środa, 27 maja 2015

Godność ważniejsza niż patriotyczny obowiązek

Wczoraj posłowie i posłanki po raz kolejny nie dopuścili do pierwszego czytania projektu ustawy o związkach partnerskich. Dziś jeden z naszych blogowych przyjaciół wysłał do wszystkich parlamentarzystów i parlamentarzystek list. Poniżej publikujemy go z komentarzem autora.

...

Pół roku temu, przy okazji kolejnej zapowiedzi dyskusji na temat związków partnerskich napisałyście list do m.in.Kopacz, Kidawy-Błońskiej. Wtedy w komentarzach wspomniałem, że sam się do podobnego listu zabieram i jak go wyślę, to się jego treścią podzielę. Cóż, trochę się do tego zbierałem, ale wczorajsze głosowanie przechyliło czarę.

Wysłane do wszystkich 460 posłów. Choć z tego co widzę po skrzynce odbiorczej, to do części nie dojdzie, bo po co dawać na stronie sejmowej aktualny adres e-mail...

Szanowna Pani Premier,
Szanowne Posłanki, Szanowni Posłowie,

Do napisania tego listu zabierałem się już pół roku temu, jednak ciągle wydawało mi się, że mam lepsze rzeczy do zrobienia. Wydawało mi się, że osobisty list skierowany do parlamentarzystów może być stratą czasu. Zapomniałem tylko, że Państwo jako posłowie i posłanki na sejm Rzeczypospolitej Polskiej zostaliście wybrani przez obywateli i obywatelom powinniście służyć, powinniście wsłuchiwać się w ich głos i tworzyć prawo DLA obywateli. Patrząc na to, co dzieje się na scenie politycznej w ostatnich miesiącach, odnoszę wrażenie, że nie tylko ja o tym zapomniałem - Państwo również.

Przez ostatnie pół roku zastanawiałem się, w jaki sposób ubrać w słowa moje rozczarowanie z powodu Państwa działań. Choć właściwie powinienem powiedzieć z braku działań. Czarę goryczy przelało 93 posiedzenie Sejmu RP 7 kadencji i głosowanie nr 1 z dnia 26 maja 2015 roku. Głosowanie podczas którego stwierdziliście Państwo, że temat związków partnerskich nie zasługuje nawet na Waszą uwagę. To, co zrobiliście Państwo podczas tego i poprzednich głosowań dotyczących związków partnerskich jest jawnym okazaniem braku szacunku do obywateli, w tym także i do mnie. Chciałbym zauważyć, że zgodnie z Konstytucją RP, na którą tak często lubicie się Państwo powoływać, „Wszyscy są wobec prawa równi. Wszyscy mają prawo do równego traktowania przez władze publiczne”. Czy nie oznacza to, że potrzeby wszystkich Polaków powinny być poddawane dyskusji? Najwidoczniej nie.

Szanowni Państwo, w młodości wychowywany byłem w patriotycznym duchu. Nie był to jednak patriotyzm spod znaku „Bóg, honor, ojczyzna”, co w oczach części z Was nie robi ze mnie patrioty. Od małego uczony byłem jak działa Państwo, że należy płacić podatki, bo z nich finansowane są wcale nie takie złe szkoły itp. Przez lata korzystania z państwowych szkół, chodzenia do państwowego liceum, aż w końcu studiowania na prestiżowej państwowej uczelni, rosło we mnie przekonanie, że moim patriotycznym obowiązkiem jest spłacić dług, który zaciągnąłem, korzystając z dobrodziejstw publicznego systemu kształcenia. Gdy wszedłem w dorosłość, usamodzielniłem się, zacząłem śledzić ważne dla mnie kwestie polityczne, uzmysłowiłem sobie, że jest jednak coś, czego od Państwa nie dostawałem, nie dostaję i obawiam się, że długo jeszcze nie dostanę. Coś, co dla mnie okazało się dużo ważniejsze niż „patriotyczny obowiązek”. Tym czymś jest godność. Godność, z której Wy, przedstawiciele Narodu, mnie regularnie odzieracie. Przy okazji wspomnianego wyżej głosowania nie miałem nieprzyjemności wysłuchać Waszych wypowiedzi, ale w mojej głowie nadal rozbrzmiewają obelgi rzucane z sejmowej mównicy w styczniu 2013. Wówczas dowiedziałem się, że mój wieloletni związek jest „nietrwały, jałowy”, że traktuję mojego partnera „jako przedmiot” i jedynie „zaspokajam popęd seksualny”, będąc przy okazji hedonistą, z którego Polska nie ma pożytku. Cóż mogę powiedzieć. Nie ma sposobu, abym ja - przeciętny obywatel - wyraził się w wystarczająco dosadny sposób, aby obrazić każdego i każdą z Was z osobna tak dogłębnie jak Wy uraziliście mnie. Pozostaje mi tylko życzyć, aby niektórzy z Państwa sobie uzmysłowili jak wielką siłę ma słowo i przypomnieli sobie kim są.

