niedziela, 10 lipca 2011

Moja świętość, M. i zgniły kompromis

Moje pierwsze zetknięcie z tematyką aborcji datuje się na w miarę wczesną podstawówkę, czyli czasy, kiedy prawo dopuszczało przerywanie ciąży ze względów społecznych. Obejrzeliśmy wówczas na religii słynny antyaborcyjny fake "Niemy krzyk", potem katecheta wygłosił odpowiednią pogadankę. Po tej lekcji nie miałam wątpliwości, że aborcja jest czymś potwornym i, tak samo jak prawdopodobnie wszystkie dzieci, które uraczono tym traumatycznym pokazem, byłam na "nie" niezależnie od okoliczności zewnętrznych. I to uczucie przetrwało znaczne dłużej niż moja wiara jako taka, bo do ostatniej klasy liceum. Wtedy to poznałam M., która najpierw zaszła w ciążę z nieodpowiednim facetem, a potem ją usunęła. Pamiętam, że byłam zaszokowana jej decyzją i zaocznie uznałam ją za koniec naszej znajomości (która, tak na marginesie, nie była jakoś szczególnie bliska). Zaocznie, bo gdy kilka tygodni później przypadkiem się spotkałyśmy, okazało się, że ani ona się nie zmieniła, ani moja sympatia do niej nie jest mniejsza. Ba, nawet wzrosła, bo w toku rozmowy okazało się, że jej facet bynajmniej księciem z bajki nie był, przeciwnie - dołożył swój kamyczek do jej i tak już przepełnionego ogródka.

Gdyby M. zaszła w ciążę kilka lat wcześniej (przed zaostrzeniem ustawy w 1993 i, ponownie, w 1997 roku), bez problemu zakwalifikowałaby się do grupy kobiet, które mogły usunąć ciążę z przyczyn społecznych. Praktycznie nie miała dochodów. Mieszkała w kawalerce z bezrobotnym ojcem alkoholikiem, który ubarwiał sobie życie, znęcając się fizycznie i psychicznie na przemian to nad nią, to nad jej matkę. Jej chłopak, który miał być nadzieją na lepsze życie, gdy tylko dowiedział się o ciąży, okazał się być podobnym do jej ojca sadystą. Nie mam pojęcia, czy w jej otoczeniu był ktoś, kto, podobnie jak ja, był przeciw prawu do wyboru, wiem za to, że mimo moich poglądów nawet mi nie przyszło do głowy, że może potrzebować pomocy. Że decyzja o urodzeniu dziecka nie jest decyzją neutralną, że oznacza określone konsekwencje, które nie każdy może ponieść. Że aby urodzić, potrzebowała jakiegokolwiek wsparcia, minimalnego poczucia, że potem czeka ją jeszcze jakaś przyszłość, która będzie choć trochę lepsza od jej teraźniejszości. Oczywiście mam piękne usprawiedliwienie dla swojej postawy - byłam młoda, w centrum moich zainteresowań była wówczas matura, a najpoważniejsze dylematy etyczne, z jakimi miałam wtedy bezpośredni kontakt, to wybory w rodzaju napić się czy nie napić na imprezie lub powiedzieć czy nie powiedzieć koleżance, że jej wybranek kręci również z innymi. Krótko mówiąc - brzuch i problemy M. nie były w centrum moich zainteresowań.

Oczywiście nie tylko M. usuwają ciąże. Parę lat temu miałam okazję obserwować zupełnie inną historię. Znajoma chciała mieć dziecko. Z gościem, z którym wówczas chodziła, choć niekoniecznie chciała je wspólnie z nim wychowywać. Tak przynajmniej mówiła. Zaszła w ciążę, wybranek ją zostawił, ona usunęła. Nie dlatego, że nie miała warunków, nie było jej stać, by urodzić, po prostu zmieniła zdanie. Nie podobało mi się to. Ale też uznałam, że miała do tego prawo. Zresztą moja opinia i tak nie miała i nie powinna była mieć żadnego znaczenia. Poburczałam sobie pod nosem o nieodpowiedzialności i tyle w tym było mojego.

