Przejdź do głównej zawartości

Jestem zawodową lesbijką

Ewa Tomaszewicz: Twoja pierwsza książka, „Muskając aksamit”, to zarazem twój publiczny coming out. Kiedy po raz pierwszy powiedziałeś o sobie, ze jesteś lesbijką?

Sarah Waters: Nie uważałam się za lesbijkę, gdy byłam nastolatką. Chociaż zawsze podobały mi się dziewczyny, miałam wtedy chłopaka. I on na którymś etapie naszego chodzenia powiedział mi, że jest gejem. Także przydarzyła się nam bardzo typowa historia – gej i lesbijka, którzy o sobie nie wiedząc, zaczynają być razem.

Moją pierwszą dziewczynę poznałam na studiach, na uniwersytecie w Kent. Miałam wtedy 19 lat. Byłyśmy razem przez 6 lat. Na początku żyłyśmy w zamknięciu, o tym, że byłyśmy ze sobą, nie wiedzieli nawet nasi współlokatorzy. Teraz wydaje mi się to zabawne – w końcu dzieliłyśmy pokój, spędzałyśmy mnóstwo czasu razem, ale oni nie mogli się dowiedzieć, o co chodzi.

Później przeprowadziłyśmy się do Londynu i wszystko się zmieniło. Zaczęłyśmy chodzić do klubów lesbijskich i księgarni dla kobiet, uczestniczyć w działalności organizacji feministycznych... Wprowadziłyśmy się do lesbijskiego domu w Hackney – to lesbijsko-gejowska dzielnica Londynu. To był taki klasyczny londyński coming out: nagle znalazłyśmy się w bardzo lesbijskim świecie, z wieloma lesbijskimi przyjaciółkami.

Swoją rodzinę uświadomiłam dopiero pod koniec tego pierwszego związku. Nie byli oczywiście zachwyceni, ale wspierali mnie.

Po tym wszystkim moje życie zawodowe również stało się bardziej „lesbijskie”: zaczęłam uczęszczać na studia podyplomowe z lesbijskiej i gejowskiej literatury historycznej. Jak tylko je skończyłam, zaczęłam pisać i, jak powiedziałaś, zrobiłam publiczny coming out.

Jak było?

Zupełnie bez problemów. Szybko znalazłam lesbijskie czytelniczki, powoli też udało mi się dotrzeć do mainstreamowego odbiorcy. W 2002 roku adaptacja „Muskając aksamit” była w telewizji w Wielkiej Brytanii. Właściwie dopiero wtedy zaczęłam być publicznie identyfikowana jako lesbijka. Co znowu było zaskakująco łatwe. Ale sądzę, że w tej chwili Wielka Brytania jest po prostu przyjazna osobom homoseksualnym.

Identyfikujesz się ze swoimi bohaterkami?

Myślę, że w każdej z nich jest fragment mnie. Na pewno jestem troszeczkę jak Nancy, choć nie ukrywam, że chciałabym więcej niż troszeczkę. Niestety - jestem taką szarą myszką. Ale to jest luksus pisania, że możemy sobie siebie wyobrażać we wspaniałej roli, niezwykłych sytuacjach. W „Pod osłoną nocy” taką bohaterką jest Kay, która znowu jest piękna i dzielna, i zdecydowanie nie taka jak ja. Zawsze wiedziałam, co ona powie, jak się zachowa - właśnie dlatego, że jest taka, jaka ja chciałabym być, ma ułańską fantazję i jest takim... butch

Oprócz „Muskając aksamit” brytyjska telewizja przeniosła również na srebrny ekran „Złodziejkę”. Udało jej się trafić w twoje gusta?

Uważam, że obie adaptacje są na doskonałym poziomie. Tym bardziej, że miałam z tym też sporo zabawy, bo od początku uczestniczyłam w ich powstawaniu. Dzięki temu nie dość że mogłam poznać aktorki, to jeszcze dostałam role – jakieś tam drugo- czy trzecio-, czy dziesiątoplanowe. Przebrałam się w kostium z epoki i miałam tam swoje trzy sekundy.

A co myślisz o nowej kinowej wersji „Muskając aksamit”?

Masz na myśli ekranizację z Beyonce Knowles i Eva Longoria? Niestety, muszę cię rozczarować: póki co na pewno nie powstanie. To plotka rozpuszczona przez jakąś nadgorliwą lesbijkę z Los Angeles.

W Polsce każda książka, której bohaterami są geje czy lesbijki, jest uważana za manifest, wręcz „promocję homoseksualizmu”. Czy w Wielkiej Brytanii twoje książki są odbierane jako polityczne?

Nie sądzę, żeby tak było, już nie. My przechodziliśmy to w latach osiemdziesiątych i wcześniej. Pierwsze książki z lesbijskimi bohaterkami, które czytałam, faktycznie były niszowe, wydawane przez małych wydawców.

