piątek, 30 grudnia 2011

2011: ludzie i miejsca

Pod koniec 2010 roku nieopatrznie wyraziłam życzenie, by 2011 był dla nas równie ciekawy. I, choć myślałam, że to już niemożliwe, był. W drugiej części życzeń było coś o chwili odpoczynku. I pewnie takowa też była, kłopot w tym, że "chwila" to wyjątkowo nieostra jednostka czasu. Mam nauczkę, by wyrażać się precyzyjniej.

Co z tego intensywnego roku najbardziej zapadło mi w pamięć? Z rzeczy "krajowych" - wojny torebkowe wokół Parady Równości, prace nad ustawą i promocją związków partnerskich, wybory parlamentarne, dyskusja wokół 11 listopada. Z rzeczy blogowych - tropienie mizoginii i zabawy wizerunkowe. Z kultury - koncert Ani DiFranco, "Drugie życie Lucii", emocje wokół "The Kids Are All Right", lektura "Seks a religia". Ze skutków naszego ślubu - wywiad w "Polityce". Nie pokuszę się o układanie rankingów, wybieranie wydarzeń przełomowych, najważniejszych, najbardziej znaczących. Zamiast tego kilka słów o ludziach, których miałyśmy okazję w tym roku poznać (lub poznać lepiej) i miejsc, które odwiedziłyśmy.

Bielsko-Biała, czyli miejsce ostatniego (nie wiem, czy w historii, ale możliwe, że tak) występu naszego kabaretu. Nie dość, że, zupełnie obiektywnie, piękne (góry!), to jeszcze charakteryzujące się ponadprzeciętnym stężeniem ludzi, którym się chce, którzy są jacyś, którzy mają niesamowicie pozytywną energię. W 2011 wróciłyśmy tam jeszcze dwukrotnie.

Manchester - skoro byłam tam w tym samym czasie, co Ani, to nie ma możliwości, by się w tym zestawieniu nie znalazł. To miasto ma trzy cechy, które mnie szczególnie ruszają - przemysłową architekturę, zamiłowanie do sztuki i dobrej muzyki. Z polskich podobnie czuję się w Łodzi.

Agnieszka Olszewska, czyli projekt Back To The Ocean, Rajstopy Heleny, Da Boyz & the Drag Kids, Furja, Betty Q & Crew - artystki, które wsparły styczniowy i grudniowy benefit na rzecz akcji "Miłość nie wyklucza". Dość często zdarza mi się marudzić na niedostatki "naszej" sceny muzyczno-artystycznej. Dzięki tym (i kilku innym) kobietom marudzę chyba coraz mniej, bo, poza tym, że można na nie zawsze liczyć, są najzwyczajniej w świecie dobre w tym, co robią.

Pavko Krajka - gość stojący za sopockim klubem Elton, a wcześniej za Faktorią. Gospodarz dwóch benefitów na MNW, ale przede wszystkim twórca rzeczy jak dla mnie niezwykłej - imprez bez lansu i selekcji, na których każdy, bez względu na to, czy ma lat naście czy dziesiąt, ciuchy i fryzury z metkami czy bez, czuje się jak u siebie. Pavko, zamiast skupić się na zarabianiu pieniędzy (rzecz dla klubów zupełnie zwyczajna), postawił sobie za cel wspieranie i integrację środowiska. Nie wiem, jak na tym wychodzi, wiem, że z pewnością nie brakuje mu sympatii ludzi.

Ekipa zebrana wokół akcji "Miłość nie wyklucza" - różnorodna, mądra, kreatywna. Nie mam pojęcia, co się ostatecznie z tego zgromadzenia wykluje, ale tak czy siak końcówka roku przebiegła u mnie pod znakiem mariażu z grupą pozytywnych szaleńców.

Blogowa społeczność - te i ci z was, które i którzy czytają, linkują i komentują (tu i na Facebooku), czasami na tyle intensywnie, że dyskusje o tekstach budzą emocje, których same teksty nawet by nie drasnęły. Część z was jest tu z nami niemal od początku naszego pisania, część dołączyła w trakcie, część pojawia się na chwilę, rozrabia i znika. Wszystkie i wszyscy jesteście głównym powodem, dla którego ten blog żyje.

