Podpisujmy!

Projekt ustawy o związkach partnerskich już w Sejmie. Teraz "tylko" trzeba pomóc ją uchwalić. Jak? Naciskając na polityków i polityczki. Czyli na przykład podpisując się pod apelem do marszałkini Sejmu o nadanie biegu "naszej" inicjatywie ustawodawczej oraz do posłów i posłanek o przyjęcie ustawy.

Kolejny kamyczek do ogródka

"Przecież nikt z nas nie jest bipolarny" - usłyszałam niedawno na spotkaniu kilkunastu lepiej lub gorzej znających się wzajemnie osób. "Bipolarny" (czyli po prostu mający ChAD - chorobę afektywną dwubiegunową) padło jako bardziej wyrafinowany zamiennik starego dobrego "psychicznego". Nikt nie zwrócił uwagi na te słowa.

Starsze mieszczanki z PS3

Ze stereotypów na temat starszych lesbijek kojarzę dwa - zewnątrzśrodowiskowy, że generalnie, aby być lesbijką, trzeba przekroczyć pewną granicę wieku, tuszy i brzydoty, bo młode i nieprzekraczające owych granic lesbijki bywają tylko w pornolach. I wewnątrzśrodowiskowy, że te "stare" to grube, agresywne babochłopy w polarach, które śmią psuć młodym zabawę, bywając na przykład w takim Rasko.

Nim zapadnie noc

Najnowszej powieści Cunninghama nie czyta się lekko. Bo to rzecz o niespełnieniu. I o starości. Rozumianej jako chwila, w której na Petera Harrisa, głównego bohatera spada na świadomość, że zawsze już będzie tym, kim jest. Właścicielem galerii sztuki wystawiającym artystów, którzy prawdopodobnie na zawsze pozostaną jedynie obiecujący.

Teleswizja

"Teleswizja" to trzeci i ostatni program kabaretu Barbie Girls. Najbardziej spójny i przemyślany, ale też najdłuższy (w pierwotnej wersji trwa chyba dwie godziny), dlatego na potrzeby występu w Bielsku zdecydowałyśmy się go trochę zmodyfikować i skrócić. Jak wyszło?

środa, 7 marca 2012

Homoseksualne wyznania Adamik


"Oficjalny" coming out Kasi Adamik nie zrobił szczególnego wrażenia na mediach, oprócz rzecz jasna plotkarskich i "kobiecych". Plotki, Pudelki, "Fakt" i Pomponiki swoje napisały, na Adamik i jej partnerkę Olgę Chajdas rzuciło się też "Pytanie na śniadanie", gdzie miało być o ich nowym spektaklu, a było o związku, niedługo zobaczymy je też pewnie w kilku kolorowych magazynach i powoli się uspokoi, i będzie można zacząć znowu mówić o ich pracy, a nie o tym, co je łączy. Z jednej strony to dobrze, bo to, kto z kim i dlaczego to właśnie temat dla "kolorowych" mediów (za to je zresztą tak uwielbiam) i tylko one widzą w tym sensację czy ciekawostkę. Z drugiej niedobrze, bo przecież owe medialne coming outy mają swoje drugie dno, które z takich doniesień (raczej przez niechcący) przebija.

Dwa przykłady. Z Plotka:
Na początki marca byliśmy świadkami homoseksualnego wyznania. Zaproszona do wywiadu Katarzyna Adamik, córka Agnieszki Holland, przyznała się do długoletniego związku z inną kobietą. Wyznanie było dla niej naturalne, bo nie chce już ukrywać swoich skłonności.
i z Pudelka:
Kasia Adamik, córka Agnieszki Holland, wyznała niedawno, że jest lesbijką. W wywiadzie dla Vivy reżyserka przyznała, że zakochała się w kobiecie, z którą tworzy udany związek. Teraz przyszedł czas na zaprezentowanie partnerki w mediach.
"Homoseksualne wyznanie", "przyznała się" - jakby chodziło o coś złego czy wstydliwego. Zresztą samo "ujawnienie się" też ma niekoniecznie pozytywną konotację. Oczywiście taki a nie inny język nie bierze się znikąd, a z tego, że, choć to niby taki plotkarski temat, coming outy znanych (nie tylko zresztą) osób są czymś kompletnie nieoswojonym. Co widać i w stylu doniesień medialnych, i w reakcjach czytelniczek i czytelników na nie ("po co o tym pisać", "a co mnie obchodzi, kto z kim sypia", "to są intymne sprawy i nie powinno się o nich mówić" itd.).

Czyli: tak, to jest temat dla mediów "mniej poważnych", ale też nie, to nie jest temat wyłącznie dla nich. Bo siłą rzeczy będą upraszczać, stereotypizować, nawet bez złych intencji, ale po prostu dlatego, że takie są. I nie ma co od nich wymagać, by tłumaczyły czy choćby zdały sobie sprawę, dlaczego owe coming outy są dla nich taką sensacją. A tym bardziej: dlaczego w ogóle są.