Na szczęście ja, zaczynając pisać w latach 90., miałam ten luksus, że już nie musiałam tworzyć książek „programowych”. Chociaż to, że w moich powieściach istnienie lesbijek jest czymś oczywistym, po prostu normalnym, samo w sobie może mieć polityczne oddziaływanie. Ale nie mogę powiedzieć, że ja jako ja mam jakiś duży polityczny wpływ. Jeśli mam być szczera, z „Muskając aksamit” chodziło bardziej o zabawę...

Czy angażujesz się w działalność polityczną?

Troszeczkę się rozleniwiłam, także skłamałabym, gdybym powiedziała, że jestem lesbijską aktywistką. Nie. Natomiast ponieważ jestem powszechnie rozpoznawalna, patronuję wszelkiego rodzaju działaniom czy organizacjom. Mogę powiedzieć, że jestem taką zawodową lesbijką. I może pomimo że nie biorę udziału w paradach czy marszach, nie macham tęczową flagą, to jednak, jak powiedziałam, w jakiś sposób realizuję ten lesbijski program przez pisanie swoich książek.

Skąd czerpiesz informacje o życiu lesbijek w XIX wieku?

Z pamiętników, dzienników, archiwów policji (nie dlatego, że lesbianizm był wtedy nielegalny – bo nie był - ale dlatego, że kobiety, tak samo jak mężczyźni, były czasem aresztowane, sądzone i przy okazji zazwyczaj spekulowano, co się działo w ich życiu osobistym). Do pewnego stopnia ważnym źródłem jest też dla mnie pornografia. Choć zwykle była tworzona przez mężczyzn i dla mężczyzn, to jednak jest pełna obrazów lesbijek. Mam w swoich zbiorach kolekcję pocztówek i erotycznych pocztówek z 1890 i są tam m.in. kobiety uprawiające seks z użyciem dildo. Pamiętam, że pomyślałam: mój Boże, to jest fantastyczne!

Takie małe wskazówki dostarczają mi wystarczająco dużo informacji. Zresztą również niewiedza jest inspirująca, pozwala uzupełniać brakujące informacje.

W „Pod osłoną nocy”, której akcja rozgrywa się w latach 40. XX wieku było mi dużo łatwiej niż z wcześniejszymi książkami. Oprócz dzienników i innych źródeł historycznych mogłam korzystać ze wspomnień starszych lesbijek.

No właśnie – akcja twoich pierwszych trzech książek rozgrywała się pod koniec XIX wieku. „Pod osłoną nocy” to już XX wiek. Dlaczego?

Tak naprawdę chodziło o zmianę. Napisałam trzy powieści wiktoriańskie i uwielbiałam to, ale poczułam, że chcę czegoś nowego. Nigdy nie chciałam pisać o czasach przedwiktoriańskich, nigdy też nie chciałam pisać o czasach współczesnych. Szukałam czegoś w wieku XX. Lata 40. wydawały się naprawdę ciekawe. Również przez to, co się wtedy wydarzyło dla kobiet i dla lesbijek - czasy wojny, które, zaskakująco, były też bardzo ekscytujące.

Ta książka jest oparta na retrospekcji – zaczynamy w 1947 roku, kończymy w 1941. Skąd taka kolejność zdarzeń?

Nie planowałam tego. Początkowo byłam zainteresowana tylko powojennym Londynem, tak więc skoncentrowałam się na roku 1947 i trzech głównych bohaterkach – Kay, Helen i Julii. Później stwierdziłam, że to, co jest w niech najbardziej interesujące dla mnie, to to, przez co przeszły, ich dramatyczne losy podczas wojny. Także stwierdziłam, że zamiast posuwać historię do przodu, odczytam jej źródło. Jak tylko podjęłam tę decyzję, wydała mi się najwłaściwsza. Wtedy też stworzyłam Duncana i Viv, aby poszerzyć spectrum bohaterów.

Pierwszy raz nie poznajemy zakończenia historii...

To pasuje do mojej wizji ich życia, pewnej melancholii tamtych czasów, bez pewności znaczeń, która była obecna u wcześniejszych postaci. W książkach wiktoriańskich, szczególnie w „Muskając aksamit”, pisałam w stylu tamtej epoki, który jest bardzo uporządkowany – zawiązanie akcji, komplikacje i rozwiązanie. Zwykle pod koniec ludzie są nagradzani lub karani.

Lata 40. to zupełnie inny świat, czasy po wojnie, kiedy ludzie byli niepewni, czuli się zdradzeni, także fragmentaryczność opisu bardziej pasuje do ich historii. Kiedy nie wiemy wszystkiego, bardziej przypomina to ich prawdziwe życie.

Jak książka została przyjęta w Wielkiej Brytanii?