Te dwie historie łączy efekt finalny, ale poza tym dzieli właściwie wszystko. Pierwsza pokazuje, że kobieta w niechcianej ciąży nie ma co oczekiwać jakiejś realnej pomocy ze strony przeciwników prawa do wyboru. Nawet jeżeli owa ciąża oznacza nie tylko pogorszenie jej już i tak fatalnej sytuacji życiowej, ale też zrujnowanie jej zdrowia. W którymś z wywiadów Alicja Tysiąc opowiadała, że wśród tych setek ludzi, którzy potępiali jej walkę o prawo do aborcji, nie znalazł się nikt, kto by zapytał, czy nie potrzebuje pomocy po tym, gdy została zmuszona do urodzenia dziecka, co zrujnowało jej i tak już kiepskie zdrowie. Wygłaszanie antyaborcyjnych tyrad jest proste - wiem, bo sama to robiłam. Tyle że ja byłam wówczas jedynie dość uzdolnioną erystycznie nastolatką. Tu grzmią ze swoich ambon dorośli ludzie, którzy teoretycznie powinni mieć więcej rozumu i empatii niż wychowana na "Niemym krzyku" młodzież. Grzmią, ale nie pomogą. No bo przecież są "okna życia". Są domy samotnej matki. Może urodzić i oddać do adopcji. To takie proste, nieprawdaż? Ciekawa jestem tylko, ilu przerażonym nastolatkom czy mającym już po kilka pociech bezrobotnym kobietom z zapadłej wsi owi domorośli kaznodzieje dotychczas pomogli. Tak realnie, dając pieniądze, zatrudnienie, zapewniając opiekę prenatalną. Jakoś nie udało mi się znaleźć (a jetem wierną czytelniczką "Frondy") choć jednej takiej opowieści.

Druga historia jest o tym, że to nie do końca jest tak, że aborcja zawsze jest ostatecznością, że nigdy nie jest traktowana jako antykoncepcja, a jeżeli już, to takie przypadki są bardzo rzadkie. Bynajmniej, z pewnością jest całkiem sporo świadomych, dobrze sytuowanych kobiet, które podchodzą do aborcji instrumentalnie. Chcę dziecka - zachodzę w ciążę. Rozmyśliłam się - usuwam. Zabezpieczam się albo i nie, najwyżej zrobię aborcję. Wiem, wyciąganie takich przypadków przez kogoś będącego za wyborem wydaje się być z lekka samobójcze. Tyle że w tej całej dyskusji nie chodzi o pokazanie, kto jest lepszy, świętszy i bardziej za życiem. Tak jak w debacie na temat praw osób nieheteroseksualnych nie idzie o to, że jesteśmy fajni, mili, a jak już zrobimy coś brzydkiego, to na pewno mieliśmy ku temu BARDZO WAŻNE powody. Chodzi o równe prawa - w tym przypadku o prawo do decydowania o swoim życiu i zdrowiu - dla wszystkich. Również tych wrednych, niemoralnych i złych.

Zgadzam się z Magdaleną Środą, że jest przynajmniej jeden plus w owym "obywatelskim" projekcie ustawy całkowicie zakazującym aborcji. Dzięki niemu jest szansa porozmawiać nie tyle o i tak nieprzestrzeganym "kompromisie" z 1993 roku, a o pełnej liberalizacji ustawy. Bo nie ma sensu dyskutować o wyjątkach. Dla przeciwnika prawa do wyboru aborcja jest niedopuszczalna w każdej sytuacji. I nie ma co go pytać, czy chce w takim razie, by rodziła jego zgwałcona dwunastoletnia córka czy żona, dla której urodzenie dziecka równa się śmierci. On odpowie, że tak, bo "nie można karać dziecka za grzech ojca", a "oddanie życia za dziecko jest największym bohaterstwem". Nieważne, co zrobi pokątnie, w zaciszu swojego domu czy dzielnicy, oficjalnie będzie święty, bo taka gadana świętość nic nie kosztuje. Dlatego, choć jestem zwolenniczką rozmawiania o tym, w czym się nie zgadzamy, tu nie ma pola do dyskusji. Tu można jedynie powkurzać tych, którzy i które głosowali za skierowaniem owego strasznego projektu do komisji takimi obrazkami:

