czwartek, 9 kwietnia 2015

Łaska urzędnicza na pstrym koniu jeździ


Barbara Starska i Cecylia Przybyszewska, jak wiele par przed nimi (pierwszy raz o takiej możliwości zrobiło się głośno w 2009 roku, za sprawą Katarzyny Formeli), postanowiły przypieczętować swój związek, przyjmując wspólne nazwisko. A konkretnie Barbara miała stać się Przybyszewską. Złożyła dokumenty w łódzkim Urzędzie Stanu Cywilnego, uargumentowała prośbę zgodnie z wielokrotnie stosowanym wzorcem - że nie ma więzi z ojcem, po którym ma nazwisko, że pozostaje w bliskich relacjach z osobą o nazwisku Przybyszewska - i zaczęła się dwumiesięczna kołomyja zakończona porażką. Coś, co miało być formalnością, okazało się w jej przypadku niemożliwe. I skrajnie nieprzyjemne. Przesłuchiwano ją i jej partnerkę, kazano udowadniać, że są prowadzą wspólne gospodarstwo domowe, częstowano stwierdzeniami, że związki osób tej samej płci są w Polsce nielegalne, a na koniec przywalono pięknym uzasadnieniem odmowy:
Do zmiany nazwisk nie wystarczy tylko sama wola Strony oparta na sympatii do osoby, z którą zamieszkuje, ma wspólne konto w banku czy prowadzi wspólne gospodarstwo domowe. Samo poczucie przywiązania i przynależności do innej rodziny, przekonanie o ich akceptacji oraz bliskość z jej członkami nie jest wystarczającym i ważnym powodem w rozumieniu art. 4 ust. 1. powołanej ustawy. Przedstawione przez Panią Barbarę Starską argumenty, oparte jedynie na niecięci do nazwiska Starska oraz na sympatii do osoby noszącej nazwisko Przybyszewska, nie dają podstaw do stwierdzenia, iż w przedmiotowej sprawie zachodzą ważne powody uzasadniające zmianę nazwiska.
Żeby było jeszcze ciekawiej, urzędniczka stwierdziła (ale oczywiście w piśmie tego nie ma), że gdyby Barbara napisała jedynie o braku więzi z ojcem, sprawę załatwiono by pozytywnie. Ale jako że podała też drugi, zapewne istotniejszy dla niej powód - związek z Cecylią - to jej odmówiono. Lekko to dziwne? No lekko. Ale wszak to Polska.

Sprawa jest otwarta, bo Barbara zamierza się odwołać do wojewody łódzkiego, ale już teraz można wyciągnąć z niej kilka wniosków.

Po pierwsze, jeśli prawo czegoś nie reguluje, to tego nie reguluje. I nie ma żadnych uniwersalnych sztuczek, które pozwolą to zmienić. Nie da się obejść systemu. W jednym przypadku się uda, jak u panów Idziak-Sępkowskich, którzy w ubiegłym roku reklamowali swój sposób na formalizację związków jednopłciowych, w innym nie. Wszystko zależy od dobrej woli urzędników czy pracowników ochrony zdrowia. Nie znaczy to, że nie warto się zabezpieczać, spisując testamenty czy udzielając sobie pełnomocnictw, ale trzeba sobie zdawać sprawę z ograniczeń tego typu rozwiązań. O tym, na co teraz pozwala prawo, a na co nie, szerzej pisałam tu.

Po drugie, zarówno ta sprawa, jak i na przykład historia syna pary kobiet, który nie dostał polskiego obywatelstwa, mimo że jego mamy są Polkami, bo nasze prawo, w przeciwieństwie do angielskiego, nie przewiduje istnienia takich dzieci, pokazują, że w sytuacjach niejednoznacznych urzędy niekoniecznie będą orzekać na korzyść obywateli i obywatelek. Więcej, jeśli ci i te ostatnie są nieheteronormatywni czy nieheteronormatywne, może to wystarczyć, by im odmówić. Z czystym sumieniem i poczuciem dobrze spełnionego obowiązku.

Po trzecie, co dla odmiany wyszło przy niekończącej się opowieści o zaświadczeniu o stanie cywilnym potrzebnym do zawarcia związku za granicą, którego urzędy nie chcą wydawać, jeśli polski Sejm uzna kwestię niejednoznacznych przepisów regulujących zmianę nazwiska za na tyle istotną, by je doprecyzować, musimy się liczyć z tym, że doprecyzuje je nie tak, jak byśmy sobie życzyli i życzyły. Bo nasz Sejm - a kolejny raczej lepszy nie będzie - najchętniej by udawał, że osoby niehteronormatywne nie istnieją. Rzecz jasna partia rządząca i koalicjant wszystkich są na tyle dobrze ułożeni, że nigdy się do tego nie przyznają i zawsze zostawią nam furtkę czy tylne drzwi (jak w przypadku wspomnianych zaświadczeń, wszak możemy po prostu wziąć odpis aktu urodzenia z adnotacją o stanie cywilnym), coby udawać, że nie dyskryminują. Nie zmienia to faktu, że tak naprawdę zależy im na utrzymaniu status quo. I to nie tylko w przypadku dużych zmian, jaką byłoby na przykład wprowadzenie porządnej ustawy o związkach partnerskich, ale też rzeczy, które tak naprawdę nic nie zmieniają w naszej sytuacji. Wszak i tak możemy brać śluby za granicą, uwzględnienie tego w zaświadczeniach o stanie cywilnym byłoby jedynie potwierdzeniem tego faktu. Olek jest synem Agnieszki i Idy, niezależnie od tego, czy jest Polakiem, czy nie, a związek Barbary i Cecylii jest faktem - i jest legalny - choć panie nadal nie mają tego samego nazwiska.

