niedziela, 27 października 2013

Fuck you Mr Cameron!


W tym tygodniu Paul Cameron, znany homikożerca, dla niepoznaki określany mianem "kontrowersyjnego psychologa", odbył tradycyjne już tournée po Polsce. Odwiedził Rzeszów, Kraków, Warszawę, Białą Podlaskę, Opole i Białystok. Występował w salkach katechetycznych, klubach i, niestety, na dwóch uniwersytetach. Wszędzie opowiadał mniej więcej o tym samym: że winne niżowi demograficznemu są kobiety, którym zachciało się kształcić i pracować, i pigułki antykoncepcyjne, że program równościowe przedszkole to jak oddanie dzieci pod opiekę dra Mengele, że osoby nieheteroseksualne częściej powodują wypadki i wsiadają za kółko po pijanemu, że większość z nich ma doświadczenia seksualne z płcią przeciwną, co dowodzi, że są w rzeczywistości heteroseksualne, że żyją krócej, częściej popadają w nałogi, tworzą związki oparte na przemocy i molestują nieletnich. W związku z tym homoseksualność należy zdelegalizować, a osoby niehetero izolować od zdrowego społeczeństwa, a już szczególnie od dzieci.

W Opolu jedna osoba próbowała z nim dyskutować i przypomniała, że badania, na podstawie których doszedł to tych i innych głoszonych przezeń wniosków, były wielokrotnie kwestionowane, a on sam został usunięty ze wszystkich znaczących towarzystw psychologicznych i psychiatrycznych (ciekawym biografii Camerona polecam ten tekst, już kilkakrotnie na blogu przywoływany). W Warszawie zamiast dyskusji był happening. Sześć osób (w sumie w spotkaniu brało udział bodaj dwadzieścia) wyciągnęło tęczową flagę i kartki z napisem "Gay is ok. Fuck you Mr Cameron". Zaczęło się całować, a potem rzuciło na kolana przed Cameronem i prosiło, by je uzdrowił. Ciąg dalszy był do przewidzenia - wywiązała się ostra dyskusja, protestujących wyprowadzono z sali (nie zawsze bez używania siły), przytrzymano na zewnątrz do momentu przybycia policji, a następnie każde z nich dostało po mandacie za zakłócenie wykładu. Relacja z happeningu pojawiła się na Facebooku, kilku homofobicznych portalach, a w końcu też na TokFM.pl. Tonu tekstów domyślić się łatwo. Za to komentarze na profilach protestujących nieco mnie zaskoczyły. Że takie happeningi to powielanie metod przeciwników. Że w ten sposób psuje się wizerunek osób nieheteronormatywnych. Że była to niepotrzebna burda, bo trzeba było dyskutować, a nie przerywać wykład. Z żadnym z nich się nie zgadzam, ale zanim napiszę, dlaczego, mam kilka pytań:

1. Czy w ramach wolności słowa powinno się pozwalać na głoszenie każdych poglądów? Jeżeli nie, to których nie?
2. Czy z każdym opłaca się dyskutować?
3. Jakie są granice pokojowego protestu?
4. Czy przynależność do grupy stygmatyzowanej powinna ograniczać stosowane metody walki o równe prawa?

Z pierwszym pytaniem mam problem. Na chwilę obecną powiedziałabym, że to zależy m.in. od tego, gdzie są głoszone. W tym przypadku był to wykład otwarty, czyli teoretycznie każdy mógł się nań wybrać. Jest pewna grupa poglądów, których podczas takich imprez propagować nie wolno. Stwierdzenia, że osoby homoseksualne należy izolować, a za bycie homoseksualnym karać, do nich nie należą. Tak samo jak nawoływanie do nienawiści w stosunku do nas. Z drugiej strony Cameron przedstawia swoje poglądy jako naukowe, podczas gdy w rzeczywistości wynikają one wyłącznie z nienawiści i chęci stygmatyzowania osób, których z jakiegoś powodu nie lubi. Nie jest więc w tym wypadku naukowcem, a ideologiem. Co jak dla mnie oznacza, że przynajmniej uczelnie nie powinny legitymizować jego "badań". Jestem za to przekonana, że niezależnie od tego, czy Cameron, głosząc swoje idee, postępuje zgodnie z prawem, czy nie, osoby przez niego pokrzywdzone mają prawo przeciw nim protestować.

