niedziela, 21 lutego 2010

Rewolucja w heteromatriksie

U Abiekta dziś coś bardzo zabawnego - kto ma ochotę poprawić sobie humor, niech koniecznie wejdzie tu. Na Biseksblogu za to casting na homodziałaczki. Mam nadzieję, że nikt go nie potraktuje poważnie, ale jest to ładne podsumowanie dyskusji o medialnym wizerunku lesbijek. Skoro nie podobają nam się osoby, które pojawiają się w mediach, stwórzmy sobie modelową parę, taką lesbijską Simone razy dwa (piję do tego filmu). Sensu w tym za grosz nie ma, nie mówiąc już o autentyzmie, ale za to każda z nas będzie miała szansę bycia współwinną uczestnictwa tego tworu w życiu medialnym.

Ankietka związkowa zakończona, co oznacza, że czas na obiecany tekst o związkach. Najpierw wyniki. Pytałam o stosunek czytelniczek do związków otwartych. Odpowiedzi wyglądają następująco:

Nie byłam i to nie dla mnie. - 40 głosów (51%)
Byłam, ale to nie dla mnie. - 8 głosów (10%)
Byłam/jestem i jest w porządku. - 10 głosów (12%)
Jeszcze nie byłam, ale czemu nie. - 10 głosów (12%)
Nie mam pojęcia, co odpowiedzieć. - 9 głosów (11%)

Ponieważ "badanie" przeprowadziłam na absolutnie niereprezentatywnej grupie (77 osób), na dodatek nie mogę być pewna, że głosowały jedynie kobiety i każda tylko raz, przytoczę jeszcze jedno, podobne tematycznie, z jednego z moich ulubionych blogów Lesbian Life:

Warte uwagi są też komentarze pod ankietką na Lesbian Life - że może i w otwartych związkach nie ma nic złego (to kwestia umowy między partnerkami), ale pokazywanie ich nie jest dobre dla naszego medialnego wizerunku (rzecz się dzieje w Stanach Zjednoczonych). Brzmi znajomo? Powinno, bo niektóre głosy pod homikowym tekstem, który zainspirował mnie do podniesienia kwestii monogamii, były bardzo podobne. Był tam też jeden dziś akurat dla mnie znacznie ciekawszy. Autor odnosi się do oczywistego w sumie stwierdzenia, że nie ma co oceniać i wartościować czyichś wyborów życiowych, bo ludzie są po prostu różni:

Autorka komentarza zachęca, by nikt nikomu nie wmawiał, że coś jest dobre albo złe. Sama się jednak do tego nie stosuje, stwierdzając, że różne style życia są ok. Wychodzi na to, że rezygnacja z ocen = ocena pozytywna.

Wydaje mi się, że w tym jednym zdaniu zawiera się tak naprawdę główna różnica w podejściu do różnych stylów życia, modeli związków itp. Nie w tym, jak żyjemy, ale w tym, czy uważamy, że różne konfiguracje są równoprawne i nie podlegają wartościowaniu, czy też że są modele lepsze i gorsze. Nie muszę chyba dodawać, które podejście jest mi bliższe. Oraz że między tymi podejściami zawiera się cała gama innych, mniej lub bardziej radykalnych.

Pentaxian, której bloga strasznie lubię czytać, napisała jakiś czas temu tak:

Cóż możemy powiedzieć w Polsce, my które marzymy o obrączkach, legalnych związkach. Gdzieś tam dzwoni nam temat płciowego performance, ale tak naprawdę chcemy ślubu i dzieci. Tematyka queer jest odległa już nie o epokę, ale o jakiś rok świetlny.