Na koniec tradycyjne wróżenie z fusów. W 2012 czekają nas kolejne zawirowania wokół ustawy o związkach partnerskich. Happy endu jeszcze nie będzie, ale będzie ciekawie. Będą kolejne wojny torebkowe. Parada tym razem nie wzbudzi szczególnych emocji, dużo więcej będzie się działo wokół manifestacji "lewicy" i "prawicy". W styczniu dotrze do mnie prezent z Righteous Babe Records, który wyłączy mnie na jakiś czas z życia, a Gosia będzie się na żywo zachwycać Tarją Turunen. A czego sobie życzę? Więcej niż chwili spokoju, więcej weny do pisania, więcej kilometrów w powietrzu. I mniej powodów do irytacji, choć z tym może być tradycyjnie słabo.

wtorek, 27 grudnia 2011

Koniec wkurzacza pedalskiego

Jako że odnotowuję tu co ważniejsze zmiany w "naszym" internecie, tego newsa (choć już ciut przebrzmiały) też zabraknąć nie może. Oto 30 grudnia z sieci zniknie portal Gaylife.

Wszystko, co ma swój początek, ma też swój koniec. Tym cytatem z Matrixa moglibyśmy skomentować informację o zawieszeniu działalności portalu Gaylife.pl. 30 grudnia 2011 r. po 7,5 roku działalności. Tego dnia po 22ej zostanie wyłączony serwer portalu i zniknie on z sieci - czytamy w pożegnalnym tekście (udostępnionym, a jakże, wyłącznie zarejestrowanym użytkownikom i użytkowniczkom).

Reakcje w sieci wahają się między "gwiazdkowy prezent" a "wcale mi nie żal", a mnie jest, przyznam, trochę szkoda. Mniej więcej na tej samej zasadzie, na której nadal szkoda mi prywatnego folwarku tajemniczego tworu zwanego Karą Auchemann z czasów jego świetności. Dlaczego? Bo choć materiału do zdrowego hejtu w sieci nie brakuje, to nasze portale w produkcji tego typu treści są gdzieś na szarym końcu. Bo, z całą sympatią do twórców i twórczyń stron, które podczytuję, polska sieć spod znaku LGBTQetcetera jest śmiertelnie poważna i takoż grzeczna, przez co nijak się ma do treści generowanych przez jej użytkowników i użytkowniczki na forach i w komentarzach, które ani poważne, ani grzeczne zazwyczaj nie są. Za to ich autorzy i autorki często mają coś, czego nasze poważne portale tak uparcie sobie odmawiają: ostrość sądów i monopol na prawdę.

Gaylife kreowało prostą rzeczywistość, w której słowo naczelnego było prawem, a niezgadzający się z nim głupcami, pieniaczami lub zazdrośnikami. W chwilach, kiedy nie relacjonowało kolejnych imprez z udziałem kolejnych drag queens, z nawiązką nadrabiało sieciowe braki w treściach jedynych prawdziwych, niepoprawnych, sensacyjnych i w dużej mierze z d... wziętych, ochoczo racząc nas kolejnymi newsami o przekrętach Roberta B., przełomowych działaniach swojego naczelnego, wściekłości klientów Toro po podniesieniu cen przez jego właścicieli, kolejnych przekrętach Roberta B., kopiowaniu przez jedną drag queen stylu drugiej drag queen, jeszcze większych przekrętach Roberta B., czacie ze swoim naczelnym, kompromitacji Roberta B., przekrętach Fundacji Równości, kolejnej kompromitacji Roberta B. i tak dalej w ten deseń. Oczywiście zdarzały się w tym wszystkim zwykłe nudne informacje, ale zazwyczaj przechodziły bez echa, w przeciwieństwie do tych, w których Adler wytaczał ciężką artylerię przeciw Robertowi B., Naszej Sprawie 2 czy osobom, które śmiały skrytykować tegoroczną Paradę Równości. Obrzucanie błotem, tania erotyka, fotoreportaż z operacji plastycznej, której poddał się naczelny i nowy image Szymona Niemca - po takie treści wchodziło się na Gaylife.

Czego tu więc żałować? Miejsca, które, przy swoich rozlicznych wadach (przy których koszmarny layout był zaledwie drobną niedogodnością), było takoż inne, co dziwnie znajome. Pełne złości, pomówień, antyfeministyczne, lesbofobiczne i konserwatywne, ale też też odzwierciedlające poglądy, które nie są ani zaskakujące, ani, jeżeli wziąć pod uwagę ich powszechność (znowuż: zapraszam do lektury naszych for i komentarzy na portalach), szczególnie kontrowersyjne. Plus, co tu ukrywać, materiału do solidnego hejtu, emocjonalnych komentarzy i obśmiania w chwilach informacyjnej posuchy.