Marzy nam się równość małżeńska. Niestety póki co możemy o niej zapomnieć. Skoro i urzędy, i nasi rządzący mają problem z ustawowym potwierdzeniem, że w ogóle mamy jakieś prawa i w ogóle coś możemy, to trudno liczyć na to, że umożliwią nam coś, czego nie możemy. Nie znaczy to, że nie warto walczyć o swoje, nagłaśniać takich spraw, odwoływać się. Ale z pewnością znaczy, że nie warto pokładać nadziei w obecnym Sejmie i w obecnej partii rządzącej. Oni nic nie zmienią, nawet jeśli ma to symboliczne znaczenie i jedynie potwierdza to, co jest już teraz.

6 komentarze :

Mała obserwacja socjologiczna - mów o wspólnym rozliczaniu podatków, o kredytach, o miłości, o odwiedzaniu w szpitalach i większość heteryków mówi "spoko", szepnij o związkach partnerskich czy małżeństwach homiczych - i wszystkim odp***dala.
Nasi rządzący chyba nie bardzo w ogóle wiedzą, gdzie mieszkają i jakie ludzie mają problemy (nie, katastrofa smoleńska nie jest problemem mojej pięcioosobowej rodziny utrzymującej się z jednej pensji. Naprawdę bardzo mi wszystko jedno, czemu ten samolot szlag trafił). Kwota wolna od podatku, oj tam, przepisy "z d*", oj tam, brak przepisów, oj tam...
Bardziej mnie martwi fakt, że w naszym społeczeństwie tak trudno się wychylić i wyjść przed szereg. Tak jak Pani pisze, dużo zależy od pani Jadzi z urzędu, ale jak pani Jadzia coś przyklepie, to co powie pani Grażynka? A co powie pani Bożenka, jak przyjdzie na kontrolę? Zrobić tyle, co ustawa przewiduje, jak nie przewiduje, to oj tam, nie nasz problem, ktoś się kiedyś tym zajmie. I tak od dziekanatów aż po sądy...
Marzy mi się przyjazne państwo polskie. Well, wnuki, których mieć nie będę, być może tego dożyją.

Jeśli to nie problem, to prosiłabym o korektę roku - przy życzliwym wspomnieniu o mnie: :} z 2010 na 2009. :)

Nazwisko mojej żony przyjęłam w 2006 roku (po półrocznych staraniach o to - przed sądem ostatecznie; po odwołaniu moim do wojewody). Natomiast w 2009 - wspomniany przez Was mój tekst - ukazał się w Replice (stąd ten 'rozgłos'), następnie był przedruk z niej na portalu homoseksualizm.org.

Wpis z 2010 r. na moim blogu jest przeniesieniem ww. tekstu mojego z bloga, który prowadziłam wcześniej (stąd widzicie tam datę - przeniesienia na nowy blog - 2010).

Pozdrawiam serdecznie. Świetnie, że wracacie do pisania trzyczęściowego. :)
Katarzyna Formela

Spytam tu, bo to najnowszy wpis.
Co sądzicie o Pawle Tanajno? Sensowny?
Warto na niego zagłosować?

@Katarzyna Formela
Już poprawione, dziękuję za zwrócenie uwagi.

@Anonimowy
Tanajno, podobnie jak cała Demokracja Bezpośrednia, to nie są ludzie z mojej lewicowej bajki (niestety na ich listach nie brakuje osób, z którymi nie chciałabym mieć nic wspólnego, w związku z tym jako całość odpadają). Ale też uważam, że w tych wyborach - tak jaki i zresztą w każdych innych - trzeba się kierować sercem, a nie tym, kto ma szanse (ja w związku z tym oddam nieważny głos, bo niestety moja kandydatka nie zebrała podpisów). Tyle mogę napisać: jak Ci pasuje, głosuj. Groźny raczej nie jest, tak odstręczający jak część kandydatów też nie. :)

>Coś, co miało być formalnością

Ano właśnie nie miało, w Polsce zmiana nazwiska to dla każdego bezsensownie złożony proces i jestem pewien, że samo wspomnienie o braku więzi z ojcem również skutkowałoby odmową.

Prześlij komentarz