Moją pierwszą myślą, gdy przeczytałam o Adamik, było "super". Potem dopiero przyszło "no w sumie żadna nowość". Tyle że to "żadna nowość" dla nas (choć i w "naszych" mediach widziałam komentarze w stylu "po co to"), w mainstreamie to jednak niestety nadal sensacja albo co najmniej ciekawostka, którą należy grać, jak się da. I, choć im więcej takich coming outów będzie, tym bardziej spowszednieją, to za owym znudzeniem tematem niekoniecznie pójdzie jego zrozumienie. Dlatego, choć mi najbliższe, ucinanie tego typu doniesień krótkim "no jakbyśmy nie wiedzieli" jest też chyba najgorszym podejściem z możliwych.

niedziela, 4 marca 2012

Moje zgryzoty są najmojsze


To, co przeczytacie poniżej, nie miało się przerodzić w kolejny wpis. Miała być to odpowiedź na komentarze pod tekstem Alkohole 24h. Kiedy zaczęłam pisać, wyszło mi, że dotyczy również innych tekstów tutaj, jak tego o ChAD czy użależnieniach. A poza tym taki komentarz byłby nieco przydługi i kto by go wtedy przeczytał?

"Weź się w garść. No naprawdę, wymyślasz sobie problemy. Przecież to nic wielkiego. Tak naprawdę nic się nie stało. Dasz sobie radę. Inni mają gorzej. Przesadzasz. Takie jest życie." - te i wiele innych podobnych zdań potwornie mnie irytują. Tak, wiem, że nie miałam najgorszego dzieciństwa, tak, wiem, że są ludzie, którzy zazdrościliby mi moich problemów emocjonalnych, bo ich życie naprawdę jest koszmarem. Ale moje zgryzoty są najmojsze. To one rozwalają mnie od środka. To one powodują, że mam ochotę wyć, zapić się czy zaćpać. Żeby chociaż przez chwilę o nich nie myśleć.

Co mnie więc przed powstrzymuje? Nie moja nadprzyrodzona siła psychiczna, ale cholerne szczęście. Wokół mnie jest grupa ludzi, których, bez żadnych eufemizmów, mogę nazwać przyjaciółmi. Ludzi, którzy po raz enty są w stanie wysłuchać moich „gorzkich żalów na fujarce”, że ktoś właśnie zniszczył całą moją wiarę w siebie, podeptał moją godność, zrujnował mi świat. Bądź po prostu o rozterkach dnia codziennego, kacu moralnym, kiedy to pomiędzy moje ideały i zasady wkracza coś, co niektórzy nazywają życiem lub wyborem pomiędzy być lub mieć.

To właśnie oni potrafią postawić mnie do pionu, czy to dając mi werbalnie w twarz, czy tuląc. Kiedy słyszę słowo „rozumiem”, wiem, że ktoś naprawdę rozumie. Będąc przy mnie, dają odczuć, że jestem dla nich ważna. I że nie muszę odgrywać twardzielki. Nie wyśmieją, nie zbagatelizują.

Zastanawiam się, gdzie bym teraz była, gdyby nie oni. Na odwyku? Na Dworcu Centralnym? W psychiatryku? W więzieniu? W grobie? Tam właśnie lądują ci, którym los nie sprzyjał tak jak mnie. A kiedy już się tam znajdą, uważamy, że sami są sobie winni. Że byli zbyt słabi lub wybrali ucieczkę przed życiem. Jasne, że są i tacy, którzy wpędzili się w nałóg przez własną głupotę, dla zabawy. Ale jest też wiele osób zagubionych, niepotrafiących poradzić sobie z tym, co ich spotkało, nieznających innej drogi. Niektórym z nich życie skopało dupę tak, że nie mieli siły usiąść. Innych problemy ktoś zbagatelizował, uznał za wymysły. A przecież dla nich były czymś, z czym nie mogli dać sobie rady. I nie musiała być to wielka tragedia, ot drobiazg, który sprawił, że życie nagle straciło sens.

Zwyczajni ludzie, tacy jak my. Mają podobne życie. Podobne troski i zmartwienia i radości. Tylko dla nich to, co nam nie spędza snu z oczu, co uznajemy za część życia,  jest problemem, z którym nie potrafią sobie poradzić. Czasem bezskutecznie wołają o pomoc. Czasem, bojąc się wyśmiania, zlekceważenia, duszą to w sobie. Brzmi znajomo?

Sama często łapię się na tym, że skoro mi się udało poskładać do kupy, stanąć na nogi, uniknąć uzależnienia (a było blisko), to inni też mogą. A później nachodzi mnie refleksja, że może w tym wypadku mogłam, ale w wielu innych to oni są silniejsi ode mnie.

Swoją drogą, ciekawa jestem, co usprawiedliwia załamanie nerwowe. Rodzice alkoholicy? Śmierć bliskiej osoby? Poronienie? Porzucenie przez ukochaną osobę? Gwałt? Trudne dzieciństwo? Jakie nieszczęście ma pozwolenie społeczne na okazywanie swojego żalu, rozpaczy? Co usprawiedliwi depresję? Co sprawi, że nie zostaniemy uznani za mięczaków?

Mam wrażenie, że okazywanie jakiejkolwiek słabości jest poważnym nietaktem towarzyskim.

piątek, 2 marca 2012

To bi or not to bi


Poniżej opisana historia lepiej pasuje do pewnego zaprzyjaźnionego bloga niż na garniturek, ale pozwolę sobie ją tutaj przedstawić. Mam nadzieję, że będzie mi wybaczone.

