poniedziałek, 8 lutego 2016

Pięćset lat rządów PiS


Program 500 złotych na (nie każde) dziecko jeszcze nie wszedł w życie, a już został obśmiany (500 złotych na kota, psa i tchórzofretkę!), skrytykowany z pozycji feministycznych jako obliczony na wypchnięcie kobiet z rynku pracy i gorzej traktujący samodzielne matki oraz z punktu widzenia sprawiedliwości społecznej jako nierozwiązujący problemów wszystkich grup zagrożonych ubóstwem, m.in. rodzin z niepełnosprawnym dzieckiem, a jednocześnie sprawiający, że na dzieci bogatych składają się osoby w trudnej sytuacji życiowej. Zaproponowano kilka albo i kilkanaście lepszych rozwiązań, jak zwiększenie dostępu do bezpłatnej opieki przedszkolnej, podniesienie kwoty wolnej od podatku, odpisy na dziecko czy lepszy dostęp do lekarzy dziecięcych. Partie opozycyjne i pozaparlamentarne prześcigają się w proponowaniu doskonalszych projektów, między innymi wspierających już nie wybrane, a wszystkie dzieci, na dodatek nawet wyższymi kwotami.

Krytyka jest oczywiście słuszna, a pomysły racjonalizatorskie w większości godne uwagi. Nie zmienia to jednak najważniejszego - ten program zmienia wszystko. Nie, nie sprawi, że urodzi się tyle dzieci, ile w jego efekcie ma się urodzić. Tego naprawdę nie da się policzyć. Sprawi, że jeśli PiS nie wywinie jakiegoś naprawdę mającego wpływ na życie większości Polek i Polaków numeru, to spokojnie wygra przyszłe wybory. I może też kolejne. Z większą przewagą niż teraz.

Większość naszego społeczeństwa jest biedna lub co najwyżej niezamożna. Dla większości rodzin, nawet tych, które jakoś sobie radzą, dodatkowe 500 czy 1000 złotych miesięcznie to znacząca zmiana. Coś, co odczują dużo bardziej niż związaną z szukaniem w budżecie pieniędzy na dzieci podwyżkę cen towarów i usług. Coś, co zmieni w ich życiu dużo więcej niż ustawa o inwigilacji, służbie cywilnej, mediach publicznych czy trybunale konstytucyjnym. Coś, z czego większość z nich nie będzie chciała zrezygnować po kilku latach. I nie mówimy o kilkuset tysiącach ludzi, a o 2,7 milionach rodzin. Czyli z grubsza 5 milionach uprawnionych do głosowania. Co daje 16 procent całości. Z tego pewnie połowa na wybory nie chodzi. A teraz pójdzie tylko po to, by zagłosować na PiS. Pójdzie też część babć, dziadków, innych osoby z rodziny, dzieci, które w międzyczasie skończą 18 lat... I to niezależnie od tego, co obieca opozycja. Bo PiS powie: oni wam zabiorą. Zyska argument nie do obalenia.

A że to niesprawiedliwe, że ileś tam osób, być może bardziej potrzebujących, zostanie za burtą? Mało kto się tym przejmie. Bo też mało kogo stać na to, by zrezygnować z dodatku dla idei, bo inni mają gorzej. Ileś tam kobiet zrezygnuje z pracy? To już nikogo nie obejdzie. Samodzielne matki? Było się nie puszczać! Ojcowie? To jakiś promil. Ruszy ich co najwyżej wspieranie jakżeż pogardzanej "patologii", ale też nie na tyle, by nie chcieć tego samego dla siebie. Szczególnie że na ten argument PiS ma odpowiedź: będziemy kontrolować, jak owa "patologia" pieniądze wydaje.

Na solidarność społeczną nie ma co liczyć. Nie ma też co liczyć na inne pomysły, a choćby na długofalowe programy, które koniec końców sprawią, że poczujemy się bezpiecznie i większość społeczeństwa będzie na dzieci stać i finansowo, i emocjonalnie. Żaden darmowy żłobek, przedszkole czy odpis podatkowy, żadna obietnica wyższych zarobków i naprawy rynku pracy nie zastąpi żywej, co miesiąc trafiającej na konto gotówki. Zresztą: wszak przed kolejnymi wyborami PiS może obiecać i to.

Wnioski? Niewesołe. Pierwszy jest taki, że opozycja nie może sobie pozwolić na bycie przeciw, jeśli marzy, by być znaczącą siłą po następnych wyborach. Bo jak będzie przeciw, to za niecałe cztery lata trafi do grona tych, co chcą zabrać pieniądze. A nawet jak będzie za i obieca jeszcze więcej, nawet po 500 na każdego kota, niewiele może to zmienić, wszak PiS nie tylko obiecał, ale i dał. Drugi jest taki, że aby PiS te wybory przegrał, musiałoby się wydarzyć coś bardzo złego. Potężny wzrost bezrobocia, liczby ubogich, obciążenia podatkowe znacząco wpływające na budżety większości społeczeństwa, bankructwa banków i zakładów pracy. Tak czy siak wielce niefajna perspektywa.

Dziękuję Jakubowi za inspirację do napisania tekstu. Macie pomysł, jak zapobiec niemal katastrofalnej wizji wiecznych wszechrządów PiS, które przerwać może totalne zubożenie społeczeństwa? A może w ogóle się z nią nie zgadzacie? Zapraszam do komentowania!

środa, 27 maja 2015

Godność ważniejsza niż patriotyczny obowiązek

Wczoraj posłowie i posłanki po raz kolejny nie dopuścili do pierwszego czytania projektu ustawy o związkach partnerskich. Dziś jeden z naszych blogowych przyjaciół wysłał do wszystkich parlamentarzystów i parlamentarzystek list. Poniżej publikujemy go z komentarzem autora.

...

Pół roku temu, przy okazji kolejnej zapowiedzi dyskusji na temat związków partnerskich napisałyście list do m.in.Kopacz, Kidawy-Błońskiej. Wtedy w komentarzach wspomniałem, że sam się do podobnego listu zabieram i jak go wyślę, to się jego treścią podzielę. Cóż, trochę się do tego zbierałem, ale wczorajsze głosowanie przechyliło czarę.

Wysłane do wszystkich 460 posłów. Choć z tego co widzę po skrzynce odbiorczej, to do części nie dojdzie, bo po co dawać na stronie sejmowej aktualny adres e-mail...

Szanowna Pani Premier,
Szanowne Posłanki, Szanowni Posłowie,

Do napisania tego listu zabierałem się już pół roku temu, jednak ciągle wydawało mi się, że mam lepsze rzeczy do zrobienia. Wydawało mi się, że osobisty list skierowany do parlamentarzystów może być stratą czasu. Zapomniałem tylko, że Państwo jako posłowie i posłanki na sejm Rzeczypospolitej Polskiej zostaliście wybrani przez obywateli i obywatelom powinniście służyć, powinniście wsłuchiwać się w ich głos i tworzyć prawo DLA obywateli. Patrząc na to, co dzieje się na scenie politycznej w ostatnich miesiącach, odnoszę wrażenie, że nie tylko ja o tym zapomniałem - Państwo również.

Przez ostatnie pół roku zastanawiałem się, w jaki sposób ubrać w słowa moje rozczarowanie z powodu Państwa działań. Choć właściwie powinienem powiedzieć z braku działań. Czarę goryczy przelało 93 posiedzenie Sejmu RP 7 kadencji i głosowanie nr 1 z dnia 26 maja 2015 roku. Głosowanie podczas którego stwierdziliście Państwo, że temat związków partnerskich nie zasługuje nawet na Waszą uwagę. To, co zrobiliście Państwo podczas tego i poprzednich głosowań dotyczących związków partnerskich jest jawnym okazaniem braku szacunku do obywateli, w tym także i do mnie. Chciałbym zauważyć, że zgodnie z Konstytucją RP, na którą tak często lubicie się Państwo powoływać, „Wszyscy są wobec prawa równi. Wszyscy mają prawo do równego traktowania przez władze publiczne”. Czy nie oznacza to, że potrzeby wszystkich Polaków powinny być poddawane dyskusji? Najwidoczniej nie.

