środa, 19 lutego 2014

Wróg was poszuka


Nigdy nie miałam najlepszego zdania o PO, ale jednego posłom i posłankom tej partii (no, nie wszystkim, ale większości) odmówić nie potrafiłam - umiejętności wysławiania się. Ubierania nawet bardzo niefajnych poglądów i postulatów w ładne słowa, tak, by na pierwszy rzut oka - a niestety większość ludzi tym okiem rzuca właśnie raz - było z nimi wszystko w porządku. Tym bardziej nie mogę wyjść z podziwu, a minęło już parę dni, odkąd to zobaczyłam, więc już powinnam z niego wyjść, nad pięknym strzałem w stopę, który zafundował sobie członek jej liberalnego skrzydła (rzecz jasna liberalnego jedynie z nazwy, ale teraz nie w tym rzecz) Adam Szejnfeld.

Pan poseł dał się w Walentynki zaprosić do programu "Tak jest" Andrzeja Morozowskiego. Obok niego posadzono Mirosławę Makuchowską, wiceszefową KPH. Temat programu - związki partnerskie, a konkretnie to, dlaczego PO, mimo przedwyborczych obietnic, pomysł zarzuciła. W odpowiedzi dostaliśmy piękny pokaz arogancji, który pod koniec przerodził się w niemal wściekłą perorę pana posła. Jak nie wierzycie, to popatrzcie.

W skrócie: Adam Szejnfeld najpierw kłamał, potem groził. A w międzyczasie powiedział kilka rzeczy prawdziwych, których prawdopodobnie mówić nie powinien. W czym kłamał? W tym, że PO jest za związkami partnerskimi (choć można mówić jedynie o części PO), a nie uchwaliła ustawy jedynie z braku sejmowej większości (która, gdyby całe PO było za związkami, by się znalazła). To stwierdzenie pada tak z sześć razy, więc trudno mówić o pomyłce, bardziej prawdopodobne jest to, że to oficjalna linia partii - my chcieliśmy, ale to oni (PiS, nasz koalicjant, "lewica" zapewne też) nam nie pozwolili. Co zresztą potwierdza moja ulubiona wymiana zdań w tym programie: "Ale to w PO zabrakło głosów" - "W Sejmie zabrakło".

Kiedy powiedział prawdę? Kiedy przyznał, że program partii to jedynie zbiór pobożnych życzeń, a gdyby miał być czymś więcej, to może i składałby się z wielu kartek, ale pustych. Czyli że, co już nie od dziś wiadomo, programy są po to, by wygrać wybory, a nie po to, by je realizować.

Kiedy groził? To mój ulubiony moment - i jest wyjątkowo paskudny. Zaczyna się pozornie lekko, od pogrożenia paluszkiem: niezwykle łatwo zrazić do siebie ludzi, którzy są zwolennikami waszych postulatów - stwierdził pan poseł. Tak na marginesie, to jest akurat nienowe stwierdzenie, podobnie na krytykę reagowała swojego czasu pełnomocniczka rządu ds. równego traktowania Agnieszka Kozłowska-Rajewicz. A potem przywalił z grubej rury: jak będziecie upatrywać wroga nie w PiS, a w nas, to wróg was znajdzie. Gwarantuję to pani - wtedy PiS wygra wybory i was znajdzie.

Co zabawne, owo grożenie paluszkiem zrobiło na mnie znacznie większe wrażenie niż straszenie. Nie boję się PiS, a kto się boi, ten trąba, bo PiS jak zwykle nie będzie miało większości i z ich biliona złotych, zawłaszczania władzy sądowniczej i zmuszania kobiet do rodzenia wyjdzie wielkie nic. Nasza sytuacja też gorsza nie będzie, bo nie ma niczego, co mogliby nam odebrać. I to, że nie ma tego niczego, to akurat zasługa partii pana Szejnfelda, który jest sojusznikiem tylko z nazwy. Wskazówka: sojusznik to nie ktoś, kto kłamie i grozi w odpowiedzi na słuszną krytykę. Sojusznik to nie ktoś, kto sobie o tobie przypomina, gdy sam jest w potrzebie. Sojusznik to nie ktoś, kto daje ci wielkie nic i nawet nie próbuje udawać, że da więcej. Sojusznik to ktoś, kto szuka rozwiązania twojego problemu. Ktoś, kto lobbuje w twojej sprawie i stara się przekonać do niej innych. Ktoś, kto daje ci prawo do wyrażenia swojego rozgoryczenia i żalu. I podziela je - bo jest twoim sojusznikiem i twoja sprawa jest też jego sprawą.

Czy mamy takich sojuszników w PO? Czy są tam ludzie, którzy właśnie teraz, gdy grunt pali im się pod nogami, gdy rozpaczliwie szukają sposobów utrzymania się przy władzy, są w stanie naprawdę powalczyć o sprawy grupy, do której zwracają się o pomoc? Teraz, nie w czasie nieokreślonym, gdy zdobędą mityczną większość, którą w sprawach związków partnerskich, przeciwdziałania przestępstwom z nienawiści czy uzgodnienia płci tak naprawdę już mają? Być może. I być może nawet zdecydują się to pokazać. Bo - i mam nadzieję, że nie tylko ja tak myślę - to nie my powinniśmy walczyć o uwagę polityków i o to, by ich do siebie nie zrazić, a oni o to, by nie zrazić nas do siebie. To oni powinni nas przekonać, że są warci naszych głosów. To oni powinni o nas zabiegać. Nie jesteśmy niewolnikami czekającymi na łaskę dobrego pana. Jesteśmy ich pracodawcami. Decydujemy o ich losie. I jeśli tego nie rozumieją, to najwyraźniej nie powinno być ich w Sejmie. Czego im szczerze życzę (z wielu, wielu powodów), choć raczej się to moje życzenie nie spełni. Przynajmniej nie w kolejnej kadencji.

