niedziela, 9 sierpnia 2009

Wstępniak

Trzy dni zeszły mi na szukaniu nazwy mojego bloga. Bez sensu? Niekoniecznie - blogów są tysiące, poradników i wątków na forach spod znaku "najpopularniejsze nazwy blogów" czy "najgłupsze nazwy blogów" również co nie miara, a jak się ma zwyczaj przeprowadzania szczegółowego researchu zanim się coś zacznie robić, tak się to zwykle kończy. Zresztą wymyślanie nazwy dla jakiejkolwiek inicjatywy - zespołu, magazynu, strony internetowej, imprezy to zazwyczaj katorżnicza praca, często zajmująca więcej czasu niż przygotowanie reszty.

Tak było na przykład z magazynem "Replika", który do niedawna miałam okazję prowadzić. Pierwszy numer robiliśmy w listopadzie i grudniu 2005 roku. Był już praktycznie gotowy, teksty napisane i spawdzone, zdjęcia pozyskane, a wybór nazwy - który na pierwszym spotkaniu wydawał nam się wprawdzie ważny, ale odłożyliśmy go na bliską przyszłość - stał się nagle kluczowy. Czego to myśmy nie wymyślali - pamiętam "Homopolitan" i "Pryzmat", ale na pewno były i gorsze pomysły (ponoć umysł wypiera te gorsze wspomnienia, więc i mój wyparł). W końcu, w jakimś ostatnim przebłysku natchnienia zadzwoniłam do Gosi (mojej dziewczyny, partnerki, żony, kochanki czy jak jeszcze chcecie), ta wzięła do ręki słownik języka polskiego i podrzuciła nam z trzydzieści słów, wśród których znalazło się i "replika". Było to jedyne słowo, którego nikt z pierwszego zespołu redakcyjnego nie odrzucił, tak że zostało. Od razu dorobiliśmy mu ideologię (to najłatwiejsza część zabawy w wymyślanie nazw) - że to taka nasza odpowiedź na otaczającą rzeczywistość. A z czasem nawet je polubiliśmy (co przy "homopolitanie" byłoby pewnie znacznie trudniejsze).

Nazwa, której autorstwo dla odmiany mogę przypisać sobie, to Barbie Girls. Nie chodzi o najsłynniejszą lalkę świata, ale o kabaret, który jakoś tak od czasów nawet przedreplikowych współtworzę. Tu nazwa pojawiła się chyba z rok po rozpoczęciu działalności, w knajpie przy piwie, a chodziło o to, by znaleźć coś naprawdę obciachowego. No i znalazłam. Teraz, kiedy nasz kabaret jest już jakąś tam marką, wiem, że przynajmniej z marketingowego punktu widzenia nie był to dobry pomysł (spróbujcie wypozycjonować się w Google na Barbie Girls!), ale poza tym nazwa spełnia swoją rolę - wpada w ucho (choć zdarzyło nam się widnieć w programie jednego festiwalu jako Barbie Dolls), prowokuje do zadawania pytań, jest odpowiednio kampowa, więc wpisuje się w nurt queer - w porządku, jakoś wybaczę te problemy z Googlem.

No dobrze, ale skąd ten garnitur? A stąd:
"I got a super cute three piece suit
One piece for your body
One piece for your smile
One more little piece if you stay a while".
(Ani DiFranco, "Ain't That The Way", album Revelling/Reckoning, 2001)

Wprawdzie tekst jest zdecydowanie miłosny i jako taki pewnie nijak się ma do tego akurat bloga, ale:
a) podoba mi się,
b) o muzyce (i siłą rzeczy również o Ani) pisać będę,
c) jak będzie trzeba, to dorobię mu jakąś ładną ideologię (jakaś trojaka osobowość, obszary zainteresowań, cokolwiek). A na razie niech zostanie jak jest, w końcu to pierwszy post, tak że szanse, że ktoś go przeczyta, są niewielkie.

Na zakończenie inna pani w garniturze, miss Ferrick i jej "Heartbeat":

3 komentarze :

Łoj... Dopiero teraz przeczytałam wstępniak. Nie wiedziałam, że to taki świeży blog.

A jednak ktoś przeczytał pierwszy post:)
Ale fakt, że kiedy go pisałam, nawet nie ośmieliłam się marzyć, że już po paru miesiącach tyle się tu będzie dziać.

Prześlij komentarz