Rozmawiam ze swoją przyjaciółką, której wymagania względem mężczyzn są dokładnie tym, co to słowo znaczy, czyli Wymaganiami. Otóż ideał musi być: inteligentny, z dużym (i specyficznym) poczuciem humoru, czuły, ciepły, troskliwy itd., itp. I w tym miejscu pozwolę sobie mniej więcej zacytować naszą rozmowę, od razu zaznaczając, że owa przyjaciółka podoba się obu płciom.

Ja: Może jednak odkryjesz w sobie pierwiastek biseksualny?
Ona: Dobrze by było.
Ja: Podobna każda kobieta jest biseksualna, tak mówią.
Ona: To dotyczy każdego człowieka.
Ja: No widzisz. Spróbuj, przynajmniej będziesz miała 50 procent szans więcej na sobotnią randkę.
Ona: Próbowałam.
Ja: I?
Ona: To nie dla mnie.
Ja: Bo?
Ona: Jakoś nie podeszło. Nie czułam tego.
Ja: A może źle próbowałaś? Z nieodpowiednią osobą...
Ona: Myślisz? Nie wydaje mi się. Zresztą, kiedyś ci opowiem, to jako ekspertka ocenisz.

W tym momencie naszła mnie refleksja, że przecież taki dialog jest dość typowy, tylko role trzeba by odwrócić. Nie pomnę, ile razy słyszałam, że moja chęć bycia tylko i wyłącznie z kobietą wynika z faktu, że nie trafiłam na odpowiedniego mężczyznę. Radzono mi również, abym spróbowała z innym, bo może trafię na swojego, a wtedy wszystko będzie dobrze (jakby z kobietami było mi źle). Oczywiście złościło mnie to straszliwie.

Pomyślałam więc, że stosuję na przyjaciółce rodzaj nacisku i że może poczuć się zirytowana lub oburzona, bo przecież doskonale wie, co dla niej jest najlepsze. Skoro tłumaczy mi, że dla niej pocałunek z kobietą to nie było to i w ogóle, to powinnam wykazać się pełnym zrozumieniem.

I pewnie by tak było, gdyby nie fakt, że sama kiedyś myślałam, że to faceci nie potrafią się całować. Do czasu.

Na jednej ze świetnych (jak zawsze) imprez u K., przesadziwszy nieco z "niebieską lemoniadą", przeprowadziłam pewien eksperyment. Do swojego doświadczenia wybrałam sześć osób – dwie kobiety i czterech mężczyzn. Celem badania było udowodnienie, że pocałunku kobiety nie da się pomylić z pocałunkiem mężczyzny.

Nie do końca poszło to po mojej myśli. Nie ujmując niczego pozostałym osobom dobrowolnie biorącym udział w eksperymencie, pocałunek jednego z panów był, hm, no cóż, mogę tylko napisać, że testowanie trwało dłuższą chwilę, a w celu dokładnego udokumentowania zostało powtórzone.

Biorąc powyższe pod uwagę, chyba będę namawiać przyjaciółkę dalej, ku chwale zawrócenia kolejnej istoty na właściwą drogę.

A tak na poważnie, to jak to dziwnie się los plecie. Wyobrażacie sobie taką rozmowę lat naście temu? Przeprowadzoną na poważnie, bez wyraźnego odżegnywania się, oburzenia czy wyśmiania? Ja jakoś nie potrafię.

czwartek, 1 marca 2012

O'LESS Festiwal

News dnia: w wywiadzie dla "Vivy" Kasia Adamik powiedziała to, co już chyba wszyscy wiedzieli, czyli że jest związana z kobietą. Mimo że reakcje w "środowisku" to głównie "też mi nowość", to jednak jest to nowość, bo znane Polki otwarcie mówiące o swojej innej niż heteroseksualna orientacji można policzyć na palcach jednej ręki. Miło, że córka Agnieszki Holland dołączyła do tego niewielkiego grona.


Ale nie o tym dziś być miało (choć odnotować musiałam). Bo oto pierwszy raz w historii objęłyśmy, jako blog, matronat nad jakąś inicjatywą. A konkretnie nad naprawdę fantastycznym projektem O'LESS Festiwal. O co chodzi? O rodzimy lesbijski język, lesbijskie idolki, lesbijskie wzorce. O to, by spośród wątków LGBT w kulturze wyodrębnić i odkryć właśnie literkę L. Twórczynie festiwalu zdają sobie sprawę, że, w dobie zamazywania granic w pojęciu queer, taki tożsamościowy pomysł jest ryzykowny. Że trudno wyodrębnić to, co lesbijskie, że trudno ową "lesbijskość" zdefiniować. Ale: chcą poznać i pokazać polską LESShistorię, LESSkulturę, wyszukać nie/znane lesbijskie artystki. I w końcu stworzyć kulturalną LESSmapę. Mało? Będzie więcej. Gromadzenie materiałów i ich promocja na stronie festiwalu i podczas imprez organizowanych w Warszawie to tylko etap pierwszy, który potrwa do lipca 2012. Drugi jest jeszcze bardziej, przynajmniej dla mnie, smakowity - w planach jest bowiem finałowa impreza we wrześniu lub październiku tego roku.

