niedziela, 15 czerwca 2014

Parada 2014: obok rzeczywistości


Tegoroczna warszawska Parada Równości zbiegła się z informacją, że partia rządząca nie tylko po raz kolejny odmówiła zajęcia się kwestią przestępstw z nienawiści i mowy nienawiści w stosunku do osób nieheteronormatywnych, ale nawet wycofała się ze zbierania danych na ten temat. I nietrudno się domyślić, dlaczego tak jest: nie ma danych, nie ma problemu, nie ma problemu, nie trzeba się nim zajmować. Nieważne, że z badań opinii społecznej od lat wynika, że geje są najbardziej znienawidzoną grupą, a niedaleko za nimi są osoby transpłciowe, biseksualne i lesbijki. Nieważne, że ohydne, nienawistne słowa w stosunku do gejów, lesbijek itd. akceptuje ponad 20 procent społeczeństwa. Ważne, by nie narażać się tym wyborcom, co to są rzecz jasna supernowocześni i niesamowicie tolerancyjni, ale tylko pod warunkiem, że ktoś jest sobą w domu po kryjomu albo, po wałęsowsku, w tylnym rzędzie, a najlepiej za murem.

Nienawiść, na jaką jest narażona nasza społeczność, to rzecz jasna niejedyny problem. Mimo że maszerujemy od 14 lat, a działamy od ponad ćwierćwiecza, nadal możemy jedynie pomarzyć o prawnym uregulowaniu naszych związków, że o prawie do zawierania małżeństw nie wspomnę, normalnych procedurach korekty płci czy rzetelnej edukacji równościowej. To, co udało się nam uzyskać, to prawo do zrzeszania się, zgromadzeń publicznych i ochronę przed dyskryminacją w pracy. Śmiesznie mało w porównaniu z innymi podobnymi naszemu krajami. Jeszcze mniej, gdy uświadomimy sobie, że dogonienie ich zajmie nam więcej niż kilka lat.

W tym kontekście trudno uznać formalnie radosne wydarzenie, jakim jest Parada Równości, za rzeczywiście radosne. Oto 13 tysięcy osób (jak chcą organizatorzy), czy może 5-6 tysięcy (jak chcą media) wyszło na ulice stolicy kraju, który uparcie odmawia rozpoznania ich potrzeb i bolączek, aby skorzystać z jednego z nielicznych praw, które mają - wolności demonstracji. Uczcić ten jedyny dla wielu z nich dzień w roku, kiedy nie boją się być sobą i mogą publicznie wykrzyczeć, co ich boli. Albo, co też jest zapewne prawdą dla wielu, po prostu pobawić się nie w bezpiecznym klubie, ale na zwykle mniej bezpiecznej dla nich ulicy. Smutne? No trochę.

Smutne jest też, że z tym objawiającym się co roku potencjałem tak naprawdę niewiele się robi. Bo to jest potencjał. Na parady przychodzi coraz więcej młodych osób. Spora część z nich nie dlatego (a właściwie nie wyłącznie dlatego), że jest to dobra zabawa, ale też z myślą, że w ten sposób coś zmienią, o coś zawalczą. I tak jest, bo głośno i publicznie mówiąc, że są i żądają, zmieniają coś i w sobie, i w swoim otoczeniu. Ale też tak nie jest jest, bo pod koniec marszu dowiedzą się od tych, co to już w działaniu mają jakieś doświadczenie, gdzie są oficjalne afterparty i kto dla nich zagra tego wieczoru, a nie co mogłyby robić przez kolejne 364 dni. Co więcej, choć trudno znaleźć organizację czy stowarzyszenie, które wczoraj nie maszerowałoby przez Warszawę, to właściwie miały w trakcie parady tyle do powiedzenia, co napisały na transparentach, bo tradycyjnie rządziła muzyka, nie hasła. Tak samo milczeli zresztą sami organizatorzy, bo mimo że parada miała swoje postulaty, to kto ich nie przeczytał wcześniej czy nie usłyszał na początku, ten nie miał szansy się z nimi zapoznać.

Jeśli się jeszcze zastanawiacie - tak, czepiam się. Czepiam się, bo choć ilościowo jest nieźle, to jakościowo jest cały czas byle jak. Ani do końca rozrywkowo, choć chyba coraz bardziej tak, i to z założenia, wszak tym razem finał imprezy był w klubie na plaży, skrzętnie ominęliśmy Sejm, a druga połowa trasy wiodła przez praskie zaułki, przez co szliśmy właściwie wyłącznie dla siebie i dla nielicznych osób, które postanowiły spędzić sobotnie popołudnie na ławeczkach przed domami. Ani aktywistycznie, mimo że aż się prosiło, by chociażby zachęcić organizacje, by powiedziały coś ze sceny w trakcie plażowego afterparty, ustawiły swoje stoiska, rozdały ulotki. Zamiast tego pierwsza godzina oficjalnej poparadowej imprezy upłynęła pod znakiem dj-skiej rąbanki, kolejne - koncertów i występów. Ani politycznie, chyba że politykę mierzyć liczbą platform partyjnych i tym, kto przemówił pod PKiN. Czepiam się, bo choć to bardzo dobrze, że parada jest i że ktoś ma chęć i siły to ciągnąć, to jednocześnie ta największa w Polsce impreza osób nieheteronormatywnych wydaje się być zupełnie oderwana od rzeczywistości i zajmować głównie poprawianiem samej siebie, zamiast zauważyć, że w ostatnich latach bynajmniej nie robi się nam lepiej i nie bardzo widać, by miało się to zmienić. To wszystko sprawia, że z prawdziwą nostalgią wspominam parady z 2005 czy 2006 roku, które może były organizacyjnie słabsze i mniej ludne, ale za to wiadomo było, po co idą i w jakich realiach się odbywają.

To wszystko nie znaczy, że warszawska Parada Równości nie ma plusów. Ma. Organizacyjnie jest coraz lepiej. Ludzie dopisują mimo nie zawsze sprzyjającej pogody. Jest na co popatrzeć, z kim pogadać i co porobić. Dzięki paradzie mamy też, co chyba najważniejsze, możliwość pokazania, że czasy, kiedy można nas było wepchnąć do szafy, już dawno minęły i, niezależnie od sytuacji politycznej w Polsce, nie wrócą. To dużo. Ale czy naprawdę chcemy na tym poprzestać? Czy możliwość swobodnej zabawy na ulicy jest szczytem naszych potrzeb?