Ale: coś czuję, że twórca Gaylife nie powiedział jeszcze ostatniego słowa. Aż tak mi więc nie szkoda.

niedziela, 18 grudnia 2011

Żona idealna i nieidealny kryminał

Na wypadek, gdyby ktoś się nie domyślił, niższa niż przeciętna aktywność na blogu wynika i z okresu przedświątecznego, i z zaangażowania autorek w akcję "Miłość nie wyklucza". Gryzie mnie to trochę, przyznaję, bo związki związkami, to ważne, kluczowe, bo bez nas (nas, czyli zainteresowanych) może i się uda, ale pewnie później i jeszcze bardziej nie tak, jak byśmy chciały i chcieli, ale z drugiej strony pisanie też jest ważne, ileś tam osób na te wpisy czeka (by pokomentować lub pohejterzyć), a na dodatek wyżej podpisana pisać lubi, nawet bardzo, i sprawia jej to nawet niejaką satysfakcję. Cóż więc teraz? Próbuję to pogodzić, serio. I wierzę, że się uda, a jak nie, to rozpiszę ankietę, z czego powinnam zrezygnować - z bloga, działalności społecznej, pracy zawodowej czy snu. Punktów "życie osobiste" i "rozrywka" oczywiście nie uwzględnię. Ba, nawet coś z tej ostatniej kategorii nawet dziś polecę.

W naszej rodzinie na zaszczytny tytuł fanki seriali zdecydowanie zasługuje Gosia. Ja jestem w stanie wymienić zaledwie kilka, które obejrzałam od pilota po ostatni odcinek, który, tak na marginesie, rzadko domyka fabułę, za to znacznie częściej pozostawia poczucie niedosytu połączone z irytacją (superchlubny wyjątek to "Sześć stóp pod ziemią"), nieszczególnie też już pamiętam owo lekko euforyczne uczucie, które w czasach, gdy byłam jeszcze podłączona do telewizji, towarzyszyło oczekiwaniu na kolejne odsłony jakiegoś tasiemca. Teraz oglądam blokami po kilka odcinków i na wyrywki - pierwszy sezon zazwyczaj w całości, kolejne w miarę czasu i stopniowo zanikającej potrzeby. Ostatnio na ten tryb oglądania załapały się dwie rzeczy - "Rizzoli and Isles" i "The Good Wife". Łączą je fajne główne bohaterki i okołośledcza tematyka, poza tym to trochę inna serialowa liga. Pierwszy to dość naiwna seria historyjek z życia wydziału do spraw zabójstw spod znaku "rozwiąż nawet najbardziej skomplikowaną intrygę w 45 minut z reklamami". Atut: tytułowe panie - policjantka i patolożka, które nie, nie są parą (choć czytelniczki After Ellen momentami mają inne zdanie), ale robią za bardzo ładny duet - jedna twarda, nieokrzesana, z niższych sfer, druga zakładająca mini i bluzkę z odpowiednią metką nawet do sprzątania, chodząca Wikipedia o niemal arystokratycznym pochodzeniu. I właśnie dla relacji między tą dwójką warto przynajmniej parę odcinków obejrzeć:
"The Good Wife" to dla odmiany klasyczna produkcja pod Złote Globy i inne Emmy (parę zresztą dostała). Mocna obsada (w tytułowej roli Julianna Marguiles, dla której zresztą sięgnęłyśmy po ten serial), świetny duet producencki Ridley Scott plus Tony Scott, niemal perfekcyjna gra aktorów, zarówno ze starszego, jak i z młodego pokolenia (zresztą ilekroć oglądam jakiś amerykański serial, zastanawiam się, jak to się dzieje, że "ich" dzieciaki są takie dobre, a "nasze" takie drewniane). A o czym jest? Krótko - o Alicii Florrick, żonie wpływowego prokuratora, która po tym, jak ten trafia do więzienia za korupcję, zatrudnia się w kancelarii prawniczej, broni zazwyczaj niewinnych klientów, dochodzi do tego, kto naprawdę zawinił i próbuje uporać się z wystawieniem swojego życia na widok publiczny (mąż prokurator, poza tym, że jest podejrzany o korupcję, raczył ją zdradzać i dać się w trakcie popełniania tej zdrady nagrać) i, mimo oporów, ale dla dobra dzieci, wspierać apelację męża. Plusy - niebanalne sprawy, sporo dylematów moralnych (konieczność obrony klienta niezależnie od tego, czy jest winny, czy nie, kara śmierci, rasizm, nielegalni imigranci itd.) i niezłych zagadek, szósty zmysł Alicii, która w zabazgranym kawałku papieru potrafi dostrzec rozwiązanie zagadki, oraz pani śledcza z tejże kancelarii, czyli grana przez Archie Panjabi Kalinda Sharma:
Kalinda potrafi zdobyć każdą informację i zmusić do mówienia najbardziej oporną osobę, i w sumie trudno się temu dziwić. A na dodatek interesują ją zarówno panowie, jak i panie. Ale nie tylko dla niej (chociaż mnie by wystarczyła) warto pooglądać.