Zapytacie, co mnie, fankę zamazywania granic, tak w tej imprezie zachwyca? Wszystko! Nie raz zdarzyło mi się pisać, że queer queerem, kłopot w tym, że myśmy do niego nie doszli/doszły, myśmy go dostali/dostały w pakiecie z podejściem tożsamościowym i paroma innymi wykluczającymi się wzajemnie pomysłami. Efekt? Mnóstwo nieprzerobionych tematów, mnóstwo zaniedbań i niewielka świadomość swojej historii, kultury, tożsamości, pomieszanie pojęć i podejść do siebie. Nie raz pisałam też, jak bardzo mi brakuje inicjatyw na miarę Michigan Womyn's Music Festival, naszych artystek, muzyczek, pisarek itd., itp. I oto pojawiło się coś, co daje szansę połączenia tych dwóch rzeczy - dania samoświadomości i pokazania naszej kultury. Jasne, że to dopiero początek, że o cyklicznej wielkiej imprezie można póki co jedynie pomarzyć, tyle że te wszystkie cykliczne wielkie imprezy (bo przecież Michfest to tylko jedna z nich), będące zarazem potężną siłą promującą i współtworzącą naszą kulturę, też kiedyś miały swój początek w tym, że komuś czegoś brakowało, więc postanowił/a to stworzyć.

Na koniec kilka słów o nazwie, bo było nad nią trochę żarcików (ale sympatycznych takich) na naszym fejsie. Co, jak się kojarzy ogłoszenia w stylu "sympatyczną less poznam", jest chyba zresztą zupełnie zrozumiałe. Monika Rak i Agnieszka Małgowska, współtwórczynie festiwalu, tak mi ją wytłumaczyły: "Jednym z motywów lesbijskich w literaturze i w filmie, a myślę, że w ogóle w kulturze lesbijskiej jest motyw sobowtór(ki). Motyw odbicia lustrzanego kobiety w kobiecie. Znanych jest tez kilka duetów artystycznych. Na przykład Wy i My i boginki od Sabatnika - nie wspomnimy o tych historycznych. Ta dwoistość jest jakimś znakiem. Dlatego też zabawiłyśmy się tym, tworząc nazwę i logo. Ale też samo słowo O'LESS jest jakimś zawołaniem, trochę na modłę hiszpańską w którym jest zabawa, a jednocześnie less-treść". Nie tylko nazwa jest zresztą symboliczna, również logo. "Apostrof między nawiasami jest klitoryczny. Biologizm waginy przekuwamy na znak, który składa się z elementów graficznych stosowanych w zapisie języka. Ale nie jest samym językiem. Ponieważ zależy nam na szukaniu własnego języka" - napisały mi Monika i Agnieszka.

To co? Włączacie się?

środa, 29 lutego 2012

Alkohole 24h


Ewa powiedziała: „napisz o alkoholu”. No tak, ale co? Alkohol: wódka, piwo, wino, winiak, rum, brandy, whisky, nalewka, miód. Shoty, longi, drinki, drineczki. Na ciepło i na zimno. W lecie i zimą. Na świeżym powietrzu i w domu. W klubie. Przy okazji i bez. Na smutek i radość. Na złamane serce. Na nerwy. Na wszelki wypadek. W towarzystwie, ale niekoniecznie. Alkohol.

Czytam statusy znajomych : „Dziś pijemy w X”, „A może by tak winko?”, „Ale mam kaca”, „Oby do weekendu, będzie picie”. No cóż, może jestem nudna, ja kaca nie lubię, a najprostszym dla mnie sposobem uniknięcia go jest niepicie. Część nowo poznanych osób, które dowiadują się, co robię w życiu, ma jeden pomysł na moją osobę. Upić mnie. Udowodnić mi, że „nie jesteś wcale taka lepsza”. Część postanawia mi się zwierzać. Im więcej wypiją, tym bardziej się otwierają. W końcu jako terapeutka na pewno wymyślę jakąś cudowną receptę na poszarpane życie, niewyrabianie się w pracy, weekendy spędzone na zapijaniu, rozdarte dzieci, złe żony/złych mężów.

Jednym z pytań, które zadaję moim pacjentom, jest to o „pierwszy raz”. Większość z nich nie do końca pamięta, jak to właściwie było, ile mieli lat i jakie okoliczności towarzyszyły temu „rozdziewiczeniu”. Trudno się dziwić, po latach spędzonych na piciu człowiek ma prawo zapominać, każdy kolejny raz zlewa się z poprzednim, łącząc się w niekreśloną magmę. Niełatwo się w tym wszystkim zatrzymać, czasem po prostu wydaje się, że tak już musi być i że właściwie to picie nie przeszkadza aż tak bardzo. Jakoś sobie trzeba wytłumaczyć ten świat. Nawet, jeśli kryje się w tym tłumaczeniu strach przed przyjrzeniem się samemu/samej sobie.

O ile sobie dobrze przypominam swój pierwszy raz z alkoholem, to było to na weselu kuzyna, na które zabrał mnie dziadek. Miałam kilkanaście lat i dużo pomysłów, czułam się bardzo dorosła i tak zostałam potraktowana. Gorzej było rano, kiedy mój ojciec podstawił mi miskę z miną na wpół wkurzoną, na wpół zatroskaną. A dziadek miał „gadane” przez parę lat.