Na drugie pytanie moja odpowiedź jest prosta: nie. Nie opłaca się dyskutować z Terlikowskim, księdzem Oko, Cameronem i osiłkami dzierżącymi zakazy pedałowania. Nie dlatego, że głoszą wyjątkowo paskudne idee, a dlatego, że nie są zainteresowani poznaniem argumentów tych, których dyskryminują. Oni chcą, by osoby niehetero w najlepszym wypadku udały się na przymusowe "leczenie", a jeśli ono się nie powiedzie, zaszyły się w czterech ścianach swoich domostw i udawały, że ich nie ma. W najgorszym... Wiadomo, pedały do gazu, te sprawy. Koniec kropka, inne rozwiązanie ich nie satysfakcjonuje. Tu nie ma pola do dyskusji, przekonywania, tłumaczenia. Nie ma co się zresztą tym specjalnie martwić - każdy ma swoje sympatie i antypatie. Grunt, by nie pozwolić, by czyjeś uprzedzenia zatruwały komuś życie. Ci panowie niestety w zatruwaniu się specjalizują.

Trzecie pytanie jest chyba łatwe. Granicą jest przemoc. Obśmiewanie, wyklaskiwanie, wygłupy czy siadanie na ulicy w granicach pokojowego protestu się mieszczą. Obrzucanie czymkolwiek, zastraszanie, bicie rzecz jasna już nie. To, co ktoś rozumie przez "zastraszanie", to odrębna kwestia (pamiętam, jak zeznawałyśmy w sprawie umieszczenia naszych danych na pewnej faszystowskiej stronie - zapytano nas, czy czujemy się zastraszone tym faktem, a my zgodnie z prawdą stwierdziłyśmy, że nie, choć pewnie część osób, których nazwiska się tam pojawiły, nie była tak wyluzowana), ale tęczowe flagi czy całowanie się trudno, tak zdroworozsądkowo, uznać za przerażające. Z pewnością za to granicą nie jest to, kto pierwszy na świecie daną metodę protestu zastosował. Jasne, że milej jest się porównywać do Gandhiego czy Pomarańczowej Alternatywy niż do narodowców, tyle że to nie narodowcy wymyślili przerywanie wykładów.

Na ostatnie pytanie mogę jedynie odpowiedzieć: nie. Bo - i tu wrócę do odpowiedzi numer dwa - naprawdę nie ma znaczenia, co zrobimy. Problemem dla panów homofobów (i pań, bo choć ich tu nie przywołałam, też głoszące takowe poglądy istnieją) nie jest to, co robimy, a sam fakt naszego istnienia. I czego nie zrobimy, będzie to złe i zostanie takoż zinterpretowane. To nie jest grupa, którą można do czegoś przekonać. I takie protesty nie są po to, by ich (czy kogokolwiek innego) przekonać, a po to, by powiedzieć "nie". Nie ma zgody na poglądy, które głoszą. Nie ma zgody na propagowanie nienawiści. Nie ma siedzenia cicho, gdy jest się opluwanym.