Dodatkowy smaczek - jakieś 20 sekund z któregoś z wcześniejszych odcinków pierwszej serii, kiedy to szefowa Alicii, biznesowa feministka, dowiaduje się z plotkarskiego telewizyjnego szoł, że ukrywa swoją homoseksualną orientację. Jej reakcję polecam wszystkim uczestniczkom niedawnej outingowej debaty na tym blogu.

poniedziałek, 12 grudnia 2011

Po rocznicy - impresje i kontrowersje

fot. Grzegorz Banaszak

Trudno jest podsumowywać imprezę, które się współorganizowało, ale zaryzykuję. Udało się. Na sobotnim beneficie na rzecz akcji "Miłość nie wyklucza" i rocznicy naszego ślubu w jednym dopisali goście i gościnie (przez klub, w sumie niewielki, przewinęło się około 170 osób), artyści i artystki. Nie dotarł wprawdzie, pokonany przez przeziębienie, mój ukochany bard Martin Lechowicz, ale w chyba na dobre wyszło, bo program i tak pękał w szwach. Jak nie było występów, to były powitania, konkursy, licytacja, tort i symboliczny toast. Zebrane i zebrani mieli dłuższą chwilę na złapanie oddechu i pozwiedzanie Pardon, To Tu jedynie przed koncertem Czesława Mozila, kiedy nasz nagłośnieniowiec dwoił się i troił, by podłączyć wszystkie akcesoria, które ekipa Czesława ze sobą przytargała. Część do posłuchania i popatrzenia (kolejno: Maryja Furyja Konopnicka, Da Boyz & the Drag Kids, Furja jako dr Wsadowska, Betty Q & Crew z zapowiedziami Salatix, Czesław Mozil) zakończyła się grubo po północy, potem klub do rana przejął Kolektyw Ladyboy. Gosia i ja wyszłyśmy gdzieś o trzeciej, ostatni goście (i część artystów) koło ósmej. Czyli zdaje się, że było nieźle.

Efekty? Poza świetną (choć nie według wszystkich, ale o tym za chwilę) zabawą, po odliczeniu (niestety niebagatelnych) kosztów nagłośnienia i paru pomniejszych rzeczy (jak zwrot kosztów dojazdu dla artystki) udało się zebrać 1396 zł. Miło. Plus znajomość z Betty Q, Czesławem i drag kingami Elizque Tranglesiasem i Dieterem van Tease (jego numer z grą genderem to dla mnie najlepszy moment wieczoru), którzy wsparli nas po raz pierwszy (pozostałe artystki to już stara benefitowa gwardia), ale mam nadzieję, że nie ostatni. Plus kilka prywatnych znajomości, równie miłych i z szansą na kontynuację. A co się (niektórym, choć zastrzeżenia zgłosiła jedna osoba) nie podobało? Otóż Betty Q, prawdopodobnie najlepsza polska specjalistka od burleski, spełniła jedno ze swoich marzeń i zatańczyła na scenie do śpiewanej na żywo przez Czesława "Fischikelli". Zmysłowo, a jakże. Z odpowiednią dawką erotyzmu i golizny.
fot. Grzegorz Banaszak

I właśnie ów taniec oburzył jedną z gościń na tyle, że poczuła się w obowiązku nas poinformować, że "nie wszystkim się podoba to, co ten koleś wyrabia". Nie mam pojęcia, czy chodziło o złamanie zasad jakiejś hardkorowej wersji feminizmu, czy o coś innego, ale zawsze miałam wrażenie, że jak dwoje dorosłych świadomych osób ma ochotę zrobić coś razem, a tym czymś jest na przykład wspólne wykonanie piosenki, polegające na tym, że on śpiewa, a ona tańczy, zrzuca trochę ciuszków i go tym tańcem uwodzi, to nie ma w tym nic złego. I że w XXI wieku fakt, że kobiety posiadają coś takiego jak seksualność nikogo już nie dziwi czy nie szokuje - szczególnie w gronie osób, które (teoretycznie, wiem) są dość otwarte. W sumie ta sytuacja była dość zabawna, bo spodziewałam się zupełnie innych zastrzeżeń - że klub mały, że miejsc siedzących jeszcze mniej, że stojąco-bujana impreza zakrojona na tyle godzin to przesada. A tu niespodzianka - nic z tego nie było. To dobrze, żeby nie było wątpliwości.

