateczny cios, poślizgnęła się na liściach i wybiła z rytmu zarówno siebie, jak i przeciwnika. Poleciała gwałtownie do przodu, cudem unikając sztychu miecza przeciwnika, a jej dwa ostrza wbiły się w pierś białowłosego. W jego oczach mignęło zdumienie równie wielkie jak to, które pojawiło się w oczach Sheany. Runął na plecy.
Sheana zamarła, nie wierząc temu, co właśnie zrobiła. Co prawda zakończenie walki było dla niej niezwykle szczęśliwe, ale, szczerze mówiąc, całkiem niespodziewane. Gdyby nie przypadek, to ona by tam leżała.
Podeszła do leżącego mężczyzny. Zaskoczyła ją zmiana na jego twarzy. Wyglądał, jakby śmierć była czymś, za czym tęsknił. Rysy miał spokojne. Patrzyła na niego, zaskoczona zarówno przemianą, jaka w nim zaszła, jak i swoim zwycięstwem.
Kiedy podniosła głowę, aby zobaczyć, co się stało z nieznajomą, jej wzrok spotkał się ze wzrokiem poszukiwanej. „Te oczy są naprawdę przepiękne.” Czarodziejka uśmiechnęła się, jak wydawało się Sheanie, kpiąco. Nagle wyraz twarzy jej się zmienił i krzyknęła:
- Uważaj! – i to były ostatnie słowa, które Sheana usłyszała, zanim poczuła rozdzierający ból i zapadła ciemność.