Domagając się związków partnerskich, wcale nie zamierzam dokonać destrukcji małżeństwa, czy też zakpić sobie z rodziny. Właśnie na rodzinie i jej bezpieczeństwie zależy mi najbardziej. Bo czy pan Panie Pośle, czy pani Pani Posłanko tego sobie życzycie czy nie, mój partner jest dla mnie rodziną. Nie chcę się martwić o to, co stanie się gdy ja lub mój partner trafimy nieprzytomni do szpitala. Zwłaszcza w sytuacji, w której mój partner jest obcokrajowcem. Nie chcę wciąż kombinować, co zrobić, abyśmy mogli wciąż razem mieszkać w Polsce. Nie chcę zastanawiać się, co stałoby się z naszym dobytkiem, gdyby któryś z nas zmarł. I przede wszystkim, nie chcę być traktowany jak podczłowiek tylko dlatego, że urodziłem się gejem. Tak proszę Państwa - urodziłem się. Nie stałem się gejem. Nie wybrałem „gejowskiego stylu życia”. Urodziłem się gejem, tak jak większość z Was urodziła się osobą heteroseksualną.

Wtedy, w styczniu 2013 roku, zrozumiałem, że nie ma ważniejszej rzeczy niż godność. Godność, którą postanowiłem zachować. Pamiętam, że pomimo że był to wyjątkowo przygnębiający dzień, to jednak cieszyłem się z jednej rzeczy. Cieszyłem się, że mam polski paszport, z którym nie będę miał problemu, aby wyjechać. Wtedy postanowiłem spełnić Waszą wizję - skoro uważacie, że nie ma ze mnie pożytku, to niech tak się stanie. To było wówczas moje życzenie - wyjechać. Wam, politykom, wydaje się, że ludzie z Polski wyjeżdżają tylko za pracą. Nie, nie tylko, czego ja jestem najlepszym przykładem. Przez ostatnie kilka lat pracowałem na warunkach, których wielu w moim wieku mogło mi zazdrościć i gdyby tylko o zatrudnienie i zarobki chodziło, to emigracja nigdy nie byłaby w planach. Ja wyjechałem za normalnością. Choć nadal nie jest to szczyt równości, to znalazłem ją w kraju bardzo podobnym do Polski. Kraj niby świecki, a jednak zdominowany przez wyznawców jednej religii, którzy dyktują większość praw. Małżeństwa są tylko religijne, ale to świeckie państwo nadaje prawa i obowiązki poślubionym parom. Parom poślubionym w kraju w religijnym obrządku ale także parom, które pobrały się zagranicą. Niezależnie od tego czy jest to para różno- czy jednopłciowa. Wyjechałem do kraju, w którym jako partner obywatela tego kraju jestem traktowany jak członek rodziny, a nie osoba obca. Wyjechałem do kraju, od rządów którego Państwo moglibyście się wiele nauczyć w kwestii poszanowania praw mniejszości seksualnych. Ale Państwo tego nie zrobicie. Będziecie się Państwo zasłaniać własnym przekonaniem, swoją wątpliwą moralnością, wyznawaną wiarą czy w ostateczności marnej jakości pseudonaukowymi badaniami. A my będziemy wyjeżdżać. I niech Państwo sobie nie myślą, że jest to łatwa decyzja. Ja, homoseksualny ateista, jestem takim samym obywatelem i patriotą jak heteroseksualny katolik i tak samo jestem przywiązany do Ojczyzny. Tutaj się urodziłem, tutaj wychowałem, tutaj mam rodziców i przyjaciół, tutaj jestem gorszym człowiekiem.