Następne razy były już mniej widoczne i nabierałam wprawy w piciu, więc nie było scen rodzinnych ani pogadanek wychowawczych. Nawet wtedy, kiedy upiłam się z siostrą na przyjęciu poślubnym własnego ojca. No co, była okazja. Siedziałyśmy sobie pod ścianą w kuchni i bawiłyśmy się świetnie. W końcu nie codziennie rodzice biorą ślub, prawda?

Upiłam się też parę razy w liceum i jeszcze parę więcej na studiach. Wydział, na którym wówczas studiowałam, zaliczany był do pierwszej trójki najbardziej rozpitych, zaraz za prawnikami. W oparach dymu papierosowego i nad ciepłym tanim piwem spędziłam niejedną „przerwę” między zajęciami. Wtedy też zaczęłam się przyglądać innym i zwracać uwagę, jak ludzie piją  i co z tego potem wynika. Kilkoro z tamtych czasów pojawiło się w mojej późniejszej karierze z prośbą o pomoc.

Jak to się właściwie stało, że nie zostałam alkoholiczką? Czasem, kiedy się przyglądam niektórym okresom swojego życia, aż dziw mnie bierze, że potrafiłam być tak asertywna. A przecież obciążeń mam aż nadto - alkoholizm w rodzinie, wykluczenie i pewnie parę innych. A jednak nie weszłam na tę ścieżkę, gdzieś z tyłu głowy miałam zawsze, że nie tędy droga, że wcale mi to nie pomaga, że właściwie to ten alkohol do niczego mi nie jest potrzebny.

Po co właściwie pijemy? Czy i na ile wykluczenie społeczne może być przyczynkiem do większego zagrożenia uzależnieniem? Czy osoby homoseksualne piją więcej? A może piją inaczej? Skąd tyle alkoholu w związkach jednopłciowych?

Znajomi śmieją się ze mnie, że słaba pijaczka jestem. Zaglądam pod stół w kuchni, żeby sprawdzić, co też tam mamy. Znajduję francuskie wino od taty, które dostałyśmy latem zeszłego roku. Jeszcze stoi? To jedyna butelka alkoholu, która znajduje się w naszym domu.

A u was?

fot. Shalom, Wikimedia Commons

poniedziałek, 27 lutego 2012

Once Upon a Time


Dawno, dawno temu za siedmioma górami, za siedmioma lasami, za siedmioma rzekami, za siedmioma morzami, reasumując, za wszystkimi siedmioma żyły sobie królewna i jej zła macocha. Wszyscy znacie tę historię: zazdrosna o urodę swojej pasierbicy królowa starała się zrobić wszystko, by pozbyć się swojej małoletniej konkurentki. Doprowadziła biedną dziewczynę do tego, że ta musiała oddać się pod opiekę siedmiu niezbyt wysokich mężczyzn. Z ich szponów uratowało ją zakrztuszenie się jabłkiem, nadesłanym przez troskliwą przybraną matkę.

Historia ta opowiadana była po wielokroć i na wiele sposobów. Dość interesująco przedstawił ją Andrzej Sapkowski w opowiadaniu „Mniejsze zło”. Długo wydawało mi się, że nikt już więcej z tej historii nie wyciśnie. A jednak. Przypadkiem, w poszukiwaniu czegoś nowego, mniej więcej fantasy trafiłam na serial „Once Upon a Time”. Opis zachęcił mnie na tyle, że postanowiłam obejrzeć przynajmniej pierwszy odcinek. Byłam skłonna wyłączyć go na samym początku, kiedy to czarujący książę na swym równie czarującym rumaku wpada między siedmiu niewysokich facetów i ratuje metodą niezalecaną przez paramedyków ofiarę zakrztuszenia. Cieszę się, że tego nie zrobiłam.

Trudno jakoś sensownie streścić fabułę serialu. Baśń przeplata się w nim z rzeczywistością i nic nie jest oczywiste. Wyobraźcie sobie niewielkie miasteczko w Stanach Zjednoczonych, tak na oko około stu mil od Bostonu, w którym nikt nie pamięta swoich wspomnień, a co ciekawe, nie pamięta o tym, że nie pamięta. Tylko jedenastoletni chłopiec dzięki starej książce wie, że dzieje się coś dziwnego. Swoją  przybraną matkę określa mianem Złej Królowej i pragnąc uwolnić spod jej wpływu mieszkańców Storybrook, odnajduje swoją biologiczną matkę. Wierzy bowiem, że jest ona córką królewny Śnieżki i czarującego królewicza (tego nie wiedzieliście, co?), i że tylko ona może przywrócić miasteczko do prawdziwego życia.

Historie z „realnego świata” przeplatane są z wątkami baśniowymi. Jeżeli jednak myślicie, że znacie bajkę o królewnie Śnieżce i siedmiu krasnoludkach, Czerwonym Kapturku, Jasiu i Małgosi czy wiecie wszystko o prawdziwym charakterze Rumpelstiltskina, to jesteście w błędzie. A oglądając te wątki, dowiadujecie się, kim są w tym mniej realnym dla nas świecie mieszkańcy Storybrook. Bo te dwa światy oczywiście się łączą.