Ciekawie ten wpis koresponduje z bardzo zabawnym zresztą stwierdzeniem Kazimiery Szczuki sprzed paru lat, która podczas spotkania promocyjnego wokół książki Anny Laszuk "Dziewczyny, wyjdźcie z szafy" powiedziała, że po jej przeczytaniu była rozczarowana o tyle, że wszystkie bohaterki (niezależnie od wieku) są takie strasznie zwyczajne - wspólny dom, zwierzaki, czasem dzieci. A ona myślała, że lesbijki to taka forpoczta rewolucji. I jeszcze jeden cytat, tym razem z jednego z komentarzy Pauli na moim blogu:

Monogamia osób homoseksualnych często jest postrzegana jako parcie ku naśladowaniu ogólnospołecznych wzorców, czy też jako dowodzenie, że tylko (?) pary jednopłciowe chcą dążyć do tego ideału (wierności, wyłączności, etc.), albo wręcz go osiągają. Cóż, wychodzi jak w tych dowcipach, wedle których już niedługo pobierać się będą tylko homoseksualiści.

Coś w tych wszystkich stwierdzeniach jest. Oczywiście można to tłumaczyć bardzo prosto - homofobią. Temu, że na nasze indywidualne odczucia czy pragnienia nakładamy często przekonanie, że czegoś nam tam nie wypada. Że mamy nieprzepartą chęć udowadniania, że jesteśmy "normalniejsze" od "normalnych". Można też tłumaczyć kulturowo - w końcu nie dorastamy w próżni i zazwyczaj interioryzujemy wartości, które nas otaczają. Ciekawa jestem swoją drogą, o czym marzą (lub marzyłyby, gdyby były na naszym etapie akceptacji/tolerancji dla związków jednopłciowych) lesbijki w poliandrycznych społecznościach eskimoskich czy w Tybecie.

Monogamia mi nie przeszkadza. Ba, niedługo stuknie nam z Gosią pięć lat monogamicznego związku (szykujcie kwiaty i prezenty). Jednak mimo wszystko mam wrażenie, że skupiając się na heteronormatywnym modelu, tak naprawdę coś - jako społeczność i jako jednostki - tracimy. Znowu kilka przykładów, jak zwykle z życia. Przyjaciółka, mająca za sobą związki zarówno z kobietami, jak i z mężczyznami, opowiadała mi jakiś czas temu o relacji łączącej ją przez kilkanaście lat z pewnym mężczyzną, która generalnie polegała na tym, że raz na parę miesięcy spotykali się, aby pogadać, ale też po to, aby pójść ze sobą do łóżka. W pewnym momencie zorientowała się, że był to najdłuższy i najlepszy (w sensie emocjonalnym) związek w jej życiu - właśnie taki, jaki był, bez dążenia do "bycia ze sobą na poważnie" czy wymiany obrączek. W odbiorze ogólnospołecznym nie był to związek w ogóle, podczas gdy pozostałe (zakończone niepowodzeniem) jej związki tak. Inny przykład - parę lat temu podczas polsko-niemiecko-rosyjskiego wyjazdu w ramach akcji Girlz Get United poznałam parę Niemek, które, choć były ze sobą od kilku lat, nie mieszkały razem. Obie wybrały dzielenie mieszkań z grupami przyjaciół. Dziewczyny mówiły, że w ich gronie to normalne - związki z przyjaciółmi są równie ważne, jak nie ważniejsze, jak dzielenie kuchni, łazienki czy łóżka z partnerką.

Co więc poprzez tkwienie w jednym modelu związku tracimy? Tak naprawdę możliwość dokonania iluś tam wyborów. I to nie jest nawet kwestia wyboru między monogamią a poligamią, byciem singielką a byciem w związku, a obracania się w całym spektrum relacji, w których być może miałybyśmy szansę realizować się równie dobrze, jak nie lepiej jak w obecnych. Tyle że to całe spektrum jest - stereotypowo - albo gorsze - jak poligamia - albo niedojrzałe - jak mieszkanie z przyjaciółmi - albo nieprawdziwe i skazane na niepowodzenie - jak związki na odległość czy związek bez nastawienia na prowadzenie wspólnego życia. Plus oczywiście państwo polskie premiuje tylko jeden model życia. Sęk w tym, że nas ta premia nie dotyczy, więc, przynajmniej z prawnego punktu widzenia, nie powinnyśmy się nią tak przejmować, bo i tak jej nie dostaniemy. Ale się przejmujemy, czasami aż tak bardzo, że dotąd będziemy wmawiać osobom, które wybrały relację mniej normatywną niż nasza, że są nieszczęśliwe (złe, zepsute), aż rzeczywiście się tak poczują. To też przykład z życia, kiedy to przyjaciółka, która - za zgodą partnerki - wybrała relację z nią i z mężczyzną jednocześnie - stwierdziła, że "lesby są straszne". Straszne, bo nagle przestała być dla nich tą osobą, którą była. Mimo że ona się w stosunku do nich nie zmieniła.