Poczuła dłoń delikatnie dotykającą wewnętrznej strony jej uda. Ręka powoli posuwała się coraz wyżej. Przez jej ciało przeszedł dreszcz. Sheana pomyślała, że dobrze byłoby otworzyć oczy, skoro jednak żyje, ale z drugiej strony jak zwykle okazałoby się, że ręka na jej udzie, a właściwie już prawie pachwinie, to kolejny piękny sen.
- O, widzę, że się ocknęłaś – usłyszała niski, melodyjny, lekko kpiący głos. – Możesz już otworzyć oczy. Masz potwornie poharatane udo. Próbuję ci je jakoś naprawić, żebyśmy mogły się stąd jak najszybciej oddalić.
Sheana jęknęła cicho. „Niech to szlag! Znowu miraż!” Niechętnie uchyliła powieki. Nieznajoma nachylała się nad jej nogą, uważnie przyglądając się brzydkiej, poszarpanej ranie.
- Jak to się stało? – chciała zapytać Sheana, ale z jej ust wyrwał się tylko ochrypły jęk.
- Obok leży bukłak z wodą zaprawioną ziołami – powiedziała czarodziejka, nie przerywając oględzin. Sheana pomacała ręką wokół siebie. Zawartość bukłaka otrzeźwiła ją. Zmieszana zauważyła, że leży praktycznie naga, a jej ciała dotyka kobieta żywcem wyjęta z marzeń. Włosy nieznajomej łaskotały ją po brzuchu, no, trochę niżej.
- Może wygląda okropnie, ale jak tylko dojdę do siebie, postaram się coś na to poradzić. Być może zostanie mała blizna - czarodziejka delikatnie smarowała ranę na nodze.
Z ust Sheany wyrwał się jęk, i to bynajmniej nie z bólu.
- Oj nie bądź dzieckiem. Nie powinno boleć. Zostało mi trochę mocy, aby znieczulić ranę.
- Aha - powiedziała słabo Sheana. Tylko na tyle ją było stać.
- Kiedy postanowiłaś udawać szlachetną wojowniczkę, jeden ze zbirów podczołgał się do ciebie od tyłu i niestety zabrakło mi mocy, żeby go skutecznie unieszkodliwić, zanim zdążył wbić ci sztylet w nogę. Obawiam się, że chyba czymś go zatruł – mówiąc to, czarodziejka pochyliła się niżej nad udem Sheany. Sheana czuła, że cała się rumieni, a jej oddech przyśpiesza.
- Tak, wyraźnie czuję jad śmiertnika. To będzie trudniejsze, niż myślałam.
- Aha – szepnęła jeszcze słabszym głosem Sheana. „Ona robi to specjalnie, naigrywa się ze mnie, dam radę, wytrzymam. Do stu zamorskich, skunksowatych jaszczurek, jak za chwilę nie skończy, to…”
- Gotowe. Jutro powinnam być w stanie wyleczyć to całkowicie. Do tego czasu musimy tu zostać – czarodziejka skończyła opatrywać ranę i odsunęła się kawałek, przyglądając się krytycznie swojemu dziełu.
„Skończyła” - pomyślała z żalem Sheana i również przyjrzała się opatrunkowi, z nadzieją szukając jakiejś niedoróbki. Z przykrością stwierdziła, że bandaż założony był wyjątkowo porządnie i fachowo. „Nie można mieć wszystkiego” - westchnęła w duchu.
Podniosła wzrok znad swojej nogi i ze zdziwieniem zanotowała, że znajduję się w swoim obozowisku i leży na swoim nie do końca porządnym posłaniu, które przygotowała sobie w nocy.
- Co? Jak myśmy się tu znalazły, przecież ty… - zawahała się, no bo jak tu powiedzieć osobie, która właśnie pokonała kilku dobrze uzbrojonych mężczyzn, że nie ma siły.
- Nie mam siły? – uśmiechnęła się ta w odpowiedzi. – To nie do końca prawda, ale nie musiałam korzystać z własnych mięśni. Ta dama mi pomogła – pokazała na pasącą się niedaleko Nihil.
- Ale przecież ona nie daje się dotknąć nikomu obcemu! – Sheana z niedowierzaniem patrzyła to na klacz, to na czarodziejkę.
- No cóż, nie mówię, że było to łatwe. Zaraz po tym, jak padłaś, na polanę wpadł czarny demon, a raczej demonica - na te słowa klacz niewinnie zamrugała oczami. Nieznajoma uśmiechnęła się i kontynuowała: - Gotowa bronić cię do upadłego. Jakoś jednak udało mi się ją przekonać, że nie chcę zrobić ci krzywdy, a wręcz przeciwnie. I już chyba nie jesteśmy dla siebie takie obce. Prawda? – pytanie skierowała bezpośrednio do Nihil, która podeszła do niej i zanurzyła swoje chrapy we włosach czarodziejki. „Bezwstydnica” - z zazdrością pomyślała Sheana. I tak do końca nie wiedziała, o co jest bardziej zazdrosna - czy o to, że klacz tak spoufaliła się z czarodziejką, niejako zdradzając Sheanę, czy też o to, że sama chciałaby także zanurzyć, no niekoniecznie chrapy, w burzy czarnych loków nieznajomej.
Zakłopotanie Sheany wzrosło, kiedy zauważyła, że czarodziejka przygląda jej się z kpiąco domyślnym uśmiechem. Wojowniczka odchrząknęła. Na usta cisnęła jej się masa pytań.
- Na imię mam, jak może zorientowałaś się już z konwersacji z, hm, tymi dżentelmenami, Yearim. A komu zawdzięczam tak nieoczekiwaną pomoc? – spytała kobieta, uprzedzając Sheanę.
- Sheana.
- Jesteś wojowniczką ze stajni Demojestry i Vertina? – ciągnęła Yearim.
- Skąd wiesz?
Czarodziejka wymownie spojrzała na wystający spod opatrunku ogon wytatuowanego smoka. Wojowniczka zarumieniła się.
- No tak. To wszystko tłumaczy, ale skąd ty to wiesz?
- Odpowiedzi na pytania muszą poczekać. Najpierw trzeba uprzątnąć ten bałagan i pochować Białego Wilka. Nie zasłużył na rozszarpanie przez dzikie zwierzęta.
- Znałaś go blisko, prawda? - spytała Sheana, zaskoczona swoją śmiałością.
Na twarzy Yearim przez moment odmalowały się ból i gorycz.
- Tak – odparła krótko. Odwróciła się i z pokornie drepczącą za nią Nihil ruszyła w stronę, gdzie miała miejsce walka.
Sheana chciała wstać i pójść za nimi, jednak gdy tylko się podniosła, zakręciło się jej w głowie, a zraniona noga odmówiła posłuszeństwa.
- Ty zostajesz – rzuciła rozkazująco przez ramię Yearim. – Nie powinnaś jeszcze chodzić. Do jutra do niczego nie będziesz do się nadawać. Damy sobie radę we dwie.
Nihil parsknęła potakująco.
Sheana była wściekła. Nie przywykła do słuchania rozkazów. A do tego jej własna klacz ma ją w zadzie. Chciała zaprotestować, ale druga kobieta nie zwracała już na nią żadnej uwagi. Znikła za drzewami.
„Szlag, cholera, do diabła i kurwie syny” - wściekała się w duchu Sheana. „Szlag, przecież uratowałam przynajmniej jej cnotę, jak nie życie. Ani słowa wdzięczności. I jeszcze potraktowała mnie jak, jak...” Z wściekłości tłukła pięścią w ziemię. „Chwileczkę” - do głosu zaczął dochodzić rozsądek. „Skąd wiesz, że ją uratowałaś, świetnie dawała sobie radę sama, a poza tym zawdzięczasz jej jak nie życie, to przynajmniej nogę.” „I co z tego?” - próbowała się jeszcze burzyć, ale wiedziała, że rozsądek weźmie górę. „Lepiej zastanów się, jak możesz się przydać i pokazać tej wiedźmie, że nie jesteś całkiem bezużyteczna.”
Sheana posłuchała lepszej części swojego ja i podczołgała się w stronę wygasłego ogniska. Na szczęście zeszłego wieczoru nazbierała dość drewna, aby bez zbytniego wysiłku móc rozpalić je ponownie. Postanowiła również przygotować jakiś posiłek. Walka walką, złość złością, a jeść trzeba.
Tym razem spróbowała podnieść się bardzo powoli. Kiedy już opanowała zawroty głowy, ostrożnie udała się w kierunku pobliskiego strumienia, z którego, wyginając się na wszelkie sposoby, aby nie urazić chorej nogi, udało jej się nabrać wody do niedużego sagana. Postawiła go nad ogniem. Czynność ta prawie całkowicie pozbawiła ją sił. Sheana zacisnęła zęby i niemal czołgając się, udała się do juków, aby wyjąć z nich kilka ziemniaków, jakieś zioła, cebulę i resztę złapanego poprzedniego dnia królika. Kiedy kończyła obierać ziemniaki, przez gęstwinę drzew zobaczyła dziwny niebieski płomień, a do jej uszu doleciał ni to śpiew, ni to zawodzenie. Dziwna melodia przejęła ją dreszczem. Zamarła, zasłuchana.
Muzyka nagle ucichła, a Sheana, zaskoczona, otarła łzy z policzków. „Mięknę, diabła tam, mięknę.” Z pasją wrzuciła ostatniego ziemniaka do gotującej się wody. Dorzuciła mięso, zioła. Zamieszała zawartość.
Spojrzała na słońce. Minęło już południe, a Yearim wciąż nie wracała. Sheana krytycznym wzrokiem omiotła obozowisko, a potem swoją osobę. Nie wyglądała najlepiej. Postanowiła doprowadzić się do porządku. Nieważne, jak jej się to uda z tą nogą, po prostu czuła, że musi to zrobić. Była to jedna z niewielu bolączek wybranego przez nią życia - brak możliwie jak najczęstszych kąpieli. Doczołgała się z powrotem do strumienia. Ściągnęła resztę ubrania i na wpół siedząc, na wpół leżąc i starając się nie zamoczyć opatrunku, zaczęła się myć. Pomijając problemy z wyławianiem kostki mydła i niespodziewanym zamoczeniem całej głowy, szło jej całkiem nieźle. Zresztą zmoczenie włosów wyszło jej na dobre, w końcu i tak chciała je doprowadzić do ładu. Owa czynność pochłonęła ją całkowicie. Jednocześnie niespokojny umysł cały czas błądził wokół jej ostatniej przygody.
- Tego szukasz? – usłyszała za sobą głos nowo poznanej kobiety, kiedy mrużąc oczy, w które dostało się mydło, na oślep macała w poszukiwaniu kawałka płótna, aby się wytrzeć.
- Tak, dziękuję – odpowiedziała. Kiedy skończyła rozpaczliwie trzeć oczy i mogła w końcu na nie przejrzeć, zauważyła, że Yearim dokładnie lustruje wzrokiem jej skromną osobę. Hm, może i było w tym wzroku zainteresowanie, ale zdecydowanie bardziej przypominające pasję badacza, niż tę, na którą nadzieję miała Sheana. Wojowniczka czuła się zażenowana, a stan ten pogłębiał fakt, że nie miała na sobie nic.
- Coś cię zainteresowało? – rzuciła zaczepnie w kierunku czarodziejki.
- A i owszem – odparła tamta, niezrażona. – Widać, że bitka to dla ciebie nie nowina. – Po czym ta blizna, po mieczu czy sztylecie? – mówiąc to, wskazała na lewą pierś Sheany, gdzie od sutka w górę ciągnął się biały ślad.
- Po upadku z dachu stodoły – odpowiedziała znowu zarumieniona Sheana i lekko trzęsącymi rękami zaczęła nakładać koszulę, tylko troszkę zaplątując się w tasiemki. Spodnie, chociaż wykonane z miękkiej skóry, sprawiły jej nieco więcej problemów. Czarownica uśmiechnęła się, jakby bawiło ją zakłopotanie Sheany. I chyba tak było, bo nie przestawała się jej przyglądać, podczas gdy wojowniczka walczyła z opornymi spodniami.
- Mogłabyś zamieszać potrawkę? – poprosiła Sheana, za wszelką cenę starając się pozbyć zarówno wzroku Yearim, jak i swojego zakłopotania. – Mam wrażenie, że się przypala.
- Mówiłam ci, żebyś leżała spokojnie, ale to widocznie przekracza twoje możliwości, co? Tylko nie wiem, czy spokojne leżenie, czy słuchanie głosu rozsądku – czarodziejka odwróciła się w stronę kociołka i zanim Sheana zdążyła wyrazić swoje oburzenie, dodała: – Ale muszę przyznać, że pachnie smakowicie. Chyba jeszcze zdążę się odświeżyć przed posiłkiem. Aha, to chyba twoje.
Położyła przed Sheaną jej miecze i zajęła miejsce opuszczone przed chwilą przez wojowniczkę. Bez skrępowania rozebrała się do naga i zanurzyła w wodzie.
Sheanie zaparło dech w piersiach. Ciało czarodziejki było niemal doskonałe, ale większą uwagę wojowniczki przykuł tatuaż, który pokrywał całe plecy Yearim. Była to dokładna kopia tego samego smoka, którego miała wytatuowanego na wewnętrznej stronie uda. Z tym że ten mienił się wszelkimi kolorami tęczy, a jego skrzydła rozpościerały się do lotu.
Czarodziejka bardzo dokładnie i niespiesznie namydlała całe ciało. Wydawała się zupełnie niespeszona wzrokiem wojowniczki. Tego Sheana już nie mogła znieść.
Z juków wyjęła szmatę i mazidło i zajęła się doprowadzaniem broni do porządku. Chociaż starała się skupić na tym całą swoją uwagę, co chwila zerkała w stronę swojej towarzyszki. Jednocześnie skończyły swoje zajęcia.
Sheana podpełzła do ogniska i sięgnęła po łyżkę, żeby spróbować, czy naprędce wymyślony przez nią posiłek jest gotów.
- Zostaw, ja to zrobię – usłyszała. „Wiedźma” - pomyślała Sheana.
- Skoro chcesz.
Yearim nałożyła im potrawkę do misek i wyciągnęła ze swojej sakwy piękne srebrne sztućce. Sheana na ten widok zakrztusiła się z wrażenia. „Proszę, proszę, z nie byle kim mam do czynienia. Ale, do diabła, kim ona jest? Upadłą szlachcianką, zbuntowaną mieszczanką? Chłopką, w której ktoś odkrył talent magiczny i zabrał do wieży? I skąd ma znak naszego bractwa na plecach? O jasny gwint!” - Sheanę naglę olśniło.

