niedziela, 30 maja 2010

"Furia" o popkulturze

Właśnie wyszła nowa "Furia". Numer drugi poświęcony jest popkulturze, czyli temu, co niżej podpisana lubi najbardziej. W ręku jeszcze nie miałam, jak dostanę, to się odpowiednio pozachwycam. A póki co wrzucam fragment mojego wkładu w moje być może wkrótce ulubione pismo:

W serialach telewizyjnych nieheteroseksualni bohaterowie wciąż stanowią rzadkość. Według badania przeprowadzonego przez amerykańską organizację Gay & Lesbian Alliance Against Deformation, która od lat monitoruje m.in. telewizyjne ramówki, w minionym sezonie geje, lesbijki, osoby biseksualne i transgenderowe stanowiły zaledwie 3 procent serialowej populacji w stacjach ogólnokrajowych w Stanach Zjednoczonych. Szczęśliwie wielbicielki i wielbiciele nienastawionej na osoby heteroseksualne rozrywki nie muszą już polegać na telewizji – ostatnie lata przyniosły nam prawdziwy wysyp internetowych seriali, których bohaterami są osoby spod znaku LBGTQ. I bynajmniej nie oznacza to kilkunastu czy kilkudziesięciu, ale prawdopodobnie setki, a nawet tysiące (bo z chyba oczywistych przyczyn zawartości Internetu ogarnąć się po prostu nie da). A żeby było jeszcze lepiej, w tej mnogości znajdą coś dla siebie wielbicielki praktycznie każdego serialowego gatunku. Lesbijskie Z Archiwum X? Proszę bardzo, mamy InSight… Rise of The Sire. Serial młodzieżowy? Anyone But Me będzie jak znalazł. Coś bardziej glamour? Jest Venice, miłego oglądania. A może kryminał? Oczywiście, polecam choćby B.J. Fletcher: Private Eye. Obyczajówka? Jest brytyjskie
Far Out, wprawdzie wolno się kręci, ale jednak kręci, tak że w oczekiwaniu na kolejne odcinki można sięgnąć po The Lovers & Friends Show. Coś sensacyjnego dla odmiany? Girltrash! chociażby. Komedia romantyczna? We Have to Stop Now, Julie and Brandy – to tylko dwa z tytułów godnych polecenia. Chcecie więcej? (...)

To jak, chcecie? Kupcie "Furię"! Spis treści i zajawki pozostałych tekstów tu. A okładka tym razem żółta.

Nowe Kobiety Kobietom i trochę Google'a

Dawno nie było zabawnych słów kluczowych, po których ludzie trafiają na garniturek z Google'a. Niniejszym nadrabiam. Mało kto szuka już porno z Madonną - to miła odmiana. Garnitury wszelkiej maści nadal w modzie, ostatnio coraz częściej pojawiają się w połączeniu z osobą, dla której mają być przeznaczone, np. "garnitur dla geja", "garnitur dla łysego", a nawet "garnitur lesbijka". Hm. Z dziwnych zapytań pojawiło się "jak być atrakcyjnym dla lesbijki", "jak czują się lesbijki" oraz "co lub kto wpływa na moje poglądy", z zaskakujących "gej w łańcuchach", "lesbijki z brudnymi nogami" i "zasady kultury w klubach dla lesbijek". Ogólnie jest coraz mniej fraz seksualnych, a więcej takich, na które odpowiedź można znaleźć i u mnie (jak np. o możliwość bycia lesbijką w Dragon Age). I dobrze.

Z sieciowych nowości zakończyła się chyba pierwsza część prac renowacyjnych na portalu Kobiety Kobietom. Efekt to przede wszystkim nowa literatura, muzyka i film, ogólne odświeżenie layoutu i - największa nowość - zmiana charakteru części www.les.art.pl, które dotąd skupiało teksty poświęcone kulturze. Od maja jest to agregator RSS-ów ciekawych stron i blogów. Pomysł mi się podoba (choć strona graficzna przedsięwzięcia mało atrakcyjna), bo, lepiej niż katalogi, pozwala promować ciekawe miejsca w sieci. A przy okazji udało się zakończyć mało sensowny rozdział domen skupionych pod egidą Kobiety Kobietom.

Znalazłam też bardzo dziwną stronę (w budowie), która być może ma ambicję stania się kolejnym portalem dla osób nieheteroseksualnych. Nazywa się to to lgbtqf.com i dla mnie to klasyczny przykład, jak NIE robić stron pod SEO:
To, co widzicie na stronie głównej, w zasadzie jest chmurką tagów udającą tekst otwarciowy. I - co zabawne - wcale się tak fajnie nie pozycjonuje (trudno, żeby było inaczej, skoro na stronie nie ma praktycznie żadnych tekstów), choć ewidentnie taki jest jej cel. Nie spełnia też roli strony głównej, bo nie mam pojęcia, kto, zobaczywszy takie coś, miałby ochotę klikać dalej. Ja poklikałam jedynie z ciekawości, ale odpuściłam sobie po obejrzeniu kilku identycznie skonstruowanych podstron. Żeby nie było, pomysł wypozycjonowania strony przed jej oficjalnym uruchomieniem (planowanym, nomen omen, na czas EuroPride 2010) jest bardzo dobry. Ale wykonanie w tym przypadku już zdecydowanie nie.

Aby nie kończyć krytyką, wrzucam linka do strony niemal idealnej - The Queerist. To prosty informator kulturalny (plus blog), ale jak zrobiony! Proszę o polski odpowiednik.

Wokół EuroPride i lesbijskie musicale

Organizatorzy EuroPride 2010 oficjalnie (na Innej Stronie i w "Gazecie Wyborczej") skomentowali informacje o problemach finansowych imprezy. Zagrożony jest jedynie koncert po paradzie, który prawdopodobnie zostanie przeniesiony do klubów, przygotowania do pozostałych wydarzeń przebiegają zgodnie z planem. Dobrze, że Fundacja Równości otwarcie mówi o tym, jak wygląda sytuacja, to miła odmiana w porównaniu z ostatnimi latami. Irytuje za to przypisywanie sobie wydarzeń, które, choć znajdą się w festiwalowym kalendarzu, są jednak zasługą kogoś innego - jak wystawa Ars Homo Erotica w Muzeum Narodowym czy występ Boya George'a w M25.