Nie da się żyć, nie oceniając. I pewnie wielu osobom satysfakcję sprawia myślenie, że wprawdzie one są gorsze niż tak zwany ogół, ale są osoby od nich jeszcze gorsiejsze. Tyle że takie myślenie to miecz obusieczny. Jak byłam młodsza, co jakiś czas zdarzało mi się w związku nie być. I za każdym razem czułam się okropnie - no bo skoro "wszyscy" wokół są z kimś, to znaczy że ze mną musi być coś nie tak (kompleksy, kompleksy...). Efekt to z jednej strony wikłanie się w bezsensowne relacje tylko po to, by z kimś być (i nie być gorszą), marnowanie sił i czasu na poszukiwanie drugiej połowy, z drugiej - niemożność cieszenia się czasem, który mogłam wykorzystać na sto milionów mądrzejszych sposobów. Ot, kolejny stereotyp, że z nieszczęśliwej miłości może wyleczyć tylko inna miłość. Oczywiście nie mam pojęcia, jak teraz, kiedy jestem duża i mądra, wykorzystałabym ten czas, i co bym o sobie myślała, jednak gdy myślę o sobie sprzed tych paru dobrych lat, mam podobne poczucie jak jeszcze dawniej temu, kiedy to postanowiłam dokonać apostazji. Że to są wszystko tylko formułki, które powtarzamy, myśląc, że mają nie wiadomo jaki wpływ na nasze życie, a tak naprawdę jedynie dają nam złudzenie, że znamy odpowiedź na pytanie, jak żyć. Na które nie ma odpowiedzi. Lub - wersja optymistyczna - nie ma jednej odpowiedzi.

Najzabawniejsze jest to, że samo bycie lesbijkami może "wymusić" na nas uczestnictwo w zupełnie nienormatywnej relacji. Ot, decydujemy się na dziecko i wybieramy zapłodnienie spermą zaprzyjaźnionego geja. Chcemy, by dziecko miało kontakt z biologicznym ojcem, więc siłą rzeczy zacieśniamy więzi z owym gejem oraz z jego partnerem. Czyli dziecko ma dwóch ojców i dwie mamy. Potem - cóż, życie - rozstajemy się z partnerką, z którą zdecydowałyśmy się na dziecko, rozstanie jednak przebiega w zgodzie, tak że nasze dziecko ma kontakt i ze swoimi obiema mamami, i z ich nowymi partnerkami. Można tę relację poszerzyć - nasza ekspartnerka decyduje się na kolejne dziecko, biologiczny ojciec jest tym razem inny, ale mama ta sama (albo na odwrót), więc nasze dziecko ma przyrodnią siostrę lub braciszka i tak dalej, i tak dalej. Trudno wyobrazić sobie prawne usankcjonowanie takiej relacji - przynajmniej w naszym pięknym kraju nad Wisłą - jednak nie jest ona ani absurdalna, ani niemożliwa, ani też chyba nieakceptowalna, nawet dla zwolenniczek białych sukien i obrączek. Za to dla heteronormy jest chyba bardziej zabójcza niż straszna poligamia. Może więc jednak jesteśmy forpocztą rewolucji?