- Odszukaj kobietę z tęczowym smokiem na plecach i przekaż jej tę wiadomość – przykazała jej Mistrzyni, kiedy dwa miesiące wcześniej Sheana szykowała się do drogi w siedzibie Skrzydlatych.
- Dobrze, Mistrzyni, ale jest jeden problem, skąd będę wiedziała, co ona ma na plecach?
- Jak cię znam, znajdziesz na to sposób. I to niekoniecznie zbyt poprawny – pewnym tonem powiedziała Demojestra, tak jakby nic nigdy nie umykało jej uwadze. I była to prawda. Od kiedy Sheana trafiła do bractwa, zdawało się jej, że Mistrzyni wie wszystko o wszystkich.
- Skoro tak mówisz - Sheana w udawanej pokorze pochyliła głowę. Demojestra w tak rzadkim dla siebie geście czule poczochrała krótkie włosy swojej podopiecznej i roześmiała się cicho. Po chwili spoważniała i powiedziała:
- Proszę cię, zrób to tak szybko, jak będziesz mogła. Dziewice i niekoniecznie dziewice poczekają na ratunek, aż wykonasz to zadanie. Wiele od tej kobiety zależy. Potraktuj to zadanie poważnie.
- Dobrze, pani - Sheana pochyliła się i ucałowała dłonie swojej Mistrzyni, a po części i matki. - Nie zawiodę. Mam nadzieję - dorzuciła, zanim zdążyła ugryźć się w język.
- Tyle mi wystarczy, a teraz już jedź, zanim znowu powiesz coś, co może mi się nie spodobać. Aha, i spróbuj zbytnio nie namieszać w Realium.
- O tego obiecać nie mogę, ale zrobię, co w mojej mocy, abyś o mnie jeszcze usłyszała.
- O to się nie martwię – odrzekła Mistrzyni.