Na koniec dla odmiany trochę malkontenctwa z mojej strony. Najpierw drobiazg - wśród gości był pan związany z Ruchem Palikota, który im więcej pił, tym bardziej próbował się dostać do mikrofonu (raz mu się udało, pod pretekstem udzielenia odpowiedzi na pytanie konkursowe), by poopowiadać, jaka to fajna i tolerancyjna partia. W sumie nic dziwnego, niektórzy politycy tak mają, że muszą się lansować przy każdej okazji, ale co się zirytowałam, to moje. Druga rzecz - biletami wstępu na imprezę były cegiełki. I okazało się, że parę osób (niestety głównie, jak nie jedynie, płci żeńskiej) wpadło na genialny pomysł, by po zostawieniu kurtek w szatni wyjść na zewnątrz i przekazać owe cegiełki znajomym, aby te mogły wejść za darmo. I weszły, a jakże (tak jak i weszło kilka osób, które po prostu "nie zauważyły" naszego "biletera"). I tak - z jednej strony wszelkie obrączkowanie czy pieczętowanie gości i gościń to nic fajnego - w końcu wszyscy są dorośli i chyba wiedzą, co robią. I, obiektywnie rzecz biorąc, takie zachowanie nie generuje jakichś strasznych strat, wszak zazwyczaj cwaniakuje, szczęśliwie, mniejszość. Z drugiej - tego typu zachowanie jest nieładne zawsze, a już szczególnie, gdy się wchodzi na imprezę, która ma na celu zebranie pieniędzy na jakiś cel. W końcu zazwyczaj (a na pewno tak było w tym przypadku) wszyscy pracują wtedy za darmo (czy za symboliczne piwo) - i artyści, którzy ponoszą koszty związane i z przygotowaniem, i z tym, że w tym czasie mogliby wystąpić gdzieś indziej za pieniądze, i organizatorzy, którzy muszą się nieźle nagimnastykować, by i artyści, i goście czuli, że opłacało się na tę imprezę przyjść i ów cel wesprzeć. Nie sądzę, by któraś z tych osób, które uznały, że generalnie mają tę pracę gdzieś, czytała ten tekst, ale na wypadek, gdyby tak było: naprawdę rozumiem, że nie każdego stać, by wydać te 10 czy 15 złotych w sobotni wieczór. Dlatego następnym razem po prostu skontaktujcie się z organizatorami. Pracy jest zazwyczaj dość i dla jednej, i dla pięciu, i dla dziesięciu i więcej osób. Pomożecie - w promocji imprezy, przygotowaniu klubu, opiece nad artystami, zorganizowaniu sprzętu czy czymkolwiek innym - wejdziecie za darmo. Proste i nie trzeba się będzie wstydzić, że ktoś was przyłapał na oszustwie (tak, przyłapane też weszły - jesteśmy frajerami).

Tyle marudzenia. A galeria zdjęć z imprezy tu.

czwartek, 8 grudnia 2011

Rocznicowe przemyślenia

Rok i dwa dni temu najdłuższy dzień w naszym życiu powoli dobiegał końca. W oparach zmęczenia snułyśmy się po imprezie weselnej w Nowym Jorku, ambitnie planując mały wypad na miasto, gdy w końcu pozwolą nam pobyć trochę tylko ze sobą i "po cywilnemu". Skończyło się na szumnych deklaracjach - gdy tylko dotarłyśmy do hotelu, niemal natychmiast poszłyśmy spać.

Rok, dwa dni i kilkanaście godzin temu nasza przygoda z konkursem SAS weszła w fazę kulminacyjną. 11 tysięcy metrów nad ziemią powiedziałyśmy sobie w wielu szczęśliwszych miejscach i dla wielu szczęśliwszych par sakramentalne, a dla nas nadal jedynie symboliczne "tak".