Jak każdy chyba chciałbym jednak wrócić do kraju, pytanie tylko kiedy… Wtedy gdy moja rodzina nadal nią będzie po przekroczeniu granicy. Kiedy to nastąpi, zależy od polityków - od Was, którzy jeszcze zasiadacie w sejmowych ławach, ale także od nowych twarzy, które pojawią się w październiku. Liczę, że nowi dłużej będą pamiętać o tym, że mają służyć obywatelom. Wszystkim obywatelom, także tym, którzy w jakikolwiek sposób stanowią mniejszość.

Pół roku temu, gdy postanowiłem ten list napisać, założyłem, że będzie to pożegnanie. Żegnam się z Wami w dwojaki sposób. Po pierwsze jako obywatel, który opuszcza kraj w poszukiwaniu lepszego, godniejszego życia. A po drugie, żegnam się z Wami jako wyborca - krzyżyk w październiku postawię koło nowego nazwiska na liście nowej partii. I wiem, że nie będę w tym odosobniony.

Choć z Waszej strony szacunku nie dostałem, to jednak kultura wymaga…

Z wyrazami szacunku,
MRF

czwartek, 21 maja 2015

Największe zło

Kiedy w 2004 roku faszyzujący mężczyźni spod znaku Młodzieży Wszechpolskiej urządzili obławę na uczestników i uczestniczki Marszu Tolerancji i Demokracji w Krakowie, część uciekających znalazła schronienie w redakcji "Tygodnika Powszechnego". Tygodnik nie był wówczas szczególnie przyjaznym nam medium. Jego dziennikarze i dziennikarki nie mieli jednak wątpliwości, że ofiarom agresji należy pomóc. Bez znaczenia, kim są, bez znaczenia, czy zgadzają się z nimi, czy nie. Zdali egzamin z miłości bliźniego, empatii i zwykłej solidarności ze słabszymi, atakowanymi. Wsparli, udzielili schronienia.

Od tych wydarzeń minęło 11 lat. A my znowu mamy się bać - tak jak niegdyś osoby maszerujące na rzecz równości. Mamy się bać powrotu rządów Prawa i Sprawiedliwości. Tego, że zakażą nam chodzenia po ulicach i otwartego mówienia o swojej tożsamości. Zdelegalizują nasze organizacje, spalą tęczowe flagi, dadzą przyzwolenie na prześladowania. Czytam podsuwane przez znajomych teksty o państwie kościelnym, w którym za chwilę będę mieszkać. O prawie kanonicznym, które zastąpi świeckie. To wszystko już za chwilę będzie moim udziałem, jeśli w najbliższą niedzielę zdecyduję niewłaściwie. Mam jeszcze szansę to powstrzymać. Postawić mur między nami a nimi. Mur w postaci Bronisława Komorowskiego i partii, z której się wywodzi. Jeśli ich zabraknie, nikt mnie nie obroni.

Czytam to wszystko z narastającym przerażeniem. Nie, nie przed tym, co się stanie, gdy tego muru zabraknie. Przeraża mnie, że ludzie naprawdę tak myślą. Że im to zrobiono - sprawiono, że czują autentyczny strach. Boją się tego, co będzie. Weźmy to na chwilę na zimno. Mieszkańcy i mieszkanki kraju członkowskiego Unii Europejskiej, demokratycznego, żyjący w XXI wieku, motywują swoje decyzje wyborcze strachem. Nie programem wyborczym czy choćby tym, jak kto mówi czy wygląda. Strachem. Więcej, ten strach zaszczepili w nich ludzie, którzy teraz walczą o ich głosy. Jeśli na nas nie zagłosujecie, to nikt was nie obroni przed naszą opozycją. Zagłosujcie, a będziecie bezpieczni.

Nie będę rozwodzić się nad tym, jak to bezpieczeństwo wygląda teraz i jak za przyzwoleniem, a nawet przy udziale niektórych osób z partii rządzącej, doszło w ostatnich latach do brutalizacji debaty publicznej i nasilenia agresji, szczęśliwie głównie słownej, wobec osób niehteronormatywnych. Jak bardzo na prawo przesunął się dyskurs. Zamiast tego wrócę do historii z 2004 roku. Dla pracujących w "Tygodniku Powszechnym" było czymś oczywistym, że słabszych należy bronić, niezależnie od tego, czy się ich lubi czy nie. Że agresja jest czymś złym. Że trzeba jej przeciwdziałać. To, czego byli świadkami, wstrząsnęło nimi, czemu później wyraz w niejednej wypowiedzi dał ksiądz Adam Boniecki. Wstrząsnęło, mimo że nadal nie popierali naszych postulatów i naszej walki. Teraz od osób, które śmią się mienić naszymi sojusznikami i sojuszniczkami, od partii, która śmie udawać progresywną, słyszymy: obronimy was, o ile wy najpierw zrobicie coś dla nas. Jeśli nie, radźcie sobie sami i same.