A więc to była ona. Osoba, od której podobno zależeć ma los bractwa i nie tylko bractwa. Sheana zdążyła się już przekonać, że Yearim jest kimś, z kim należy się liczyć. Ciekawe, co jeszcze w sobie kryła? I czemu na nią napadli? Może najwyższy czas dowiedzieć się czegoś więcej?
Zanim Sheana zdążyła cokolwiek powiedzieć, czarodziejka zwinnie podniosła się i poszła do strumienia opłukać miski. Gdy wróciła, sięgnęła do siodła Nihil leżącego nieopodal i odpięła od niego miecz. Przytrzymała go chwilę, patrząc na niego z bezbrzeżnym smutkiem. Czule pogłaskała pochwę i wystającą rękojeść, po czym westchnęła i odwróciła się do Sheany.
- Teraz należy do ciebie. Ten, który go nosił, był niego godny, przynajmniej przez dłuższy czas. Mam nadzieję, że ty też się taka okażesz.
Sheana rozpoznała we wręczonej jej broni miecz białowłosego. Wyjęła go z pochwy i przyjrzała się mu uważnie. Jej uwagę przykuła linia na ostrzu w kształcie załamującej się fali, świadcząca o tym, że miecz wykuty był z wielu warstw stali i żelaza. Wiedziała, że takie połączenie dawało mu ogromną wytrzymałość. Żelazo zapewniało sprężystość, a twardy stalowy szkielet był utwardzony tak, aby uzyskać doskonałą krawędź tnącą. Rękojeść oprawiana była w skórę rekina i opleciona bawełnianym sznurem. Na gardzie wił się smok.
Sheana nie była pewna, czy może przyjąć miecz. Kiedy podniosła znad niego wzrok, czarodziejka wyciągnęła do niej rękę, na której przewieszony był medalion w kształcie głowy wilka.
- To też należało do niego
- Nie mogę tego przyjąć, tak jak i miecza.
- Masz skrupuły? Pokonałaś go.
- Tak, ale… nie zasługuję na to. Wygrałam walkę zupełnym przypadkiem. Nie mogę tego zatrzymać - z żalem wyciągnęła dłoń, w której trzymała miecz, w stronę Yearim. - Znajdziesz kogoś lepszego, godniejszego, ja, cóż…
Czarodziejka potrząsnęła odmownie głową.
- Weź, jest twój. Tak jak i medalion. Tak jak kiedyś podarowałam go Białemu Wilkowi, tak dzisiaj daję go tobie. On porzucił swoje ideały. Nie wiem, może częściowo z mojego powodu, może nie mogłam mu dać tego, czego potrzebował.
- Był dla ciebie kimś ważnym? - spytała cicho Sheana.
- Kiedyś najważniejszym. Kiedyś. Później… Zresztą, nieważne. Miecz i medalion należały do mnie i zostały wykute w dobrej sprawie. On stracił do nich prawo już dawno temu, jednak nie zwrócił ich, choć taka była umowa. Może dlatego w końcu go zawiodły. Zostać pokonanym przez kogoś tak młodego, niedoświadczonego, i to kobietę… Nie tak miało to wyglądać. Nie takie też miało być nasze spotkanie - Yearim zamilkła.
Sheana żachnęła się, ale widząc smutek kobiety, zdusiła w sobie gniew.
- Kiedy spotkaliśmy się po latach w Klimens, myślałam, że zrozumiał, że przemyślał, że pragnie tego, co ja - mówiła dalej czarodziejka cichym głosem. - Co się stało, gdzie popełniłam błąd?
- Może nigdzie - wtrąciła Sheana. - Ludzie się zmieniają, czasem na lepsze, czasem na gorsze. Chociaż oni tak nie myślą. Może on myślał, że to ty stoisz po niewłaściwej stronie, że to ty zdradziłaś ideały. Z jakiegoś powodu cię ścigał. Co zrobiłaś?
- Ukradłam coś - odpowiedziała Yearim z rozbrajającą szczerością.
- Musi być to coś diablo ważnego, skoro wyruszył za tobą w pościg, i to nie sam, a z całą drużyną - indagowała dalej Sheana
- Chyba powinnaś wiedzieć, że nie byli pierwsi. Porozmawiamy o tym kiedy indziej, a teraz weź ten miecz i medalion, proszę - czarodziejka spojrzała jej głęboko w oczy.
Sheana chciała dowiedzieć się więcej, ale widząc przenikliwy wzrok czarodziejki, ujęła jedną dłonią miecz, a w drugą wzięła medalion. Kiedy to zrobiła, poczuła ni to dreszcz, ni szarpnięcie. Jej ciało wygięło się w łuk. Uczucie było takie jak wtedy, gdy niedaleko niej w drzewo trafił piorun. Medalion, jakby pod wpływem wysokiej temperatury, zaczął się topić i zmieniać kształt. Kiedy Sheana doszła do siebie, przyjął kształt smoka zrywającego się do lotu.
We oczach Yaerim pojawił się błysk zaskoczenia, niedowierzania, a na koniec radości.
- A więc może nie wszystko jest stracone - powiedziała do siebie.
- Co nie jest stracone? Na Boginię, czy możesz nie być taka tajemnicza? - Sheana chciała wiedzieć, co tak naprawdę się wydarzyło i, do stu diabelskich pomiotów, kim jest ta kobieta.
- Dowiesz się w swoim czasie.
- Ale… - Sheana zamilkła pod naciskiem granatowego spojrzenia kobiety. Widziała, czym ten kolor oczu może się skończyć. Wolała nie ryzykować. Nie to, żeby tchórzyła, ale nie uśmiechało jej się biegać po lesie w postaci chociażby myszy. A poza tym była ranna, a Yearim okazała się dość zręczną uzdrowicielką.
Sheana odchrząknęła i powiedziała:
- A skoro już tak sobie przyjaźnie gawędzimy, to mam dla ciebie wiadomość od moich Mistrzów.
Podała Yearim zapieczętowany zwój.
- Dopiero teraz mi to mówisz? - czarodziejka wydawała się zirytowana.
- No wiesz, wcześniej nie było czasu. Ta cała bitwa, moja rana, później sprawa z mieczem, no i musiałam przekonać się, czy to faktycznie ty… - Sheana mówiłaby dalej, ale zauważyła, że czarodziejka zupełnie nie zwraca na nią uwagi. Była całkowicie pochłonięta czytaniem zwoju.
Sheana wzruszyła ramionami. W opowieściach Mariou wszystko było takie piękne i takie proste. Wyratowana dama okazywała dogłębną wdzięczność wybawicielowi tudzież wybawicielce, a jak wynikało z licznych aluzji, nawet bardzo dogłębną. Fakt, że Yearim zajęła się nogą wojowniczki, a nawet uratowała ją przed niechybną śmiercią, nie przemawiał specjalnie do Sheany. Oto przed nią, tuż na wyciągnięcie ręki, jeśli nie liczyć skutecznie dzielącego ich ogniska, siedział obiekt marzeń jej dwudziestoletniego życia. „Ech, wszystko, co dobre, przytrafia się innym” - pomyślała Sheana i zaczęła się niezgrabnie podnosić.
- A ty dokąd znowu? - czarodziejka na chwilę podniosła wzrok znad zwoju
- Sikać mi się chce. Mogę? - Bezpardonowo zakomunikowała Sheana.
- Możesz - Yearim wróciła do lektury.
Kiedy wróciła do ogniska, czarodziejka w zamyśleniu patrzyła na tańczące płomienie. Jej dłonie bezwolnie wykonywały jakieś skomplikowane ruchy. Sheana zaczęła przygotowywać się do snu.
- Szlag! - zaklęła, gdy próbując poprawić swój barłóg, szumnie zwany posłaniem, po raz kolejny boleśnie zderzyła się z ziemią, kiedy sztywna noga uniemożliwiła jej wykonanie ruchu.
Yearim ocknęła się z zadumy.
- Trzeba było poprosić, pomogłabym.
- Dam sobie radę, już dość mi dzisiaj pomogłaś - burknęła Sheana. - Dziękuję, ale dam sobie radę.
- Jak sobie życzysz.
- Życzę sobie i tobie dobrej nocy - Sheana ułożyła się w miarę wygodnie.
- Wzajemnie.
Sheana przymknęła oczy i spod przymrużonych powiek przypatrywała się, jak jej towarzyszka przygotowuje sobie schludne miejsce do spania. Oczyściła trawę, pedantycznie rozłożyła koce, zamiast poduszki ułożyła sakwy. Zdjęła buty, które równo ustawiło w nogach. Zdjęła koszulę, pod którą miała lekką bluzkę bez rękawów, rozpięła spodnie. Sheana, pomimo irytacji, którą czuła w stosunku do czarodziejki, nie mogła przestać się w nią wpatrywać. Jej twarz była jeszcze piękniejsza w blasku ognia. Duże oczy, lekko wystające kości policzkowe, stanowczy podbródek, pełne usta. „Oto kobieta, której mogłabym oddać nie tylko ciało i duszę” - pomyślała sennie.
- Niewykluczone, że i tak będzie.
Sheana nie zdążyła zareagować na te słowa. Zasnęła.

