Przejdź do głównej zawartości

Jakiego chcę modelu związków?

Kolejna ciekawa debata na Homikach (która to już w ciągu ostatnich kilku miesięcy?) - tym razem o tym, o jakiego modelu formalizacji związków chcemy. Muszę przyznać, że, podobnie jak wiele wypowiadających się w komentarzach osób, nigdy tak dogłębnie nie zastanawiałam się nad tą kwestią. Bo niby to wszystko jest bardzo proste - uważam, że jedynie pełne zrównanie praw osób nieheteroseksualnych z prawami osób heteroseksualnych jest satysfakcjonującą opcją, bo lobbowanie za jakimkolwiek innym rozwiązaniem jest jednoczesnym przyznaniem, że jesteśmy gorszym gatunkiem ludzi i jako takim pełne prawa nam się po prostu nie należą. Z drugiej strony rozumiem, że przy obecnym układzie politycznym, a właściwie przy jakimkolwiek z tych, które miałam już okazję obserwować w tym pięknym kraju nad Wisłą, szanse takiego rozwiązania są raczej marne. Pytanie, czy byłabym w stanie zaakceptować jakiekolwiek inne. I jednak mimo wszystko tak, choć nie jestem przekonana, czy szanse na wprowadzenie jakiegokolwiek modelu legalizacji związków nie są przypadkiem równie nikłe jak w przypadku małżeństw.

Miewam od czasu ponure myśli spod znaku "co by było, gdyby". Co by było, gdyby coś mi się stało, a Gosia zostałaby sama z niespłaconym kredytem mieszkaniowym i koniecznością zapłacenia dwudziestoprocentowego podatku spadkowego za tę połowę mieszkania, które jest na mnie. Co by było, gdyby zabrakło mojego ubezpieczenia zdrowotnego, które szczęśliwie, dzięki otwartej polityce mojej firmy, obejmuje nas dwie. Ot, takie drobiażdżki - nagle to wszystko, co jest nasze, wspólne, na co pracowałyśmy przez te wszystkie lata związku, nie stałoby się automatycznie jej. Gorzej, musiałaby jeszcze raz płacić za coś, co, gdy jesteśmy razem, jest naszą własnością. Nawet gdybyśmy spisały testament albo moja rodzina stwierdziłaby, że to jej się po prostu należy. Inna historia, pewnie z niejednego życia. Rozstajemy się, jedna jest sytuowana lepiej - ma mieszkanie, dobrą pracę itd. itp. Druga - cóż, nie ma. Co się wydarza? Ano czasami (zazwyczaj?) to, że jedna osoba zostaje nagle bez środków do życia. Ewentualnie musi egzystować na granicy ubóstwa, bo zarabia tyle, że stać ją co najwyżej na podnajmowanie pokoju i zapiekankę z makaronu na kolację. Gdyby to był rozwód, nie "zwykłe" rozstanie, miałaby prawo do alimentów. A tak? Cóż, jest zdana na łaskę drugiej osoby. A na jakim koniu jeździ łaska, każdy wie. Mogłabym też opowiedzieć historię o wspólnym dziecku czy o tym, co się dzieje, jak druga osoba leży nieprzytomna w szpitalu, ale wiadomo, jak się takie opowieści rozgrywają i kończą.

Słowem, myśląc o tym, jaką ustawę byłabym w stanie zaakceptować, wzięłam pod uwagę to, co jest dla mnie najważniejsze. A najważniejsze jest dla mnie zabezpieczenie bliskiej mi osoby (lub osób, gdy w grę wchodzi również dziecko) na wypadek, gdyby coś mi się stało. Rytuały mnie nie kręcą (wolę wymyślić właściwy tylko dla nas), symbole takie jak zmiana nazwiska też nieszczególnie, choć gdyby Gosi na tym zależało, nie miałabym z tym problemu. Nie interesuje mnie też, jak ten nasz związek miałby się nazywać. Chciałabym tylko, gdy znowu najdzie mnie nastrój na "gdybanie", myśleć w wyłącznie kategoriach emocjonalnych, nie finansowych.

Oczywiście rozszerzenie praw na wszelkie związki wieloosobowe, konfiguracje przyjacielskie (jak przywołany niedawno model dwóch tatusiów plus dwie mamusie plus dziecko) jest czymś strasznie fajnym i w mojej wymarzonej rzeczywistości prawa małżeńskie czy inne (bo szczerze mówiąc, nie lubię nawet słowa "małżeństwo") nie wykluczają żadnych możliwych do wyobrażenia konfiguracji. Prawda jest jednak taka, że w tej chwili najważniejsza jest dla mnie najbliższa mi osoba i jeżeli mogłabym zapewnić jej bezpieczeństwo, zawierając wykluczający wspomniane konfiguracje związek, zrobiłabym to. I tyle, jeżeli chodzi o moje queerowanie w praktyce.