Bronisław Komorowski i jego partia nie muszą mi obiecywać związków partnerskich czy równości małżeńskiej. Nie muszą nawet mówić, że się nad tym zastanowią. Jedyne, co chciałabym usłyszeć od tych, którzy i które twierdzą, że bez nich będzie mi naprawdę źle, to to, że niezależnie od tego, co się stanie, niezależnie od tego, czy będą rządzić, czy nie, gdy będzie się działo coś złego, staną po mojej stronie. Że udzielą mi schronienia. Że wiedzą, kto jest agresorem, a kto ofiarą. Kto jest słaby, a kto silny.

Zamiast słów wsparcia mamy jednak szantaż. Ohydny. Bójcie się, bez nas zginiecie. Bez nas - u władzy. Sojusznicy? Mur? Bezpieczeństwo? Nie. Największe zło. Największe, jakie można zrobić ludziom.

zdjęcie: Silar

środa, 20 maja 2015

Heteroseksualna ciotodrama


Dwóch znanych polityków gejów, Krystian Legierski i Robert Biedroń, zadeklarowało, jak zagłosują w drugiej turze wyborów prezydenckich. Pierwszy z nich napisał, że rozważa możliwość oddania głosu na Dudę, drugi, że odda nieważny głos. Obydwaj umotywowali to dość sensownie. Problem w tym, że niewielu osobom chciało się zagłębić w ich wyjaśnienia, przeczytać ze zrozumieniem, dlaczego tak postanowili.  Za to wiele dziennikarek i wielu dziennikarzy, ludzi z pierwszych stron gazet, polityków, polityczek, a także osoby z grupy ludzi spod akronimu LGBTQetc, zaczęło odsądzać ich od czci i wiary.

Nagle nasza orientacja psychoseksualna stała się ważna. Ta sama, z którą nie powinniśmy się afiszować. Ta sama, która powinna być przezroczysta, a dzięki temu, że dążenia do zrównania ludzi wobec prawa spotkały się z ogromnym sprzeciwem, stała się polityczna. Teraz mamy pozwolenie od białych heteroseksualnych dam i panów na to, aby użyć jej jako oręża. A jak już spełnimy swój obowiązek, to znowu walka o równe prawa stanie się postawą roszczeniową. 

Co mnie na początku bardzo, ale to bardzo wkurzyło, a teraz powoli zaczyna bawić, to fakt, że wszyscy nagle przejęli się losem osób LGBTQetc. Pochylili się z troską nad tym, jak nam będzie się żyło pod rządami PiS z prezydentem Dudą na czele.

Moja odpowiedź? Będzie nam się żyło jak do tej pory. Nadal będziemy żyć jawnie lub w ukryciu. Nadal nie będziemy mieć nadziei na związki partnerskie, że o równości małżeńskiej nie wspomnę. Wybór Komorowskiego, a co za tym idzie PO, nie spowoduje, że nagle w mainstreamowych mediach nie będzie wylewania szamba na nasze głowy, politycy, dziennikarzyny różnej maści i inne znane gęby nie będą próbowali nas zdehumanizować, przestaną wygadywać na nasz temat bzdury, nie będą używać mowy nienawiści.

Tym, którzy się martwią, przypomnę, że co prawda Kaczyński Lech zakazał Parady Równości, ale dzięki temu była to jedna z bardziej udanych parad i o dziwo miała cudowną ochronę. Że jedyna tego typu manifestacja spacyfikowana przez policję miała miejsce w 2005 roku w Poznaniu pod rządami Ryszarda Grobelnego, którego tak chętnie wspiera PO, czyli macierzysta partia Komorowskiego. Że nigdy wcześniej i nigdy później tak wiele znanych osób nie brało udziału w walce o prawa gejów, lesbijek, osób biseksualnych i transpłciowych. Traktowali to wręcz jako swój obowiązek.