Szanowni Państwo, w młodości wychowywany byłem w patriotycznym duchu. Nie był to jednak patriotyzm spod znaku „Bóg, honor, ojczyzna”, co w oczach części z Was nie robi ze mnie patrioty. Od małego uczony byłem jak działa Państwo, że należy płacić podatki, bo z nich finansowane są wcale nie takie złe szkoły itp. Przez lata korzystania z państwowych szkół, chodzenia do państwowego liceum, aż w końcu studiowania na prestiżowej państwowej uczelni, rosło we mnie przekonanie, że moim patriotycznym obowiązkiem jest spłacić dług, który zaciągnąłem, korzystając z dobrodziejstw publicznego systemu kształcenia. Gdy wszedłem w dorosłość, usamodzielniłem się, zacząłem śledzić ważne dla mnie kwestie polityczne, uzmysłowiłem sobie, że jest jednak coś, czego od Państwa nie dostawałem, nie dostaję i obawiam się, że długo jeszcze nie dostanę. Coś, co dla mnie okazało się dużo ważniejsze niż „patriotyczny obowiązek”. Tym czymś jest godność. Godność, z której Wy, przedstawiciele Narodu, mnie regularnie odzieracie. Przy okazji wspomnianego wyżej głosowania nie miałem nieprzyjemności wysłuchać Waszych wypowiedzi, ale w mojej głowie nadal rozbrzmiewają obelgi rzucane z sejmowej mównicy w styczniu 2013. Wówczas dowiedziałem się, że mój wieloletni związek jest „nietrwały, jałowy”, że traktuję mojego partnera „jako przedmiot” i jedynie „zaspokajam popęd seksualny”, będąc przy okazji hedonistą, z którego Polska nie ma pożytku. Cóż mogę powiedzieć. Nie ma sposobu, abym ja - przeciętny obywatel - wyraził się w wystarczająco dosadny sposób, aby obrazić każdego i każdą z Was z osobna tak dogłębnie jak Wy uraziliście mnie. Pozostaje mi tylko życzyć, aby niektórzy z Państwa sobie uzmysłowili jak wielką siłę ma słowo i przypomnieli sobie kim są.

Domagając się związków partnerskich, wcale nie zamierzam dokonać destrukcji małżeństwa, czy też zakpić sobie z rodziny. Właśnie na rodzinie i jej bezpieczeństwie zależy mi najbardziej. Bo czy pan Panie Pośle, czy pani Pani Posłanko tego sobie życzycie czy nie, mój partner jest dla mnie rodziną. Nie chcę się martwić o to, co stanie się gdy ja lub mój partner trafimy nieprzytomni do szpitala. Zwłaszcza w sytuacji, w której mój partner jest obcokrajowcem. Nie chcę wciąż kombinować, co zrobić, abyśmy mogli wciąż razem mieszkać w Polsce. Nie chcę zastanawiać się, co stałoby się z naszym dobytkiem, gdyby któryś z nas zmarł. I przede wszystkim, nie chcę być traktowany jak podczłowiek tylko dlatego, że urodziłem się gejem. Tak proszę Państwa - urodziłem się. Nie stałem się gejem. Nie wybrałem „gejowskiego stylu życia”. Urodziłem się gejem, tak jak większość z Was urodziła się osobą heteroseksualną.

Wtedy, w styczniu 2013 roku, zrozumiałem, że nie ma ważniejszej rzeczy niż godność. Godność, którą postanowiłem zachować. Pamiętam, że pomimo że był to wyjątkowo przygnębiający dzień, to jednak cieszyłem się z jednej rzeczy. Cieszyłem się, że mam polski paszport, z którym nie będę miał problemu, aby wyjechać. Wtedy postanowiłem spełnić Waszą wizję - skoro uważacie, że nie ma ze mnie pożytku, to niech tak się stanie. To było wówczas moje życzenie - wyjechać. Wam, politykom, wydaje się, że ludzie z Polski wyjeżdżają tylko za pracą. Nie, nie tylko, czego ja jestem najlepszym przykładem. Przez ostatnie kilka lat pracowałem na warunkach, których wielu w moim wieku mogło mi zazdrościć i gdyby tylko o zatrudnienie i zarobki chodziło, to emigracja nigdy nie byłaby w planach. Ja wyjechałem za normalnością. Choć nadal nie jest to szczyt równości, to znalazłem ją w kraju bardzo podobnym do Polski. Kraj niby świecki, a jednak zdominowany przez wyznawców jednej religii, którzy dyktują większość praw. Małżeństwa są tylko religijne, ale to świeckie państwo nadaje prawa i obowiązki poślubionym parom. Parom poślubionym w kraju w religijnym obrządku ale także parom, które pobrały się zagranicą. Niezależnie od tego czy jest to para różno- czy jednopłciowa. Wyjechałem do kraju, w którym jako partner obywatela tego kraju jestem traktowany jak członek rodziny, a nie osoba obca. Wyjechałem do kraju, od rządów którego Państwo moglibyście się wiele nauczyć w kwestii poszanowania praw mniejszości seksualnych. Ale Państwo tego nie zrobicie. Będziecie się Państwo zasłaniać własnym przekonaniem, swoją wątpliwą moralnością, wyznawaną wiarą czy w ostateczności marnej jakości pseudonaukowymi badaniami. A my będziemy wyjeżdżać. I niech Państwo sobie nie myślą, że jest to łatwa decyzja. Ja, homoseksualny ateista, jestem takim samym obywatelem i patriotą jak heteroseksualny katolik i tak samo jestem przywiązany do Ojczyzny. Tutaj się urodziłem, tutaj wychowałem, tutaj mam rodziców i przyjaciół, tutaj jestem gorszym człowiekiem.

Jak każdy chyba chciałbym jednak wrócić do kraju, pytanie tylko kiedy… Wtedy gdy moja rodzina nadal nią będzie po przekroczeniu granicy. Kiedy to nastąpi, zależy od polityków - od Was, którzy jeszcze zasiadacie w sejmowych ławach, ale także od nowych twarzy, które pojawią się w październiku. Liczę, że nowi dłużej będą pamiętać o tym, że mają służyć obywatelom. Wszystkim obywatelom, także tym, którzy w jakikolwiek sposób stanowią mniejszość.

Pół roku temu, gdy postanowiłem ten list napisać, założyłem, że będzie to pożegnanie. Żegnam się z Wami w dwojaki sposób. Po pierwsze jako obywatel, który opuszcza kraj w poszukiwaniu lepszego, godniejszego życia. A po drugie, żegnam się z Wami jako wyborca - krzyżyk w październiku postawię koło nowego nazwiska na liście nowej partii. I wiem, że nie będę w tym odosobniony.

Choć z Waszej strony szacunku nie dostałem, to jednak kultura wymaga…

Z wyrazami szacunku,
MRF

czwartek, 21 maja 2015

Największe zło

Kiedy w 2004 roku faszyzujący mężczyźni spod znaku Młodzieży Wszechpolskiej urządzili obławę na uczestników i uczestniczki Marszu Tolerancji i Demokracji w Krakowie, część uciekających znalazła schronienie w redakcji "Tygodnika Powszechnego". Tygodnik nie był wówczas szczególnie przyjaznym nam medium. Jego dziennikarze i dziennikarki nie mieli jednak wątpliwości, że ofiarom agresji należy pomóc. Bez znaczenia, kim są, bez znaczenia, czy zgadzają się z nimi, czy nie. Zdali egzamin z miłości bliźniego, empatii i zwykłej solidarności ze słabszymi, atakowanymi. Wsparli, udzielili schronienia.

Od tych wydarzeń minęło 11 lat. A my znowu mamy się bać - tak jak niegdyś osoby maszerujące na rzecz równości. Mamy się bać powrotu rządów Prawa i Sprawiedliwości. Tego, że zakażą nam chodzenia po ulicach i otwartego mówienia o swojej tożsamości. Zdelegalizują nasze organizacje, spalą tęczowe flagi, dadzą przyzwolenie na prześladowania. Czytam podsuwane przez znajomych teksty o państwie kościelnym, w którym za chwilę będę mieszkać. O prawie kanonicznym, które zastąpi świeckie. To wszystko już za chwilę będzie moim udziałem, jeśli w najbliższą niedzielę zdecyduję niewłaściwie. Mam jeszcze szansę to powstrzymać. Postawić mur między nami a nimi. Mur w postaci Bronisława Komorowskiego i partii, z której się wywodzi. Jeśli ich zabraknie, nikt mnie nie obroni.

Czytam to wszystko z narastającym przerażeniem. Nie, nie przed tym, co się stanie, gdy tego muru zabraknie. Przeraża mnie, że ludzie naprawdę tak myślą. Że im to zrobiono - sprawiono, że czują autentyczny strach. Boją się tego, co będzie. Weźmy to na chwilę na zimno. Mieszkańcy i mieszkanki kraju członkowskiego Unii Europejskiej, demokratycznego, żyjący w XXI wieku, motywują swoje decyzje wyborcze strachem. Nie programem wyborczym czy choćby tym, jak kto mówi czy wygląda. Strachem. Więcej, ten strach zaszczepili w nich ludzie, którzy teraz walczą o ich głosy. Jeśli na nas nie zagłosujecie, to nikt was nie obroni przed naszą opozycją. Zagłosujcie, a będziecie bezpieczni.