16 komentarze :

Skąd podejrzenie, że casting nie jest serio? Hmm? :)

Co do ankiety to ankiety dopinane do tekstu mają tą wadę, że w tekście jest sugestia, a jeżeli czytelnik ceni autora to ma tendencję do podążenia za jego tokiem myślenia. Nawet mi przyszło do głowy zrobić test. Test polegałby na umieszczeniu tekstu odwrotnego ideologicznie i zobaczeniu jakie będą różnice. Ale w tej chwili mam meksyk w pracy więc raczej nic dłuższego nie wyprodukuję :)

ja oddałem swój głos ;-)
a tak poważnie to temat monogamii i poligamii jest dla mnie strasznie drażliwy, więc nie będę się tu rozpisywał, ale chętnie Ewuś bym z Tobą podyskutował na ten temat :-)

Doskonały tekst według mnie - tak, oceniam:) - bo zwrócił myśli na nieużywane jeszcze tory.. Rzeczywiście, takie było moje przekonanie, gdy wypełniałam ankietę, normatywne..ale czuję się zaskoczona i ciesze się, że mam nad czym pomyśleć.

Wzajemnie kochana...wzajemnie.

Myślę, że rewolucja byłaby wtedy, gdyby mając prawa do zawierania małżeństw i adopcji dzieci, nie korzystać z tych praw. Lub nie walczyć o nie i im podobne a tworzyć nowe jakości. A tak - mamy do czyniena ciągle z wzoracami heteronormatywnymi, tylko w innych konfiguracjach.I o to chodziło wtedy mnie, gdy pisałam tamte słowa. Założę się, że o to też chodziło Kazi Szczuce - myślała, że ujrzy całkowity odwrót od patriarchalnego typu społeczeństwa/kultury. Tylko jeśli odwrót to dokąd? W jaki sposób? Ja mam świadomość wdrukowanych we mnie wzorów i nie potrafię się zdystansować; noszę od lat złotą obrączkę. Kogo na to stać? No, jest paru intelektualistów...a reszta się oszukuje:)

@Biseks
Błagam, nie pisz mi, że casting jest na poważnie. Nawet jeżeli to prawda, nie pisz mi tego:) Ankietka była dopięta do bloga, nie do tekstu, tak że nie sądzę, by ktoś się nim (tekstem) szczególnie zasugerował. Tym bardziej że wynik niezbyt rewolucyjny (tak jak i tekst zajawiający ankietkę) i chyba mimo wszystko nieodbiegający od np. deklaracji na forum Kobiety Kobietom czy na Homikach.

@Xys
Mnie bardziej niż mono/poligamia interesuje tak naprawdę heteronormatywność (a właściwie to, na ile jesteśmy poza nią skłonne wybiegać, bo przecież możliwych relacji jest mnóstwo), ankietka była tylko pretekstem, a poza tym byłam ciekawa, jak rozłożą się głosy.

@Anonimowa
Jestem oczywiście wzruszona, że... oceniasz:)

@Pentaxian
Domyśliłam się, o co Tobie chodziło, o to samo podejrzewam też Kazię. Gdy pisałam końcówkę tekstu, przyszło mi jednak do głowy, że osoby przeciwne nadaniu nam równych praw chyba najbardziej się boją takich sytuacji - bo to niby nadal jest heteronorma (w końcu i heterycy się rozwodzą, wchodzą w nowe związki, rodzą nieswoje dzieci, więc taki scenariusz jest i dla nich możliwy) - ale niemająca nic wspólnego z modelem 2+2+chomiczek. Poligamia, BDSM, seks pozamałżeński itd. to przy tym pikuś, bo nie rozwala jedynego słusznego porządku tylko sytuuje się grzecznie na marginesie. To rozwala.

A co chcesz wystartować w castingu? :P No nie wiem Ewa czy się załapiesz, nie wiem :) A jak się załapiecie obie to nie wiem czy komisji będziecie pasować
jako para ;)

Muszę sobie jakąś ksywę wymyślić, bo mi ludzie na ulicy zaczną mówić biseks :)

Po wyeliminowaniu opcji "Nieważny wygląd, liczą się wypowiedzi z sensem" wygra "Femka zwyczajna", a wierz mi, że za żadne pieniądze (o ile jakiekolwiek są dla wymarzonych homodziałaczek przewidziane, choć bez kasy to chyba będą się chciały w to bawić jedynie te, co się już bawią) nie dam się na femkę przerobić. Tak że miło, że o mnie pomyślałaś, ale uprzejmie odmawiam:) "Biseks" to i tak chyba lepiej niż "Biseks blog napisała", jak u Abiekta. Ale głosuję za ksywką:)

Może uda się część z tych milionów KPH na to przeznaczyć :)

A ankietę można jeszcze raz zrobić i można rozszerzyć opcje ankiety, bo nie wiem do jakiej kategorii Cię wpasować. Właściwie sama też nie wiem gdzie mam się wpasować.