Kiedy nastały czasy rządów PO i obecnego jeszcze, a może za chwilę i nadal prezydenta, prawie nikt z tych, którzy nas teraz odsądzają od czci i wiary (jeden znany gej i kilku anonimowych zadeklarowało, że odda głos na Dudę, a oni zachowują się, jakby dwa miliony osób LGBTQetc chciały na niego głosować) nie przyłączył się do walki o równość. Odpuścili. Nie zrobili nic, żeby nas wesprzeć. Nie widziałam ich pod Sejmem ani w pierwszym, ani w czwartym tygodniu dyżurowania, gdy ważyły się losy projektów ustaw o związkach partnerskich. Nie widziałam ich na demonstracjach (włączając w to parady czy marsze równości). Niektórzy wręcz ze swoich wyżyn pouczali nas, co powinniśmy robić, jak się zachowywać, żeby społeczeństwo nas zaakceptowało. Twierdzili, że żądanie równych praw, które nam się należą zgodnie z art. 32 Konstytucji, to trochę za wiele. Teraz zaś mają czelność nas pouczać, straszyć jakimiś konsekwencjami. To by było śmieszne, gdyby nie było żałosne. Oni nawet nie są głupi, są żałośni w przekonaniu o swojej mądrości.

Jeszcze bardziej niż ich wypowiedzi przerażają mnie głosy, które słyszę od osób LGBTQetc. Każda wolność, każda równość ma swoją cenę. Nawet to, że osoba homoseksualna odda głos na homofoba, bo takie ma życzenie, kaprys, potrzebę. Przypomnę tutaj cytat, podobno błędnie przypisywany Wolterowi „Nie zgadzam się z twoimi poglądami, ale po kres moich dni będę bronił twego prawa do ich głoszenia”. A od siebie dodam, że jeśli te poglądy są niezgodne z obowiązującym w moim kraju prawem, należy wyciągnąć konsekwencje prawne. Jeśli zaś prawo jest złe, należy dążyć do jego zmiany. Prawo ma służyć wszystkim ludziom. Dla wszystkich ma być jednakie. Nawet dla głupców. Nie może karać za cechy, których wybrać sobie nie możemy.

My z Ewą mamy to szczęście, że urodziłyśmy się w wielkich miastach, w nich się wychowałyśmy i żyjemy w stolicy. Ale warto pamiętać, że również w małych miejscowościach żyją osoby nieheteronormatywne. Osoby, które nie mają możliwości, predyspozycji, aby się wyrwać z tego miejsca. Osoby, które mają trudną sytuację materialną, bo musza np. opiekować się rodzicami, rodzeństwem, bo w ogóle ledwo wiążą koniec z końcem. Zresztą, co ja piszę, takie osoby żyją i w wielkich miastach. I nagle to, że ktoś jest homofobem, przeciwnikiem aborcji czy też antysemitą schodzi na plan dalszy. Liczy się dla nich to, że może jakimś cudem dzięki niemu ich sytuacja materialna stanie się mniej tragiczna. Osoby w takiej sytuacji mogą uwierzyć, że ich status materialny dzięki PiS się polepszy, że może przestaną zastanawiać się, co do garnka włożyć, że znajdą pracę itd., itp. Naprawdę kiepsko się walczy o równość, kiedy jest się głodnym, chorym i znikąd nie ma ratunku. Ma się wtedy inne sprawy na głowie. Ważniejsze. Nie jesteśmy tylko naszą orientacją. Nie ona nas definiuje.

Zanim kogoś nazwiecie głupcem, zdrajcą wczujcie się w jego sytuację. Tym bardziej, że jeśli Komorowski wygra, to nic nie zmieni, bo uzna, że ludzie go wybrali dzięki jego poglądom, chociaż tak naprawdę będzie zdawał sobie sprawę, że tylko ze strachu przed rządami oszołomów. A jeśli raz ta taktyka podziałała, podziała i przy kolejnych wyborach. I może przy następnych. Więc po co się starać? Po co wprowadzać prawo dla ludzi? Po co spełniać obietnice wyborcze?

Strach jest cholernie złym doradcą. Strach wyłącza rozum. Strach nie pozwala myśleć logicznie. Strach paraliżuje. Dlatego ja przy urnie posłucham własnego sumienia. A jeśli ktoś chce mnie do czegoś przekonać, proszę, niech lepiej napisze, dlaczego będzie tak czy inaczej głosował, zamiast mnie straszyć, mówić, że jestem idiotką itd.