Nie będę rozwodzić się nad tym, jak to bezpieczeństwo wygląda teraz i jak za przyzwoleniem, a nawet przy udziale niektórych osób z partii rządzącej, doszło w ostatnich latach do brutalizacji debaty publicznej i nasilenia agresji, szczęśliwie głównie słownej, wobec osób niehteronormatywnych. Jak bardzo na prawo przesunął się dyskurs. Zamiast tego wrócę do historii z 2004 roku. Dla pracujących w "Tygodniku Powszechnym" było czymś oczywistym, że słabszych należy bronić, niezależnie od tego, czy się ich lubi czy nie. Że agresja jest czymś złym. Że trzeba jej przeciwdziałać. To, czego byli świadkami, wstrząsnęło nimi, czemu później wyraz w niejednej wypowiedzi dał ksiądz Adam Boniecki. Wstrząsnęło, mimo że nadal nie popierali naszych postulatów i naszej walki. Teraz od osób, które śmią się mienić naszymi sojusznikami i sojuszniczkami, od partii, która śmie udawać progresywną, słyszymy: obronimy was, o ile wy najpierw zrobicie coś dla nas. Jeśli nie, radźcie sobie sami i same.

Bronisław Komorowski i jego partia nie muszą mi obiecywać związków partnerskich czy równości małżeńskiej. Nie muszą nawet mówić, że się nad tym zastanowią. Jedyne, co chciałabym usłyszeć od tych, którzy i które twierdzą, że bez nich będzie mi naprawdę źle, to to, że niezależnie od tego, co się stanie, niezależnie od tego, czy będą rządzić, czy nie, gdy będzie się działo coś złego, staną po mojej stronie. Że udzielą mi schronienia. Że wiedzą, kto jest agresorem, a kto ofiarą. Kto jest słaby, a kto silny.

Zamiast słów wsparcia mamy jednak szantaż. Ohydny. Bójcie się, bez nas zginiecie. Bez nas - u władzy. Sojusznicy? Mur? Bezpieczeństwo? Nie. Największe zło. Największe, jakie można zrobić ludziom.

zdjęcie: Silar

środa, 20 maja 2015

Heteroseksualna ciotodrama


Dwóch znanych polityków gejów, Krystian Legierski i Robert Biedroń, zadeklarowało, jak zagłosują w drugiej turze wyborów prezydenckich. Pierwszy z nich napisał, że rozważa możliwość oddania głosu na Dudę, drugi, że odda nieważny głos. Obydwaj umotywowali to dość sensownie. Problem w tym, że niewielu osobom chciało się zagłębić w ich wyjaśnienia, przeczytać ze zrozumieniem, dlaczego tak postanowili.  Za to wiele dziennikarek i wielu dziennikarzy, ludzi z pierwszych stron gazet, polityków, polityczek, a także osoby z grupy ludzi spod akronimu LGBTQetc, zaczęło odsądzać ich od czci i wiary.

Nagle nasza orientacja psychoseksualna stała się ważna. Ta sama, z którą nie powinniśmy się afiszować. Ta sama, która powinna być przezroczysta, a dzięki temu, że dążenia do zrównania ludzi wobec prawa spotkały się z ogromnym sprzeciwem, stała się polityczna. Teraz mamy pozwolenie od białych heteroseksualnych dam i panów na to, aby użyć jej jako oręża. A jak już spełnimy swój obowiązek, to znowu walka o równe prawa stanie się postawą roszczeniową. 

Co mnie na początku bardzo, ale to bardzo wkurzyło, a teraz powoli zaczyna bawić, to fakt, że wszyscy nagle przejęli się losem osób LGBTQetc. Pochylili się z troską nad tym, jak nam będzie się żyło pod rządami PiS z prezydentem Dudą na czele.

Moja odpowiedź? Będzie nam się żyło jak do tej pory. Nadal będziemy żyć jawnie lub w ukryciu. Nadal nie będziemy mieć nadziei na związki partnerskie, że o równości małżeńskiej nie wspomnę. Wybór Komorowskiego, a co za tym idzie PO, nie spowoduje, że nagle w mainstreamowych mediach nie będzie wylewania szamba na nasze głowy, politycy, dziennikarzyny różnej maści i inne znane gęby nie będą próbowali nas zdehumanizować, przestaną wygadywać na nasz temat bzdury, nie będą używać mowy nienawiści.

Tym, którzy się martwią, przypomnę, że co prawda Kaczyński Lech zakazał Parady Równości, ale dzięki temu była to jedna z bardziej udanych parad i o dziwo miała cudowną ochronę. Że jedyna tego typu manifestacja spacyfikowana przez policję miała miejsce w 2005 roku w Poznaniu pod rządami Ryszarda Grobelnego, którego tak chętnie wspiera PO, czyli macierzysta partia Komorowskiego. Że nigdy wcześniej i nigdy później tak wiele znanych osób nie brało udziału w walce o prawa gejów, lesbijek, osób biseksualnych i transpłciowych. Traktowali to wręcz jako swój obowiązek.

Kiedy nastały czasy rządów PO i obecnego jeszcze, a może za chwilę i nadal prezydenta, prawie nikt z tych, którzy nas teraz odsądzają od czci i wiary (jeden znany gej i kilku anonimowych zadeklarowało, że odda głos na Dudę, a oni zachowują się, jakby dwa miliony osób LGBTQetc chciały na niego głosować) nie przyłączył się do walki o równość. Odpuścili. Nie zrobili nic, żeby nas wesprzeć. Nie widziałam ich pod Sejmem ani w pierwszym, ani w czwartym tygodniu dyżurowania, gdy ważyły się losy projektów ustaw o związkach partnerskich. Nie widziałam ich na demonstracjach (włączając w to parady czy marsze równości). Niektórzy wręcz ze swoich wyżyn pouczali nas, co powinniśmy robić, jak się zachowywać, żeby społeczeństwo nas zaakceptowało. Twierdzili, że żądanie równych praw, które nam się należą zgodnie z art. 32 Konstytucji, to trochę za wiele. Teraz zaś mają czelność nas pouczać, straszyć jakimiś konsekwencjami. To by było śmieszne, gdyby nie było żałosne. Oni nawet nie są głupi, są żałośni w przekonaniu o swojej mądrości.

Jeszcze bardziej niż ich wypowiedzi przerażają mnie głosy, które słyszę od osób LGBTQetc. Każda wolność, każda równość ma swoją cenę. Nawet to, że osoba homoseksualna odda głos na homofoba, bo takie ma życzenie, kaprys, potrzebę. Przypomnę tutaj cytat, podobno błędnie przypisywany Wolterowi „Nie zgadzam się z twoimi poglądami, ale po kres moich dni będę bronił twego prawa do ich głoszenia”. A od siebie dodam, że jeśli te poglądy są niezgodne z obowiązującym w moim kraju prawem, należy wyciągnąć konsekwencje prawne. Jeśli zaś prawo jest złe, należy dążyć do jego zmiany. Prawo ma służyć wszystkim ludziom. Dla wszystkich ma być jednakie. Nawet dla głupców. Nie może karać za cechy, których wybrać sobie nie możemy.

My z Ewą mamy to szczęście, że urodziłyśmy się w wielkich miastach, w nich się wychowałyśmy i żyjemy w stolicy. Ale warto pamiętać, że również w małych miejscowościach żyją osoby nieheteronormatywne. Osoby, które nie mają możliwości, predyspozycji, aby się wyrwać z tego miejsca. Osoby, które mają trudną sytuację materialną, bo musza np. opiekować się rodzicami, rodzeństwem, bo w ogóle ledwo wiążą koniec z końcem. Zresztą, co ja piszę, takie osoby żyją i w wielkich miastach. I nagle to, że ktoś jest homofobem, przeciwnikiem aborcji czy też antysemitą schodzi na plan dalszy. Liczy się dla nich to, że może jakimś cudem dzięki niemu ich sytuacja materialna stanie się mniej tragiczna. Osoby w takiej sytuacji mogą uwierzyć, że ich status materialny dzięki PiS się polepszy, że może przestaną zastanawiać się, co do garnka włożyć, że znajdą pracę itd., itp. Naprawdę kiepsko się walczy o równość, kiedy jest się głodnym, chorym i znikąd nie ma ratunku. Ma się wtedy inne sprawy na głowie. Ważniejsze. Nie jesteśmy tylko naszą orientacją. Nie ona nas definiuje.