No i nie wiem co w jakim trybie wyłonić komisję. To mi dziś zaprząta myśli.

To poproszę opcję "soft butch (Rachel Maddow)" - sukces gwarantowany:) Ale najpierw o informację, ILE konkretnie z tych milionów, bo mam dużą rodzinę i nieodpowiednią kartotekę, którą muszę zniszczyć, bo mnie wyeliminuje w pierwszej turze. A to kosztuje, oj kosztuje.

Ewuś ja właśnie na swoim portalu sztuki chcę dziś dać taką ankietę, jestem ciekaw jak się głosy rozłożą :))) Bo właściwie wszyscy piszemy o obrazach a tu nagle taki konkretny intymny temat ;) jestem ciekaw czy nie będzie oburzenia hehe :D

Skoro zostałam wywołana...
Komentując wtedy Twój wpis, piłam - nieco żartem - do któregoś z dawniejszych postów, gdzie pokazywałaś "homoseksualne" skecze mainstreamowych kabaretów.

Z tego, co piszesz, wyłania się raczej obraz ewolucji, nie rewolucji. Przypominam sobie "Tremble, Hetero Swine", Mortmere Isherwooda (czy się nie mylę? nie chce mi się sprawdzać...), z kobiecymi-lesbijskimi utopiami trochę gorzej, ale wszystkie, które mi przychodzą na myśl, obracają się w wersję anty-, a życie (pozaliterackie) potwierdza słuszność metody małych kroków. Chyba należy ufać, że dojdzie do masy krytycznej, uniemożliwiającej trwanie legislacyjnego status quo... na cóż innego (w tym kraju) liczyć, po podpisaniu się pod każdą petycją, itp.?

Tak na marginesie... Nie lubię odwoływać się do przykładów znajomych osób, surely life's stranger than fiction, ale gdy mówię o anonimowo rozplenionym stereotypie albo o przypadkach filmowych/książkowych, mam większą szansę trafić w czyjeś skojarzenia, poza tym, ze znajomymi problem (albo szczęście) polega na tym, że nie wie się "wszystkiego".

Wracając do tematu, mam wrażenie, że - i tu zaprzeczę swym słowom z poprzedniego akapitu... - najchętniej 'queerują' osoby mające pewnego rodzaju życiowe oparcie. Bynajmniej nie mówię o tym, co nazywa się "skokami w bok" ani "uczciwym" eksperymentowaniu na swoim związku (vide film "Mango Kiss"). Raczej o pozycji pozwalającej obserwować, dyskutować, przyjaźnić się, i tymi sposobami odchodzić od uniwersalizacji własnego punktu widzenia i sposobu życia (jeśli się go uprzednio uniwersalizowało, waloryzowało jako najlepszy czy jedyny uprawniony w ramach np. rzeczonej homonormy), bez rezygnacji zeń. Najprościej mówiąc, to, co jest dobre dla mnie, nie musi być dobre ani dla "każdego", ani nawet dla większości. Jeśli dodać uwolnienie się od przymusu bycia w związku, pozwolę sobie mniemać, że taka jest Ewy pozycja.

O Bogini, to już kolejna wywołana osoba, chyba czas zmienić styl pisania:) Żeby nie było, ja nie wywołuję, ja tylko cytuję i podaję źródło, bo strategia pisarska Helene Hegemann mi nie leży(BTW, czytałaś? O niej, nie ją - świetna historia). Ja dla odmiany lubię korzystać z przykładów z życia, bo mam wrażenie, że łatwiej mi w ten sposób przybliżyć temat. To, co piszesz o osobach skłonnych do queerowania jest w sumie niepokojące - bo oznacza pozostanie w sferze teorii i mówienia, że nie musi tak być. Ja bym wolała zobaczyć, co się dzieje w praktyce.

