czwartek, 10 stycznia 2013

Argumenty


Temat związków partnerskich wraca na tapetę. Za dwa tygodnie Sejm zajmie się (a przynajmniej ma to w porządku obrad) trzema projektami ustaw - ogryzkiem Dunina i nieco przyjemniejszymi projektami, pod którymi podpisały się strona społeczna, SLD i RP. Z tej okazji jeden z blogerów naTemat.pl postanowił napisać o... homorodzicielstwie. O którym słowa we wspomnianych projektach nie ma, ale tego się nie czepiam - w końcu dyskusja o dzieciach i tak jest u nas spóźniona o ładnych parę lat, więc każda okazja jest dobra. Czepnę się za to samego artykułu. Bo jest niedobry. Bardzo niedobry. Choć autor niewątpliwie tego nie chciał.

Tekst zaczyna się od tradycyjnego zestawu argumentów przeciw - że pary jednopłciowe nie będą dobrymi rodzicami i że "zarażą" dziecko homoseksualizmem. A następnie daje im odpór... tradycyjnym zestawem opowieści o bitych, zaniedbywanych, molestowanych i zabijanych dzieciach wychowywanych "tradycyjnym katolickim środowisku" (zabrakło tylko dzieci w domach dziecka). Co jest nie tak w tych opowieściach? Poza tym, że są emocjonalne, mają swoją moc i zapadają w pamięć - wszystko. Bo nie dają argumentów za tym, by pary jednopłciowe miały dzieci. Dają argumenty za tym, by pary różnopłciowe ich nie miały. Bo są złymi rodzicami. Biją i porzucają swoje dzieci, alkoholizują się w ich obecności, a potem, po alkoholu rzecz jasna, płodzą kolejne, które w najlepszym wypadku porzucają, a w najgorszym zabijają. Tak, zdarza się, i tak, religia, jako ważna część naszej kultury, jest wpółodpowiedzialna za przemoc w rodzinie, ale przecież nie oznacza to, że osoby hetero są złymi rodzicami. Co najwyżej nimi bywają, tak jak i osoby niehetero, i to niezależnie od tego, czy są katolikami, czy już niekoniecznie. Dodatkowo, wyciąganie takich przykładów po prostu wkurza, szczególnie gdy nie daje się do nich żadnej przeciwwagi. Czy przekona więc nieprzekonanych? Śmiem wątpić.

Potem mamy jak najbardziej słuszne stwierdzenie, że orientacja seksualna dzieci zdaje się nie zależeć od wychowania, bo przecież osoby nieheteroseksualne (ja bym dodała: zwykle) dorastają w tradycyjnych rodzinach. Tak że nie ma co się obawiać (sic!), że para jednopłciowa wychowa dziecko na geja czy lesbijkę. No dobrze, a jeśli jednak wychowa, bo przecież jest taka szansa, to co? Już jest powód do obaw? Skoro osoby niehetero są równie w porządku co hetero, skoro uznaje się, że są nawet tak samo dobrymi, a nawet lepszymi (w końcu nie biją, nie piją, raczej nie zdarza im się zostać rodzicami przez przypadek...) rodzicami, to potencjalna orientacja ich dzieci nie powinna mieć znaczenia, czyż nie? Bo te dzieci, jak dorosną, to też będą w porządku, zupełnie jak hetero. Oczywiście ten argument ma ciut więcej sensu niż smutne historie o przemocy w tradycyjnych rodzinach, tyle że przy okazji ugruntowuje przekonanie, że ci LGBTQetcetera są jednak troszeczkę gorsi. W związku z czym trzeba zadbać o to, by nie było ich za dużo.

Dalej pojawiają się - w końcu! - wyniki badań. Pokazujące, że nie ma różnic między dziećmi wychowywanymi przez pary jedno- i różnopłciowe, że osoby niehtero są tak samo dobrymi rodzicami jak osoby hetero, że posiadają coś takiego jak instynkt rodzicielski itd. Słowem, alleluja, zwycięstwo, amerykańscy naukowcy potwierdzili - możemy mieć dzieci. Ba, nawet chcemy. A wręcz mamy, w końcu na kimś te badania robiono. I to jest w porządku, to są argumenty.

A później autor płynie. Powołuje się na katechizm Kościoła katolickiego, w którym czarno na białym stoi, że powinno się unikać jakiejkolwiek niesłusznej dyskryminacji wobec osób homoseksualnych. I w oparciu o ten fragment uznaje, że Kościół walczy z homofobią, więc i jego owieczki powinny (w domyśle: powinny też być za prawem do adopcji). Niestety, Kościół nie walczy z homofobią, przeciwnie - podsyca ją, co, by daleko nie szukać, świetnie pokazują ostatnie wypowiedzi (już nie naszego) papieża o tym, że równość małżeńska stanowi zagrożenie dla pokoju na świecie, czy (nadal naszych) hierarchów, którzy (jakby się umówili!) podczas niedawnych pasterek równo jechali po związkach partnerskich i temu podobnych. Nie walczy, bo brak równych praw i homofobia są według niego słuszną dyskryminacją. Po prostu. Bo tak.