Zanim kogoś nazwiecie głupcem, zdrajcą wczujcie się w jego sytuację. Tym bardziej, że jeśli Komorowski wygra, to nic nie zmieni, bo uzna, że ludzie go wybrali dzięki jego poglądom, chociaż tak naprawdę będzie zdawał sobie sprawę, że tylko ze strachu przed rządami oszołomów. A jeśli raz ta taktyka podziałała, podziała i przy kolejnych wyborach. I może przy następnych. Więc po co się starać? Po co wprowadzać prawo dla ludzi? Po co spełniać obietnice wyborcze?

Strach jest cholernie złym doradcą. Strach wyłącza rozum. Strach nie pozwala myśleć logicznie. Strach paraliżuje. Dlatego ja przy urnie posłucham własnego sumienia. A jeśli ktoś chce mnie do czegoś przekonać, proszę, niech lepiej napisze, dlaczego będzie tak czy inaczej głosował, zamiast mnie straszyć, mówić, że jestem idiotką itd.

Żal tylko, że nie było takiego poruszenia, kiedy Anna Grodzka zbierała podpisy. Przy takiej sile i przy tak idiotycznych wynikach pierwszej tury kto wie, co by się stało.

...

A jako, że ostatnio nas długo nie było, załączam bonus w postaci tekstu, który popełniłam na naszym trzyczęsciowym profilu na FB. Specjalnie dla tych, którzy FB nie mają:

Dziesięć lat temu w radiu TOK FM była sobie audycja na temat sytuacji osób LGBTQetc. Prowadzący oraz zaproszeni działacze zastanawiali się, co osoby spod tego akronimu mają zrobić, jak się zachowywać, żeby społeczeństwo je zaakceptowało. Słuchałam tego oniemiała. Pal diabli prowadzącego, ale działacze? Nie zdzierżyłam. Zadzwoniłam. Kiedy wpuszczono mnie na antenę, powiedziałam to, co powtarzam od lat: że mam w nosie, czy ktoś mnie lubi, toleruje, akceptuje, oczekuję od państwa, że zapewni mi to, co mi się prawnie należy, czyli równe prawa (art. 32 Konstytucji). Odczułam satysfakcję, kiedy na antenie radiowej zapadła cisza, która trwała i trwała, i była niczym najpiękniejsza muzyka dla moich uszu. Po dłuższej chwili prowadzący wydukał, że to dość nietypowe i niespotykane podejście. 

Wspominam o tym dlatego, że wiele osób nieheteronormatywnych uważa, że pewna metacelebrytka miała rację, a jej tekst wcale, ale to wcale nie był wstrętny. 

Zastanawiam się, dlaczego tak uważają. Podejrzewam, że ma to coś wspólnego z faktem, że nadal tkwi w ludziach LGBTQetc. poczucie, że są gorsi od innych i na równe prawa muszą sobie zasłużyć. Poczucie, które mogło wziąć się stad, że nie spełniamy typowych norm społecznych. Że nigdy nie założymy typowej rodziny on, ona i dziecko (lub dzieci). Przynajmniej u mnie tak było. Do momentu, kiedy (przy nieumyślnej pomocy mojej rodzicielki) uświadomiłam sobie, że jedyne, co różni mój związek od związku moich heteroseksualnych znajomych, jest to, że w życiu, ale to w życiu żadna z nas nie zajdzie przypadkowo w ciążę. 

A potem było już z górki. Zadałam sobie kilka pytań: Czy jakakolwiek grupa społeczna (ludzie o odmiennym od białego kolorze skóry, kobiety, chłopi, robotnicy), która walczyła o równe prawa, musiała w jakiś szczególny sposób na nie sobie zasłużyć? Czy wprowadzenie równouprawnienia tych grup spotkało się z powszechną akceptacją? Czy prawa osób nieheteronormatywnych w innych krajach zostały wywalczone na kolanach (czy w innej pozycji błagalnej)? Na każde z tych pytań odpowiedź była jedna. Nie. Dlaczego więc z nami w naszym kraju miałoby być inaczej, skoro tak naprawdę między osobami hetero i homo nie ma tak naprawdę żadnych różnic. Jesteśmy mądrzy bądź głupi, wierni lub nie, pragmatyczni lub chaotyczni, konserwatywni lub lewicowi, wierzący lub nie, i tak mogę długo. 

Biorąc to wszystko pod uwagę, nie zgadzam się na takie traktowanie mnie, mojej rodziny, moich przyjaciół i Was wszystkich jako osób, które mają być wdzięczne tym niby nam przychylnym za możliwość swobodnego istnienia w przestrzeni publicznej. Nie zgadzam się, by żądanie równych praw osób LGBTQetc nazywać postawą roszczeniową. Nie zgadzam się na wmawianie mi i Wam, że to oni wywalczyli dla nas tolerancję. Bo to nieprawda. 

Nikomu nic nie zawdzięczamy. Nikomu nie musimy nic zawdzięczać (no może sobie). Równe prawa nam się należą tak jak wszystkim innym obywatelom i obywatelkom naszego pięknego kraju nad Wisłą. Tylko tyle i aż tyle.

czwartek, 9 kwietnia 2015

Łaska urzędnicza na pstrym koniu jeździ


Barbara Starska i Cecylia Przybyszewska, jak wiele par przed nimi (pierwszy raz o takiej możliwości zrobiło się głośno w 2009 roku, za sprawą Katarzyny Formeli), postanowiły przypieczętować swój związek, przyjmując wspólne nazwisko. A konkretnie Barbara miała stać się Przybyszewską. Złożyła dokumenty w łódzkim Urzędzie Stanu Cywilnego, uargumentowała prośbę zgodnie z wielokrotnie stosowanym wzorcem - że nie ma więzi z ojcem, po którym ma nazwisko, że pozostaje w bliskich relacjach z osobą o nazwisku Przybyszewska - i zaczęła się dwumiesięczna kołomyja zakończona porażką. Coś, co miało być formalnością, okazało się w jej przypadku niemożliwe. I skrajnie nieprzyjemne. Przesłuchiwano ją i jej partnerkę, kazano udowadniać, że są prowadzą wspólne gospodarstwo domowe, częstowano stwierdzeniami, że związki osób tej samej płci są w Polsce nielegalne, a na koniec przywalono pięknym uzasadnieniem odmowy:
Do zmiany nazwisk nie wystarczy tylko sama wola Strony oparta na sympatii do osoby, z którą zamieszkuje, ma wspólne konto w banku czy prowadzi wspólne gospodarstwo domowe. Samo poczucie przywiązania i przynależności do innej rodziny, przekonanie o ich akceptacji oraz bliskość z jej członkami nie jest wystarczającym i ważnym powodem w rozumieniu art. 4 ust. 1. powołanej ustawy. Przedstawione przez Panią Barbarę Starską argumenty, oparte jedynie na niecięci do nazwiska Starska oraz na sympatii do osoby noszącej nazwisko Przybyszewska, nie dają podstaw do stwierdzenia, iż w przedmiotowej sprawie zachodzą ważne powody uzasadniające zmianę nazwiska.
Żeby było jeszcze ciekawiej, urzędniczka stwierdziła (ale oczywiście w piśmie tego nie ma), że gdyby Barbara napisała jedynie o braku więzi z ojcem, sprawę załatwiono by pozytywnie. Ale jako że podała też drugi, zapewne istotniejszy dla niej powód - związek z Cecylią - to jej odmówiono. Lekko to dziwne? No lekko. Ale wszak to Polska.

Sprawa jest otwarta, bo Barbara zamierza się odwołać do wojewody łódzkiego, ale już teraz można wyciągnąć z niej kilka wniosków.

Po pierwsze, jeśli prawo czegoś nie reguluje, to tego nie reguluje. I nie ma żadnych uniwersalnych sztuczek, które pozwolą to zmienić. Nie da się obejść systemu. W jednym przypadku się uda, jak u panów Idziak-Sępkowskich, którzy w ubiegłym roku reklamowali swój sposób na formalizację związków jednopłciowych, w innym nie. Wszystko zależy od dobrej woli urzędników czy pracowników ochrony zdrowia. Nie znaczy to, że nie warto się zabezpieczać, spisując testamenty czy udzielając sobie pełnomocnictw, ale trzeba sobie zdawać sprawę z ograniczeń tego typu rozwiązań. O tym, na co teraz pozwala prawo, a na co nie, szerzej pisałam tu.