(tak na marginesie, to bardzo mi się podobają tłumaczenia posłów i posłanek, że te obrazki to manipulacja, ewentualnie dyskryminacja ze względu na poglądy) i właściwie tyle. Nie bagatelizuję tego, co się stało w Sejmie. To, że ta ustawa nie ma szans na wprowadzenie, nie zmienia faktu, że tak wiele osób zagłosowało za tym, by nad nią pracować. I dowiodło, że, wbrew gadkom o równouprawnieniu, pozycja kobiet w naszym społeczeństwie jest tak niska, że nasi sejmowi oportuniści nie muszą się przejmować takimi drobiazgami jak to, że wspierają rozwiązanie zagrażające czyjemuś życiu i zdrowiu. Są przekonani, że w ten sposób nie stracą, wręcz przeciwnie, ukradną kilka głosów konkurencji, i prawdopodobnie właśnie tak będzie.

Wracając do tematu, nie ma co debatować nad tym, w jakich przypadkach aborcja powinna być dopuszczalna i bronić zgniłego "kompromisu". Pewnie, że lepiej jest, gdy kobieta ma jakiekolwiek prawa, niż gdy nie ma żadnych, tyle że praktyka pokazuje, że są to prawa tylko w teorii i nie obejmują tych, które ich najbardziej potrzebują - takich M. właśnie. Czy Alicji Tysiąc. Aby je objęły, aborcja powinna być prywatną sprawą kobiety. Każdej, nie tylko żon czy córek panów posłów i pań posłanek, których ten problem po prostu nie dotyczy. Bo stać ich na to, tak jak było stać moją znajomą, by ciążę usunąć i by nikt ich przy tym za rękę nie złapał.

PS Jest jeszcze jeden plus w tym całym projekcie ustawy. Otóż jeżeli kiedykolwiek jeszcze przyjdzie mi się zastanawiać nad tym, czy przypadkiem nie zagłosować na PO (nie, żeby aż tak bardzo mi to chodziło po głowie), wystarczy, że przypomnę sobie, co się wydarzyło w Sejmie 1 lipca 2011 roku. I od razu mi przejdzie.

13 komentarze :

Czy są jakiekolwiek badania ile procent niechcianych ciąż pochodzi z seksu z zastosowaniem antykoncepcji?

Tak, poguglaj, zasadniczo zawodność poszczególnych form antykoncepcji jest dość dokładnie określona.

Tylko: a propos czego to pytanie?

@Sylwek
Niestety w ten sposób określimy jedynie skuteczność poszczególnych środków antykoncepcyjnych, a nie procent ciąż powstałych mimo zabezpieczeń.

@Anonimowy
Jeżeli nawet są, to raczej nie robiono ich w ostatnich latach Polsce (większość zabiegów przeprowadzana jest nielegalnie, więc byłoby to dość trudne). Poza tym to, że ciąża jest niechciana, nie znaczy, że matka nie urodzi i że dziecko nie będzie jak najbardziej chciane i kochane, więc tym bardziej trudno to sprawdzić.

Najgorsze jest to, że właśnie mężczyźni są największymi zwolennikami tej okropnej ustawy. To przez nich kobiety zachodzą w y. Nadszedł czas na rozwiązanie w stylu "Seksmisji" i rozprawienie z tym gatunkiem! ;)

No właśnie, to może wprowadzimy pojęcie męskiej aborcji, skoro mężczyźni rwą się do tego tematu?