Bardzo dobrze – ku mojej uldze i zaskoczeniu. Dla mnie to był duży skok – pisać o zupełnie innych czasach, w zupełnie innym stylu. Stworzyć książkę, która nie daje czytelnikowi tradycyjnej satysfakcji, jest otwarta. Myślę, że otrzymała najlepsze oceny ze wszystkich moich książek, co jest dla mnie w pewien sposób przerażające. Przywykłam do wiktoriańskiego nonsensu, bycia braną nie do końca na poważnie.

I tak już zupełnie na zakończenie – to twoja pierwsza wizyta w Polsce. Jakie masz wrażenia?

Dla mnie sam fakt bycia tutaj jest bardzo ekscytujący. To, że jestem tu tak ciepło przyjmowana, że moje książki są lubiane. To wspaniałe, spotykać ludzi w ogóle, ale szczególnie lesbijki i gejów. I dowiadywać się więcej o tym, jak im się w Polsce żyje.

Bardzo dziękuję za rozmowę.

Wywiad pochodzi z 2007 roku. Pierwotnie ukazał się w magazynie "Replika". Zdjęcie: Oiko Petersen.

Komentarze

Popularne posty z tego bloga

"Bezdomna" Katarzyny Michalak, czyli jak nie pisać o problemach społecznych

Złych, powielających wyjątkowo szkodliwe stereotypy książek jest wiele. Rzadko jednak matronują im instytucje kojarzone raczej z walką z uprzedzeniami niż z ich wspieraniem. Zaszczyt ten spotkał niestety „Bezdomną” Katarzyny Michalak. Dlaczego książka ta nie powinna być wspierana przez organizacje kobiece czy, szerzej, walczące z wykluczeniami? O komentarz poprosiłam Elwen, twórczynię bloga poświęconego zaburzeniu afektywnemu-dwubiegunowemu.

Fundacja Centrum Praw Kobiet wraz z Kongresem Kobiet objęły ostatnio patronatem (czy, jak chce tego CPK, matronatem) książkę pani Katarzyny Michalak o wdzięcznym tytule „Bezdomna”. Książka, zgodnie z zapewnieniami autorki i wydawnictwa, należeć ma do nurtu zaangażowanej literatury kobiecej, poruszającej trudne problemy kobiet wykluczonych poza nawias społeczeństwa. Brzmi zupełnie w porządku, prawda?

Problem zaczyna się w chwili, gdy skuszeni poważnymi rekomendacjami sięgniemy po tę pozycję. Książka opisuje historię Kingi Król, bezdomnej kobiety z …

Maria Konopnicka była lesbijką

Tytuł jest oczywiście nadużyciem. Nie wiadomo, czy Maria Konopnicka była lesbijką, czy osobą biseksualną, czy jeszcze kimś innym. Nie wiadomo, jak myślała o sobie ani tym bardziej, jak by się określiła i jak potoczyłoby się jej życie, gdyby urodziła się nie sto siedemdziesiąt, ale na przykład trzydzieści lat temu. Wiadomo za to, że przez ostatnie dwadzieścia lat życia mieszkała i podróżowała z noszącą się po męsku miłośniczką polowań, malarką i działaczką na rzecz praw kobiet Manią Dulębianką, którą nazywała czasami "Pietrkiem z powycieranymi łokciami". Wiadomo, że z chwilą, gdy się poznały, poetka gładko przeszła w listach do dzieci z formy "ja" na "my" (mamy, myślimy, wyjeżdżamy), że były praktycznie nierozłączne, że miały różne nieprzyjemności z powodu krążących pogłosek o ich związku, że Dulębianka zrezygnowała dla Konopnickiej z kariery malarskiej i że zostały pochowane w tym samym grobowcu. Wiadomo też, że "niewiasta mocno kochliwa", jak …

Gołe dupy Renaty Przemyk

Renata Przemyk dała głos, a ja zawyłam z bezsilnej złości i, co tu ukrywać, przykrości. Szansonistka, której gros fanów stanowią lesbijki (i geje też), piosenkarka, która przez wiele lat była w związku ze swoją tekściarką, poetką Anną Saraniecką (oczywiście związku przyjacielskim), osoba, która jednym zdaniem mogła zrobić wiele dobrego zarówno dla siebie, swojej kariery, jak i dla osób LGBTQetc., postanowiła się wypowiedzieć.

I jak zazwyczaj na wywiady z Renią spuszczałam litościwie (no, może oprócz tego tekstu tu) zasłonę milczenia, tak tego wywiadu bez komentarza zostawić nie sposób.

Już na wstępie jest ostro:
Przecież chrześcijanie byli zawsze pokojowo nastawionymi ludźmi.  Chrześcijanie, zawsze, pokojowo. No fakt, bo sypialnianie nie za bardzo. Najczęściej raz do roku, i to w celu mienia dziatek. Poza tym artystka przespała lekcje historii, na których mówiono o wyprawach krzyżowych, chrystianizacji ogniem i mieczem, inkwizycji i takich tam różnych. Siadaj, Renata, pała.
Wszystkie…