Dziś, rok, dwa dni i kilkanaście godzin później jako mieszkanki kraju nad Wisłą o bardziej znaczącym "tak" nadal możemy jedynie pomarzyć. Co nie znaczy, że w tym czasie nic się nie zmieniło i nie wydarzyło się nic dobrego. W wielkiej polityce - zamiast jednego planowanego projektu ustawy mamy jeden gotowy (SLD plus GI), jeden w przygotowaniu (GI plus MNW plus RP) i jeden w planach (PO). To nie jest dużo, bo nie oznacza, że ustawa tuż-tuż, ale też nie jest mało, przynajmniej w porównaniu z tym, co było rok temu. W naszym małym życiu - mam już chyba z 20 centymetrów włosa na głowie, Gosia już nie jest blondynką i gdzieś tam blisko nas pojawiły się (i wciąż się pojawiają) cudowne osoby, które mają tę piękną cechę, że im zależy. Na wielu różnych rzeczach i na wiele różnych sposobów.

Popatrzcie: w najbliższą sobotę mamy imprezę rocznicowo-benefitową. Od dwóch tygodni piszę o niej na Facebooku, tak że mam nadzieję, że już o niej wiecie i szykujecie krawaty (panie) i torebki (panowie). Ale nim się pojawicie, popatrzcie: wśród organizatorek i organizatorów są korpoludki, samozatrudnieni, brać urzędnicza, studenci i hiperaktywistka z Pimpusiem, którą z pewnością znacie z wszelakich prawnoczłowieczych manifestacji. Wśród występujących: drag kingi, dziewczyny robiące burleskę, bard-libertarianin, feministka-intelektualistka, chłopięce DJ-ki i pan Czesław z telewizji. Swój udział zapowiedziały homiki, heteryki, biseksy, transy, queery i osoby o orientacji IQ. Przedstawiciele i przedstawicielki wielce szacownych firm i spółek, politycy i ludzie, którzy najchętniej części owych firm i instytucji urządziliby koniec godny finału lepszego od pierwszej części sequela "Fight Clubu". I wszystkim tym osobom zależy.

Tak wiem - to nie jest tak, że wszyscy mają jakiś superpozytywny flow, że oto przekroczyliśmy i przekroczyłyśmy Rubikon i każdemu jest fajnie, każdy wierzy, że będzie dobrze, każdy czuje chęć dołożenia swojej cegiełki do historii walki o ustawę, która się właśnie pisze (historia, nie ustawa, choć i tę drugą ktoś teraz pisze, sęk w tym, że nie wiadomo, czy to ta historyczna, czy jedna z wielu po drodze). Czytam komentarze na IS. O robieniu szopki ze ślubu, kpinach z sakramentu i negatywnym nastawianiu "społeczeństwa". Kpię sobie z nich, ale też trochę o nich myślę. O tym, kiedy nadejdzie taki fajny dzień, w którym osoby nieheteronormatywne jak jedna mąż i jeden żona przestaną czuć, że na pewne rzeczy nie zasługują. Przestaną uważać się za gorsze i przestaną cenzurować swoje pragnienia w imię polepszenia odbioru społecznego samych siebie. Jestem pesymistką, jak może wiecie. Tak że myślę, że ów dzień nastąpi lata świetlne (wiem, rok świetlny jest jednostką odległości, nie czasu, wybaczcie, licentia poetica) po tym, gdy już będzie owa ustawa i parę innych, które też nie wiadomo, kiedy będą.

Ale mimo wszystko - świętujmy. Zapraszam na sobotę (10 grudnia) na godzinę 20 do warszawskiego klubu Pardon, To Tu (pl. Grzybowski 12/26). Zaśpiewają Czesław Śpiewa i Martin Lechowicz. Show zrobią Betty Q and Crew i Da Boyz & Drag Kids. Poczyta i podramatyzuje Maryja Furyja Konopnicka. Pobuja Kolektyw Ladyboy. Będzie tort, wino, licytacja i konkursy. Będzie intensywnie i różnorodnie. Ciepło, raźno, seksownie i nieprzyzwoicie. I jak tylko jeszcze lubicie.
PS Na fejsie padło pytanie, czy można się przebrać. Jasne, że można!

poniedziałek, 5 grudnia 2011

Nowe szaty Zielonych

Niedzielny mikronews: po kongresie Zielonych 2004 Krystian Legierski pożegnał się z tą partią. "Powodem jest niezdolność partii, w jej obecnym kształcie, do podjęcia koniecznych decyzji uzdrawiających wewnętrzną sytuację partii. Ponadto po raz kolejny moje koncepcje co do kierunków rozwoju nie zyskały poparcia większości uczestników Kongresu, a skład wybranych organów partii jest cementowaniem niezdrowych relacji" - wyjaśnił na Facebooku. Co się konkretnie wydarzyło? Krystian przegrał w wyborach na przewodniczącego z Radosławem Gawlikiem (przewodniczącą została Agnieszka Grzybek).