I wiecie co, to wszystko jest spójne. Bardzo rzadko zdarza się twórcom serialu zapędzić na mieliznę czy wpaść w dłużyzny. Jeśli coś mnie nieco rozczarowuje, to fakt, że Zła Królowa (Lana Parrilla, na zdjęciu u góry) jest po prostu... zła. Jak to określiła moja przyjaciółka, trudno mi uwierzyć, że zło może istnieć ot tak, bez przyczyny. Na szczęście oponentka Złej Królowej (którą gra Jennifer Morrison, tak, to ta blondynka z pierwszych 129 odcinków House’a) nie jest osobą bez skazy. Co niewątpliwie dodaje całej historii uroku. Również najszlachetniejsza ze szlachetnych, jaką jawi się nam od dziecka Śnieżka, oprócz charakteru, ma również charakterek.

Zastanawiam się, kiedy scenarzystom skończą się pomysły. Jak na razie wena im dopisuje, a serial z odcinka na odcinek staje się coraz bardziej pomysłowy. Ale pojawiło ich się dopiero 13. Mam jednak nadzieję, że pierwszy sezon nie będzie jednocześnie ostatnim.

niedziela, 26 lutego 2012

Hyde park?


Póki co skończyły mi się pomysły na ulepszanie bloga. Przynajmniej jeżeli chodzi o stronę graficzną i funkcjonalności. W ostatnich tygodniach udało się wprowadzić większość zmian, które zaplanowałam przed falstartem nowego wyglądu (tu ogromne podziękowania dla Przemka i Łukasza, bez których niewiele udałoby nam się zrobić), pozostałe leżą w gestii Bloggera, który, choć pozostaje moją ulubioną platformą blogową, ma swoje ograniczenia i jest wyjątkowo nieprzyjazny dla wszelkich obcych (jak nasz obecny layout) rozwiązań.

Choć z nowej skórki cieszę się jak dzika (i nie, nie piszcie już, że się wam nie podoba), to rzecz jasna wiem, że nie dla obrazków i funkcjonalności tu bywacie (choć może ktoś, jednak, czasami?). Dlatego większą zmianą na plus jest dla mnie pojawienie się kolejnej autorki - dubiduu - a wraz z nią tematyki, której tutaj wcześniej nie było. Do tego od jakiegoś czasu w komentarzach, głównie na naszym fejsie, pojawiają się pomysły na kolejne zagadnienia, które można by poruszyć. A ostatnio padł pomysł stworzenia czegoś w rodzaju hyde parku, gdzie swoje miejsce znalazłyby co ciekawsze dygresje z dyskusji, które giną wśród innych komentarzy. Albo wręcz cyklicznego przygotowywania zestawienia tychże dygresji, aby umożliwić im drugie życie i odpowiedni poziom wydyskutowania. Czy też po prostu stworzenia forum.

Nie jestem specjalną fanką dodawania do bloga nie wiem ilu gadżetów, na dodatek w dobie fejsa trudno mi ocenić, czy jakiekolwiek narzędzia społecznościowe niezwiązane z dużymi platformami czy portalami mają sens, ale na fali tych pomysłów przyszło mi do głowy, że jakieś mikroforum wymiany myśli mogłoby się okazać przydatne. Moja propozycja tu (i w nawigacji u góry po prawej), jak się wam nie spodoba, to je odepnę i tyle. Co nie znaczy, że nie przetestuję pomysłu z zestawianiem dygresji w osobnym tekście, choć mogą z tego wyniknąć dość osobliwe dyskusje. Spójrzcie chociażby na off-topikowe komentarze spod ostatnich postów: toalety dla kobiet i osób niepełnosprawnych płci dowolnej, podwyższenie wieku emerytalnego i Ellen DeGeneres jako wzorzec podejścia do samej siebie. Ale zobaczymy.

Co jeszcze? Piszcie! Główna formuła bloga się nie zmieni, pomysły na nowe teksty wciąż są, chęć do pisania też. Ale też - współtworzycie to miejsce. Dzięki wam żyje, ewoluuje, rośnie. Tak że, na wypadek, gdyby dotąd nie dało się tego zauważyć, jestem otwarta na pomysły. Nawet te przedziwne. W końcu nawet jak nic z nimi nie będę w stanie zrobić, zawsze może z tego wyniknąć kolejny tekst. Do działu humor lub innego.

Na rysunku: Hyde Park, księżna i książę Walii w otoczeniu rowerzystek i rowerzystów, "Vanity Fair", 1879.

czwartek, 23 lutego 2012

Podpisujmy!


No i stało się - pierwszy projekt ustawy o związkach partnerskich (ten najbliższy ideałom akcji "Miłość nie wyklucza") od poniedziałku dostępny jest na stronie Sejmu (tu i tu). Teraz trzeba "tylko" tę ustawę uchwalić. Lub inną (choć wolałabym tę), bo do tego mają przecież jeszcze dojść PACS-y, no i coraz więcej o swoim projekcie mówi też PO. Co zabawne, póki co pomysły Platformy wcale tak źle się nie prezentują. Ba, sytuują ich potencjalny projekt pośrodku - między najambitniejszym, przygotowanym przez prawniczki i prawników MNW i KPH, a PACS-ami. Tak że może być ciekawie.