Obudził ją potworny ból. Czar znieczulający przestał działać. Sheaną wstrząsały dreszcze. Miała spierzchnięte usta. Pić, cholera, a do strumienia tak daleko. Kiedy próbowała się podnieść, jej ręka trafiła na bukłak z wodą, który Yearim prawdopodobnie postawiła przy niej, kiedy spała. Łapczywie wypiła kilka łyków. Spojrzała z wdzięcznością w stronę śpiącej czarodziejki. Jej towarzyszka spała snem sprawiedliwej. Kiedy kolejny paroksyzm bólu przebiegł przez nogę Sheany, miała ochotę obudzić Yearim i poprosić o pomoc. „Niech śpi. Musi być potwornie zmęczona po wczorajszych wydarzeniach.”
Wojowniczka zdusiła jęk. Pociągnęła jeszcze łyk wody z bukłaka. Pulsująca rana nie pozwoli jej już zasnąć. Postanowiła zająć umysł na tyle, aby nie myśleć cierpieniu. Zaczęła rozmyślać nad tym, co jej się przytrafiło i zastanawiać, jakie konsekwencje to za sobą niesie.
Popatrzyła na miecz białowłosego. Kim tak naprawdę był ten człowiek? Na pewno świetnym wojownikiem, co do tego nie miała wątpliwości, i chyba kimś bardzo ważnym dla śpiącej kobiety. Kiedyś. Później wydarzyło się coś, co doprowadziło do ich kłótni i pewnie burzliwego rozstania. Tyle wiedziała i pewnie więcej się nie dowie. Miała wrażenie, że Yearim i tak za dużo się wymsknęło na temat tego związku.
Dobra. Nie ma co sobie łamać nad tym głowy. Albo się dowie, albo nie. Kiedy wróci do Skrzydlatych, zapyta Mariou, czy nie zna jakiegoś romansu, z którego dowiedziałaby się czegoś więcej.
Kolejna sprawa to miecz i medalion. Dlaczego tak na niego zareagowała? Wiedziała, że, pomimo całego swojego beznadziejnego romantyzmu i fascynacji nadprzyrodzonymi zdolnościami, sama jest do bólu zwyczajna. W rzadkich chwilach uniesienia podczas walki odczuwała chwilowy przypływ energii, który pozwalał jej na wykonanie niespodziewanego ruchu, ale to było wszystko. Nie potrafiła zrobić nic, co choćby na metr trąciłoby magią. Opanowanie podstaw magii leczniczej, tak niezbędnej wojowniczce, stanowiło dla niej i dla jej nauczycieli drogę przez mękę. Po dwóch latach przestała nawet próbować. Można było więc wykluczyć jej osobę. Zatem obydwa przedmioty zostały zaklęte. Razem stanowiły całość. To wiedziała na pewno. Hm, ale do czego były stworzone? Co też czyniły z osoby, która je nosiła? Jaką cenę przyjdzie jej zapłacić za ich używanie?
„Staniesz się bardziej solidna i obowiązkowa. Przestaniesz ciągle myśleć o uciechach cielesnych, a zaczniesz dbać o dobro malućkich, ratować świat z opresji i nieść pomoc wszędzie tam, gdzie będzie ona potrzebna” – szepnęło jej wredne ja. Sheana aż wzdrygnęła się na tę myśl. Nie była egoistką i z reguły pakowała się w kłopoty wszędzie tam, gdzie według niej działa się komuś krzywda i niesprawiedliwość. Czasem jednak jej ocena sytuacji pozostawała wiele do życzenia. Ale niewątpliwie się starała. Bardziej przeraził ją koncept, że nagle mogłaby stać się, no cóż, „żelazną dziewicą”. Co prawda i tak wiele jej romansów pozostawało tylko w sferze marzeń, ale odebrać jej nawet marzenia?! „Tfu, a niech Bogini broni.” Jej wredne ja cichutko zachichotało. „A kysz!” Wredne ja przeciągnęło się leniwie i na szczęście nie odezwało się już więcej.
„No dobrze. Czyli mamy opowieść godną barda. Dzielna wojowniczka” – przez moment Sheana rokoszowała się tym stwierdzeniem – „ratuje piękną czarodziejkę z rąk wrednych bandziorów, a ta w podzięce i cała we łzach…”
„Akurat!” - dało o sobie znać wredne ja. „W porządku, a ta wręcza jej magiczne przedmioty.” W tym niewątpliwie najlepszy miecz, jaki Sheana kiedykolwiek w życiu widziała, a widziała ich sporo. W jakim celu? I na dodatek Demojestra kazała przekazać wiadomość wielkiej rangi do rąk właśnie tej kobiety. Przypadek czy przeznaczenie? „Tylko nie przeznaczenie, nie jestem żadnym dzieckiem niespodzianką, tylko zwykłą kobietą, która nie miała ochoty żyć zgodnie z tradycją rodzinną i bronić królestwa Realium przed najazdem państw ościennych, którym kością w gardle stawał fakt, że na jego ziemiach kobiety i mężczyźni mieli równe prawa. Co komu przeszkadza, że, jak mówi legenda rodzinna, matka urodziła mnie w obozie wojennym? I bardziej interesowało ją to, że jest zbyt osłabiona po porodzie, by walczyć, niż małe stópki, buzia i cała reszta dopiero co narodzonej córki?” Sheana zebrała rozproszone myśli. Nieważne jednak, jak wytężała swój umysł, i tak nie doszła do żadnych wniosków.
Miała dwa wyjścia. Albo po podleczeniu udać się w podróż powrotną do Skrzydlatych i spróbować wydobyć coś od Mistrzów lub wziąć na spytki wszystkich bardów i bardki, albo poczekać, aż nieznajoma stanie się bardziej rozmowna. Oznaczałoby to, że musi jej towarzyszyć w dalszej drodze. Pomysł był kuszący. Uroda śpiącej wywarła na niej ogromne wrażenie. I chociaż Sheana nie mogła liczyć na nic więcej ze strony kobiety, której właśnie zabiła ukochanego (co z tego, że byłego), sama możliwość przebywania w pobliżu czarodziejki sprawiała, że wojowniczka była gotowa podążać za nią wszędzie. Pytanie brzmiało, czy czarodziejka będzie miała ochotę na jej towarzystwo. Sheana wzruszyła ramionami. Spróbowała usiąść, co niestety skończyło się mimowolnym jękiem.
Mocno wydawałoby się śpiąca czarodziejka natychmiast otworzyła oczy i chwyciła za leżący u jej boku kostur.
- Spokojnie - powiedziała łagodnie Sheana. - Przepraszam, że cię obudziłam. Nie chciałam. Możesz spać dalej. Nihil jest spokojna, a więc nie grozi nam żadne niebezpieczeństwo. Możesz jej zaufać.
Nihil parsknęła znacząco.
- Boli? - spytała całkiem przytomnym głosem Yearim.
- Nie, łaskocze - odparła Sheana. Niestety jej lekki ton załamał się, kiedy dopadła ją kolejna fala bólu.
Yearim nie zwracała na nią jednak uwagi. Podniosła się z posłania. Podeszła do strumienia, umyła się i nabrała wody do bukłaka i wróciła do Sheany
- Ściągaj spodnie - rzuciła krótko.
Sheana, pomimo bólu, nie mogła się powstrzymać
- Tak po prostu? A gra wstępna?