- kobieta zostawiona z dzieckiem bez środków do zycia - forma męskiej aborcji, płód czy dziecko zostało wyplenione ze świadomości faceta

- kobiety porzucane już po urodzeniu dziecka lub jak dziecko juz podrosło - toż to na krawędzi aborcji i dzieciobójstwa - tutaj również dziecko przestało istnieć


Myślę, że faceci jednak przodują w aborcji i jakoś nieźle sobie z nią radzą. Nie teoretyzują na temat męskiej traumy poaborcyjnej i nikt ich za to specjalnie nie piętnuje.

Swoją drogą ciekawe, jak by wyglądał zakaz męskiej aborcji dla ochrony życia? Przykuć ich łańcuchami? A może od razu do pierdla i niech z tej roboty w pierdlu spłaca alimenty?

Jeżeli chodzi o "okna życia", nigdy nie zapomnę pewnego tekstu na Feminotece - tekst na ściśle określony temat, który jednak pokazuje ogólną prawdę: jesteśmy naprawdę bardzo daleko od stanu, w którym feminizm mógłby być czymś wydumanym. (Niestety Feminoteka ma bardzo złą wyszukiwarkę, ogromnie trudno tam znaleźć starsze teksty. Mam nadzieję, że kiedyś strona zostanie gruntownie przemeblowana.) Tekst przyglądał się temu, jak przedstawia się w mediach kobiety, które zostawiły dziecko w "oknie życia". Taka właśnie sytuacja: "okno" znów okazało się cennym pomysłem, zostawiono tam dziecko... a psycholożka pytana o możliwą motywację mówi, że może matka była niedojrzała, może chciała jeszcze się trochę w życiu bawić... Dwa ważne wnioski autorki tekstu na Feminotece:
1. Zamierzenie "okien życia" jest jasne: mają zapobiegać przypadkom aborcji, a nawet dzieciobójstwa, dając matkom alternatywę: oddanie dziecka anonimowo, bez borykania się z sądami, z przekonaniem, że za kilka tygodni będzie miało "czystą" sytuację prawną i będzie mogło znaleźć nową rodzinę. A jednak to nie znaczy, że można kobiecie "darować", trzeba jeszcze ją symbolicznie ukarać za to, że uchyliła się od swojego powołania - właśnie stygmatyzując kobiety, które dokonały tego podobno pożądanego wyboru, nie usunęły i oddały dzieci.
2. Jest czymś porażającym, że psycholożce nawet nie przyszedł do głowy możliwy inny powód: kobieta mogła po prostu nie mieć warunków materialnych, by utrzymać dziecko!!!
Czyżby po usunięciu z ustawy przyczyn społecznych, a także zwycięstwie ideologii neoliberalnej w dyskursie, ludziom po prostu nie mieściło się w głowie, że naprawdę istnieją ludzie bez warunków do zapewnienia dzieciom czegoś ponad biologiczne przetrwanie?

@bejbola obecnie jednym z trendów prolajferów jest męski syndrom aborcyjny oraz dodam poparcie udzielone im przez samego justina bibera (tak to sie pisze bo nie wiem?)

@zewsząd i znikąd słusznie jednak w wojnie o dostępność aborcji nie chodzi ani o dzieci ani tym bardziej o płody, to wojna o władzę nad jedną z grup społecznych i zachowanie odwiecznego status quo

No ale mnie nie chodzi o syndrom męski tylko o zadziwiający brak tego syndromu. Skoro nabywanie ogłady w społeczeństwie ma się wiązać z nabywaniem jakiegoś ciężaru i poczucia winy, to niech przynajmniej wszystkim po równo będzie tego zbawienia!