Kończąc temat, jedna uwag ogólna. W dyskusji o związkach brakuje mi jednego słowa (choć czasem się pojawia) - "obowiązki". Jak obowiązek alimentacyjny czy niemożność ubiegania się o zasiłek, gdy jedna osoba ma niskie dochody, a druga zarabia sporo. Uważam, że powinniśmy częściej podkreślać, że chodzi nam nie tylko o prawa, ale też o wzięcie na siebie wszystkich obowiązków, które niesie ze sobą zawarcie związku. Ot, tak PR-owa zagrywka, bo wiadomo, że o tym wiemy, ale podkreślanie tego przy każdej okazji mogłoby trochę pomóc. Tak mi się przynajmniej wydaje.

Żeby nie było tak monotematycznie, to, jako że zbliżają się moje urodziny (jeszcze parę tygodni, więc zdążycie z życzeniami:)) na koniec klip z kategorii "must have". "Must have", bo pochodzi z wydanego w 2002 DVD "Render - Spanning Time with Ani DiFranco", którego fragmenty znam jedynie z You Tube, a po prostu muszę je mieć w całości. A poza tym minimalnie pasuje do tematu posta, bo na początku Ani opowiada o swojej rodzinie - tej z wyboru, nie z urodzenia. A ja też jestem dziś chyba bardzo rodzinna, nieprawdaż?

Komentarze

  1. To jest super text tylko chyba nie na rok 2010.
    Zdefiniowanie detaliczne twoich (i pewnie calego srodowiska) potrzeb juz chyba sie odbylo.Pokazanie gdzie dyskryminacja tez.

    Nie czas juz napisac projekt ustawy ( zmiany kodeksu rodzinnego i opiekunczego czy ustawy o zwiazkach partnerskich) i zaczac rozmawiac o konkrecie?

    Dwa slowa w jedna, jedno w druga, "...i czasopisma" w jedna, przecinek w druga.
    Ale to juz zupelnie inna rozmowa.

    Rok 2010, rok wyborow prezydenckich, chyba po temu wysmienity?

    PR wspanialy i za grosze.

    A z drugiej strony jakos ten text rozumiem: tyle lat walki o swoje powoduje ze przestaje sie dostrzegac pozytywne zmiany, to co juz wywalczone.

    m@B

    neospasmin.blox.pl

    OdpowiedzUsuń
  2. Acha, i w swietle sukcesow roku 2010,rowniez twoich sukcesow, nie zgadzam sie z teza ze pierwej Lukaszenko zalegalizuje Zwiazek Polakow na Bialorusi nizli prezydent Komorowski zwiazki partnerskie.

    m@B

    neospasmin.blox.pl

    OdpowiedzUsuń
  3. Ostatnio probowalem wytlumaczyc mojemu koledze z pracy (rzecz dziala sie w UK i kolega jest Anglikiem), ze NAWET jesli zawrzemy zwiazek partnerski w Anglii, to nie bedzie on uznawany przez Polskie prawo. Po przyjezdzie do Polski - bedziemy po prostu dwoma facetami prowadzacymi razem wspolne gospodarstwo domowe, tak jak koledzy na stancji w czasie studiow. Zastanawiam sie czy bedzie nas obowiazywalo prawo angielskie czy polskie spadkowe, gdyby (nie daj Panie Jezu) cos sie ktoremus z nas cos stalo?
    Moj kolega nie mogl tego kompletnie zrozumiec - mowi, jesli on sie hajtnie ze swoja dziewczyna i postanowi zamieszkac w Polsce, to urzedy beda go traktowac jako zonatego, natomias ja wciaz bede kawalerem... posrane to to ...

    OdpowiedzUsuń
  4. Sak,

    1.kwestie prawne reguluje prawo miedzynarodowe prywatne.na moje wyczucie, kwestie spadkowe regulowac bedzie prawo wg ktorego zawarliscie swoj zwiazek.

    2.Z tym brakiem zrozumienia to niech on nie bedzie taki hop do przodu: Angole jeszcze niedawno postepowali calkiem podobnie jak to dzis nad Wisla. To podobnie jak z wolnoscia slowa: dla jednych ona oczywista, inni z Bialorusi.

    m@B

    neospasmin.blox.pl

    PS. paniewa; wyslalem ponownie na gmail. I?

    OdpowiedzUsuń
  5. @Neo
    Tekst jest nie tyle o potrzebach (które od lat są znane), ale o projekcie, nad którym pracuje Grupa Inicjatywna. Wbrew pozorom trudno jest napisać ustawę, która choć trochę zadowoli wszystkich (trochę o tym piszę), stąd zaproszenie do dyskusji na Homikach i stąd mój głos. Który zresztą, jak go trochę rozwinę, mam nadzieję, że i tam się znajdzie.

    Choć zgadzam się z Tobą, że czas już najwyższy, by ustawa po prostu powstała.

    @Sak maj sosydż
    Masz rację, ustawa powinna rozwiązać również kwestię związków zawartych za granicą.

    OdpowiedzUsuń
  6. Heh, no my żyjemy w tej Polsce z duńskim związkiem partnerskim. Ciekawe, kiedy go ratyfikujemy wedle polskiego prawa. Mnie nie są potrzebne regulacje dla 3+ osób, śluby w kościołach czy adopcje dzieci z Chin, ale regulacje dotyczące faktycznych związków, w których są faktyczne dzieciaki, faktyczne problemy i potrzeba faktycznych praw i obowiązków.