Pełną parą ruszyła Inicjatywa POMADA, która zaprezentuje się szerszej publiczności również w czasie EuroPride. Jak czytamy na stronie inicjatywy www.pomada.info.pl:

POMADA to grupa kilku osób i jednego kolektywu, które po raz pierwszy połączą siły, by zaprezentować swoje punkty widzenia - perspektywę nieheteroseksualnej wrażliwości. Wiele nas różni, ale łączą działania kulturalne i artystyczne, frajda z nieustannego wymykania się przymusowej heteroseksualności, poczucie przynależności lokalnej, wyczulenie na komercyjne uwikłanie ruchów LGBTQ, zamiłowanie do działań oddolnych w duchu DIY i przede wszystkim poczucie humoru, również na własny temat.

W pierwszej połowie lipca (5-18.07.2010) zapraszamy na specjalnie przez nas przygotowane wydarzenia kulturalne oraz na propozycje innych zaprzyjaźnionych organizacji, instytucji, kolektywów. Nasze działania odbędą się równolegle z warszawskimi obchodami Europride 2010. Do współpracy i udziału zapraszamy wszystkich: każdej płci i każdej orientacji – GANC POMADA!


Program wydarzeń (wciąż aktualizowany) tu. I muszę przyznać, że zapowiada się świetnie, tak że chyba jednak wezmę na ten czas urlop. A już na pewno wybiorę się na koncert 10 lipca, na którym prezentować się będą polscy artyści i artystki, między innymi fenomenalna Agnieszka Olszewska (jeżeli jej nie znacie, koniecznie posłuchajcie, np. tu, i, jak wam podejdzie, wesprzyjcie artystkę na Megatotal). Oraz na prezentację części projektu "Orlando. Pułapka?" (szkoda, że nie na premierę, ale, jak rozumiem, sztuka nie będzie do tego czasu gotowa). W ogóle mam wrażenie, że POMADZIE uda się wypełnić potężną lukę w programie EuroPride, czyli zaprezentować polską kulturę spod znaku LGBTQetcetera.


Jako że mam na blogu tydzień definitywnie muzyczny, to czas się przyznać, że uwielbiam musicale. I na fali tego lubienia wyszło mi (niezbyt odkrywczo), że o ile geje rozwinęli swój odpowiednik Broadway'owskiego musicalu, o tyle lesbijkom dotąd się to nie udało. Przypuszczalnie dlatego, że stereotypowo nie są postrzegane jako potencjalne klientki takich widowisk, tak że nie opłaca się robić czegoś o nich. Co nie znaczy, że w ogóle takich sztuk nie ma. Jest brytyjskie "Bad Girls: The Musical":



Są też produkcje regionalne, jak "The Break-Up Notebook: The Lesbian Musical" czy "Zanna, Don't!". Ta druga nie jest zresztą stricte lesbijska, ale wrzucam fragment w ramach komentarza do ostatnich wydarzeń wokół DADT:



Ale generalnie jest bardzo słabo. I o ile nieszczególnie boli mnie brak (stereotypowo rozumianych) div lesbijskich, o tyle brak musicali już jednak tak.

czwartek, 27 maja 2010

Muzyczne coming outy ostatnich tygodni

Podobnie jak chociażby Rafał Majka (ciekawy tekst na ten temat na Homikach tu) nie uważam, by coming outy były najskuteczniejszą strategią walki o prawa osób LGBTQetcetera, a na pewno nie są jedyną. Z drugiej jednak strony wierzę w kulturotwórczą rolę sztuki (a szczególnie muzyki), dlatego nie mogę w końcu nie odnotować kilku bardzo ważnych muzycznych wyjść z szafy, które miały miejsce w ostatnich tygodniach.

Pisałam już o chrześcijańskiej piosenkarce Jennifer Knapp. Krótko po niej ujawniły się jeszcze dwie kobiety reprezentujące już nie tak bliski mi gatunek muzyczny jak Jennifer (nie mam na myśli muzyki chrześcijańskiej, a śpiewano-gitarową). Pierwsza była piosenkarka country Chely Wright, której coming outem, zanim się dokonał, żyła większość amerykańskich blogów i stron internetowych (pisał o tym Abiekt tu). Podoba mi się średnio, ale biorąc pod uwagę, że country to muzyka białych konserwatywnych farmerów, jej deklaracja może mieć spory wydźwięk edukacyjny. A przy okazji w kontekście jej ostatnich wyznań zabawnie jest posłuchać choćby tego kawałka:



Kolejny coming out jest jeszcze ciekawszy, bo zdecydowała się na niego Lady Sovereign. To dla odmiany brytyjska raperka, słynna chociażby z tego, że jako pierwsza nie-Amerykanka podpisała kontrakt z wytwórnią Jay'a Z Def Jam Records. Ruch hip-hopowy słynie niechęci do osób homoseksualnych (może kojarzycie np. historię Eminema, który musiał zgodzić się na ocenzurowanie swoich tekstów, aby latem tego roku móc wystąpić na Wireless Festival w Londynie), tak że Lady Sovereign długo ulegała naciskom menadżerów, aby nie ujawniać swojej orientacji, ale w końcu stwierdziła, że nie może się ukrywać przez wieczność i opowiedziała o sobie w magazynie "Diva". Nie robi muzyki moich marzeń, ale jako że za oknem od ponad godziny wyje nam ACpiorunDC (mieszkamy niedaleko lotniska na Bemowie, gdzie właśnie grają), to, w ramach nowo obudzonego ducha tolerancji dla innych gatunków muzycznych, wrzucam i to:



A skoro już mam na blogu muzyczny tydzień, nie mogę nie poinformować, że 4 czerwca na pożegnalnej imprezie w UFIE również Barbie Girls pokażą się w wersji śpiewanej. Będzie i folkowo, i hip-hopowo, i, hm, songowo chyba. Zapraszam!