Ewo, zgadzam się z Twoimi młodzieńczymi zasadami. Uważam, że są słuszne i w niczym nie kolidują z prawem do aborcji. Problem z "polską aborcją" polega na tym, że jest uwikłana w tzw. wiarę. A ściślej w oficjalną postawę polskiego kościoła. Mogłabym dość bezmyślnie powiedzieć, że tenże nie wie co czyni. Ale nie. Bo przecież, jeśli chodzi o jego przedstawicieli - poczynając od Prymasa a kończąc na proboszczach - można ich traktować jak zdyscyplinowaną partię. A głównym celem każdej partii jest zdobycie i utrzymanie władzy. No oczywiście wiem, że to brzmi banalnie, że komentarze powinny być zwięzłe i nacechowane emocjami. Jasne. To efektowne. Ale mało skuteczne. Podobnie jak na fb czy branżowych portalach. Jestem z moją partnerką we wspaniałym związku od 25 lat. Nie należę do osób, które potrafią przemawiać na wiecach (chociaż, kto wie), ale gotowa jestem sensownie zaangażować się w sprawę. Może coś mi podpowiesz? pozdrawiam, ewa

"@Sylwek
Niestety w ten sposób określimy jedynie skuteczność poszczególnych środków antykoncepcyjnych, a nie procent ciąż powstałych mimo zabezpieczeń.

@Anonimowy
Jeżeli nawet są, to raczej nie robiono ich w ostatnich latach Polsce (większość zabiegów przeprowadzana jest nielegalnie, więc byłoby to dość trudne). Poza tym to, że ciąża jest niechciana, nie znaczy, że matka nie urodzi i że dziecko nie będzie jak najbardziej chciane i kochane, więc tym bardziej trudno to sprawdzić.

"
W kraju gdzie jest dostępna antykoncepcja jest istotne, przy wypowiadaniu się o aborcji wiedzieć ile ciąż wynika z beztroski a ile z zawodności środków. Dlatego, że jeżeli większość usuniętych ciąż wynika z beztroski to tak, aborcja stanie się zastępczym środkiem antykoncepcyjnym.
Nie wspomnę o tym, jak aborcja wpływa na zdrowie kobiety. To nie jest wyrwanie zęba.
Wiem, że kobiety mają prawo do decyzji, ale ;P myślę, że mają też prawo do myślenia o swoim komforcie wcześniej.
Uważam też, że przynajmniej część energii jaką się poświęca na propagowanie pro-choice, można poświęcić na promowanie antykoncepcji i ew. jej dostępności dla każdego portfela.

To jest obrzydliwe, jak Kaczyński najpierw głosuje za zakazem aborcji, a potem opowiada o prawach kobiet i pomocy...

@bejbola
Jestem za, czas się zająć na poważnie męską aborcją.

@kiszonkowa
Jak tylko będzie coś sensownego do zrobienia, obiecuję dać znać. Póki co mamy sezon ogórkowy, ale po wakacjach wracamy do działalności. I serdecznie pozdrowienia dla Ciebie i partnerki.

@Anonimowy
Edukacja seksualna (a więc i informowanie o antykoncepcji) jest wpisana w obowiązującą ustawę. Tak że powinna być w gestii rządzących, którzy, delikatnie mówiąc, robią wszystko, aby się z tego zobowiązania nie wywiązywać. Póki co najwięcej w tej kwestii robią właśnie organizacje pozarządowe, często te same, które walczą o prawo do wyboru. Jestem absolutnie za tym, by aborcji było jak najmniej, ale to rządzący muszą się na poważnie zająć edukowaniem społeczeństwa. Zakazami niczego się nie zwojuje.

@Irka
Prawda. To niesamowite, że nie widzi związku między jednym a drugim. A może widzi?

Aborcja i tak jest powszechna, tyle że albo potajemnie, albo poprzez wyjazdy zagranicę. Więc ten zakaz to tylko fikcja... Moim zdaniem każda kobieta powinna sama podjąć decyzję, zgodnie z własnymi wartościami moralnymi, niech państwo się nie pcha do czyjegoś prywatnego życia z butami. Prawnie powinno to być umożliwione, a czy dana osoba z tego skorzysta - ona sama zadecyduje. zakochana-w-dziewczynie.blog.onet.pl

Prześlij komentarz