    OdpowiedzUsuń
  7. Grupa Inicjatywna jeszcze się nie zdecydowała, co chce forsować (związki, PACS-y, etc.) Znam ich postulaty, ale dyskusja bez projektu jest trochę jałowa.

    Już tyle lat się o tym mówi, ale mam wrażenie, że z tych dyskusji nic nie wynika. Nie lepiej wyjść od tego, co opracowała prof. Szyszkowska? Mam nadzieję, że teraz nareszcie powstanie projekt na tyle uniwersalny, żeby go wciskać każdemu kolejnemu parlamentowi (z ewentualnymi drobnymi poprawkami), aż do skutku.

    I co do spadków - właściwe są przepisy prawa ojczystego, więc także kwestia bycia/nie bycia małżonkiem dla obywateli Polski reguluje polskie prawo...

    Dobrze, że chociaż Ani na pocieszenie na koniec :)

    OdpowiedzUsuń
  8. Metaxu- ma pani racje- obowiazuje prawo ojczyste/matczyste spadkodawc(z)y(ni). Az sie zarumienilem z nieuctwa.

    m@B

    neospasmin.blox.pl

    OdpowiedzUsuń

Prześlij komentarz

Popularne posty z tego bloga

"Bezdomna" Katarzyny Michalak, czyli jak nie pisać o problemach społecznych

Złych, powielających wyjątkowo szkodliwe stereotypy książek jest wiele. Rzadko jednak matronują im instytucje kojarzone raczej z walką z uprzedzeniami niż z ich wspieraniem. Zaszczyt ten spotkał niestety „Bezdomną” Katarzyny Michalak. Dlaczego książka ta nie powinna być wspierana przez organizacje kobiece czy, szerzej, walczące z wykluczeniami? O komentarz poprosiłam Elwen, twórczynię bloga poświęconego zaburzeniu afektywnemu-dwubiegunowemu.

Fundacja Centrum Praw Kobiet wraz z Kongresem Kobiet objęły ostatnio patronatem (czy, jak chce tego CPK, matronatem) książkę pani Katarzyny Michalak o wdzięcznym tytule „Bezdomna”. Książka, zgodnie z zapewnieniami autorki i wydawnictwa, należeć ma do nurtu zaangażowanej literatury kobiecej, poruszającej trudne problemy kobiet wykluczonych poza nawias społeczeństwa. Brzmi zupełnie w porządku, prawda?

Problem zaczyna się w chwili, gdy skuszeni poważnymi rekomendacjami sięgniemy po tę pozycję. Książka opisuje historię Kingi Król, bezdomnej kobiety z …

Maria Konopnicka była lesbijką

Tytuł jest oczywiście nadużyciem. Nie wiadomo, czy Maria Konopnicka była lesbijką, czy osobą biseksualną, czy jeszcze kimś innym. Nie wiadomo, jak myślała o sobie ani tym bardziej, jak by się określiła i jak potoczyłoby się jej życie, gdyby urodziła się nie sto siedemdziesiąt, ale na przykład trzydzieści lat temu. Wiadomo za to, że przez ostatnie dwadzieścia lat życia mieszkała i podróżowała z noszącą się po męsku miłośniczką polowań, malarką i działaczką na rzecz praw kobiet Manią Dulębianką, którą nazywała czasami "Pietrkiem z powycieranymi łokciami". Wiadomo, że z chwilą, gdy się poznały, poetka gładko przeszła w listach do dzieci z formy "ja" na "my" (mamy, myślimy, wyjeżdżamy), że były praktycznie nierozłączne, że miały różne nieprzyjemności z powodu krążących pogłosek o ich związku, że Dulębianka zrezygnowała dla Konopnickiej z kariery malarskiej i że zostały pochowane w tym samym grobowcu. Wiadomo też, że "niewiasta mocno kochliwa", jak …

Gołe dupy Renaty Przemyk

Renata Przemyk dała głos, a ja zawyłam z bezsilnej złości i, co tu ukrywać, przykrości. Szansonistka, której gros fanów stanowią lesbijki (i geje też), piosenkarka, która przez wiele lat była w związku ze swoją tekściarką, poetką Anną Saraniecką (oczywiście związku przyjacielskim), osoba, która jednym zdaniem mogła zrobić wiele dobrego zarówno dla siebie, swojej kariery, jak i dla osób LGBTQetc., postanowiła się wypowiedzieć.

I jak zazwyczaj na wywiady z Renią spuszczałam litościwie (no, może oprócz tego tekstu tu) zasłonę milczenia, tak tego wywiadu bez komentarza zostawić nie sposób.

Już na wstępie jest ostro:
Przecież chrześcijanie byli zawsze pokojowo nastawionymi ludźmi.  Chrześcijanie, zawsze, pokojowo. No fakt, bo sypialnianie nie za bardzo. Najczęściej raz do roku, i to w celu mienia dziatek. Poza tym artystka przespała lekcje historii, na których mówiono o wyprawach krzyżowych, chrystianizacji ogniem i mieczem, inkwizycji i takich tam różnych. Siadaj, Renata, pała.
Wszystkie…