Przejdź do głównej zawartości

Spodnium za szkłem

"W duchu wierności Janowi Pawłowi II oraz w imię elementarnego rozsądku i troski o przyszłość narodu, nie damy nigdy przyzwolenia na promowanie tak zwanych związków partnerskich, które u podstaw podważają instytucję małżeństwa jako projekt ślubowanej, dozgonnej miłości i wierności" - oświadczył w niedzielę rodzinom, które przybyły na pielgrzymkę do Kalwarii Zebrzydowskiej, nie kto inny jak kardynał Stanisław Dziwisz. Dzień wcześniej i tysiące kilometrów dalej, jakby na złość przewielebnemu, ślub wzięły 91-letnia Vivian Boyack i 90-letnia Alice Dubes. Po 72 latach związku pobrały się w swoim rodzinnym stanie Iowa, gdzie małżeństwa osób tej samej płci są możliwe od 2009 roku.

Czytając ich historię, trudno nie przypomnieć sobie innego ślubu, sprzed kilku lat:
Panie na zdjęciu to Del Martin i Phyllis Lyon. Swój związek sformalizowały w 2004 roku w Kalifornii, jako pierwsze po tym jak wprowadzono tam równość małżeńską, po ponad 50 wspólnie spędzonych latach. Krótko potem ich małżeństwo, podobnie jak innych par jednopłciowych, które skorzystały wówczas z możliwości zawarcia ślubu, zostało unieważnione. Ponownie pobrały się w 2008 roku. Były pionierkami walki o prawa osób niehetero. Pierwszą organizację - Córki Bilitis - założyły w 1955 roku. Uzyskanymi po wielu latach prawami cieszyły się krótko. Del zmarła miesiąc po ślubie.

Zdjęcia ze ślubu Vivian i Alice, tak jak i innych wielu par, które w ostatnich latach skorzystały z zapewnianej przez coraz liczniejsze kraje i stany równości małżeńskiej, obiegły media. Del i Phyllis dodatkowo doczekały się niejednego rozdziału w opracowaniach historycznych, a ich ślubne stroje własnej gabloty w Muzeum Historii LGBT w San Francisco.
Można oczywiście powiedzieć, że to wspaniałe, że panie doczekały się równych praw. Że ich śluby to ukoronowanie wieloletniej walki, że - w przeciwieństwie do tych, którzy mieli pecha urodzić się (lub umrzeć) wcześniej - udało im się zobaczyć jej efekty i, przynajmniej symbolicznie, z nich skorzystać. I to prawda, to jest wspaniałe. Z drugiej strony, o ile zdjęcia z ich ceremonii małżeńskich są wzruszające, o tyle gablota ze strojami Del i Phyllis jest po prostu smutna. Bo właściwie tyle z ich ślubu zostało: dwa żakiety, dwie pary spodni, tabliczka z opisem. Phyllis żyje, w tym roku skończy 90 lat, ale ich - Del i Phyllis - już nie ma. Spędziły ze sobą 56 lat, a małżeństwem były tylko przez 6 miesięcy w 2004 i przez miesiąc w 2008.

Kiedy byłam piękna, młoda i pełna zapału do działania, marzyło mi się, że moja partnerka i ja będziemy w gronie pierwszych par, które sformalizują swój związek, gdy tylko będzie to możliwe. Teraz mam inne marzenie - żeby to nie było nic wielkiego. Ot, decyzja, pójście do urzędu, wyznaczenie daty, dopełnienie formalności, podpisanie dokumentów, impreza dla najbliższych. Żeby to było zwyczajne. Tak zwyczajne, by nikt się tym nie interesował, nie komentował, nie robił fotorelacji, nie uważał, że jest to w jakikolwiek sposób medialne, ważne, że znaczy cokolwiek więcej poza tym, co znaczy. Małżeństwo bez kazań i bez polityki. Prywatne. Zawarte wtedy, gdy chcę, a nie wtedy, gdy mogę. Zawarte, bo chcę, a nie, by coś uhonorować. Realne, nie symboliczne.

Zabawne, że to marzenie jest w pewnym sensie zbieżne z pragnieniami (przynajmniej deklarowanymi) wszelkiej maści homofobów, którzy pod każdym ślubnym doniesieniem z nieco milszych dla osób niehetero krajów niż Polska wylewają frustracje związane z tym, że znowu "muszą" czytać o tych lesbijkach i gejach, że muszą je i ich oglądać, że co w tym właściwie ciekawego, co to za moda i po co o tym pisać. Też bym chciała, by media skupiły się na śledzeniu Brada i Angeliny, by w zwykłych związkach zwykłych osób nie było nic ciekawego i by nie było po co o nich pisać. I by ślubne stroje, zamiast smętnie zwisać w muzealnych gablotach, gniotły się w szafach lub kończyły żywot w paszczach moli.