Tak, wiem. Znowu hejterzę. Ale mam dość argumentów gdzieś obok, tak naprawdę w ogóle niedotyczących istoty sprawy. Oraz przekonywania na zasadzie "lepsze homo niż patolo", bo z niego, tak jak i z "nie ma obaw, orientacja nie zależy od wychowania", wynika tak naprawdę, że o równych prawach nie rozmawiamy jako równi, ale jako tacy trochę gorsi, choć lepsi niż ci najgorsi. Pytanie tylko, czy z tej pozycji da się walczyć o równość. Moim zdaniem nie.

fot. Willy Weazley, Wikimedia Commons

8 komentarze :

Tutaj jest 'lepszy' tekst:
http://ekai.pl/wydarzenia/polska/x62449/wypaczenie-elementarnej-hierarchii-wartosci/


KaFor

Tekst napewno nie jest dobry z punktu widzenia walki o prawa, gdyż będzie podsycał przekonanie "mordujom rodzine buuu" i wzbudzał poczucie oblężonej twierdzy wśród ogółu populacji, która, nie oczukujmy się, jednak jest konserwatywna. W takiej atmosfrze latwiej będzie "sutannym" wmawiać, że hetero rodzina to jedyna opcja, że trzeba ją bronić, bo straszne lewaki...

Jednakże fakt jest faktem, tekst słusznie uderza w przekonanie, że jak cos jest niby "naturalne" to jest bezbłędne i zawsze słuszne. Osobiście, bardziej niż argumenty na rzecz prawa par jednopłciowych do posiadania dzieci, widzę argumenty na rzecz zakazania heteroseksualnym męzczyznom bycia ojcami.;)

Oczywiście, nie żebym sam był 120% akceptujący itp. Szczerze popieram prawo wszystkich par do posiadania rodzny i dzieci, ale gdyby okazalo sie, że np. moja (hipotetyczna) żona po wielu latach małżeństwa odeszła z dziećmi do innej kobiety, pewnie zaakceptowałbym to, ale napewno źle bym to zniósł. Jednakże w przypadku emocji, argumenty na mało się zdają, tutaj przydać sie może tylko pomoc specjalisty.

No jakby moja żona po latach odeszła z dziećmi do innej kobiety, to też bym miała problem z akceptacją. Zdecydowanie jestem za współdzieleniem opieki, niezależnie od płci partnerów (o ile oczywiście oboje tego chcą, oboje powinni - bo różnie bywa - itd.). I za prawami ojców - kolejna sprawa, o którą niestety mało kto walczy.

Nie, zdecydowanie dzieci bym zostawiła ;)
A jeśli chodzi o prawa ojców, no cóż, jak się feministki za to nie wezmą, to będzie trudno...

@Ewa
Oczywiście, jezeli jest dobra wola po obydwu stronach i nie mamy do czynienia z patologią, to zgadzam się z tobą.

@prawa ojców,
Ja bym już tym feministek nie obciążał, mają juz zdecydowanie dużo o wiele poważniejszych problemów na swoich silnych plecach. Tutaj optowałbym za tym, żeby na tym temacie skupili się panowie.:)

Moja skromna osoba nieodmiennie nie rozumie, dlaczego nigdy (no, prawie nigdy) w tych artykułach nikt nie pokusi się chociażby o symboliczne oddanie głosu osobie nieheteroseksualnej, która już MA dziecko. Jakby ich w ogóle nie było.

Pozwoliłem sobie zripostować co do wypowiedzi, którą przywołał(a) KaFor i jeśli uprzejmość redakcji na to pozwoli, to się pojawi.

A tak, żeby nie skakać pozwolę sobie przetoczyć ją w całości tutaj.

"A więc zgodnie z punktem pierwszym - małżeństwo tylko z zaświadczeniem o płodności i zobowiązaniem prawnym pod sankcją karną do posiadania dzieci. A że ktoś nie chce i chce zabezpieczyć prawnie wzajemne relacje? Trudno...