- Czy tobie zawsze jedno w głowie? - spytała ni to zniesmaczona, ni to rozbawiona Yearim. - Będziesz zmuszona ją sobie wyimaginować moja panno. No już, ściągaj spodnie. Tym razem chcę obejrzeć twoją ranę.
„Tym razem?” - przemknęło przez głowę wojowniczki. Zanim zdążyła powiedzieć to głośno, czarodziejka dotknęła jej opuchniętej rany.
- Auć - wyrwało się tylko z ust Sheany, kiedy Yearim stanowczym ruchem zerwała opatrunek.
Czarodziejka zmrużyła oczy, skoncentrowała się, a jej ręce zaczęły wykonywać skomplikowane ruchy. Sheana poczuła gwałtowną ulgę.
- Zrobione. Nie forsuj nogi jeszcze przez kilka dni. A teraz spróbuj ją rozprostować. No, wstawaj.
Sheana naciągnęła spodnie i delikatnie się podniosła. Nogi miała lekko zdrętwiałe, ale poza tym wszystko wydawało się być w porządku. „A więc tak to działa.” Chociaż widziała, jak pracują zręczni uzdrowiciele, po raz pierwszy miała okazję przekonać się o ich skuteczności na własnej skórze. „Pożyteczne.”
Pochodziła jeszcze chwilę po obozowisku.
- Chodź tu, piękna czarnowłosa, czas doprowadzić i ciebie do porządku - powiedziała Sheana.
Czarodziejka popatrzyła na Sheanę z zaskoczeniem pomieszanym ze złością.
- Wybacz, to do konia - Sheana była rozbawiona.
Yearim wzruszyła ramionami i zaczęła się ubierać.
Wojowniczka zabrała się za czyszczenie Nihil. Ta prężyła grzbiet i nadstawiała się pod zgrzebło niczym kot pod rękę, która go głaszcze.
- Kokietka - mruknęła do niej Sheana. Nihil nie raczyła odpowiedzieć, nadal bezwstydnie nadstawiając swoje ciało do kolejnej porcji pieszczot. - No dobra, moja damo, czas na ogon i grzywę. Zaplatamy warkoczyki? - Nihil parsknęła oburzona i odwróciła się tyłem do rozmówczyni. Nauczona bolesnym doświadczeniem, Sheana odskoczyła na bezpieczną odległość.
- Żartowałam tylko, musisz od razu się obrażać? - wojowniczka czule poklepała bok klaczy.
- Co dalej? - Sheana zwróciła do czarodziejki. Ta w odpowiedzi uniosła brwi.
- No, co robimy dalej? - powtórzyła pytanie, poirytowana milczeniem Yearim.
- My?
- Tak, my. Ty i ja. Dostałam te zabawki - Sheana wskazała wzrokiem na miecz i medalion - tak sobie, czy może w jakimś konkretnym celu?
Yearim uważnie przyglądała się wojowniczce. „I co ja mam jej odpowiedzieć? Jest taka młoda, tak nieświadoma”. Czarodziejka wiedziała, że wpatrująca się w nią intensywnie dziewczyna, nie, kobieta, będzie kiedyś wspaniałą wojowniczką. Sam fakt, że zabiła Wilka, chociaż przypadkiem, za tym przemawiał. Właściwie powinna być na nią wściekła, wręcz jej za to nienawidzić. Ale odczuwała tylko smutek. Mężczyzna, którego kiedyś kochała, umarł dla niej dawno temu. Każde z nich wybrało własną drogę. Ich ścieżki miały się już nigdy nie przeciąć. Stało się jednak inaczej. Ale nawet to niespodziewane spotkanie nic nie zmieniło. Ich ciała połączyło to samo pragnienie, co kiedyś, lecz ich dusze były sobie obce. Zostało tylko pożądanie. Nic nieznaczący epizod dający wytchnienie potrzebującemu ciału. Bała się zbliżenia. Bała się, że dawno pogrzebane uczucie do niej wróci ze zdwojoną siłą i znów nie będzie mu potrafiła niczego odmówić. Stało się jednak inaczej. Chociaż on zapewniał ją o swoim uczuciu, na ten swój nieporadny sposób, nawet nie chciała czytać mu w myślach. A teraz już nigdy się nie dowie, jak była prawda. Bez żalu opuściła go śpiącego. Ot, dobry towarzysz na jedną noc.
Skierowała swoje myśli z powrotem na dziewczynę. Wiedziała, że Sheana jest silna i zwinna, wszak przeszła doskonałe szkolenie, co nie dziwiło u kogoś wychowanego u Skrzydlatych. A ona miała do tego wyjątkowy dar. Mistrzyni dobrze wybrała posłankę. Wojowniczka nie tylko miała talent do bitki, ale cechowała ją niesamowita inteligencja i wykształcenie, które ze znanych sobie powodów ukrywała. Była córką szlachciców. Świadczyła o tym jej postawa. I jej duma. Ale była też niecierpliwa, skłonna do gniewu, popędliwa. I uczciwa. Być może za uczciwa do tej misji. I zbyt dumna. Poza tym była kobietą, a kobiety… „Przestań” - skarciła samą siebie Yearim. „Pomimo całego wykształcania i obycia w świecie trudno jest się wyzbyć starych dobrych uprzedzeń” - pomyślała ze smutkiem. Ponadto dziewczyna, kobieta, poprawiła się w myślach, była nią wyraźnie zauroczona. Czarodziejka obawiała się, że może przekształcić się to w coś więcej i bała się zranić uczucia Sheany. Nie, nie miała nic przeciwko flirtowaniu czy igraszkom w łóżku, ale nie wiedziała, czy to wystarczy tej zapalczywej istocie, która wydawała się hołdować zasadzie „kochaj mocno, żyj szybko, umrzyj młodo”. „I co ja mam z nią zrobić?” - po raz kolejny przemknęło Yearim przez głowę, kiedy patrzyła się na stojącą w wojowniczej pozie Sheanę, w której oczach wyzwanie mieszało się z prośbą.
- Jesteś pewna, że chcesz dalej angażować się w tę sprawę?
- Tak! - stanowczo odpowiedziała Sheana. I dodała po chwili:
- I mam nadzieję, że mi wyjaśnisz, w co się radośnie wplątałam. Wiesz, im więcej będę wiedziała, tym więcej będę mogła pomóc.
- Dobrze, skoro jest takie twoje życzenie - Yearim podjęła decyzję. - Demojestra przewidziała twoje zachowanie, ale prosiła mnie, żebym cię uprzedziła, że kiedy poznasz prawdę o mojej misji, nie będzie dla ciebie odwrotu. Będziesz musiała złożyć przysięgę, będziesz związana ze mną na dobre i na złe. Zwolnić cię może tylko śmierć.
- Nie jest to chyba przysięga małżeńska? Wiesz, znamy się tak krótko i w ogóle - Sheana nie mogła się powstrzymać
- Czy ty nigdy nie jesteś poważna? - spytała groźnym tonem Yearim, starannie ukrywając rozbawienie.
- A powinnam? - odparowała wojowniczka
- Czasem by się przydało, na przykład teraz, kiedy decyzja o twoich dalszych losach, zgodnie z wolą Mistrzyni, należy do mnie - Yearim zawiesiła znacząco głos
- Ale ty się zgadzasz prawda? Jestem ci potrzebna, prawda?
- Raczej nie mam wyjścia. Bierzmy to, co Bogini nam zsyła, i módlmy się, aby się nie myliła.
Sheana nie wiedziała, czy ma się cieszyć z faktu, że czarodziejka się zgodziła się, czy być zła na sposób, w jaki to zrobiła. Zanim się zdecydowała, Yearim podała jej list.
- Przeczytaj.
Sheana wzięła zwój i zaczęła czytać.