Znam argumenty zwolenników teorii wizerunkowej. Najważniejsze to dać się poznać jako sąsiedzi, współpracowniczki, przyjaciółki, usługodawcy. Pracować u podstaw, edukować i tak dalej. I absolutnie się z nimi zgadzam - tak, to są bardzo ważne kwestie. Ale nie zgadzam się z samoograniczaniem w trosce o wizerunek. Bo równe prawa nie mogą zależeć od tego, jaki ktoś jest lub nie jest. A my nie jesteśmy monolitem i może czas najwyższy uświadomić to sobie i innym - że każdy żyje i postępuje tak, jak uważa za stosowne. Że nie ma jakiegoś kodeksu ludzi niehetero, klepniętego przez wszystkie zainteresowane osoby, którego się mamy trzymać, by uzyskać równe prawa. Nie ma i dlatego, że to, co dla jednych jest zwyczajne i niekontrowersyjne, dla innych jest kompletnym przegięciem i niepotrzebnym zwracaniem na siebie uwagi. A przede wszystkim dlatego, że większość osób niehetero żadną formą aktywizmu się nie zajmuje i nie interesuje. Są za to dwie inne rzeczy. Doświadczenia innych krajów, pokazujące, że dopiero solidne wkurzenie się na to, jak jest, pozwoliło coś osiągnąć. I ludzkie emocje, które pchają do działań może nie zawsze wielkich, mądrych i efektownych, ale za to pozwalających żyć w zgodzie ze sobą, a nie z jakimś mitycznym (i dla każdego innym) wizerunkiem modelowej osoby niehetero.

Fot. https://www.facebook.com/Archiwum.LGBT

czwartek, 3 października 2013

Walczę z wiatrakami


Tak naprawdę nie pamiętam już chyba tekstu na temat osób nieheteronormatywnych w mainstreamowych mediach, który by mnie w jakimś stopniu nie zirytował. Niemal zawsze jest coś nie tak. A to dziennikarz się upiera, że pierwotny projekt ustawy o związkach partnerskich autorstwa Dunina dawał możliwość dziedziczenia na tych samych zasadach co małżonkowie, a to pisząc o stygmatyzującym osoby LGBTQ prawie w Rosji, uparcie określa je jako "zakazujące homoseksualnej propagandy", a to miesza transpłciowość z interseksualizmem i w efekcie mu wychodzi, że autorzy projektu ustawy o uzgodnieniu płci chcą, by operacja korekty płci mogła być możliwa od 13 roku życia... Co gorsza, te błędy zazwyczaj nie wynikają ze złej woli, a z braku wiedzy i staranności przy przygotowywaniu materiału. Oczywiście te niedostatki (delikatnie mówiąc) warsztatowe objawiają się nie tylko w tekstach o nas. Zaryzykowałabym jednak stwierdzenie, że inne są skutki braku rzetelności, gdy pisze się o grupach stygmatyzowanych, a inne - gdy sprawa dotyczy osób, które nie mierzą się z brakiem akceptacji. Te pierwsze mają zdecydowanie bardziej przechlapane - bo takie niby drobiażdżki dokładają się do puli mitów i uprzedzeń, z którymi i tak już muszą się mierzyć.

Wydawać by się mogło, że znacznie większą krzywdę osobom nieheteronormatywnym robią te media, które uparły się pisać o nich wyłącznie w negatywnym kontekście. Tu rządzi manipulacja i oszustwo, a za jedyne źródła służą miejsca, w których można potwierdzić swoje tezy. Tyle że ich czytelnicy to albo osoby równie negatywnie nastawione do wszystkiego, co inne, albo te, co wpadają tam, by zażyć (wątpliwej, przyznaję), rozrywki i trochę pohejterzyć. Z pozornie przyjaznymi mediami jest gorzej. Bo im się wierzy, a przynajmniej wierzy się, że nie zrobią nam krzywdy. Efekt? Skoro się wierzy, to się bezmyślnie powtarza. I tak rodzą się mity. Odkręcanie ich to syzyfowa praca, ale mimo wszystko dzielne armie orków próbują. Czasami dokładam swoją cegiełkę - czy to w komentarzach, czy to korespondując z dziennikarzami, czy wreszcie pisząc własne teksty.

Dziś z kilkoma takimi mitami rozprawiam się na Queer.pl. Zapraszam do lektury.