PS Oczywiście, czemu już nie raz dawałam wyraz, uważam, że to przede wszystkim my powinniśmy walczyć o swoje sprawy. Ale nie na kolanach i nie udając, że deszcz pada itd., itp.

7 komentarze :

D. Tusk kilka miesięcy temu, kiedy w wywiadzie dla "GW" pomysł związków partnerskich nazwał rewolucyjnym. Wynika z tego, że PO to partia skrajna, dla której oczywistość jest czymś trudnym do wyobrażenia. R.

"Nasza sytuacja też gorsza nie będzie, bo nie ma niczego, co mogliby nam odebrać." - obawiam się, że to nieprawda...

Ależ prawda. Po pierwsze nie będą mieć większości. Po drugie, nawet gdyby ją mieli, to skończyłoby się jak ich próby z 2005 roku - wielką kompromitacją i przegraną w Strasburgu. A z UE nie wyjdą, bo potrzebują swojego biliona. Nie popadajmy w paranoję - strach jest najgorszym doradcą.

Nie rozumiem tego straszenia, że niby co – wróg was poszuka, znajdzie i dopiero zobaczycie …., ale co ? Czy chowacie się po szafach, żeby trzeba było was szukać – nie. Zatem jak się spotkacie to co – wojna na pięści ? A może odebranie prawa głosu …, no szaleństwo jakieś. Nie wiem co ten Pan bierze, ale niech bierze pół. Danka

"Jesteśmy pracodawcami polityków, decydujemy o ich losie". No, Ewo, jak Cię lubię (i Gosię)! A potem, rozumiem, że jako exemplum, przywołujesz Szejnfelda z jego popisu w którymś wydaniu "Tak jest" - i snujesz z tego wątek ad personam et ad patriam. Zastanawiasz się: "Kiedy powiedział prawdę? Kiedy przyznał, że program partii to jedynie zbiór pobożnych życzeń, a gdyby miał być czymś więcej, to może i składałby się z wielu kartek, ale pustych. Czyli że, co już nie od dziś wiadomo, programy są po to, by wygrać wybory, a nie po to, by je realizować". Dokładnie! Masz rację. Jestem tylko zdziwiona, że Ciebie to dziwi! Programy są kiełbasą, co jednak nie znaczy, że ta kiełbasa jest zrobiona wyłącznie z papieru. Od 15 do 30 proc. zawartości w tej kiełbasie, to jakieś mięsko i tłuszczyk. Złościsz się, że S. grozi wręcz palcem: hola, jak uważacie, że nie dość się staraliśmy i nas olejecie, to co wam pozostanie? Fakt, nieprzyjemne to dictum, ale czy fałszywe? Na co liczysz, że Twój Ruch uzyska 40 proc. w wyborach? A PiS, nawet jeśli będzie zmuszony stworzyć koalicję, to pewnie skusi Solidarną Polskę (jeśli się przez próg prześlizgnie), PSL. I zacznie demolkę, po której trzeba się będzie zbierać przez najbliższe 10 lat. Nie jesteśmy na akademii poświęconej Prawom Człowieka, lecz we wrednej, katolicko-buraczanej rzeczywistości. Niestety.

Nie, Ewo. Liczę, że ludzie przestaną w końcu głosować na "mniejsze zło", "byle powstrzymać PiS" itd. A Szejnfeld wściekł się nie dlatego, że ktoś mu powiedział, że się za mało starali, a dlatego, że Mirka mu przypomniała, że większości, której brakiem się on zasłania, zabrakło w PO.

Plus: związki partnerskie są ważne. Ale warto myśleć szerzej. PO ma znacznie więcej na sumieniu niż niewprowadzenie związków. Nie zamierzam więc się do nich umizgiwać, bo może, kiedyś tam kiedyś, tę większość odnajdą. A może i nie.

„Ależ prawda. Po pierwsze nie będą mieć większości. Po drugie, nawet gdyby ją mieli, to skończyłoby się jak ich próby z 2005 roku - wielką kompromitacją i przegraną w Strasburgu. A z UE nie wyjdą, bo potrzebują swojego biliona”.
Jest pełno przykładów spraw regulowanych „miękko”. Przykład religii i etyki jako przedmiotów w szkole: nie wiem, jak to było dokładnie w wyroku, ale pojawiła się wiadomość o nakazie organizowania lekcji etyki nawet dla jednego chętnego ucznia w szkole. Prawo: wyrok ze Strasbourga czekał 4 lata. Praktyka: etyki uczą księża i katechetki. Najgorsze jest to, że złe prawo wcale tak szybko nie znika, to wszystko w polskim trybunale konst. i potem w strasbourskim ciągnie się latami, kiedy zło się dzieje. Nie jestem prawnikiem ani dziennikarzem, przyznaję więc mogę to błędnie rozumieć.

Prześlij komentarz