środa, 26 maja 2010

UFA sobie pada

Mam nadzieję, że tylko czasowo, ale niestety jednak tak - UFA znowu zostaje bez lokalu. Powody banalne, bo finansowe, pożegnalna impreza zaplanowana na 4 czerwca, kolektyw przyjmie też wszelką pomoc przy wyprowadzce. Szczegóły tu. Szkoda, że na mapie Warszawy zabraknie miejsca, w które tak wiele osób zupełnie bezinteresownie włożyło tak wiele pracy i pozytywnej energii. I pozostaje mieć nadzieję, że zabraknie jedynie czasowo, a nowy lokal, gdziekolwiek będzie, będzie już też na dłużej.

Nadal nie mogę odespać weekendu (coś przerażającego dzieje się z ciśnieniem), tak że ostatnio, zamiast czytać, głównie słucham. W pracy za pośrednictwem Grooveshark, radia internetowego, które reklamuje się posiadaniem w bazie milionów piosenek. I rzeczywiście wybór jest przedni, wszystko za darmo, bez rejestracji (chyba że ktoś ma ochotę), a na dodatek można grać wybrany utwór tak długo, aż się znudzi. Jak dla mnie to najlepszy tego typu serwis w internecie. Zaliczyłam też mój kliencki debiut na CDBaby, to dla odmiany jeden z najfajniejszych internetowych sklepów muzycznych. Nie jest najtańszy, za to lwia część gaży idzie bezpośrednio do artystów. I promuje wyłącznie muzyków niezależnych.

Z artystek, o których tutaj póki co niewiele pisałam, dałam się skusić (dzięki, Rose!) "Recollection" k.d. lang. To  dobra składanka dla tych, którzy niekoniecznie chcą mieć w kolekcji wszystkie płyty k.d., ale jednak czasami dają się uwieść jej głosowi. Jest więc nowa wersja nieśmiertelnego "Constant Craving", "Miss Chatelaine", oczywiście "Halleluyah" (w dwóch odsłonach), a także duety z Tonym Bennettem, Jane Siberry i Royem Orbisonem. To niekoniecznie płyta samochodowa (można dostać mandat za przekroczenie prędkości, gdy się człowiek za bardzo wczuje w "Halleluyah"), ale na trudne poranki dla niskociśnieniowców już jak najbardziej tak. A poza tym na tapecie jak zwykle Ani, tym razem w najbardziej chyba uroczej, bo wczesnej fazie spod znaku "Imperfectly". Plus katuję tę piosenkę:



Edit: Właśnie dostałam potwierdzenie wysyłki płytki z CDBaby. Piękne, więc muszę wkleić:

Ewa -

Thanks for your order with CD Baby!

USPS

(1) Julie Wolf: Walk the Worn Out Floor

Your CD has been gently taken from our CD Baby shelves with sterilized contamination-free gloves and placed onto a satin pillow.
A team of 50 employees inspected your CD and polished it to make sure it was in the best possible condition before mailing.
Our packing specialist from Japan lit a candle and a hush fell over the crowd as he put your CD into the finest gold-lined box that money can buy.
We all had a wonderful celebration afterwards and the whole party marched down the street to the post office where the entire town of Portland waved "Bon Voyage!" to your package, on its way to you, in our private CD Baby jet on this day, May 26, 2010.
We hope you had a wonderful time shopping at CD Baby. In commemoration, we have placed your picture on our wall as "Customer of the Year." We're all exhausted but can't wait for you to come back to CDBABY.COM!!

Thank you, thank you, thank you!
Sigh...
We miss you already. We'll be right here at
http://cdbaby.com, patiently awaiting your return.

Poczekam jeszcze na tę wypolerowaną płytkę w złotym pudełku, ale już wstępnie deklaruję, że ich kocham!

poniedziałek, 24 maja 2010

Olsztyn i trochę Melissy

Wróciłyśmy z Olsztyna w nocy, tak że jeszcze nie udało nam się odespać tych męczących dwóch dni, ale wrażenia bardzo pozytywne (to powoli staje się moją mantrą po powrocie z oddziałów). Sobotnia debata dość ciekawa, choć bez konkretnych wniosków, jak to bywa w przypadku wzięcia na tapetę dużego tematu, jakim niewątpliwie jest internet spod znaku LGBTQetcetera. Po prostu nie jest to rzecz do rozwalenia w półtorej godziny, szczególnie gdy niemal każdy zaproszony gość patrzy nań z zupełnie innej perspektywy. Z ciekawostek - dowiedziałam się, że ostatnio do KPH zgłosił się gość, który zdobył grant na portal społecznościowy dla osób nieheteroseksualnych. Pomysł jest z grubsza taki, żeby zrobić zamkniętą społecznościówkę, dostępną tylko na zaproszenia (coś jak Grono w czasach, kiedy jeszcze nie padało). Jak dla mnie projekt nie ma żadnych szans na sukces. Bo jest Facebook, bo przynajmniej kilka naszych portali daje opcję założenia profilu, bo zamknięta formuła jest już mocno archaiczna (chyba że ktoś stawia na reklamodawców, których chce przyciągnąć ekskluzywną grupą odbiorców, ale to nie ten przypadek). Plus tego pomysłu jest jedynie taki, że ktoś dostał na niego pieniądze, co pokazuje, że warto się starać o granty nawet na najdziwniejsze projekty. Został mi też po debacie mały dylemat - czy ludzie nie są szczególnie zainteresowani newsami na naszych portalach, bo zazwyczaj są one nieciekawe, wtórne i jest ich niewiele, czy też dlatego, że większość internautów i internautek woli dyskusje na forum, ogłoszenia itp. Ja jestem za opcją, że, oczywiście generalizując, naszym portalom brakuje wartościowego, autorskiego kontentu i stąd niewielkie powodzenie części do czytania.