Żal tylko, że nie było takiego poruszenia, kiedy Anna Grodzka zbierała podpisy. Przy takiej sile i przy tak idiotycznych wynikach pierwszej tury kto wie, co by się stało.

...

A jako, że ostatnio nas długo nie było, załączam bonus w postaci tekstu, który popełniłam na naszym trzyczęsciowym profilu na FB. Specjalnie dla tych, którzy FB nie mają:

Dziesięć lat temu w radiu TOK FM była sobie audycja na temat sytuacji osób LGBTQetc. Prowadzący oraz zaproszeni działacze zastanawiali się, co osoby spod tego akronimu mają zrobić, jak się zachowywać, żeby społeczeństwo je zaakceptowało. Słuchałam tego oniemiała. Pal diabli prowadzącego, ale działacze? Nie zdzierżyłam. Zadzwoniłam. Kiedy wpuszczono mnie na antenę, powiedziałam to, co powtarzam od lat: że mam w nosie, czy ktoś mnie lubi, toleruje, akceptuje, oczekuję od państwa, że zapewni mi to, co mi się prawnie należy, czyli równe prawa (art. 32 Konstytucji). Odczułam satysfakcję, kiedy na antenie radiowej zapadła cisza, która trwała i trwała, i była niczym najpiękniejsza muzyka dla moich uszu. Po dłuższej chwili prowadzący wydukał, że to dość nietypowe i niespotykane podejście. 

Wspominam o tym dlatego, że wiele osób nieheteronormatywnych uważa, że pewna metacelebrytka miała rację, a jej tekst wcale, ale to wcale nie był wstrętny. 

Zastanawiam się, dlaczego tak uważają. Podejrzewam, że ma to coś wspólnego z faktem, że nadal tkwi w ludziach LGBTQetc. poczucie, że są gorsi od innych i na równe prawa muszą sobie zasłużyć. Poczucie, które mogło wziąć się stad, że nie spełniamy typowych norm społecznych. Że nigdy nie założymy typowej rodziny on, ona i dziecko (lub dzieci). Przynajmniej u mnie tak było. Do momentu, kiedy (przy nieumyślnej pomocy mojej rodzicielki) uświadomiłam sobie, że jedyne, co różni mój związek od związku moich heteroseksualnych znajomych, jest to, że w życiu, ale to w życiu żadna z nas nie zajdzie przypadkowo w ciążę. 

A potem było już z górki. Zadałam sobie kilka pytań: Czy jakakolwiek grupa społeczna (ludzie o odmiennym od białego kolorze skóry, kobiety, chłopi, robotnicy), która walczyła o równe prawa, musiała w jakiś szczególny sposób na nie sobie zasłużyć? Czy wprowadzenie równouprawnienia tych grup spotkało się z powszechną akceptacją? Czy prawa osób nieheteronormatywnych w innych krajach zostały wywalczone na kolanach (czy w innej pozycji błagalnej)? Na każde z tych pytań odpowiedź była jedna. Nie. Dlaczego więc z nami w naszym kraju miałoby być inaczej, skoro tak naprawdę między osobami hetero i homo nie ma tak naprawdę żadnych różnic. Jesteśmy mądrzy bądź głupi, wierni lub nie, pragmatyczni lub chaotyczni, konserwatywni lub lewicowi, wierzący lub nie, i tak mogę długo. 

Biorąc to wszystko pod uwagę, nie zgadzam się na takie traktowanie mnie, mojej rodziny, moich przyjaciół i Was wszystkich jako osób, które mają być wdzięczne tym niby nam przychylnym za możliwość swobodnego istnienia w przestrzeni publicznej. Nie zgadzam się, by żądanie równych praw osób LGBTQetc nazywać postawą roszczeniową. Nie zgadzam się na wmawianie mi i Wam, że to oni wywalczyli dla nas tolerancję. Bo to nieprawda. 

Nikomu nic nie zawdzięczamy. Nikomu nie musimy nic zawdzięczać (no może sobie). Równe prawa nam się należą tak jak wszystkim innym obywatelom i obywatelkom naszego pięknego kraju nad Wisłą. Tylko tyle i aż tyle.