Transfery międzypartyjne i spektakularne odejścia nie od dziś są w modzie, tak że nie byłoby w tej sytuacji nic specjalnie ciekawego, gdyby nie to, że nowa przewodnicząca postanowiła dość niefortunnie przegraną Krystiana skomentować. Całość tu:
 

A najciekawszy jest ten fragment: "Fakt, że został wybrany Radek Gawlik, pokazuje kierunek, w którym idziemy. (...) Wybór Krystiana na przewodniczącego jednoznacznie, no, istniałoby takie niebezpieczeństwo, że w dalszym ciągu będą nam przypisywać łatkę, że jesteśmy partią, która się zajmuje wyłącznie prawami osób LGBT, natomiast my staramy się łączyć to w holistycznej wizji". Hm. Z tego, co kojarzę, to Radek Gawlik dla odmiany kojarzy się wyłącznie z ekologią, ale rozumiem, że ta łatka nowej przewodniczącej nie przeszkadza. Ale nie o tym być miało. W każdym razie jeszcze nie. Otóż słowa pani Grzybek warto umiejscowić również w kontekście tego, że pierwszą przewodniczącą Zielonych 2004 była Magda Mosiewicz, jedna z nielicznych wyoutowanych polskich polityczek. Różnica między Magdą a Krystianem jest taka, że ta pierwsza znana jest głównie ze swojej działalności artystycznej i politycznej, ten drugi kojarzony jest przede wszystkim z aktywizmem na rzecz osób nieheteronormatywnych.

Oczywiście nie twierdzę, że Krystian nie został przewodniczącym, bo kojarzy się z tym, z czym się kojarzy (ani tym bardziej dlatego, że jest gejem). Nie został, bo zgromadzeni woleli Gawlika i już. Nie zmienia to jednak faktu, że wypowiedź pani Grzybek jest po prostu słaba. Bo, nawet jeśli ona konkretnie tak nie myśli, a jedynie obawia się, że "społeczeństwo" tak myśli, to wygłaszając tego typu sądy, po pierwsze pokazuje, że jej z ową łatką niewygodnie, a po drugie jedynie wzmacnia stereotypy, z których takie przeświadczenie "społeczeństwa" wynika. Że osoby nieheteronormatywne, a już szczególnie aktywiści z TEGO środowiska, myślą tylko o jednym i zajmują się tylko jednym. A na dodatek, wysuwając tego typu argumenty, sugeruje, że podobnie myślą wszyscy Zieloni, którzy zdecydowali się nie głosować na Krystiana.

Polscy Zieloni kojarzyli mi się zawsze nie tyle z "partią gejów i lesbijek" (choć pamiętam, że jeszcze parę lat temu tak o nich mówiono, teraz dominują raczej określenia typu "partia ekooszołomów", ewentualnie "ugrupowanie marginalne" czy "kanapowe"), co ze zgromadzeniem całkiem ciekawych ludzi, którzy, może właśnie dlatego, że są ciekawi, nie bardzo potrafią się przebić do politycznego mainstreamu. Nie sądzę, by receptą na ową utrzymującą się od początku istnienia partii bolączkę było podkreślanie, że Zieloni to nie tylko sprawy lesbijek, gejów, osób biseksualnych i tak dalej. Raz - bo wygląda na odcinanie się, dwa - bo zamiast mówić o "nie tylko", lepiej je pokazać (co, tak na marginesie, już się dokonało), trzy - bo tożsamość partyjną można rzecz jasna zbudować na "nie", ale na "nie tylko" już nie bardzo. Za to bardzo łatwo to "nie tylko" do siebie zniechęcić, szczególnie że nie jest już się jedyną partią, która o postulatach osób nieheteronormatywnych mówi. Co jest o tyle przykre, że Zieloni jako pierwsze polskie ugrupowanie od początku i zupełnie jednoznacznie byli nam przyjaźni. Cóż, czasy się zmieniają. Skoro Palikot może być mesjaszem lewicy, to Zieloni mogą pójść drogą SLD i odpuścić sobie co bardziej "kontrowersyjne" tematy.

A tak na marginesie, to jestem bardzo ciekawa, gdzie się Krystian teraz przytuli. Jakieś typy?

piątek, 2 grudnia 2011

Niewychodzenie z szafy

Ewa wyjechała. A jako, że na blogu (i w domu też, ale milcz serce moje) pusto, to zainspirowana tekstem o autobiografii Marka Niedźwiedzkiego w „Dużym Formacie” oraz krótką dyskusją o nim na FB, postanowiłam popełnić tekst o niewychodzeniu z szafy przez jednego prezentera radiowego i jedną wokalistkę.