Po drugie, zarówno ta sprawa, jak i na przykład historia syna pary kobiet, który nie dostał polskiego obywatelstwa, mimo że jego mamy są Polkami, bo nasze prawo, w przeciwieństwie do angielskiego, nie przewiduje istnienia takich dzieci, pokazują, że w sytuacjach niejednoznacznych urzędy niekoniecznie będą orzekać na korzyść obywateli i obywatelek. Więcej, jeśli ci i te ostatnie są nieheteronormatywni czy nieheteronormatywne, może to wystarczyć, by im odmówić. Z czystym sumieniem i poczuciem dobrze spełnionego obowiązku.

Po trzecie, co dla odmiany wyszło przy niekończącej się opowieści o zaświadczeniu o stanie cywilnym potrzebnym do zawarcia związku za granicą, którego urzędy nie chcą wydawać, jeśli polski Sejm uzna kwestię niejednoznacznych przepisów regulujących zmianę nazwiska za na tyle istotną, by je doprecyzować, musimy się liczyć z tym, że doprecyzuje je nie tak, jak byśmy sobie życzyli i życzyły. Bo nasz Sejm - a kolejny raczej lepszy nie będzie - najchętniej by udawał, że osoby niehteronormatywne nie istnieją. Rzecz jasna partia rządząca i koalicjant wszystkich są na tyle dobrze ułożeni, że nigdy się do tego nie przyznają i zawsze zostawią nam furtkę czy tylne drzwi (jak w przypadku wspomnianych zaświadczeń, wszak możemy po prostu wziąć odpis aktu urodzenia z adnotacją o stanie cywilnym), coby udawać, że nie dyskryminują. Nie zmienia to faktu, że tak naprawdę zależy im na utrzymaniu status quo. I to nie tylko w przypadku dużych zmian, jaką byłoby na przykład wprowadzenie porządnej ustawy o związkach partnerskich, ale też rzeczy, które tak naprawdę nic nie zmieniają w naszej sytuacji. Wszak i tak możemy brać śluby za granicą, uwzględnienie tego w zaświadczeniach o stanie cywilnym byłoby jedynie potwierdzeniem tego faktu. Olek jest synem Agnieszki i Idy, niezależnie od tego, czy jest Polakiem, czy nie, a związek Barbary i Cecylii jest faktem - i jest legalny - choć panie nadal nie mają tego samego nazwiska.

Marzy nam się równość małżeńska. Niestety póki co możemy o niej zapomnieć. Skoro i urzędy, i nasi rządzący mają problem z ustawowym potwierdzeniem, że w ogóle mamy jakieś prawa i w ogóle coś możemy, to trudno liczyć na to, że umożliwią nam coś, czego nie możemy. Nie znaczy to, że nie warto walczyć o swoje, nagłaśniać takich spraw, odwoływać się. Ale z pewnością znaczy, że nie warto pokładać nadziei w obecnym Sejmie i w obecnej partii rządzącej. Oni nic nie zmienią, nawet jeśli ma to symboliczne znaczenie i jedynie potwierdza to, co jest już teraz.

piątek, 3 kwietnia 2015

Życie, wszechświat i cała reszta

Wiemy, że dawno nas tutaj nie było. Ta zapaść spowodowana była nie tylko niemocą twórczą, ale także mnogością absurdów, które, mamy nieodparte wrażenie, roją się ostatnio na potęgę, a od których naprawdę wszystko opada. Ale czego się spodziewać, wszak mamy rok wyborczy.

Zacznę jednak od początku. Jesteśmy, mamy się w miarę dobrze, chociaż Ewa twierdzi, że szklanka jest do połowy pusta, a ja, że pełna, no chyba że się trochę z niej wyleje. Co więcej rok 2015 jest dla nas rokiem okrągłym. Tak, wiemy, dla części Polski również. Wszak to piąta rocznica katastrofy smoleńskiej, dziesiąta śmierci jedynego prawdziwego papieża. My także mamy w grudniu piątą rocznicę - ślubu (z tej okazji szykujemy dla was i dla nas niespodziankę, jeśli ktosie chcą pomóc w jej przygotowaniu, zapraszamy do kontaktu) - a w marcu obchodziłyśmy dziesiątą związku. Przypadek? Nie sądzę.

W całym tym szaleństwie rocznicowym, naszym rocznicowym, pozytywnie zaskoczyła mnie moja własna rodzicielka, która to lata temu na wieść, że jej córeczka jest lesbijką, zareagowała, hm, napisać źle, to za mało. Od typowych tekstów „co ja źle zrobiłam” chciała przejść do czynów. Na przykład zamknąć mnie w ośrodku psychiatrycznym. Na szczęście byłam pełnoletnia i nie mogła tego zrobić. Dalej było równie „zabawnie”. Teraz zadzwoniła do mojej (nie)ślubnej i życzyła nam jeszcze pięciu, a co tam, że ją zacytuję, jeszcze sześciu dekad razem. Wyraziła też nadzieję, że jej niewyrodna córka (tak, to o Ewie) będzie miała siłę pomęczyć się ze mną jeszcze tyle czasu. Pomęczyć. Dobre sobie.

Tyle prywaty dla żądnych plotek i ku rozczarowaniu tych, którzy nie wierzyli (a trochę ich zapewne było, szczególnie tych, którzy znają autorkę tego tekstu), że jestem zdolna wytrzymać dłużej niż cztery i pół roku w jednym związku. Jestem. A co najbardziej mnie  zaskoczyło, to to, że nie zauważyłam upływającego czasu.

Dość prywaty. Wróćmy do smętnie otaczającej nas rzeczywistości.

Z jednej strony Biedroń prezydentem, co prawda tylko Słupska, ale znając Roberta, pewnie za jakieś pięć, no może osiem lat będzie ubiegał się o urząd prezydenta naszego pięknego kraju nad Wisłą, i nie zdziwiłabym się, gdyby nim został. Co jak co, ale politykiem jest świetnym, a w każdym razie coraz lepszym.

Z drugiej strony niejaki Paul Cameron, guru oszołomów, członek Amerykańskiego Towarzystwa Psychiatrycznego do 1984 roku (data o tyle ważna, że kretyn nie może stwierdzić, że został z niego wykluczony przez lobby, kwik, homoseksualne) pozwał za naruszenie dóbr osobistych według mnie najlepszą polską organizację LGBTQetc, czyli Stowarzyszenie Pracownia Różnorodności. Czymże ta organizacja naruszyła owe dobra? Ano samą prawdą, tylko prawdą i najszczerszą prawdą. Nazwali bowiem głupka „homofobicznym kłamcą” i „naukowym hochsztaplerem”. Zaprotestowali także przeciwko „wykładom” tego bałwana na uniwersytetach, wysyłając pisma do rektorów uczelni oraz Ministerstwa Nauki i Szkolnictwa Wyższego. Pewnie wielu z was kojarzy, że imbecyl ten głosił swoje nienawistne pseudonaukowe bzdury w Polsce w 2009 roku w szacownych gmachach uczelni, co niestety dodawało im niejakiego autorytetu. Akcja SPR okazała się skuteczna i osobnik ten odpowiedzialny między innymi za wprowadzenie antyhomoseksualnego prawa w Rosji stracił wiele lukratywnych kontraktów na głoszenie debilizmów. Nietrudno więc się domyśleć, że nie o dobra osobiste tu poszło, a o kasę. Bęcwał Cameron żąda ni mniej ni więcej tylko przeprosin i odszkodowania finansowego.

Dwie rzeczy szczególnie mnie w tej historii ruszyły.

Otóż w toruńskiej „Wyborczej” pojawił się artykulik (artykulik dlatego, że artykuły piszą dziennikarze, a ten na pewno przez takowego napisany nie został) niejakiego Karola Doleckiego. Autorzyna w pierwszych słowach napisał: „Cameron i Pracownia różnią się poglądami na homoseksualizm.” Czujecie to? Różnią się poglądami. Cameron, padalec jeden, głosi, że osoby homoseksualne są na tyle niebezpieczne, że należy je prewencyjnie zamykać, zabronić prawnie ich istnienia w przestrzeni publicznej, ba, nawet ich mordowanie można usprawiedliwić, a ten pismak, nie wiem z czyjej łaski, pisze o różnicy poglądów. Nie ma się więc co dziwić, że pismak nie wiedział o fakcie pozbawienia wszelkich tytułów naukowych pozywającego i uparcie nazywał go „naukowcem” i „psychologiem”.