Niedzielny występ pod względem organizacyjnym - bo walory artystyczne nie mnie oceniać, choć mam nieskromne wrażenie, że było dobrze - znakomity. Świetne miejsce - scena kameralna pod niedawno wyremontowanym amfiteatrem - a do tego ogromna garderoba. Jeżeli pamiętacie nasze garderobiane problemy z Poznania, to wiecie, czemu o tym piszę. Tak że nie mogę ciut złośliwie nie dodać: droga G., najlepsza garderoba, jaką kiedykolwiek miałyśmy, wygląda tak:
I to wszystko, wyobraźcie sobie, bez kasy, dzięki dobrym układom z miastem. Do tego strasznie fajna, choć trochę nieśmiała, publiczność (przy okazji serdeczne pozdrowienia dla dziewczyny, która podeszła do nas po występie i wspomniała, że zagląda na garniturek). Tak że wielkie gratulacje dla organizatorek i organizatorów i trzymam kciuki za kolejne przedsięwzięcia.

Mamy już bilety na berliński koncert Melissy Etheridge. Gosia katuje nową płytę, a przy okazji słuchamy też albumu "Greatest Hits: The Road Less Traveled", który ostatnie dwa lata przeleżał na Lawendowym Polu, więc zdążyłyśmy się już za nim stęsknić (nocna podróż z Olsztyna do Warszawy trwała mniej więcej 1 i 3/4 tego albumu). Przypominamy też sobie jej teledyski, bo trzeba przyznać, że większość jest naprawdę świetna. To faworyt Gosi (swoją drogą czy ktoś kojarzy, kto potem zerżnął z Melissy tę melodię? Bo gdzieś ją jeszcze słyszałam):



A to mój:



Skojarzenie z klipem do "Jenny" Edyty Bartosiewicz raczej nieprzypadkowe, zresztą Bartosiewicz miała swój czas fascynacji Melissą, spójrzcie chociażby na ten klip:



Podobny strój, fryzura, sposób poruszania się na scenie... Nie, żeby mi się nie podobała w tym wydaniu, przeciwnie. I szkoda, że już nie nagrywa, bo to była jednak jedna z najsensowniejszych polskich artystek.

piątek, 21 maja 2010

Przedwyjazdowo

Przygotowania do wyjazdu do Olsztyna w pełni, zarówno bardziej tradycyjnie rozumiane (pakowanie, co w przypadku wyjazdu na występ nie jest takie proste - ostatnio o mały włos zapomniałybyśmy peruki o imieniu Shakira; tak, nasze peruki mają imiona, od ról, do których zostały pierwotnie zakupione, jest więc też Doda, Marina, Bette oraz - nieżyjąca już - Agnieszka), jak i mniej tradycyjnie - wczoraj nagrałyśmy z Gosią w studiu nasze kabaretowe piosenki, efektu będzie można posłuchać już w niedzielę. A teraz tylko dla zainteresowanych program Olsztyńskich Dni Równości na sobotę i niedzielę:

Sobota 22 maja:

17.00 – Debata "Równość w Internecie"
Miejsce: Gazeta Cafe
Goście: Marta Abramowicz - prezeska KPH
Wojciech Szot - blog abiekt.blogspot.com
Ewa Tomaszewicz - była naczelna "Repliki", blog trzyczesciowygarnitur.blogspot.com
Ewa Meller – prawniczka KPH
Przemysław Pilarski - blog peep.blog.pl

21.00 – Występ Drag Queen
Miejsce: 4 Club

Niedziela 23 maja:

19.00 – Występ Barbie Girls – kabaret lesbijski
Miejsce: ZMIANA!!! - sala kameralna pod Amfiteatrem
Bilety dostępne przed każdą imprezą, możliwość rezerwacji olsztyn@kph.orgpl
Cena: 5zł

Oprócz autolansu planujemy też z Gosią wypad na Lawendowe Pole. Jak ktoś tam jeszcze nie był, proszę koniecznie nadrobić, to naprawdę magiczne miejsce.

A dla tych, którzy będą za nami przez najbliższe dni tęsknić (relacja z wyjazdu najwcześniej w poniedziałek), wrzucam obiecanego lip duba. Nie jest to produkt profesjonalny, ale bawiliśmy się dobrze:)

wtorek, 18 maja 2010

Wojowniczy serial wszech czasów

Wyznałam tutaj, że jestem serialoholiczką. W swojej wyliczance zapomniałam (jak mogłam!) wspomnieć o ”Xenie Wojowniczej Księżniczce”. Dlatego dzisiaj w ramach oddechu od rozmów przedwyborczych poświęcę jej swój wpis.

Słowo wstępu dla niezorientowanych (są tacy???;): serial ”Xena the Warrior Princess” został nakręcony w latach 1995-2001. Był to spin-off serialu ”Hercules”, gdzie zła, zła wojownicza kobieta robiła wbrew głównemu bohaterowi i jego przyjacielowi (no tu nie tylko wbrew;). Postać chwyciła i producenci postanowili poświęcić jej 6 sezonów.

Historia, jak na fantasy przystało, toczy się w Nibylandii, tutaj dla niepoznaki jest to Grecja (później również Rzym, Chiny, gdzieś w krajach słowiańskich, Japonia, Egipt, Indie, Skandynawia, a właściwie to gdzie nie?). Głównymi bohaterkami są dwie kobiety, z których jedna jest doświadczoną wojowniczką (Xena), której nic i nikt nie jest w stanie zaskoczyć, druga młodą uroczą dziewicą (Gabrielle), którą zaskoczyć łatwo, ale przegadać zdecydowanie trudniej, jak na bardkę przystało. Wędrują przez świat, niosąc pomoc wszędzie tam, gdzie jest ona potrzebna, i tocząc boje z bogami i ludźmi. Warto nadmienić, że Xena z tej złej stara się stać tą dobrą, co dzięki Gabi jej się w końcu udaje. Za to Gabi dzięki Xenie staje się wojowniczką i przestaje być niewinną dziewicą.