A skoro projekt jest w Sejmie, to trzeba zacząć naciskać. Naciskamy więc: od dziś można się podpisać pod apelem do marszałkini Sejmu o nadanie biegu "naszej" inicjatywie ustawodawczej oraz do posłów i posłanek o rzeczową debatę i przyjęcie ustawy. Na razie jest nieźle - udało się już zebrać ponad tysiąc podpisów. Rzecz jasna nawet tysiąc razy tyle nie sprawi, że ustawa zostanie przyjęta, ale w momencie, gdy projekt znalazł się w Sejmie, trzeba pokazać, jak wielkiej rzeszy ludzi jest potrzebny. Pisać, uświadamiać, tłumaczyć. I uzbroić się w cierpliwość, bo, choć chciałabym w tej sprawie być optymistką, to jakoś trudno mi uwierzyć, że, nawet dla odwrócenia uwagi od pomysłu z podniesieniem wieku emerytalnego, posłowie i posłanki PO zdobędą się teraz na coś więcej niż ewentualne przygotowanie własnego projektu ustawy o związkach partnerskich (bo takie obiecanki nie grożą, o czym już mieliśmy okazję się przekonać po ubiegłorocznych wyborach, utratą poparcia).

Ale: trzeba próbować. Wszak (to już taka moja mantra) całkiem niedawno, bo w wakacje ubiegłego roku, debatowaliśmy w Sejmie nad wrzuconymi w ostatniej chwili przed wyborami PACS-ami. Do kolejnych wyborów daleko (choć kto wie, kryzys, emerytury i takie tam), a już mamy kolejny projekt i dwa w drodze. Jasne, że już się naczekałyśmy, że chcemy ustawy teraz i natychmiast, ale też trudno nie zauważyć (naprawdę trudno!), jak wiele się w ostatnich miesiącach w tej kwestii dzieje. I to raczej nie dzięki temu, że, jak niektórzy lubią mówić, społeczeństwo czy politycy dojrzeli. Po prostu w pewnym momencie ktoś postanowił wziąć sprawy w swoje ręce (i tu należy oddać palmę pierwszeństwa Grupie Inicjatywnej ds. Związków Partnerskich) i nagle zaczęło się dziać. Czy byłoby tak samo, gdyby wszyscy nadal siedzieli z założonymi rękami? Być może, ale byłby to niezły zbieg okoliczności. Potwierdzający zresztą, że już czas. I nie ma na co czekać.

wtorek, 21 lutego 2012

Trzy kolory czytania


Przepis na inicjatywę, która niemal na pewno mi się spodoba? Kobieca, niszowa, promująca kulturę (i w ogóle działalność) niezależną. Dlatego bardzo mnie ucieszył powrót UFY (tak, po blisko dwóch latach bezdomności mają nowy lokal), dlatego promuję i z wielką przyjemnością dałam się ostatnio zaprosić na spotkanie w ramach Wyspy Kobiet, dlatego też mocno kibicuję kolejnemu projektowi grupy stojącej za magazynem "Trzy Kolory" - internetowej księgarni (i nie tylko) 3K.

Tak, wiem, w internecie nie brakuje tego typu inicjatyw, a że "nasza" kultura jest siłą rzeczy dość niszowa, to i "naszym" księgarniom i innym sklepom internetowym do mainstreamu daleko. Gdzie tkwi różnica? W podejściu. Jak napisała mi o tym pomyśle jedna z twórczyń 3K Agnieszka Kraska: "3K to księgarnia internetowa, której zakres tematyczny to duchowość (ta spoza głównego nurtu), feminizm i polityka (też spoza głównego nurtu). To taka księgarnia boginiczno-feministyczna. Książki o tematyce LGBT również są mocno eksponowane. Chcemy promować małe, niszowe wydawnictwa, chcemy, żeby można u nas było kupić książki, czasopisma, muzykę, których nie ma gdzie indziej. Nie unikamy dużych wydawnictw, ale eksponujemy i promujemy głównie małe i małych. Tam można znaleźć prawdziwe perełki. Mamy u siebie na przykład doskonałą książkę Barbary Srebro Oko Wielkiej Bogini. Barbara założyła wydawnictwo specjalnie po to, aby wydać własną książkę. W podobny sposób powstało Anadiomene - wydawnictwo, z którym też współpracujemy - żeby tłumaczyć i wydawać w polskie edycje książek Elaine Morgan. Nawiązałyśmy też kontakt z zespołem Back To The Ocean i niedługo powinien pojawić się u nas ich maksisingiel, który do tej pory sprzedawany był jedynie podczas koncertów".

Trochę mi to przypomina mój ulubiony sklep muzyczny CD Baby, który promuje (i solidnie wynagradza, w przeciwieństwie do dużych wytwórni) niszowych artystów i artystki, i który jest pierwszym miejscem, poza stronami samych muzyków i muzyczek, w którym szukam płyt. Mam nadzieję, że 3K stanie się podobnym miejscem - gdzie niezależni twórcy i twórczynie będą mieli szansę na debiut i wyjście do szerszej publiczności. I w którym będzie można znaleźć rzeczy, których gdzie indziej w Polsce po prostu nie ma. Tak że polecam rejestrację i regularne zaglądanie - nie tylko zakładka LGBT i lutowe promocje są ciekawe.