c.d. (raczej) n.

Wszelkie uwagi (zwłaszcza konstruktywne) i pochwały (nie muszą być konstruktywne) mile widziane.

19 komentarze :

jak nie kocham fantasy, tak to CHCĘ przeczytać :D

Uśmiałam się :)
Nie znam się na fantasy i nie wiem, czy mają prawo w tym gatunku literackim występować ziemniaki ale poza tym to chętnie się dowiem co dalej :)
Acha i gratuluję pomysłu :)
dubiduu

W tym gatunku ma prawo występować, co chce! Nie odejmujmy ziemniakom prawa do istnienia w przestrzeni publicznej! :)

@Anonimowy

jak pokazuje casus pyrków nad brakiem których boleje w pewnym momencie Sam we "Władcy Pierścieni" mają prawo występować.

TYM RAZEM;) odniosę się do tekstu.
Na wstępie pragnę powiadomić Autorkę, że choćbym miała głodować przez tydzień, książkę zakupię gdy się ukaże. I nie ma to nic wspólnego z tym, że kolekcjonuję literaturę LGBT, bo ta trafia na moją półkę nawet w przypadku gdy nie da się jej czytać.
To się da czytać, a nawet wciąga. :D

Interesują mnie z kolei inspiracje autorki, wzory, z których czerpie (zakładając, że debiutant nie ma jeszcze w pełni wyrobionego własnego stylu i w mniejszym lub większym stopniu jego twórczość przypomina twórczość Mistrza). Czy tych inspiracji należy szukać w polskiej literaturze czy w zagranicznej? Jeżeli w polskiej to bardzo by mnie to cieszyło, gdyż kocham słowiańskie potwory, a nie trolle i inne kendery (choć też urok swój mają). Przekleństwa w świecie mordów, gwałtów i generalnie nieco niestandardowych manier, też lubię, szczególnie wymyślne, a to również kojarzy mi się z polską fantastyką, a ściślej z Sapkowskim.

I nie mam pojęcia, czy w tym momencie się nie narażę, ale generalnie Biały Wilk kojarzy mi się z Wiedźminem. Co nie byłoby takie złe ze względu na promocję książki. Oto lesbijka, była kabareciarka rzuca, (chcąc nie chcąc) najbardziej znanemu polskiemu pisarzowi fantasy, rękawicę pod nogi. Uśmierca, choć niedosłownie, Wiedźmina i wprowadza nowego bohatera, tfu bohaterkę, a tym samym zupełnie nową jakość.

Genialne. Ale może to tylko moja wybujała czytelnicza wyobraźnia.

Mam jednak jedno zastrzeżenie. Czy to normalne, że ważna persona, która ma niezwykle ważny tatuaż na plecach rozbiera się i obnaża ten tatuaż przed dopiero co poznaną osobą? Jak na mój gust nie powinna robić tego tak ostentacyjnie.

Dzięki za komentarze:). Wiecie jak podtrzymać na duchu:) Wszystkie są dla mnie bardzo ważne i wiele znaczą.I biorę je pod uwagę:)
Kilka odpowiedzi:
1. To jest fantasy, a nie średniowiecze więc wszystko jest możliwe:).
2.Białego Wilka zabić chciałam bodajże jak czytałam już Chrzest Ognia, uczucie narastało z każdym kolejnym tomem:). Może nie będzie w wersji ostatecznej aż tak ostentacyjnie, ale sceny nie oddam:)
3.Inspiracje czerpię zewsząd:). Uspokajam trolli nie planuję, bo się rozpanoszyły wszędzie.
4. Ważna persona wiedziała kim jest wojowniczka. Tatuaż na wewnętrznej stronie uda, przypominam. Smok na plecach czarodziejki przez resztę świata podejrzewam, jest odbierany jako fanaberia. Magowie mają różne głupie pomysły;)

Ten komentarz został usunięty przez autora.

Na fantasy się nie znam. Sapkowskiego ledwo co ruszyłem. Trylogii Tolkiena nie czytałem, a do tego jako geja nie powinny mnie interesować wątki damsko-damskie, ale jak tylko książka wyjdzie to zamawiam i zgłoszę się po dedykację osobiście.
Wciąga niesamowicie, czyta się świetnie, a co do stylu to jest dobrze, ale z kolejnymi rozdziałami będzie jeszcze lepiej.
Mam nadzieję że dalszy ciąg będzie i opublikujesz go na blogu.
Pozdrawiam

[korekta poprzedniego wpisu, bo się składnią nie popisałam, a innych krytykuję ;) ]

Coś jest nie tak z językiem.

Wiem, to nie jest komentarz konstruktywny. Nie umiem tego lepiej napisać - jakaś maniera nie do końca dla mnie jasna, która "robi" sztuczność niektórym zdaniom.

Na przykład:
"Sheana chciała dowiedzieć się więcej, ale widząc przenikliwy wzrok czarodziejki, ujęła jedną dłonią miecz, a w drugą wzięła medalion."
Czemu "ujęła", a nie "chwyciła"? I dlaczego nie "jedną ręką chwyciła miecz, a drugą medalion"? To takie drobiazgi, a jednak robią różnicę.

W C I Ą G A.

@Rude de Wredne

2. Nie pozbywaj się tej sceny, bo mnie ona rozbraja poczuciem humoru. Jednocześnie pamiętaj, że jeżeli zdecydujesz się to wydać to fani Wiedźmina nie pozostawią na Tobie suchej nitki :)

4. Zwracam honor, choć jak na mój gust trochę to zbyt mało wyeksponowane w tekście.

A co do uwag Uschi to rzeczywiście są momenty, w których trzeba przeczytać dwa razy jedno zdanie, ale generalnie dajesz radę i to tylko jest kwestia dopieszczenia tekstu. A to radzę zrobić za jakiś czas, gdy spojrzenie na napisany przez siebie tekst ci się trochę zobiektywizuje.

Kiedy następna część?

Dobry tekst, nie mogę się doczekać dalszej części! Niesamowite i zabawne, pozdrawiam:)

Chociaż nie przepadam za fantasy, to jednak ta historia mnie wciągnęła. Jestem ciekawa kontynuacji. Pozdrawiam cieplutko:)

Autorko,
Jeżeli Twoja praca jest fanfikiem, to brawo, pisz dalej i szlifuj styl. Jeśli natomiast planujesz coś dłuższego (jak napisałaś pod tytułem) to mam kilka spostrzeżeń.

Pomimo tego, że podoba mi się pomysł polskiej powieści fantasy les/bi (wreszcie!) uważam, że źle zaczęłaś kłaść cegiełki.
Natychmiast skojarzyłam Białowłosego i czarnowłosą czarodziejkę o kpiącym spojrzeniu. Każdemu, kto czytał Sapkowskiego powinna się w tym momencie zapalić (czerwona? zielona?) lampka.
Podobieństwo postaci? OK. Własna, wymarzona kontynuacja sagi? OK. Dokopanie znielubionej postaci? Jeszcze bardziej OK. Styl w jakim to zrobiłaś – nie OK. I nie wiem teraz, czy zamierzasz to w przyszłości rozwinąć, wyjaśnić, czy może po prostu nie pokazałaś jeszcze na co Cię stać na literackim polu, ale na razie sądzę, że igrasz z ogniem. Sapkowski to mistrz w swoim fachu. Byłabym ostrożna, pożyczając jego postać. Ostatecznie Biały Wilk to dorobek pisarza, a Ty unicestwiasz go za pomocą małej les, która poślizgnęła się na liściach i niechcący dziabnęła go mieczami. I byłoby to super! i jak najbardziej w stylu samego Sapkowskiego, gdybyś napisała to dobrze. Konstruując sceny tak samo jak on, posługując się tymi samymi bogatymi opisami pełnymi kpin i smaczków lub wręcz przeciwnie, gdybyś napisała to lakonicznie, od niechcenia, ale lekko i z wdziękiem (no chyba, że to pastisz…).
Ale Ty tego nie zrobiłaś i dlatego to razi. Jest topornie i nieprzekonująco. Może powinnaś najpierw podszkolić swój styl, osiągnąć pewien poziom, a dopiero potem zabrać się za grubą rybę i ukatrupić Geralta. Z dużą chęcią o tym przeczytam, bo sama za nim do końca nie przepadam.