Pod drugie, w życiu większej bujdy nie słyszałem. Otóż orientacja seksualna jako pojęcie została ukuta wcześniej. Nikogo nie interesował fakt, że w byciu lesbijką czy gejem nie chodzi tylko o seks, ale o relację uczuciową. Widać, że Pan nigdy nie miał styczności z zdrową relacją homoseksualną. W takim razie skąd te związki, w których dwie kobiety czy też dwu mężczyzn ze stażem nawet po 40 lat? No bo chyba sama orientacja nie wystarczy. Poza tym pragnę przypomnieć, że małżeństwo jeszcze w cale nie tak dawno, to była transakcja, nie miłość, prawie nikt, a szczególnie "wyżsi urodzeniem" nie mogli sobie pozwalać na coś takiego jak małżeństwo z miłości. Patrząc na dzień dzisiejszy i małżeństwa "z wpadki" śmiem wątpić, czy tego typu związek ma w charakterystyce na pewno miłość.

Tu się zgodzę, ale niemniej co ma piernik do wiatraka? Jest to zupełnie osobny aspekt, którym rzeczywiście trzeba się zająć.
Do punktu czwartego... Naprawdę? Więc skąd w ogóle inicjatywa (bo była to inicjatywa oddolna), skoro nie jest potrzebne? No skąd? Skoro inicjatywa jest i ona wyszła od społeczeństwa (pewnej jego części i to nie jedynie środowisk homoseksualnych), to znaczy, że jest potrzebna.

Jednym z zadań państwa jest to, o czym powiedział Pan Dziewiecki, ale nie jedynym. Państwo ma odpowiadać na potrzeby obywateli w rozsądnych granicach, więc jeśli jest wyrażona potrzeba, w formie inicjatywy, powstania regulacji prawnych dotyczących związków, a to realnie rzecz biorąc coś co nikomu nie szkodzi(bo do tej pory nie poznałem żadnego racjonalnego argumentu, że szkodzi, może ktoś mnie wyprowadzi z błędu) i nie powoduje prawie żadnych strat dla państwa (wspólne rozliczenie podatkowe nie zmniejsza wysokości płaconych podatków, a jedyną stratą jest brak zysku z opodatkowania spadku) to nie ma absolutnie żadnych (poza ideologicznymi) podstaw aby na to nie zezwolić.

Punkt drugi szczególnie mną wstrząsną, ponieważ Pan Dziewiecki jest psychologiem. Niestety widocznie nie w tym aspekcie, bo brak próby zrozumienia jest widoczny z daleka.

Naprawdę nie widzę sposobu, żeby związek dwu osób jakkolwiek degradował więzy społeczne. Więzy społeczne moim zdaniem degraduje nieufność, brak poszanowania prawa i godności innych, zawiść, plucie jadem, dzielenie na lepszych i gorszych, na jedynych słusznych. Więzi społeczne niszczą przemoc i niekompetencje komunikacyjne. To jest zagrożenie, a nie więź (bo chyba naprawdę trzeba być ignorantem, żeby twierdzić, że takie więzi nie powstają) w związku między dwiema osobami. I więzi te będą istnieć tak czy inaczej, tylko akt prawny ma unormować wzajemną sytuację.
Bo co z tego, że się pozałatwia u notariusza (wiele dodatkowych opłat), skoro podatek od spadku będzie (co, zdarza się, że powoduje konieczność np. sprzedaży lokalu, żeby zapłacić podatek), skoro zdanie rodziny, zawsze będzie pierwsze przed zdaniem partnera (bo w świetle prawa, osoba która przeżyje z drugą osobą tyle lat jest i tak osobą obcą, nawet mimo zapisu notarialnego), a nie rzadkim jest jeszcze, że rodzina nie akceptuje stanu faktycznego, co może powodować wiele zła.

Tak więc sądzenie, że ustawa jest ideologiczna, a nie wynikająca z potrzeb, jest ideologią, a nie obserwacją realiów.
" (Pewne elementy mogły zostać wycięte z uwagi na limity znaków na tamtejszej stronie)

Misic

bla bla bla, do 25 jeszcze daleko, a mnie się znów robi gorąco. jak czytam te teksciki, że "co potem, może adopcja", autentycznie mam ochotę w pióropuszu zaadoptować cały autobus.
a jeszcze gdy się dodaje argument że "w większości jesteśmy katolikami" to ja się pytam gdzie te katoliki, podczas wizyty duszpasterza po kolędzie? obija się biedak od drzwi do drzwi, gdzieniegdzie tylko pies mu zaszczeka. może wsi? tam jak się księdza nie przyjmie to katastrofa.

poziom merytoryczny dyskusji jaka za chwilę się zacznie od nowa jest poniżej inteligencji przeciętnego kalafiora, więc zrywając z długą tradycją naszej polskiej demokracji rozmówców mówiących bardziej o czarach i bliżej nieokreślonych strasznościach traktowałabym kijem bejzbolowym,
no ale co ja tam wiem, ja mięso sprzedaję ;]

Prześlij komentarz