Podobno tajemnicą poliszynela jest to, że obie te osoby poza zainteresowaniami muzycznymi łączy również odmienna od heteroseksualnej orientacja psychoseksualna. Słowa „podobno” użyłam świadomie z dwóch powodów. Po pierwsze ludzie wiele rzeczy gadają i nie zawsze jest to prawda. Po drugie opisywani mogą czytać „garniturek” i mogą zechcieć wytoczyć nam proces o zniesławienie i inne takie. Swoją drogę wtedy ja, jako autorka tego tekstu będę mogła również wytoczyć im proces o zniesławienie, skoro określenie  „lesbijka” czy „gej” jest dla nich uwłaczające. I tak będziemy się sądzić do dnia sądnego.

Doskonale zdaję sobie sprawę z tego, że ludzie mają prawo do ochrony prywatności. Wszak nie kochamy, lubimy, cenimy, czy co tam kto chce, tej dwójki za ich życie osobiste. Chwała im za to, że nie tańczą na lodzie czy parkiecie, nie pokazują nam, jak śpiewają, czy też nie jurorują w idolach, talentach czy musieć być muzyka, nie wysyłają swoich zdjęć (oczywiście jako anonimowi informatorzy), jak jedzą lody, na Pudelka, Plotka czy inne takie.

Ale kiedy czytam w wywiadach rzeczy typu: „Odkąd sięgam pamięcią, siostra mi mówiła: kto ci na starość poda szklankę herbaty? To jest wyznacznik tego, że nie wolno być samemu, bo kto mi poda herbatę. A sam sobie zrobię” lub „Zawsze marzyłam, że uda mi się pogodzić szczęśliwą rodzinę, dzieci i partnera, który zrozumie moją potrzebę wolności, czyli realizowania się w pracy. Wtedy jeszcze nie wiedziałam, że to będzie muzyka. Ale nie znalazł się mężczyzna, dla którego byłabym w stanie wywrócić swój świat do góry nogami” – to czuję pewne zawstydzenie, niesmak i budzi się we mnie potwór.

Zawstydzenie, bo oto osoby, które ceniłam za ich zawodowy dorobek, delikatnie rzecz ujmując, prawdopodobnie mijają się z prawdą. Nie wiem, może same wierzą w to, co mówią? Niesmak, bo nikt ich do takich wyznań nie zmusza, same decydują o tym, o czym chcą opowiedzieć widzom, słuchaczom, czytelnikom. Dlaczego więc, zamiast wprost powiedzieć, że nie będą rozmawiać o życiu prywatnym, wymyślają takie farmazony? Niech ktoś mnie oświeci - po co? Czego się boją? Utraty popularności? Chwilowego zamętu w tabloidach? Czego?

Nie, nie namawiam nikogo do wychodzenia na scenę czy mówienia w wywiadach „jestem gejem, jestem lesbijką”. Ale jeśli już mówią (!) o swoim życiu rodzinnym, to co w tym złego, że wspomną o swoim wieloletnim partnerze (on), czy partnerce (ona)? Wstydzą się swojej miłości, bliskości z drugą osobą? Ktoś może powiedzieć, że nie wszyscy muszą chcieć dzielić się „tymi sprawami” z całym światem. A dlaczego „tymi sprawami” dzielą się  inne znane postacie polskiej sceny muzycznej, swobodnie rozprawiając o swoich partnerach (one) i partnerkach (oni)? Nie zdradzając przy tym tajemnic alkowy (no dobra, większość). Skąd u osób homo- lub biseksualnych przeświadczenie, że ich orientacja jest sprawą intymną, a heteroseksualna już nie?

Co takiego dzieje się z ludźmi, że wolą kłamać, kluczyć, zamiast pochwalić się swoją miłością? Tak jak to po wielu latach uczynił chociażby Tomasz Raczek. Tak na marginesie odnoszę wrażenie, że po wyjściu z szafy zaczął oddychać pełną piersią i normalnie żyć. Bez strachu, że jego „straszliwa, mroczna tajemnica” wyjdzie na jaw. Szkoda, że naprawdę mądre, fajne osoby robią z siebie, no właśnie - kogo?

I żeby wynagrodzić czytelnikom nieco chaotyczny wywód (to na pewno z tęsknoty) pozwolę sobie na zakończenie przedstawić jeden ze skeczy Barbie Girls - „Wokalistkę”.