Serial w Polsce zaczęto emitować w Polsacie gdzieś koło roku 1997. Reakcje były różne. Od zachwytu, przez obojętność, do niechęci. Przyznanie się do fascynacji serialem było trudniejsze niż coming out;). Nie wierzycie? Oto przykład: Jedna znajoma do drugiej powiedziała ”Jeśli powiesz komukolwiek, że jestem fanką Xeny, będziesz trupem, a twojego ciała nigdy nie znajdą”. Na szczęście groźba nie została spełniona, ciało ma się dobrze:).

Ja stałam się fanką ”Xeny Wojowniczej Księżniczki” z kilku powodów. Jest to jeden z nielicznych seriali fantasy, co dla miłośniczki tego gatunku, którą jestem, stanowi nie lada gratkę. Urzekły mnie także niesamowite krajobrazy Nowej Zelandii, gdzie film był kręcony. Tam właśnie wybiorę się kiedyś w podróż mojego życia. Moja ”bardka” mi to obiecała:). Kolejnym plusem serialu były główne bohaterki: dwie samodzielne, niepoddające się niczyjej władzy kobiety, czego chcieć więcej? Ano można chcieć. Odpowiedzi na pytanie, czy między Xeną a Gabrielą była li i jedynie siostrzana, dozgonna przyjaźń, czy miłość. Na taką odpowiedź fani czekali bardzo długo. Zwolennicy podtekstu i jego przeciwnicy nie raz i nie na jednym forum spierali się o to bardzo gorąco. Sprawa wyjaśniła się 8 marca tego roku, kiedy to Lucy Lawless w wywiadzie dla internetowego radia LGBT Sirius powiedziała:


Dla mnie jako lesbijki sprawa była oczywista. Podejrzewam, że gdyby serial kręcony był w czasach obecnych, podtekst (z angielska zwany subtextem) nie byłby tak zawoalowany. I wiecie co, chyba usiądę sobie za niedługo i stworzę filmik z podtekstami z Xeny. A na razie:


Można się czepiać, że w serialu dowolnie żonglowano faktami historycznymi, postaciami, mitami, a efekty specjalne nie były zbyt dobre (chociaż chciałoby się, żeby chociaż takie były w ”Wiedźminie”, polskim serialu nakręconym w 2002 roku). Można, tylko po co? Wszak to jest fantasy i trzeba coś zostawić wyobraźni.

niedziela, 16 maja 2010

Jak złapiemy, połamiemy

, że napisze interpelację na sesję rady powiatu, bo nie spodobało mu się, że policja rozwiozła uczestników marszu do domów. - Chcę wiedzieć ile to kosztowało. Pierwszy raz spotykam się z czymś takim - powiedział dziennikarce "Gazety Wyborczej". Miły człowiek z pana radnego, nie ma co.

Jutro Międzynarodowy Dzień Walki z Homofobią (IDAHO)- obchody między innymi w Bielsko-Białej. Mam nadzieję, że przebiegną bezpiecznie, a przy okazji odsyłam do historii, jak to pięć lat temu podczas przygotowań do świętowania właśnie tego dnia Gosia i Yga Kostrzewa trafiły na komisariat. Szczegóły tu (w końcowej części posta). A w imieniu Parlamentu Europejskiemu przeciw homofobii wewnątrz i poza Unią wypowiedział się dziś Jerzy Buzek (więcej tu). Buzek na prezydenta! Ech...

Portal Homiki podchwycił mój apel o włączenie się do przedwyborczej debaty. Tekst i ankieta na temat preferencji wyborczych tu, zachęcam do głosowania. Odezwali się też blogerzy -

sobota, 15 maja 2010

Dylematy przedwyborcze

Media już postanowiły: wybory prezydenckie wygra albo specjalista od antyfeministycznych fraszek i mordowania zwierząt dla przyjemności, albo gość, który kiedyś tam powiedział, gdzie stało ZOMO, ale jako że już tę sprawę wyjaśnił na kongresie swojej partii, to nie zamierza się z niej tłumaczyć, mimo metamorfozy, którą ostatnio przeszedł. Oczywiście mam na myśli media mainstreamowe, bo nasze zachowują się tak, jakby tych zbliżających się wyborów w ogóle nie było. Pewnie, że żaden z kandydatów nie jest tym wymarzonym czy nawet w miarę sensownym. Ale czy to powód, aby w ogóle nie poruszać tego tematu? Po zwiedzeniu kilku forów (ot, choćby tego) wyszło mi, że niekoniecznie. Bo i tak o tym dyskutujemy. Bo mamy wątpliwości, bo agitujemy za tym lub tamtym, choć częściej przeciw temu lub tamtemu. Oczywiście jest ileś tam osób, które decyzję już podjęły i do jej zmiany przekonać ich się nie da. Ale z pewnością jest też całkiem spora grupa, która nie wie, czy pójdzie głosować, a jeżeli pójdzie, to na kogo właściwie powinna ten głos oddać. I kolejna spora grupa, która może i zdaje sobie sprawę, że każdy głos jest ważny, ale skoro wszystko wydaje się być przesądzone, to nie widzi sensu w dokładaniu do urny również swojej (zakreślonej bądź nie) karteczki bądź w wybieraniu między wszystkimi zarejestrowanymi kandydatami, a nie tylko promowaną dwójką.

Przedwczoraj rozmawiałam z redaktorką Homików o wyrazistości naszych portali internetowych, o tym, czy powinny być bardziej określone ideowo, czy też przeciwnie, pokazywać pluralizm poglądów. I choć z jednej strony nadal uważam, że siła tychże Homików leży w otwarciu na różnorodność środowiska, to z drugiej mam wrażenie, że niekiedy należy wykorzystać potencjalną opiniotwórczość i najzwyczajniej w świecie pomóc podjąć decyzję niezdecydowanym. I czas przed wyborami powinien być jednym z takich momentów. Tak że mam nadzieję, że i nasze portale do debaty przedwyborczej się włączą. Bo nawet jeżeli nie będzie to miało wpływu na wynik wyborów (a raczej nie będzie), to przynajmniej będziemy mieć szansą na stworzenie zalążka realnej siły, jaką teoretycznie jesteśmy (mityczne 2 miliony głosów), a z którą może ktoś kiedyś zacznie się liczyć.