Kuriozalna również jest propozycja sądu złożona w trakcie pierwszej rozprawy. Otóż moi mili, sąd nasz przecudowny zaproponował następującą ugodę: SPR ma przeprosić, a hochsztapler odstąpić od żądań finansowych. Jak słusznie zauważył jeden z komentujących na fanpejdżu trzyczęściowego, owszem, SPR powinno przeprosić, ale za to, że byli zbyt łagodni dla tego typa. Nie wiem, kto jest sędzią prowadzącym tę sprawę, ale od kiedy to sprawdzone i rzetelne informacje wymagają przeprosin? Nie wiem nawet, czy osoba, która wyszła z taką propozycją, zapoznała się z działalnością Camerona. Cóż Temida jest ślepa, w Polsce również i nierozgarnięta.  

SPR sprawy komentować nie chce. Trochę szkoda, bo mądrzy ludzie tam są. I właśnie dlatego mam nadzieję, że sprawa, choć pewnie, jak to w Polsce bywa, będzie trwała długo, SPR wyjdzie z niej w blasku i chwale. Tęczowej oczywiście.

Zostało jeszcze wiele absurdów do skomentowania, ale to może w następnej notce? I może szybciej niż za kilka miesięcy. Życzcie nam tego.

czwartek, 8 stycznia 2015

Związkowy mail do posłanek i posła

W ostatnich tygodniach przedstawicielki partii rządzącej kilkakrotnie deklarowały chęć powrotu do tematu związków partnerskich i zajęcie się nim jeszcze w tej kadencji Sejmu. 18 grudnia w rozmowie z portalem 300polityka.pl Elżbieta Achinger stwierdziła, że udało się osiągnąć w partii kompromis w tej sprawie i że przygotowuje ona rozwiązanie "dobre dla wszystkich". 29 grudnia Małgorzata Kidawa-Błońska powiedziała w radiu TOK FM, że PO rozważa projekt przygotowany przez Artura Dunina i że ma on wystarczające poparcie, by go przyjąć. Również Ewa Kopacz, podsumowując wczoraj pierwsze 100 dni swojego urzędowania na stanowisku premiera, obiecała, że projekt PO jeszcze w tej kadencji pojawi się na sali obrad.

Choć tak naprawdę nie mam specjalnej nadziei na to, że projekt ten, nawet jeśli jakimś cudem wejdzie w życie, w jakikolwiek sposób odpowie na nasze potrzeby, postanowiłam napisać do pań z PO wypowiadających się w tej sprawie oraz do autora projektu ustawy o związkach Artura Dunina i wyjaśnić, jakie rozwiązania powinny się znaleźć w "dobrej dla mnie" ustawie. Zachęcam do pójścia w moje ślady i opisania posłankom i posłowi PO problemów, z którymi się borykacie przez brak ustawy o związkach partnerskich czy równości małżeńskiej, i uświadomienia im, jaki projekt rozwiązuje realne problemy, a nie jest wyłącznie obliczoną na zyskanie paru punktów poparcia protezą. Jeśli chcecie upublicznić swoje maile, przesyłajcie je na trzyczesciowygarnitur@gmail.com.

Szanowni Państwo,

z radością przyjęłam przekazywane w ostatnich tygodniach przez Państwa przedstawicielki, w tym przez Prezes Rady Ministrów, informacje, że Platforma Obywatelska jeszcze w tej kadencji Sejmu zajmie się kwestią związków partnerskich. Moją szczególnie nadzieję budzi wiadomość, że zamierzają Państwo zmodyfikować projekt przygotowany przez posła Artura Dunina w taki sposób, by, jak powiedziała pani Elżbieta Achinger portalowi 300polityka.pl, był on "dobry dla wszystkich".

Jako osoba żywo zainteresowana możliwością zawarcia związku partnerskiego, a więc niewątpliwie jedna z tych "wszystkich", których dotyczy przygotowywana przez Państwa ustawa, chciałabym przybliżyć Państwu problemy, z którymi borykam się na co dzień i które rozwiązałby dobry dla mnie projekt.

Na początek pozwolę sobie napisać kilka słów o sobie. Mam 37 lat, w tym roku będę obchodzić dziesięciolecie mojego związku. Od 8 lat razem z moją partnerką solidarnie spłacamy wspólnie przez nas zaciągnięty kredyt mieszkaniowy. Będziemy go spłacać jeszcze przez 23 lata. Podobnie jak wiele Polek i wielu Polaków praktycznie nie mamy żadnych oszczędności i raczej nie mamy perspektyw na to, że kiedyś będzie inaczej. Wynika to i z niełatwej sytuacji na rynku pracy, i problemów zdrowotnych jednej z nas, niestety poważnych, z którymi się od jakiegoś czasu borykamy. Słowem jesteśmy statystycznymi obywatelkami, żyjącymi od pierwszego do pierwszego, często przeciążonymi zobowiązaniami wobec banku i zapewne, mimo naszego wykształcenia, doświadczenia, starań, pracowitości i uczciwości w wypełnianiu obowiązków wobec państwa, bez szans na zmianę tej sytuacji. Od innych obywatelek i obywateli różni nas jedynie to, że polskie prawo w żaden sposób nie zabezpiecza naszego związku, więcej, nakłada na nas obciążenia, których nie mają pary różnopłciowe.

Dobra ustawa to dla mnie taka, która pozwoliłaby mi nie martwić się kwestiami, którymi nie martwią się pary żyjące w sformalizowanych związkach i będące w podobnej co ja sytuacji.

Najważniejsze kwestie to:

  • Możliwość wzięcia wolnego na opiekę nad chorą partnerką. W tym roku jedna z nas będzie miała kolejną operację (w ciągu ostatnich dwóch lat miała już dwie). Rekonwalescencja potrwa długo, sam urlop wypoczynkowy może okazać się niewystarczający, na branie bezpłatnego czy zapłacenie komuś za opiekę, z uwagi na sytuację finansową, po prostu nas, tak jak i większości Polek i Polaków, nie stać. To rozwiązanie znacząco ułatwiłoby nam życie.
  • Możliwość otrzymania zasiłku opiekuńczego w związku z opieką nad chorą partnerką.
  • Możliwość objęcia partnerki swoim ubezpieczeniem zdrowotnym. W tej chwili płacimy je z pensji tej z nas, która szczęśliwie jeszcze pracuje na etacie, ma stałe dochody i jest w pełni zdolna do pracy.
  • Możliwość ustawowego dziedziczenia bez podatku wspólnie wypracowanego majątku. Mam nadzieję, że długo nie będzie nam potrzebna, ale w trakcie naszego związku zdarzyła się już sytuacja, w której jedna z nas, zamiast martwić się swoją chorobą, martwiła się, co zrobi druga, gdy przyjdzie zapłacić ogromny podatek za to, co zostało wspólnie wypracowane i dotąd było wspólne.
  • Możliwość otrzymania zwłok partnerki celem pochówku.
  • Możliwość otrzymania informacji o stanie nieprzytomnej partnerki. Wprawdzie mamy podpisane pełnomocnictwa notarialne i zawsze wypełniamy odpowiednie dokumenty w szpitalach, ale w nagłym wypadku te zabezpieczenia mogłyby się okazać niewystarczające.
  • Zwolnienie z podatku od darowizn. Mamy wspólne konto i wspólnie płacimy za wszystko, czy są to mniejsze, czy większe wydatki. Darowizna, na przykład taka jak zrobienie jednej z nas współwłaścicielką samochodu, za który zapłaciłyśmy obie, nie jest dla nas wzbogaceniem, konieczność zapłacenia podatku dodatkowo uszczupla nasz skromny budżet.
Ustawa rozwiązująca te problemy z pewnością byłaby dla mnie dobrą ustawą. Oczywiście zdaję sobie sprawę, że nie dotyczą one wszystkich i że mnie nie dotyczą problemy charakterystyczne na przykład dla osób młodszych, wychowujących dzieci czy będących w związkach z cudzoziemcami. One z pewnością byłyby zainteresowane takimi rozwiązaniami jak objęcie ich programem Mieszkanie dla Młodych, Karta Dużej Rodziny, możliwość sprawowania formalnej opieki nad dzieckiem partnera lub partnerki czy zalegalizowanie pobytu drugiej osoby w Polsce. Jest też wiele osób, dla których ważne są kwestie godnościowe, a w szczególności formalne uznanie ich związku przez państwo. Dlatego chciałabym gorąco prosić, by przygotowując projekt "dobry dla wszystkich", pamiętali Państwo szczególnie o tych, którym ma on służyć, i skonsultowali z nimi rozwiązania, nad którymi pracujecie, tak by rzeczywiście przyczyniły się do poprawy ich, nieraz bardzo trudnej, sytuacji.