Tylko że najpierw muszą być te śluby.

Zdjęcia: G. Koskovich, GLBT Historical Society (CC-BY-SA-3.0), Nick Gorton (CC-BY-SA-3.0)

Komentarze

Popularne posty z tego bloga

"Bezdomna" Katarzyny Michalak, czyli jak nie pisać o problemach społecznych

Złych, powielających wyjątkowo szkodliwe stereotypy książek jest wiele. Rzadko jednak matronują im instytucje kojarzone raczej z walką z uprzedzeniami niż z ich wspieraniem. Zaszczyt ten spotkał niestety „Bezdomną” Katarzyny Michalak. Dlaczego książka ta nie powinna być wspierana przez organizacje kobiece czy, szerzej, walczące z wykluczeniami? O komentarz poprosiłam Elwen, twórczynię bloga poświęconego zaburzeniu afektywnemu-dwubiegunowemu.

Fundacja Centrum Praw Kobiet wraz z Kongresem Kobiet objęły ostatnio patronatem (czy, jak chce tego CPK, matronatem) książkę pani Katarzyny Michalak o wdzięcznym tytule „Bezdomna”. Książka, zgodnie z zapewnieniami autorki i wydawnictwa, należeć ma do nurtu zaangażowanej literatury kobiecej, poruszającej trudne problemy kobiet wykluczonych poza nawias społeczeństwa. Brzmi zupełnie w porządku, prawda?

Problem zaczyna się w chwili, gdy skuszeni poważnymi rekomendacjami sięgniemy po tę pozycję. Książka opisuje historię Kingi Król, bezdomnej kobiety z …

Maria Konopnicka była lesbijką

Tytuł jest oczywiście nadużyciem. Nie wiadomo, czy Maria Konopnicka była lesbijką, czy osobą biseksualną, czy jeszcze kimś innym. Nie wiadomo, jak myślała o sobie ani tym bardziej, jak by się określiła i jak potoczyłoby się jej życie, gdyby urodziła się nie sto siedemdziesiąt, ale na przykład trzydzieści lat temu. Wiadomo za to, że przez ostatnie dwadzieścia lat życia mieszkała i podróżowała z noszącą się po męsku miłośniczką polowań, malarką i działaczką na rzecz praw kobiet Manią Dulębianką, którą nazywała czasami "Pietrkiem z powycieranymi łokciami". Wiadomo, że z chwilą, gdy się poznały, poetka gładko przeszła w listach do dzieci z formy "ja" na "my" (mamy, myślimy, wyjeżdżamy), że były praktycznie nierozłączne, że miały różne nieprzyjemności z powodu krążących pogłosek o ich związku, że Dulębianka zrezygnowała dla Konopnickiej z kariery malarskiej i że zostały pochowane w tym samym grobowcu. Wiadomo też, że "niewiasta mocno kochliwa", jak …

Gołe dupy Renaty Przemyk

Renata Przemyk dała głos, a ja zawyłam z bezsilnej złości i, co tu ukrywać, przykrości. Szansonistka, której gros fanów stanowią lesbijki (i geje też), piosenkarka, która przez wiele lat była w związku ze swoją tekściarką, poetką Anną Saraniecką (oczywiście związku przyjacielskim), osoba, która jednym zdaniem mogła zrobić wiele dobrego zarówno dla siebie, swojej kariery, jak i dla osób LGBTQetc., postanowiła się wypowiedzieć.

I jak zazwyczaj na wywiady z Renią spuszczałam litościwie (no, może oprócz tego tekstu tu) zasłonę milczenia, tak tego wywiadu bez komentarza zostawić nie sposób.

Już na wstępie jest ostro:
Przecież chrześcijanie byli zawsze pokojowo nastawionymi ludźmi.  Chrześcijanie, zawsze, pokojowo. No fakt, bo sypialnianie nie za bardzo. Najczęściej raz do roku, i to w celu mienia dziatek. Poza tym artystka przespała lekcje historii, na których mówiono o wyprawach krzyżowych, chrystianizacji ogniem i mieczem, inkwizycji i takich tam różnych. Siadaj, Renata, pała.
Wszystkie…