Niedawno odwiedzili nas Bożena Keff i Jarek Mikos (a, Bożenka kazała też dopisać, że przyszli z baraniną, czyli mięsem kurczęcym i indyczym, dla Barana, bo tak nazywają naszego psa). W pewnym momencie rozmowa zeszła na stare dobre "Co będzie, jak Jarosław (niestety nie Mikos) zostanie prezydentem?". Na to ja z Gosią, że przeżyliśmy jeden kaczyzm, to przeżyjemy i kolejny. Na co Bożenka, że wszystko fajnie, ale ona nie ma już dwudziestu lat, a chciałaby dożyć czasów, kiedy będzie normalnie. Tylko co to "normalnie" właściwie oznacza? Monopol PO? Na pewno nie dla czwórki, która ową dyskusję prowadziła. Zwycięstwo Napieralskiego? Też nie. Więc co? Odpowiedź jak zwykle banalna - nie ma w Polsce znaczącej siły politycznej, która dla nas by ową normalność uosabiała. Czy to powód, by nie głosować? Bynajmniej. Ale dla mnie to powód, by w końcu przestać się bawić w głosowanie na mniejsze zło. Lub na kogoś, z kim może i się nie zgadzam, no ale przecież "on przynajmniej ma szansę wygrać z Kaczyńskim". Nawet jeżeli ma, to ja to chrzanię. Nie lubię Komorowskiego (bo to ponoć on ma szansę). Nie zgadzam się z nim niemal pod każdym względem i nie zamierzam mu dokładać mojego punkcika poparcia. Pójdę na wybory, bo zawsze chodzę, ale jeżeli będę miała wybór między panami na K., oddam pusty głos (w drugiej turze, bo co do pierwszej, to może jeszcze dam się przekonać do innego wyjścia niż pusty głos). I pewnie to nie będzie w tym roku ani w następnych, ale może w końcu kiedyś liczba pustych głosów stanie się tak duża, że nikt już nie będzie mógł bajać o tym, że jakaś tam większość na niego głosowała, a za to ktoś zacznie się poważnie zastanawiać, co z tymi głosami zrobić. No ale może wcale się tak nie stanie, bo do tego czasu ci wszyscy głosujący na mniejsze zło znajdą swoją normalność. Czego sobie i im życzę.

czwartek, 13 maja 2010

"Queerowy" klip i romans wszech czasów

Grupa KPH Q (czy wy też się już gubicie w tych wszystkich grupach?) zainaugurowała właśnie akcję "Jesteśmy obok". Na razie powstał klip, dość zabawny, bo z racji tego, że wystąpili w nim członkowie i członkinie grupy, mamy dwóch gejów, którzy się okazują gejami chyba nie być, bo ich uwagę przyciąga przechodząca obok dziewczyna, która w finale okazuje się być lesbijką (a w każdym razie czule wita się z drugą dziewczyną i planują wspólny posiłek). Wygląda to tak:



Komentarze pod klipem na portalu Kobiety Kobietom raczej miażdżące (wszystko przez te niejednoznaczności), a ja tak sobie pomyślałam, że może właśnie tak miało być. No bo wiecie, w końcu to KPH Q, q czyli queer, więc nic nie jest tak do końca określone, bo takie być nie musi (a nawet nie może). Nie wiem, czy akcja "Jesteśmy obok" obejmie coś poza klipem, strona grupy - nawet bardziej "queerowa" niż film - póki co o tym milczy. No ale zobaczymy - może w końcu będzie oczekiwane przez wielu "Niech nas zobaczą 2". A póki co fajnie, że komuś się chce próbować sił w trudnej sztuce zaangażowanych klipów. Czekam na kolejne.

Z dziwnych wieści - ulubiony portal wszystkich, czyli Pudelek, ogłosił, że Wojciech Cejrowski i Joanna Najfeld się pobrali. Sam zainteresowany dementuje (pisząc na swojej stronie www, że żyje zgodnie z nauką Kościoła, nie ma rozwodu i nie ożenił się powtórnie), zabawna jest za to reakcja na owe wieści i owo dementi forumowiczów Frondy. Otóż dowodzą oni, że WC mógł się ożenić i nadal twierdzić, że żadnego rozwodu nie było i że jest to jego pierwsze małżeństwo, bo jeżeli Kościół stwierdzi nieważność małżeństwa, to jest tak, jakby go nigdy nie było. To znaczy oczywiście wiem, że są przypadki, w których ową nieważność małżeństwa się stwierdza (zawarte pod przymusem, nieskonsumowane, w stanie niepoczytalności itd.), ale jakoś mi się nie wydaje, by tak się stało i tym razem (w końcu byli z Pawlikowską małżeństwem przez 10 lat, a sam Cejrowski wielokrotnie podkreślał, że dla niego sakrament małżeństwa jest nierozerwalny). Skąd zatem ta nagła pobłażliwość frondowiczów w stosunku do ich idola i samego sakramentu?

Tymczasem CDQ, jedno z najważniejszych miejsc na klubowej scenie Warszawy (tam się zaczął nasz z Gosią romans wszech czasów!), boryka się z problemami finansowymi. Jeżeli ktoś chce pomóc - pisząc słowa otuchy, organizując imprezę czy indywidualnym datkiem - niech koniecznie wejdzie tu.

środa, 12 maja 2010

Polish Psycho

Kilka dni temu obiecałam pokazać, co też takiego ważnego robiłam w weekend, że ominęły mnie Dni Cipki. Otóż z kolegami i koleżankami z pracy nakręciliśmy lip duba (jak ktoś nie pamięta, co zacz, pisałam o tym tu). Miało być ambitnie i korporacyjnie, wyszło kameralnie i przyjacielsko, bo niestety okazało się, że lud pracujący, w przeciwieństwie do braci studenckiej, niekoniecznie jest zainteresowany zrobieniem czegoś dla zabawy. Alei tak poszło dobrze - nieprofesjonalnie, ale widać spontan, radość i zaangażowanie. Filmik wkrótce, a na zachętę kilka fotek.