O H.H. - tylko w necie. Powieści nie - niemieckiego nie znam... nie na tyle, by obcować z literaturą.

"W praktyce" - patrzeć czy uczestniczyć? Nie mogę mówić, jak jest, ale jaki obraz mi się wyłania z tego, co czytam, jakie głosy są częste: najwięcej o "teorii" queer mają do powiedzenia osoby wręcz znane z życia w długotrwałych, grzecznych związkach (w tym przypadku nomina sunt odiosa). Chyba najważniejsza jest świadomość wyboru.

Nie wydaje mi się, żeby 'queerowanie' należało sprowadzać tylko i wyłącznie do kwestii mniej lub bardziej otwartych związków (tu zgadzam się z Pauliną).
Czy to trochę nie sprowadza "queeerowania" do dorabiania sobie ideologii do chodzenia na boki?

Co np. ze związkiem, gdzie jest para "biologiczna" - kobieta i mężczyzna, przy czym on jest TRANS (CD albo TG albo TS). Czy to nie jest forma queerowania, nawet jeśli oni tak nie twierdzą? Czy może za queerowanie należy uznawać tylko działanie świadome, które ktoś w ten sposób określa?

Też tak nie uważam. Powiedziałabym nawet, że te dwie rzeczy mają ze sobą niewiele (jeżeli w ogóle coś) wspólnego. Chodziło mi o to, że osoby z pewnym oparciem życiowym są też mniej skłonne do robienia rewolucji (bo mają więcej do stracenia, bo mają trochę więcej lat, bo mają trochę lepiej, więc nie czują aż takiej potrzeby... powodów może być mnóstwo), a bardziej do obserwowania, teoretyzowania czy dyskutowania. Nie wydaje mi się, że do queerowania jest potrzebna świadomość, że się to robi, z drugiej strony jednak chyba tylko świadomość pozwala nadać mu szerszy niż tylko jednostkowy wymiar.

Kurczę, już trzeci dzień nad tym Twoim postem dumam, ale nic odkrywczego nie wydumałam :]

Osobiście siebie w związku otwartym raczej nie widzę. Ale nie dlatego, że mam do nich negatywny stosunek (związki innych ludzi interesują mnie z socjologicznych pobudek, a od wartościowania czyichś wyborów jestem daleka). Mnie odstrasza poziom komplikacji. Utrzymanie satysfakcjonującej relacji z jedną osobą jest wystarczająco trudne, a jak pomyślę o większej liczbie i możliwościach konfiguracji, to aż mnie ciarki przechodzą.

Oczywiście są ludzie, którzy mogą w takich związkach czuć się dużo lepiej niż w 1+1, ale wydaje mi się, że tu trzeba jednak bardzo dużej otwartości wszystkich zaangażowanych, bo inaczej zdecydowanie "too much drama". Nie na moje nerwy ;)

Zastanawiałam się też nad możliwością uregulowania prawnego nienormatywnych relacji. Nie ma co się łudzić, że ustawodawca stworzy konstrukcję dla takich związków: 1) życie jest tak bogate, że odgórna regulacja byłaby zwyczajnie trudna; 2) jeśli nawet, to chyba za jakieś 50 lat, bo konstytucyjna promocja "jedynego słusznego" modelu raczej szybko nie zniknie.

W takich układach najlepiej sprawdziłoby się chyba coś a la francuski PACS (ze sporym rozszerzeniem). Akurat ostatnio nawiedzili nas Mariusz Kurc i Krystian Legierski z debatą o związkach partnerskich i szczerze mówiąc PACS-u jako alternatywy dla związków nadal nie widzę, ale w większych konfiguracjach czemu nie (np. lesbijki+geje+dzieci i prawa/obowiązki określone w umowie). Tylko tu też konieczna jest kolosalna zmiana optyki ustawodawcy.

Prześlij komentarz