Z poważaniem,

Ewa Tomaszewicz

Do:
Ewa Kopacz, Prezes Rady Ministrów, Ewa.Kopacz@sejm.pl
Elżbieta Archinger, posłanka na Sejm RP, Elzbieta.Achinger@sejm.pl
Małgorzata Kidawa-Błońska, posłanka na Sejm RP, Malgorzata.Kidawa-Blonska@sejm.pl
Artur Dunin, poseł na Sejm RP, Artur.Dunin@sejm.pl

poniedziałek, 15 września 2014

Ekstremiści nie odpuszczą

W piątek Sejm w pierwszym czytaniu odrzucił obywatelski projekt ustawy wprowadzającej kary za edukację seksualną. Zbieraniu podpisów pod projektem towarzyszyła obrzydliwa akcja "Stop pedofilii", której twórcy, posługując się fałszywymi danymi, jednoznacznie zrównywali homoseksualność z pedofilią i oskarżali osoby nieheteronormatywne o deprawację dzieci. Odrzucenie projektu to oczywiście dobra wiadomość, ale nie ma co się łudzić, że ukróci zapędy jego twórców do szkalowania osób LGBTQetc. Pewne jest, że temat nadal jest będzie obecny - w szkołach, samorządach czy na uczelniach. I za jakiś czas wróci do Sejmu.

Dwa przykłady tej obecności z ostatnich dni. Z początkiem roku szkolnego wróciły spotkania z cyklu "Czy gender zagraża naszym dzieciom?", poświęcone straszeniu osobami niehetero i edukacją seksualną. Jedno z nich odbyło się 4 września w Krakowie. Główną prelegentką była radna PiS Barbara Nowak. Czego mogli się dowiedzieć jego uczestnicy i uczestniczki? Że zwykła seksualizacja dzieci to dla promotorów deprawacji za mało - teraz na fali jest homoseksualizacja. I to przed nią trzeba bronić szkoły, dzieci, Polskę i prawdziwych Polaków. Jako podkładka - tradycyjnie badania Regnerusa. I nieważne, że ich autor sam przyznał, że nie mogą być wykorzystywane w kontekście osób niehetero, bo ich zwyczajnie nie dotyczyły. Ważne, że można po raz kolejny zrównać osoby LGBTQetc. z pedofilami i zasiać trochę nienawiści.
 
Drugi przykład: w najbliższy piątek w Poznaniu będzie miał miejsce występ (nie nazwę tego wykładem) kolejnej piewczyni tezy o tym, że homoseksualność jest czymś nabytym - tym razem nie w szkole, a w wyniku mody - Janelle Hallman. Hallman zdobyła tytuł psycholożki na Regent University, najbardziej konserwatywnej uczelni w Stanach, założonej przez niejakiego Pata Robertsona, który wsławił się między innymi stwierdzeniem, że huragan Katrina był karą bożą za danie kobietom prawa do aborcji i akceptację osób niehetero. Skrajnie ideologiczny charakter alma mater psycholożki nie przeszkadza rzecz jasna organizatorom spotkania z nią w przedstawianiu jej jako światowej sławy eskpertki. 

Według Hallman lesbijką jest zostać niezwykle łatwo:
Nie wiem, jak to wygląda w Polsce, jednak w USA w tej chwili biseksualizm jest zwyczajnie modny. Jeśli jesteś biseksualny, jesteś popularny. Gdy dziewczyna całuje się z dziewczyną, podnieca to chłopaków, a dziewczyny zdobywają popularność. Jednak to ma konkretne konsekwencje. Niektóre dziewczyny wskutek powtarzania tych zachowań, mimo iż z początku robiły to z motywów pozaseksualnych, zaczynają odczuwać autentyczne podniecenie seksualne. Zaczynają to interpretować jako oznakę, iż są lesbijkami, a nawet przyjmują lesbijską tożsamość.
Szczęśliwie równie łatwo jest przestać nią być. Wystarczy, by lesbijki pozbyły się awersji do sukienek, zaczęły gotować, służyć gościom i okazywać czułość dzieciom, a geje rąbali drewno i malowali domy. Oczywiście Hallman nikogo nie zmusza do zmiany orientacji, po prostu oferuje swoim klientom "pozbycie się problemów". A że przy okazji, czego nie ukrywa, uważa, że homoseksualność jest nieakceptowalna jako sprzeczna z "boskim planem", to drobiazg, który z pewnością nie ma wpływu na jej pracę jako terapeutki.

Można kpić z bzdur opowiadanych w trakcie tego typu spotkań, tyle że one są liczne, trafiają na podatny grunt, mają wsparcie największej partii opozycyjnej, która już niedługo może stać się partią rządzącą, i nie ma dla nich przeciwwagi w postaci głosu kogoś równie silnego. Czyli partii (jeszcze) rządzącej. Wszak ministra edukacji uważa, że młodzi ludzie nie powinni decydować o tym, czy chcą uczestniczyć w zajęciach z edukacji seksualnej. Poprzednia pełnomocniczka ds. równości, mimo deklarowanej przyjazności wobec postulatów osób nieheteronormatywnych, była za sterylizacją osób transpłciowych i miała ogromny problem nawet z tak symbolicznym gestem jak objęcie patronatem Parady Równości. Obecna pełnomocniczka wolała zaufać premierowi Tuskowi w kwestii tego, czego oczekują osoby LGBTQetc., niż skontaktować się bezpośredni z nimi. Dla Ministerstwa Spraw Zagranicznych kłopotem było zamieszczenie w swoim poradniku "Polak za granicą" informacji o tym, że niektóre kraje mogą być niebezpieczne dla gejów, lesbijek czy osób transpłciowych, bo zdaniem jego urzędników napisanie o tym byłoby równoznaczne z dyskryminacją homofobów. Przykłady można mnożyć, sens pozostaje ten sam - nie ma co liczyć na co bardziej wpływowych polityków, że ukrócą antyhomoseksualną paranoję czy choćby zdecydowanie opowiedzą się przeciw tego typu praktykom. Nie jesteśmy dla nich ważni. Nie stanowimy siły. Wiedzą, że tak naprawdę puste gesty - uzupełnienie, po wielkich bojach, poradnika, danie warunkowego patronatu - wystarczą. Resztę załatwi straszenie PiS-em - również nas, jak to całkiem niedawno zrobił Adam Szejnfeld. I również my po raz kolejny damy się nabrać, w efekcie czego w nadchodzących latach nasze sukcesy nadal będą polegały niwelowaniu skutków działania coraz bardziej opresyjnej rzeczywistości.

Dziękuję Magdzie za podesłanie skanu ulotki ze spotkania "Czy gender zagraża naszym dzieciom?".

Zdjęcie: dbking (CC-BY-2.0)