Ponieważ klasyczne lip duby ostatnio trochę się opatrzyły, postanowiliśmy pójść o krok dalej i powcielać się w postacie z popkultury. Moją zdecydowaną faworytką była Lady Gaga:
fot. Wojciech Olkuśnik

Gosia była mechanikiem (na zdjęciu również Kobieta Kot, Prot z "K-PAX", Harry Potter i peleryna Sherlocka Holmesa):
fot. Wojciech Olkuśnik

A ja postanowiłam dać wyraz swojej trochę innej pasji i wcieliłam się w bohatera "American Psycho":
fot. Wojciech Olkuśnik

Tu pojedynkuję się z Harrym Potterem - chyba nie muszę dodawać, kto wygrał:
fot. Wojciech Olkuśnik

Skoro już przy morderstwach jesteśmy, to ostatnio odkryłam filmiki z serii "Google Search Stories". Ten jest uroczy:


A ten zdecydowanie bliższy tematyce tego bloga:


I więcej tematycznych rzeczy dziś nie będzie, bo listu organizacji LGBTQ do Radziszewskiej czy kolejnego tekstu o problemach EuroPride w dużym ogólnopolskim dzienniku komentować nie będę.

Miłego dnia!

niedziela, 9 maja 2010

Kilka newsów i słowo o tożsamości

Zapaliłyśmy dziś z Gosią znicze żołnierzom radzieckim. Ładna akcja i o ileż bardziej pozytywna niż kampania nienawiści podsycana przez wiadomo kogo. Na cmentarzu śmiałam się, że jak rodzina zobaczy mnie w telewizji, to mnie wyklną. Gosia miała podobnie, jak byłyśmy parę tygodni temu pod Pałacem Prezydenckim. Dziś jednak nie czułam, że uczestniczę w akcji, którą ktoś chciałby wykorzystać politycznie (choć może się mylę). Ot, zwykły gest solidarności.
Dostałyśmy zaproszenie na II Kongres Kobiet 2010. Choć data jest trochę niefortunna - 18-19 czerwca, czyli tuż przed wyborami, przez co może zabraknąć wielu uczestniczek spoza Warszawy - to oczywiście będziemy. W planach jest między innymi panel dyskusyjny poświęcony związkom partnerskim. Oraz koncert Urszuli Dudziak, na który z przyjemnością się wybiorę.

Z bliższych wydarzeń już za dwa tygodnie Dni Równości w Olsztynie. Program imprezy jest dosyć skromny, ale jako że tradycyjnie wierzę w siłę lokalnych społeczności, to sporo sobie po niej obiecuję. No i będę tam w podwójnej roli, jako członkini Barbie Girls i panelistka debaty "Równość w internecie", tak że podwójnie zapraszam.

Ostatnio jestem w jakimś makabrycznym wręcz niedoczasie, przez co nie załapałam się między innymi na Dni Cipki (o przyczynie napiszę, a właściwie pokażę ją, niedługo), tak że obiecanej kiedyś tam relacji niestety nie będzie. Ale skoro już padło słowo "cipka", to wczoraj się dowiedziałam, że tym słowem wcale nie tak dawno zwykło się określać kury (w sumie to moja babcia zwykła, karmiąc to miłe ptactwo, wołać "cip, cip, cip, cipunie, cipunie", ale myślałam, że tylko ona tak miała; okazało się, że nie tylko ona). Zabawne. A jeszcze zabawniej byłoby na odwrót.

Z ciekawostek niecipkowych, ale również będących efektem dnia wczorajszego, przy okazji spotkania ze współtwórczynią portalu Seksualność kobiet usłyszałam, że coś takiego jak tożsamość seksualna jest jedynie udziałem osób nieheteroseksualnych. Nie w sensie dosłownym, ale bardziej na zasadzie, że dla osób heteroseksualnych jest ona przezroczysta i przez to nieistotna - nie tworzą ona na przykład grup opartych jedynie na tym, że jej członkowie i członkinie są heteroseksualni. Niby to oczywiste, ale jest to jakiś przyczynek do kwestii wpływu orientacji na życie. Bo nawet jak osoby LGBTQetcetera twierdzą, że w ich orientacja nie ma dla nich znaczenia, to jednak samo takie odżegnywanie się jest specyficzne właśnie dla osób nieheteroseksualnych. Tak mi się przynajmniej wydaje, bo nigdy nie słyszałam tego typu zaprzeczenia ze strony osoby heteroseksualnej. Ta różnica może być zresztą jednym ze źródeł nietolerancji - bo trudno jest zrozumieć, że coś jest bardzo istotne dla jakiejś grupy społecznej, kiedy dla nas ten temat właściwie nie istnieje. To oczywiście żaden zarzut, po prostu zastanawiam się, ile jest takich rzeczy, w których się - zupełnie nieświadomie - możemy różnić, i na ile mogą być one źródłem nieporozumień.

Na koniec rozczulające zdjęcie dwóch zawodników Barcelony. Nie wiem, czy to jest przyjaźń, czy to jest kochanie, ale jest naprawdę urocze. A jeżeli to kochanie, to być może czeka nas przełom w tym najbardziej "męskim" ze sportów.
źródło: www.se.pl

sobota, 8 maja 2010

Mój świat jest kobietą - odrodzenie

Pamiętacie "Mój świat jest kobietą. Dziennik lesbijki"? Na wypadek, gdyby czytały mnie osoby, które sześć lat temu nie interesowały się literaturą tematyczną, przypominam, że ukazał się w 2004 roku, a autorką jest Magdalena Okoniewska. A  dla tych, którzy o dzienniku słyszeli, ale go nie czytali, dodaję, że książeczka jest słaba. Dlaczego więc o niej piszę? Z dwóch powodów. Po pierwsze, właśnie wyszła jej kontynuacja - "Mój świat jest kobietą. Dziennik lesbijki cz. 2". Tym razem nie w druku, a w formie e-booka - przeczytać fragment i zakupić można tu. Po drugie, mimo wszystkich mankamentów pierwszej części i możliwych mankamentów drugiej, ta książka to kawałek lesbijskiej historii, a ja takie historyczne rzeczy czasami lubię tutaj wrzucać.