Poza tym, małe rzeczy przykuwające wzrok:
„Tak czy siak widać było, że pierwsze starcie nie poszło po ich myśli i postanowili, może nieco zbyt późno dla ich kompanów… „

Powinno być dla „swoich” kompanów. Unikałabym też używania kolokwialnego „tak czy siak” – u narratora to strasznie razi. Chociaż może tylko mnie ;)

„Z pasją wrzuciła ostatniego ziemniaka do gotującej się wody”

Z pasją można się oddawać przyjemnościom i kląć. Ale chyba nie wrzucać ziemniaki do kociołka, co?

Sądzę, że brakuje Ci paru poprawek, ale to kwestia wyćwiczenia. Poza tym - jest dobrze. Piszesz i tak ciekawiej niż połowa polskich autorów fantasy. Z chęcią zobaczę więcej i możesz być pewna, że będę tu zaglądać na bieżąco i śledzić Twoje postępy. Jak na razie – pisz i ćwicz. Życzę wytrwałości.

Karolina M.

Karolino M.: kimkolwiek jesteś:) Zraniłaś mnie, zraniłaś do głębi:)
Zacznijmy od początku:
Tekst nie jest fanfikiem. Postać Białego Wilka użyta jest jak najbardziej celowo. Tekst absolutnie nie jest kontynuacją sagi. Tak na marginesie, mistrzowskie były opowiadania o wiedźminie i pierwsze dwa i częściowo trzeci tom. Po czwartym i piątym miałam ochotę utłuc Geralta, co też uczyniłam, zaś autora wysłać na terapię dla uzależnionych;)
Nie mam również zamiaru pisać w cudzym stylu. Z wielu powodów.
Dziękuję również za wytknięcie błędów stylistycznych, ale uwierz mi jest tu ich znacznie więcej:)Wszak jest to pierwsza wersja, pierwszego rozdziału:)
I dziękuję za komplement (?):)

Dzień dobry wszystkim.
Co prawda trochę czasu od publikacji minęło (wystarczająco dużo, żeby styl dziesięć razy się zmienił), ale tekst wisi. A jak już wisi, jest fantastyką, a Autorka prosi o konstruktywne uwagi, to nie wybaczyłabym sobie, gdybym nie napisała. Ale uwaga, będzie długo i drobiazgowo ;)
Raz - "białowłosy" to przymiotnik, brakuje mu jakiegoś RZECZOWNIKA, który by określał. Białowłosy KTO? Bardzo irytujące, użyte zbyt wiele razy w tym jednym rozdziale.
Dwa - kolor oczu nieznajomej, który to kolor Sheana zobaczyła z odległości co najmniej paru metrów, w lesie, od razu i ze szczegółami. Okej, opis oczu fajny, ale nie w tym miejscu, przesunęłabym go gdzieś dalej. Kolor mogła zobaczyć, kiedy Yearim np. pochylała się nad jej nogą. Albo w podobnej sytuacji.
Trzy - "Nie wiadomo bowiem, jak się starała, Sheanie nigdy dotąd nie udało się jej wykonać poprawnie.". Nie. Nie wiadomo, jak się starała? Zapytajmy. Wygląda mi to na próbę przerobienia "Choćby nie wiem, jak się starała, to..." (które też brzmi nieliteracko). Zastąpiłabym czymś innym. Chociażby "Choćby starała się z całych sił, nigdy dotąd nie udało jej się...".
Cztery - "ogon wytatuowanego smoka". W tym momencie zaczęłam się zastanawiać, czemu smok robił sobie tatuaże. "Ogon smoka, który był wytatuowany na..." albo coś. Jaśniej.
Pięć - "mogła w końcu na nie przejrzeć [w domyśle - oczy]". Kolejne nieszczęśliwe sformułowanie. Nie pisze się tak, bo brzmi nieładnie, niejasno i jest niewygodne dla czytelnika.
Sześć - "jej osoba". To zwykłe "ją/jej/nią/etc." jest zbyt popularne? "Jej osoba" brzmi pretensjonalnie.
Siedem - "malućkich"? Maluczkich. Nie jestem pewna, czy nie chwyciłam żartu, czy to była literówka.
Osiem - bluzka bez rękawów. Ja wiem, że fantasy, ale to jednak świat a la Wiedźmin, a oni tam bluzek nie miewali. Już prędzej podejrzewałabym ich o giezła ;) Nie, serio, bluzka brzmi źle w kontekście mieczy, wojowników, etc. Synonimu trza.

Z bardziej ogólnych rzeczy... Sporo powtórzeń i trochę zbędnych zaimków (np. "swoje chrapy". Wiadomo, że swoje, a nie czyjeś!). Poza tym - czytelniejszy zapis tekstu. Przynajmniej kilka enterów w tych dłuuugich akapitach. Enter przed każdym nowym wątkiem/dygresją/myślą/whatev i od razu będzie jaśniej.

A teraz ta bezczelna aluzja do sagi na W. Owszem, czasem nawiązuje się do różnych innych dzieł, które można uznać za "kultowe". Należy to robić jednak z wdziękiem i większą dyskrecją, bo chwilowo jest w typie fanficka (no tak, co z tego, że Geralt występuje tu jedynie jako trup? Piszesz o nim niemal zupełnie wprost, a tego się nie robi, to w złym guście i z całą pewnością Autorowi mogłoby się to wcale nie spodobać, żeby nie rzec - wkurzyłoby go). Językowo jest miejscami niezgrabnie i niezręcznie, ale ogólne wrażenie jest całkiem dobre. Podoba mi się nienachalny, niewymuszony humor, lekkość tekstu. Technicznie do pracy, bo znać tu niewyrobione pióro ;) Ale podobało mi się, podobało jako rozrywka, jako luźne, niewymagające i "uśmiechnięte" fantasy.

Rzekłam, a raczej: zalałam potokiem słów. Mam nadzieję, że nikogo przy tym nie utopiłam ;)

a-be

Postscriptum. Dogłębna wdzięczność jest uroczo wspomniana.

Kiedy będzie dalsza część?:)

Ej no, co z tym Znakiem Smoka? Ja tu widzę, że 6 lat przeleciało i drugiego rozdziału nie ma. Ostatni komentarz z 2012 roku. Fanki i fani chyba stracili nadzieje :)

Prześlij komentarz