piątek, 12 września 2014

Kongres Kobiet popiera

Stowarzyszenie Kongres Kobiet oraz Gabinet Cieni Kongresu Kobiet wyrażają wsparcie dla kandydatki na premiera RP, Pani Ewy Kopacz. Czujemy się zaszczycone tym, że tak kompetentna i doświadczona osoba obejmie jeden z najważniejszych urzędów w państwie.
Jednocześnie wyrażamy sprzeciw wobec bezprecedensowej krytyki Marszałkini Ewy Kopacz opartej na stereotypach płci i seksistowskich uprzedzeniach i zwracamy się zarówno do polityków jak i do mediów o zaprzestanie takich niewłaściwych praktyk.
Kongres Kobiet od początku swego istnienia dążył do równości społecznej, prawnej i politycznej kobiet i mężczyzn – w szczególności do równego dostępu kobiet do polityki, władzy, mediów, rynków pracy, opieki medycznej itp. Społeczeństwo, w którym – tak, jak w naszym – są tak duże dysproporcje między możliwościami kobiet i mężczyzn, nie może być ani społeczeństwem sprawiedliwym ani szczęśliwym. Demokracja bez kobiet to połowa demokracji. Władza bez kobiet to kulawa władza. Społeczeństwu potrzeba równowagi.
- takie oświadczenie pojawiło się wczoraj na stronie Kongresu Kobiet. Jednocześnie ani na stronie stowarzyszenia, ani na jego profilu na Facebooku nie ma nawet wzmianki o tym, że jedną z ostatnich decyzji Ewy Kopacz jako marszałkini Sejmu było zdjęcie z porządku obrad Sejmu projektu ustawy o ratyfikacji konwencji o zapobieganiu przemocy wobec kobiet i przemocy domowej. Kopacz nie dopuściła do drugiego czytania projektu na wniosek PiS. Tłumaczyła, że to nie chodzi o jej poglądy, a o obyczaje, o to, że jak jakiś klub zwraca się z takim wnioskiem, to ona się przychyla. Doprawdy, tłumaczenie równie kuriozalne jak sam wniosek, tradycyjnie utrzymany w duchu walki z potworem spod łóżka o wdzięcznym imieniu gender:
Konwencja wymusza zmiany, które ingerują w instytucję małżeństwa, rodziny czy wychowanie dzieci, zaburzając tym samym ich dotychczasowe funkcjonowanie oparte na akceptowanej społecznie tradycji i wyznaniu. Projekt budzi dużo zastrzeżeń natury prawnej i legislacyjnej, dlatego powinien być dogłębnie przeanalizowany i przedyskutowany na bardzo wielu płaszczyznach.
Ciekawe jest też samo oświadczenie Kongersu. Otóż dowiadujemy się z niego, że poparcie udzielone Ewie Kopacz wynika z ideałów stowarzyszenia, z przeświadczenia, że kobiety powinny mieć równy dostęp do polityki, władzy, mediów, rynków pracy, opieki medycznej i że dysproporcje między możliwościami kobiet a mężczyzn sprawiają, że nie możemy być szczęśliwym i sprawiedliwym społeczeństwem. Oczywiście pełna zgodna, tyle że niezapewnianie dostatecznej ochrony ofiarom przemocy i niezapobieganie jej też nie sprawi, że takowym społeczeństwem będziemy.

Nie wszystkie kobiety chcą być szefowymi firm, polityczkami, nie wszystkie chcą pracować czy pokazywać się w mediach. Wszystkie natomiast - tak jak i wszyscy ludzie - w jakimś stopniu narażone są na przemoc. Kongres Kobiet, przy całym szacunku dla jego osiągnięć, niestety już nie raz dał się poznać jako organizacja oderwana od problemów sporej rzeszy kobiet (ubogich, wykluczonych, nienormatywnych...), promująca wielkomiejskie panie w kosztownych garsonkach opowiadające zapatrzonym w nie paniom z mniejszych miejscowości, które nigdy sobie na owe garsonki nie będą mogły pozwolić, jak odnieść sukces w polityce czy biznesie. Udzielając poparcia Ewie Kopacz, a jednocześnie ani słowem nie zająkując się o jej roli w trwającym kolejny już rok odwlekaniu ratyfikacji konwencji o zapobieganiu przemocy, po raz kolejny pokazał, które kobiety interesują go bardziej.

Szanuję Ewę Kopacz. Za to, co zrobiła w Smoleńsku, za wsparcie udzielone półtora roku temu projektom ustaw o związkach partnerskich (swoją drogą, wtedy PiS też wnioskował o ich zdjęcie z porządku obrad), za parę innych rzeczy. Uważam, że jest kompetentną i doświadczoną osobą. Ale nie sądzę, że jej rządy, jeśli chodzi o sprawy kobiet czy osób nieheteronormatywnych, będą się w jakikolwiek sposób różniły od rządów Tuska. Nie widzę więc powodu, by Kongres czy inna organizacja kobieca jakoś szczególnie ją popierała. Objęcie przez nią teki premiera nie sprawi, że będzie bardziej sprawiedliwie i szczęśliwie. Nie sprawi, że nagle będziemy mieć całą, nie pół demokracji. Nadal będzie to demokracja bez kobiet, ignorująca ich potrzeby i problemy.

Spodnium za szkłem

"W duchu wierności Janowi Pawłowi II oraz w imię elementarnego rozsądku i troski o przyszłość narodu, nie damy nigdy przyzwolenia na promowanie tak zwanych związków partnerskich, które u podstaw podważają instytucję małżeństwa jako projekt ślubowanej, dozgonnej miłości i wierności" - oświadczył w niedzielę rodzinom, które przybyły na pielgrzymkę do Kalwarii Zebrzydowskiej, nie kto inny jak kardynał Stanisław Dziwisz. Dzień wcześniej i tysiące kilometrów dalej, jakby na złość przewielebnemu, ślub wzięły 91-letnia Vivian Boyack i 90-letnia Alice Dubes. Po 72 latach związku pobrały się w swoim rodzinnym stanie Iowa, gdzie małżeństwa osób tej samej płci są możliwe od 2009 roku.

Czytając ich historię, trudno nie przypomnieć sobie innego ślubu, sprzed kilku lat:
Panie na zdjęciu to Del Martin i Phyllis Lyon. Swój związek sformalizowały w 2004 roku w Kalifornii, jako pierwsze po tym jak wprowadzono tam równość małżeńską, po ponad 50 wspólnie spędzonych latach. Krótko potem ich małżeństwo, podobnie jak innych par jednopłciowych, które skorzystały wówczas z możliwości zawarcia ślubu, zostało unieważnione. Ponownie pobrały się w 2008 roku. Były pionierkami walki o prawa osób niehetero. Pierwszą organizację - Córki Bilitis - założyły w 1955 roku. Uzyskanymi po wielu latach prawami cieszyły się krótko. Del zmarła miesiąc po ślubie.

Zdjęcia ze ślubu Vivian i Alice, tak jak i innych wielu par, które w ostatnich latach skorzystały z zapewnianej przez coraz liczniejsze kraje i stany równości małżeńskiej, obiegły media. Del i Phyllis dodatkowo doczekały się niejednego rozdziału w opracowaniach historycznych, a ich ślubne stroje własnej gabloty w Muzeum Historii LGBT w San Francisco.
Można oczywiście powiedzieć, że to wspaniałe, że panie doczekały się równych praw. Że ich śluby to ukoronowanie wieloletniej walki, że - w przeciwieństwie do tych, którzy mieli pecha urodzić się (lub umrzeć) wcześniej - udało im się zobaczyć jej efekty i, przynajmniej symbolicznie, z nich skorzystać. I to prawda, to jest wspaniałe. Z drugiej strony, o ile zdjęcia z ich ceremonii małżeńskich są wzruszające, o tyle gablota ze strojami Del i Phyllis jest po prostu smutna. Bo właściwie tyle z ich ślubu zostało: dwa żakiety, dwie pary spodni, tabliczka z opisem. Phyllis żyje, w tym roku skończy 90 lat, ale ich - Del i Phyllis - już nie ma. Spędziły ze sobą 56 lat, a małżeństwem były tylko przez 6 miesięcy w 2004 i przez miesiąc w 2008.

Kiedy byłam piękna, młoda i pełna zapału do działania, marzyło mi się, że moja partnerka i ja będziemy w gronie pierwszych par, które sformalizują swój związek, gdy tylko będzie to możliwe. Teraz mam inne marzenie - żeby to nie było nic wielkiego. Ot, decyzja, pójście do urzędu, wyznaczenie daty, dopełnienie formalności, podpisanie dokumentów, impreza dla najbliższych. Żeby to było zwyczajne. Tak zwyczajne, by nikt się tym nie interesował, nie komentował, nie robił fotorelacji, nie uważał, że jest to w jakikolwiek sposób medialne, ważne, że znaczy cokolwiek więcej poza tym, co znaczy. Małżeństwo bez kazań i bez polityki. Prywatne. Zawarte wtedy, gdy chcę, a nie wtedy, gdy mogę. Zawarte, bo chcę, a nie, by coś uhonorować. Realne, nie symboliczne.

Zabawne, że to marzenie jest w pewnym sensie zbieżne z pragnieniami (przynajmniej deklarowanymi) wszelkiej maści homofobów, którzy pod każdym ślubnym doniesieniem z nieco milszych dla osób niehetero krajów niż Polska wylewają frustracje związane z tym, że znowu "muszą" czytać o tych lesbijkach i gejach, że muszą je i ich oglądać, że co w tym właściwie ciekawego, co to za moda i po co o tym pisać. Też bym chciała, by media skupiły się na śledzeniu Brada i Angeliny, by w zwykłych związkach zwykłych osób nie było nic ciekawego i by nie było po co o nich pisać. I by ślubne stroje, zamiast smętnie zwisać w muzealnych gablotach, gniotły się w szafach lub kończyły żywot w paszczach moli.

Tylko że najpierw muszą być te śluby.

Zdjęcia: G. Koskovich, GLBT Historical Society (CC-BY-SA-3.0), Nick Gorton (CC-BY-SA-3.0)