niedziela, 19 lutego 2012

(Nie) jestem zawodową lesbijką

Kilka lat temu, jak jeszcze nie było tego bloga, naszego ślub i takich tam, po wpisaniu w Google mojego imienia i nazwiska na pierwszym miejscu pojawiało się takie coś:
Nie mam pojęcia, ile atrakcyjnych ofert pracy mnie dzięki temu ominęło, wszak na tego typu kwalifikacje nie ma specjalnego popytu na rynku. To żart, ale nie do końca. Bo choć z pewnością iluś tam osobom chodziło i nadal chodzi po głowie, by ze swojej nieheteronormatywności żyć, a kilku nawet się to udało, to jednak ogromna większość aktywistów i aktywistek działa po godzinach, gdzieś tam między nauką i/lub pracą a życiem prywatnym i innymi sprawami. A jednak stereotyp zawodowego geja czy lesbijki, czyli kogoś, kto niekoniecznie ze swojego aktywizmu żyje, ale czyja orientacja i działalność z nią związana jest czymś, wokół czego toczy się całe jego/jej życie, ma się dobrze. Przykłady? Żeby daleko nie szukać - komentarze pod niedawnym wpisem o rekcjach na uzasadnienie wyroku w sprawie o znieważenie, w których znalazła się figura "butnych i wiecznie walczących lesbijek" jako opozycja do "po prostu szczęśliwych lesbijek". Z innych przykładów - u Abiekta pojawiło się ostatnio takie coś:
Przyznaję, że trochę zaczynam się nudzić. To znaczy - nie mogę się doczekać kilku kwestii, ale też nudzi mnie ustawa o związkach. Czas na coś nowego i jakiś ferment. Mam nadzieję, że HomoWarszawa będzie tym "nowym", bo i nowe to będzie... Ale chyba chodzi mi też o to, że tematyka LGBT okazuje się w pewnym momencie - gdy mówimy o teraźniejszości - dość wąska. Stąd też chyba Czaplicka nagle odkrywa przed światem, że nago czyta a Tomaszewicz publikuje teksty historyczne.
Zirytował mnie ten fragment, choć początkowo nie wiedziałam, dlaczego. A potem do mnie dotarło - oto działacz powiela stereotyp o zawodowych działacz(k)ach. Ocenia Czaplicką i Tomaszewicz, biorąc pod uwagę jedynie najbardziej widoczną część naszego życia. I gdy nagle - bach - w tej widocznej części dostrzega coś niepasującego do dotychczasowego "wzorca", konstatuje, że komuś się zmieniła optyka. Nie jest to podejście niezwykłe, ale mimo wszystko w wydaniu aktywisty zaskakuje.

Tak, sprawy LGBTQetcetera są dla mnie ważne (i, tak na marginesie, wcale nie uważam, że to wąska tematyka), ciekawe, ba, momentami wręcz fascynujące, nie tylko w kontekście obecnej sytuacji społeczno-politycznej, ale też w wymiarze bardziej uniwersalnym - gry tożsamościami, odcieni wykluczenia, różnic w samopostrzeganiu, siły kulturotwórczej. Stąd taki, a nie inny blog, stąd ileś tam tekstów w innych miejscach, stąd pokazywanie się w mediach, wspieranie przeróżnych akcji i tak dalej. Ale takich ważnych dla mnie rzeczy jest trochę więcej. Że ich nie widać lub widać tylko trochę? Hm, nie wiedziałam, że poziom zaangażowania mierzy się widocznością działań. 

A jednak - niektórzy i niektóre mierzą i mylą widoczność z pełnym oddaniem (wersja pozytywna) lub zafiksowaniem (wersja negatywna). I ciekawa jestem, dlaczego. Bo uważają, że do aktywizmu pcha ludzi ogólne poczucie niedowartościowania i brak własnego życia? Bo myślą, że skoro już ktoś się w działaczostwo bawi, to z pewnością nie ma (a może nie powinien mieć?) czasu na inne sprawy? A może z poczucia, że działacz(ka) to nie do końca człowiek, a już na pewno nie taki zwyczajny, co to i do kina na film akcji pójdzie, i serial obejrzy, i książkę poczyta, no chyba że jest to film, serial i książka aktywistyczna? Lub z innego stereotypu, że osoby nieheteronormatywne w ogóle mają mniej funkcji niż te wpisujące się w normy (np. istnieją wyłącznie w klubach i na paradach, oczywiście organizowanych za pieniądze "normalnej", pracującej i płacącej podatki części społeczeństwa)? Albo z chęci odróżnienia się, podkreślenia, że dla "normalnego" geja czy lesbijki, w przeciwieństwie do tych zawodowych (swoją drogą - czy ktoś kiedykolwiek słyszał o "zawodowych biseksualist(k)ach"?), życie nie kręci się tylko wokół własnej orientacji? 

Ha, pewnie z tego wszystkiego po trochu i jeszcze z paru innych rzeczy. Na przykład z przedziwnych opowieści jednych działaczy o innych działaczkach. Bo coś mam wrażenie, choć może mylne, że i Czaplicka nie dlatego zaangażowała się kampanię "Nie czytasz? Nie idę z Tobą do łóżka", że tematyka LGBT zrobiła się dla niej zbyt wąska czy nudna (zresztą akurat ta akcja jest jak dla mnie multizorientowana i w tym jej urok). Ale oczywiście mogę się mylić.