Wszystko zaczęło się w 2002 roku, kiedy to praca Magdy zajęła III miejsce w konkursie miesięcznika "Twój Styl" - Dzienniki kobiet. Miesiąc z życia kobiety. W 2004 nakładem wydawnictwa Jacek Santorski & Co ukazała się napisana na podstawie nagrodzonego tekstu książka. Ponoć był to pierwszy raz, kiedy w polskich księgarniach można było nabyć książkę ze słowem "lesbijka" na okładce. Nie wiem, czy to prawda, ale tak czy siak takich książek z pewnością nie było wcześniej wiele (ja nie kojarzę żadnej). Tym sukcesom towarzyszył nielichy skandal wewnętrzny, mający miejsce głównie na liście dyskusyjnej Polles, gdzie przez kilka miesięcy toczyła się dyskusja bynajmniej nie o wartości literackiej książki, ale o tym, czy autorka miała prawo opisać w niej realne sytuacje i osoby. Bo wiele kobiet się w niej rozpoznało i miało pretensje, że, choć nie z imienia i nazwiska, to jednak zostały opisane. Pamiętam, że stałam wówczas na stanowisku, że Magda miała prawo czerpać z historie z życia, niekoniecznie własnego. I nadal tak uważam, choć z pewnością nie byłabym szczęśliwa, gdyby napisała o mnie coś, czego nie chciałabym przeczytać (tu teoretyzuję, bo autorkę znam słabo, a w książce znaleźć się nie mogłam, bo jej akcja toczy się przed rokiem, w którym ją poznałam; może jestem w drugiej części, więc jak ktoś mnie rozpozna, to proszę donieść, bo książki raczej nie kupię).  W ogóle mam wrażenie, że znajomi pisarzy i pisarek często rozpoznają się w ich książkach, choć nie zawsze jest to tak oczywiste jak w przypadku książek Okoniewskiej i nie zawsze podobieństwo do prawdziwych osób jest nieprzypadkowe.

Oczywiście w tym wkurzeniu na autorkę "Mój świat jest kobietą" mógł się też kryć najzwyklejszy w świecie lęk przed wyoutowaniem (mimo iż - powtórzę - żadna z kobiet nie została opisana z imienia i nazwiska, tak że nie wiem, na ile tego typu obawy były realne). I to każe mi się zastanowić, czy rzeczywiście w niektórych sytuacjach nie należałoby zachować pewnej powściągliwości. Bo choć z jednej strony uważam (a Gosia zawsze powtarza), że jeżeli my siebie nie będziemy traktować normalnie, to nie mamy co liczyć na takie traktowanie ze strony innych, to z drugiej tu nie chodzi o mnie czy o autorkę zwierzeń, ale o ileś tam osób, które mogą mieć zupełnie inne zdanie w tej kwestii albo najzwyczajniej w świecie się bać. Bo urażona duma, gdy inni widzą nas innymi, niż my chciałybyśmy się widzieć, to drobiazg, którym bym się nie przejmowała, gorzej, gdy ktoś obawia się poważniejszych konsekwencji. Cóż, dobra wiadomość jest taka, że z takimi dylematami lesbijską pisarką-pamiętnikarką raczej nie zostanę.

wtorek, 4 maja 2010

Dwie części duszy

Znacie wyciagamykarteczki.pl? To blog gromadzący skany z kartkówek i zeszytów, zazwyczaj z zabawnymi komentarzami nauczycieli. Mnie urzekło to (akurat bez komentarza):
Słodkie, prawda? I od razu przypomniała mi się nieco bliższa oryginałowi wersja mitu o androgynach zobrazowana w piosence "The Origin of Love" z musicalu Johna Camerona Mitchella "Hedwig and the Angry Inch":



Przy okazji - jak ktoś jakimś cudem tego nie widział, proszę natychmiast nadrobić. Znakomita historia, genialna muzyka (post-punk neo glam rock!). Po prostu lektura obowiązkowa.

poniedziałek, 3 maja 2010

Każdy chce spocząć na Wawelu

Cyklu pod tytułem "Każdy chce spocząć na Wawelu" ciąg dalszy. Tym razem na Gaylife, gdzie ukazał się tekst Anki Zet "Nieformalne rodziny" (dostępny dla zalogowanych użytkowników). Anka pisze o osobach homoseksualnych (?), które zginęły w smoleńskiej katastrofie. Pisze z imion i z nazwisk, choć żadna z tych osób nigdy publicznie nie mówiła o swojej orientacji, zastanawia się, kto podjął decyzję o miejscu ich pochówku (bo pewnie nie najbliżsi) oraz dlaczego podczas pogrzebów nikt nie wspomniał o ich homoseksualności. Teza tekstu jest taka, że gdybyśmy mieli ustawę o związkach partnerskich, to wymienione osoby zostałyby również pożegnane przez swoich partnerów/partnerki życiowe. I że ich śmierć i pochówek to kolejny przyczynek do wprowadzenia w Polsce tejże ustawy.

Z całego artykułu zgadzam się z jedną rzeczą - że ustawa jest potrzebna. Reszta to dla mnie takie samo żerowanie na katastrofie jak w wykonaniu wszelkich innych opcji. Nawet jeżeli wymienione osoby rzeczywiście były homoseksualne, to żadna z nich - chociażby z racji tego, że miały poglądy zdecydowanie konserwatywne, również w kwestii związków jednopłciowych - nie może być symbolem walki o nasze prawa, tak że próby ich zawłaszczenia są tyleż śmieszne, co oparte na fałszywych przesłankach.

Jestem za odkłamywaniem historii. Wkurza mnie nieobecność osób nieheteroseksualnych w oficjalnej historii Polski, cieszą takie inicjatywy jak "Homobiografie" Tomasika. Ale odkłamywanie to co innego niż tworzenie mitów o tym, że ktoś się z kimś nie pożegnał, a kogoś nie pochowano tam, gdzie chciał.